Na stadionach Polski i Świata.
Blog > Komentarze do wpisu

Wszystko co dobre szybko się kończy

Holandia na kolanach.

Jeśli ktoś miałby jeszcze wątpliwości, o czym właściwie jest to oklepane powiedzenie z tytułu, to spieszę z odpowiedzią: o dobrej grze reprezentacji Holandii na Euro 2008. Skończyła się już po trzech meczach, tak jak przygoda Oranje z turniejem.

Po meczu chodziłem podtruty, jakbym zjadł jakąś – nie przymierzając – nieświeżą i nadgnitą pomarańczę. Holandii kibicuje, jeśli tylko nie gra z Polską, od mundialu w 1998 roku. I sam nie wiem, co właściwie o tym zadecydowało. Urzekająca gra? Dennis Bergkamp i Marc Overmars? A może po prostu pomarańczowe koszulki? Po latach trudno odtworzyć motywy takich emocjonalnych wyborów.

Łatwiej wspominać piękne chwile. O tym, w jaki sposób Dennis Bergkamp strzelił gola Argentynie w ćwierćfinale tamtego mundialu jestem w stanie opowiadać z entuzjazmem nawet wyrwany ze snu w środku nocy. Poezja!

Ściskanie kciuków za Holandią przez te wszystkie lata nauczyło mnie jednego – zawsze przychodzi faza turnieju, w której wszystko się wali. Przed meczem z Rosją zaczęły mi się przypominać te wszystkie upiory z przeszłości. Okazało się, że nie bezpodstawnie…

Męczył półfinał z Brazylią z 1998 roku. Nieszczęściem była kontuzja Dennisa Bergkampa, ostatecznie postawionego na nogi; dramatu dopełniły przestrzelone rzuty karne przez Phillipa Cocu i Ronalda De Boera.

Niczym koszmar powracał półfinał Euro 2000 z Włochami. To był prawdziwy holenderski festiwal przestrzelonych rzutów karnych. W regulaminowym czasie gry pudłowali Frank De Boer i Patrick Kluivert. De Boer nie trafił też w konkursie jedenastek, podobnie jak Jaap Stam i Paul Bosvelt. Mecz życia rozgrywał wspaniały tego dnia Francesco Toldo.

Euro 2004 przyniosło traumę już w fazie grupowej. Po 19 minutach Holandia prowadziła z Czechami już 2:0 i wydawało się, że spokojnie będzie kontrolowała przebieg gry. Wkrótce wszystko się rozpadło. Karel Bruckner trafiał ze zmianami, Dick Advocaat wręcz przeciwnie. Natchnione ataki Czechów sunęły na bramkę van der Sara i pozwoliły wygrać im to porywające spotkanie 3:2.

Nie dawał spokoju występ Holandii na niemieckim mundialu. Oranje sprawiali wyzuci z całej swojej naturalnej finezji i polotu. Długimi momentami okrutnie męczyli swoją grą, a ponadto sprawiali wrażenie, jakby do przeprowadzania skutecznych ataków potrzebowali trzech piłek – po jednej dla Arjena Robbena, Robina van Persiego i reszty zespołu.

W trakcie mistrzostw świata w RPA powróci również niechciane wspomnienie wczorajszego meczu z Rosją. Męczyć będą dziwne decyzje Marco van Bastena. Powtarzać będą się pytania: jaki wpływ na grę Holendrów miały dramatyczne okoliczności meczu oraz gdzie uleciała finezja i radość z gry. Wciąż zachwycać będzie za to mistrzostwo Guusa Hiddinka – Holendra w służbie Rosji – i jego drużyny, która wytrąciła Pomarańczowym wszystkie atuty z rąk (a może raczej: nóg), czyniąc ich zupełnie bezradnymi.

Mimo bardzo dobrej gry i przede wszystkim cudownych goli, które były jak pigułki zawierające to co w futbolu najwspanialsze, chyba nikt nie wierzył, że tak grający Holendrzy mogą zdobyć mistrzostwo Europy. To przecież byłoby zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.

niedziela, 22 czerwca 2008, bartoszewsky

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/06/22 14:47:05
"Oni grali jak Holendrzy - porywająco, bezkompromisowo, od pierwszej po ostatnią minutą ofensywnie". To o Rosjanach. Kolejna drużyna która zachwycała w fazie grupowej pożegnała się z Euro. Po Portugalii, Chorwacji przyszła kryska na Holandię. Jaki z tego wniosek. Każdy może wygrać z każdym. Niemal wszystkie zespoły przyjechały po to aby wygrać EURO a większość nie chce się z tym ujawniać aż do szczęśliwego końca. Niemal wszyscy grają bezkompromisowo i beż żadnych kompleksów wobec jakiegokolwiek przeciwnika. Niemal wszystkie zespoły są świetnie przygotowane pod względem mentalnym - grają do końca z pełnym zaangażowaniem i bez strachu przed jakimkolwiek przeciwnikiem. To już jest standard. To jest jedna z głównych przyczyn wyrownania szans, tego, że stajemy się coraz mniej "pewni" która drużyna, z danego meczu wyjdzie zwycięsko. Jednym z niechlubnych wyjątków od reguły, że każdy może wygrać z każdym jest niestety drużyna Polska. Głównie dlatego, że nie wystarczy o tym mówić czy nawet myśleć, ale niestety trzeba w to wierzyć i pokazać tę wiarę i pewność siebie na boisku. Jak odbudować markę polskiego futbolu ?. Mam propozycję. Moim zdaniem kolejne roszady personalne, nic nie zmienią na lepsze, że najwyższy czas na zmiany regulaminowe. Tylko dla tych, co jeszcze, nie czytali a chcą przeczytać. p1lka.blox.pl
-
2008/06/23 12:53:03
Po pierwsze: Holendrzy w fazie grupowej wcale nie grali tak rewelacyjnie, jak wmawiano. Z siedmiu bramek w pierwszych dwóch meczach pięć strzelili z kontr - oczywiście, grać z kontry jest ładnie i widowiskowo, ale samymi szybkimi atakami się turnieju nie wygra. W całym turnieju Holendrzy ani przez moment nie zbliżyli się do poziomu Rosjan z sobotniego meczu (zresztą ze Szwecją mołodcy Hiddinka zagrali na podobnym poziomie), ani raz w podobny sposób nie zdominowali rywala.

Po drugie: czułem żal, gdy Holandia odpadała np. z Włochami czy Portugalią, drużynami raczej zabijającymi grę niż same ją kreującymi. (Chociaż gra Włochów w półfinale ME 2000 zasługuje na ogromny podziw). Ale w sobotę? Jeżeli kibicujesz Holandii za urzekającą grę, to przecież gra Rosjan była jeszcze bardziej urzekająca. Jeśli za koszulki, to w jednej z kamer ich koszulki w meczu ze Szwecją wyglądały na pomarańczowe ;).

-
2008/06/24 10:52:39
Wygląda na to, że jestem starszy :-)
Dla mnie to się zaczęło na Euro 1988. Kibicowałem oczywiście Anglikom, byłem pewien że z Hoddlem, Waddlem, Robsonem, Barnesem, Linekerem i Beardsleyem rozniosą całą resztę. Ale potem przyszedł ich mecz z Holendrami, od którego zaczął się mój przyspieszony kurs odróżniania braci Koemanów, długich dredów od krótkich i wszystkich tych piłkarzy z przedrostkiem van. Tylko Marco van Basten nie dawał się z nikim pomylić...
Wygląda na to, że to była moja prawdziwa inicjacja w piłkę nożną, a wszystko przedtem, jakieś mundiale w Meksyku czy chodzenie na Cracovię (przy całym szacunku dla tamtych emocji) nie były całkiem serio. Jakiś czas temu dostałem od kolegi płytę z meczem finałowym tamtego turnieju, Holandia-ZSRR. Ściągnięty najwyraźniej z internetu, kiepskiej jakości, za to z rosyjskim komentarzem odpadałem od niego kilkakrotnie i dopiero teraz, po traumie z soboty, zdecydowałem się obejrzeć go w całości. No i szok, bo okazało się, że po upływie 20 lat pamiętam nie tylko twarze poszczególnych piłkarzy czy niezapomniany strój Walerego Łobanowskiego, ale mecz jako taki, właściwie akcja po akcji.
Dużo w tych dniach powiedziano o ciążącym nad Holendrami fatum. Dla mnie najsilniejszym argumentem za jego istnieniem jest przedwczesny koniec kariery Marco van Bastena. Bergkamp Bergkampem, fantastyczny Overmars, Davids, Seedorf, Kluivert - ale żebyście go widzieli wtedy, w rzeczywistym czasie, a nie na powtórkach, które siłą rzeczy odbierają ogromną część emocji...
-
2008/06/24 13:51:56
Kurcze, kompletnie nie rozumiem tej fascynacji Holandią '88. Czy nie na serio były np. mecze Francji z Niemcami w Hiszpanii, Portugalią na Euro 84, Brazylią w Meksyku? Co powodowało, że tamto było nie na serio, a to tak?

-
2008/06/24 14:20:51
@ airborell
Ale ja nie napisałem, że tamto było nie na serio. Bartoszewsky dał swój wpis pod tagiem "euroimpresje" i ja też poszedłem w euroimpresje. Każdy miał taki swój moment zachwytu, indywidualna rzecz, nie przeciwko zachwytowi kogoś innego. Skądinąd na Euro '88 były też pojedynki pomniejsze. Np. fantastyczni Irlandczycy, prowadzeni przez Jackie Charltona: wygrali z Anglią (!), zremisowali z ZSRR i dopiero na 9 minut przed końcem meczu z Holandią stracili gola, odpadając ostatecznie z turnieju. Wychodzi na to, że byli tylko ciut gorsi od jednego finalisty i równie dobrzy jak drugi finalista. Oczywiście piłkarsko nie byli, ale cóż to była za fajna drużyna, z jaką ambicją nadrabiająca niedostatki techniczne. Ot, taki wzór dla Polaków :-)
-
2008/06/24 14:46:23
@michal: właśnie z powodu Irlandczyków znienawidziłem Holendrów (zwłaszcza, że gol dla Holandii był ze spalonego). Wirtuozami piłki to oni nie byli, ale trzech z nich grało w najlepszej bodaj drużynie klubowej świata w tym momencie (niech imię Jacquesa George'a będzie potępione po wsze czasy), więc analogii z Polską nie widzę ;).
-
2008/06/25 14:19:40
@Airborell
No właśnie - te kontry zakończone golami w znacznej mierze wpływały na odbiór gry Holendrów. W nich było wszystko: szybkość i dynamika z definicji, ale też siła, technika, precyzja, finezja... No i przede wszystkim zabójcza skuteczność. Tak grać też trzeba umieć. Ale gdyby z Włochami wygrali 1:0, a z Francją 2:1, odbiór ich gry byłby inny.
Z tym wmawianiem zresztą różnie bywa - wiele osób zachwyca się Orlando Engelaarem. Owszem, z Włochami zagrał bardzo dobrze, ale potem - przeciętnie. W meczach z Francją i Rosją zdecydowanie lepszy był Nigel de Jong.

Rosjanie z Holandią grali tak, że na początku zacząłem się zastanawiać, czy nie pozamieniali się przed meczem koszulkami - to było naprawdę porażające. Miał tu być o Rosji osobny tekst, ale w trakcie pisania komputer mi się rozkraczył... Arszawin, Siemak, Żirkow, Bilialietdinow - to są kapitalni pilkarze. Ciekawe tylko, czy starczy im pary na półfinał.

W temacie: "dlaczego Holandia" - zacząłem się później zastanawiać, czy decydujące nie było dziecięce wspomnienie finałów LM z udziałem Ajaksu. Sam już nie wiem...

@Michał Okoński
Sądząc z notki na Twoim blogu, to Holandia '88 jest dla mnie tym, czym dla Ciebie np. Brazylia '70 albo RFN '72. ;) Grę tamtej Holandii znam tylko książek i innych archiwaliów - mam gdzieś na płycie film chyba z holenderskiej telewizji, przegląd wszystkich meczów Holandii na Euro 88. A to, jak zauważyłeś, odbiera się zupełnie inaczej, niż rzeczy, które przeżywało się kiedyś samemu.