Na stadionach Polski i Świata.
Blog > Komentarze do wpisu

Notatki francusko-urugwajskie

Franck Ribery przed meczem z Urugwajem miał wyjątkowo niewyraźną minę, tak jakby przeczuwał, że to nie będzie jego wieczór. I w istocie nie był - zaczął jeszcze z animuszem, ale z czasem zagrożenie z jego strony było coraz mniejsze, a w końcu zupełnie zniknął. Do końca meczu Ribery dotrwał chyba tylko dlatego, że Raymond Domenech miał nadzieję na jeden jego zwycięski błysk, a poza tym mógł przecież zrobić tylko trzy zmiany. Szamoczący się Nicolas Anelka, zagubiony Yoann Gourcuff, bezproduktywny Sidney Govou (który akurat miał najlepszą okazję do zdobycia gola) - nie można się przyczepić do nazwisk zdejmowanych z boiska piłkarzy. Inna sprawa, że byli na nim zbyt długo. To w komplecie gracze ofensywni, a Trójkolorowi mieli wyjątkowy problem z zawiązaniem i płynnym przeprowadzeniem akcji między urugwajskimi zasiekami.
Do bezbarwnej gry Francuzów nic dobrego nie wniósł Thierry Henry, o którego nieobecności w pierwszej jedenastce było tyle nieobecności przed meczem. Miał szansę udowodnić, że zamieszanie nie wynikało tylko z towarzyskich układów i pokazać, że wciąż jest tej reprezentacji potrzebny. Mógł też wyrównać rachunki z mundialu w Korei Południowej, kiedy w meczu z Urugwajem dostał czerwoną kartkę za faul na Paolo Montero. Wówczas też było 0:0, a Les Blues do kraju wracali już po trzech meczach.
I kiedy Henry wreszcie dostał szansę na to wszystko - rzut wolny w ostatniej minucie - kopnął piłkę od niechcenia w mur. Po prostu słabo - tak, jak grał przez cały sezon. Ale na boisku pewnie go jeszcze zobaczymy. Niewykluczone, że w parze z Anelką. Domenech będzie musiał szukać, może więc jeszcze raz zmieni ustawienie i Francja zagra dwoma napastnikami.
Urugwaj skupił się przede wszystkim na tym, by nie stracić gola, zupełnie tak, jakby Oscar Tabarez założył, że remis w pierwszym meczu będzie wystarczającym krokiem do wyjścia z grupy. Stąd wyjątkowa koncentracja na grze w obronie: pięciu obrońców oraz trzech pracowitych środkowych pomocników, z Egidio Arevalo Riosem na czele, którzy sprawnie przeszkadzali i odbierali Franzucom piłki.

Franck Ribery przed meczem z Urugwajem miał wyjątkowo niewyraźną minę, tak jakby przeczuwał, że to nie będzie jego wieczór. I w istocie nie był - zaczął jeszcze z animuszem, ale z czasem zagrożenie z jego strony było coraz mniejsze, a w końcu zupełnie zniknął. Do końca meczu Ribery dotrwał chyba tylko dlatego, że Raymond Domenech miał nadzieję na jeden jego zwycięski błysk, a poza tym mógł przecież zrobić tylko trzy zmiany. Szamoczący się Nicolas Anelka, zagubiony Yoann Gourcuff, bezproduktywny Sidney Govou (który akurat miał najlepszą okazję do zdobycia gola) - nie można się przyczepić do nazwisk zdejmowanych z boiska piłkarzy. Inna sprawa, że byli na nim zbyt długo. To w komplecie gracze ofensywni, a Trójkolorowi mieli wyjątkowy problem z zawiązaniem i płynnym przeprowadzeniem akcji między urugwajskimi zasiekami.

Do bezbarwnej gry Francuzów nic dobrego nie wniósł Thierry Henry, o którego nieobecności w pierwszej jedenastce było tyle hałasu przed meczem. Miał szansę udowodnić, że zamieszanie nie wynikało tylko z towarzyskich układów i pokazać, że wciąż jest tej reprezentacji potrzebny. Mógł też wyrównać rachunki z mundialu w Korei Południowej, kiedy w meczu z Urugwajem dostał czerwoną kartkę za faul na Paolo Montero. Wówczas też było 0:0, a Les Blues do kraju wracali już po trzech meczach.

I kiedy Henry wreszcie dostał szansę na to wszystko - rzut wolny w ostatniej minucie - kopnął piłkę od niechcenia w mur. Po prostu słabo - tak, jak grał przez cały sezon. Ale na boisku pewnie go jeszcze zobaczymy. Niewykluczone, że w parze z Anelką. Domenech będzie musiał szukać, może więc jeszcze raz zmieni ustawienie i Francja zagra dwoma napastnikami.

Urugwaj skupił się przede wszystkim na tym, by nie stracić gola, zupełnie tak, jakby Oscar Tabarez założył, że remis w pierwszym meczu będzie wystarczającym krokiem do wyjścia z grupy. Stąd wyjątkowa koncentracja na grze w obronie: pięciu obrońców oraz trzech pracowitych środkowych pomocników, z Egidio Arevalo Riosem na czele, którzy sprawnie przeszkadzali i odbierali Franzucom piłki.

Zawiódł Luis Suarez, który praktycznie nie zaistniał przy francuskich obrońcach. To fakt, że brakowało mu wsparcia z drugiej linii, ale Diego Forlan radził sobie w takich okolicznościach zupełnie dobrze. I już, mimo że to dopiero pierwsze próby Suareza na takim poziomie i w świetle tylu kamer, można powziąć pewne wątpliwości: worki goli z ligi holenderskiej wcale nie muszą oznaczać, że piłkarz poradzi grając przeciwko lepszym rywalom. Może mu coś o tym powiedzieć były kumpel z Ajaksu Amsterdam Klaas-Jan Huntelaar, któremu w Realu Madryt i Milanie wiodło się bardzo różnie.

sobota, 12 czerwca 2010, bartoszewsky

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: