Na stadionach Polski i Świata.
Blog > Komentarze do wpisu

London calling. Pożegnanie w dobrym stylu

Przeglądanie archiwaliów może być fascynujące, zwłaszcza jeśli dotyczy czasów, w których człowiek sikał jeszcze w pieluchy. Stare gazety przyciągają, przyciąga też obraz telewizyjny. Dobrze, że Telewizja Polska emituje stare Dzienniki Telewizyjne, to wspaniała lekcja historii i - nie ukrywajmy - nieliche doświadczenie poznawcze.

Wiadomości z kraju i świata sobie w tym miejscu sobie odpuścimy, linię programową i okoliczności polityczne też. Skupmy się na sporcie.

Włodzimierz Szaranowicz już wtedy wygłaszał miniaturowe eseje o kondycji sportu i człowieczeństwie, ale inne rzeczy się zmieniły. Tomasz Zimoch mówi teraz szybciej, barwniej, wymyśla odjechane metafory i chyba już nie nosi marynarek, w które zmieściłaby się na raz cała redakcja. O sporcie mówi się inaczej i o innych rzeczach. Już nikt nie robi czołówki z tak egzotycznych informacji jak sukcesu polskich strzelców z pistoletu szybkostrzelnego w jakichś tam zawodach...

Dziś jedynym polskim strzelcem, o którym można usłyszeć w telewizji jest Robert Lewandowski (innych w tym sporcie chwilowo nie mamy). O tych, którzy walą z broni palnej można usłyszeć tylko przy okazji igrzysk olimpijskich i to też przede wszystkim w przypadku zdobycia medalu.

Sylwia Bogacka - nomen omen - wstrzeliła się idealnie, zdobyła srebrny medal, a ktoś już zdążył ją nazwać polską gwiazdą. Wyjątkowo nietrafnie, mimo niewątpliwego sukcesu Bogacka gwiazdą nie jest i nie będzie, tak samo jak medaliści z poprzednich igrzysk - Agnieszka Wieszczek czy drużyna szpadzistów, o których media i tak zwana opinia publiczna zapomniały dwa tygodnie po zgaszeniu olimpijskiego znicza.

Traf chciał, że jedyny jak do tej pory medal Polacy zdobyli w bodaj najbardziej antytelewizyjnej dyscyplinie całych igrzysk. Nie jest to nawet zarzut, tylko najzwyklejsza opinia, ale - przyznajmy - oglądanie skupionych zawodników, luf ich pistoletów i nagle pojawiających się kropek na tarczy nie jest szczególnie ekscytujące (swoją drogą - jak Zimoch komentowałby to w radiu?). 

Ale powodzenia w walce o drugi medal. Miło byłoby posłuchać dlaczego się udało, a nie znów szukać wyjaśnień, dlaczego poszło nie tak. Nawet jeśli chodzi o strzelectwo.

*

Z całego strzelectwa najbardziej zadziwia aparatura pomiarowa. Cytat z poniedziałkowej Wyborczej: "Trafienie jest oceniane elektronicznie, za pomocą dźwięku i superprecyzyjnych mikrofonów z czujnikami rozstawionych w rogach tarczy. Czujniki mierzą i porównują czas dojścia fali dźwiękowej do każdego z nich i na tej podstawie określają dokładność trafienia".

Brzmi to strasznie uczenie, człowiek naczyta się takich historii, a potem włącza telewizor i widzi, że sędziowie na szermierce nie potrafią sobie poradzić z zegarem. Nikt nie wie, ile trwała sekunda, w której Britta Heidemann goniła i dogoniła A Lam Shi z Korei Południowej; można z powodzeniem założyć, że dla przegranej Koreanki będzie się ciągnąć do końca życia. Takie rzeczy nie powinny zdarzać się na igrzyskach.

Przykładów takiego olimpijskiego niechlujstwa jest mnóstwo - zamieszanie w podnoszeniu ciężarów, zmienianie decyzji w judo, chaos w gimnastyce. Dużo za dużo i aż strach myśleć, co będzie dalej. Przypomina się historia z zimowych igrzysk w Vancouver - źle zabezpieczono trasę, Petra Majdić wpadła do rowu. Było dramatycznie, Słowenka połamała żebra i cierpiąc zdobyła brązowy medal.

*

Słowo, które najczęściej na razie najczęściej opisuje występy Polaków w Londynie to "pożegnanie" i pewnym osiągnięciem stało się już nawet - jak to ujął jeden z komentatorów - "pożegnanie w dobrym stylu" po porażce w pierwszej rundzie.

Wolałbym, żeby Polacy żegnali się z igrzyskami w dobrym stylu schodząc z olimpijskiego podium, a nie już w momencie wejścia na swoją arenę albo po dwóch minutach miałkiej, bezjajecznej rywalizacji. Ale cóż zrobić - Klub Turystów ma w Londynie wielu reprezentantów.

*

Igrzyska dopadają wszędzie.

- Patrzę na ping-ponga, niby nasi grają, a tam same Chińczyki. Co to ma być do cholery?! – rzuca nagle mój dentysta, a ja wiem, że rozmowa się nie sklei, bo chwilowo w odpowiedzi mogę wydać tylko dźwięk, który w języku polskim nie ma jeszcze nazwy.

O olimpijskim turnieju China Open pisałem cztery lata temu. Tekst zachował zadziwiającą świeżość, trend się utrzymał. Chińczycy krążą po całym świecie, grają dla wszędzie – od Kanady, przez Portugalię, Polskę, Turcję, aż po Australię. Tenis stołowy w wydaniu reprezentacyjnym stał się właściwie rywalizacją quasiklubową, w której zmiany barw nie są niczym niezwykłym. Ot, przypomnijmy o Miao Miao – Chince, która kiedyś grała dla Polski, a teraz występuje pod flagą Australii. Już na zawsze?

I nasuwa się pytanie: jaki to wszystko ma sens?

*

Krzepiąca wiadomość z radia – „Polacy liczą się w Europie”. Chodzi o dentystów.

Dobre i to.

Ta sportowa terminologia w tym przypadku jest przeurocza, uruchamia lawinę głupich pomysłów – dentyści na igrzyska! Skoro dawno temu na igrzyskach było przeciąganie liny, to może kiedyś będzie wyrywanie zębów. Pomyślmy: usuwanie kamienia, plombowanie, leczenie kanałowe, ekstrakcja i wielobój…

I tak sobie myślę, że pewnie i w tej dyscyplinie Polacy nie trafiliby z formą, zabrakłoby im szczęścia albo - najczęściej tylko w ich mniemaniu - zostali oszukani, a wartością byłoby jedynie pożegnanie się z igrzyskami w dobrym stylu. Jak zawsze, jak wszędzie.

środa, 01 sierpnia 2012, bartoszewsky

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: