Na stadionach Polski i Świata.
Blog > Komentarze do wpisu

Hiszpania, nekrolog dla złotej epoki

Hiszpania. /fot. goal.com

W jednym dniu zakończyły się dwie hiszpańskie epoki – panowanie Juana Carlosa i złota era reprezentacji. Król abdykował, syta piłkarska kadra została brutalnie strącona z tronu przez wyposzczonych rywali.

I

Symbolem klęski Hiszpanii na mundialu będzie Iker Casillas. Bramkarz, który przez lata wydawał się niezniszczalny, nagle się rozsypał. Kryzys był gwałtowny i o wyjątkowym natężeniu. Owszem, każdemu bramkarzowi zdarzają się wpadki, Casillas był jednak z tych, którym słabe chwile zdarzają się rzadko, zupełnie jakby były potrzebne, żeby czasami przypomnieć, że w bramce stoi człowiek, a nie maszyna. Na mistrzostwach świata proporcje się odwróciły.

To był szybki przegląd bramkarskiej bezradności. Piłkę po zjawiskowym strzale Robina van Persiego mógł tylko – zaczerpnijmy z klasyki piłkarskich sprawozdawców – odprowadzać wzrokiem do bramki, co musiało być szczególnie bolesne, bo wpadała do niej bardzo długo. Później było już tylko gorzej – przegrywał z rykoszetem po strzale Arjena Robbena i był poniżany jego dryblingiem, fatalnie oddawał piłkę van Persiemu, a już w meczu z Chile niezgrabnie odbijał piłkę pod nogi Charlesa Aranguiza. Prawda, duży udział miała bierna obrona, lecz cały występ Casillasa był pisany błędami, nieporadnością i – już na końcu – kompletnym brakiem wiary.

Początku problemów należy upatrywać chyba w odniesionej w styczniu ubiegłego roku kontuzji, po której stracił miejsce w bramce Realu na rzecz awaryjnie ściągniętego z Sevilli Diego Lopeza. Ten grał na tyle dobrze, że Jose Mourinho i Carlo Ancelotti nie widzieli powodu do zrobienia zmiany powrotnej. Pierwszemu było to na rękę, doszukiwano się w tym nawet pacyfikowania kapitana, drugi postanowił nie zaogniać sytuacji, wybrał salomonowe rozwiązanie, stawiając na Lopeza w lidze, a Casillasowi dając bronić w pozostałych rozgrywkach.

Iker wypadł z rytmu, do którego przywykł przez lata, grał rzadziej, ale świetnie. Pierwsze oznaki spadku formy było widać już w końcówce sezonu klubowego. Fatalny błąd w finale Ligi Mistrzów skończył się golem dla Atletico, ale ostatecznie nie miał konsekwencji i rozmył się w sukcesie drużyny, bo Real po zabójczym finiszu sięgnął po Puchar Mistrzów.

Casillas, rzecz jasna, nie przerżnął mundialu sam, ta porażka miała wyjątkowo wielu ojców, ale w nim jak w soczewce skupiły się wszystkie problemy drużyny. Można obejrzeć ten turniej z perspektywy Casillasa, jego błędów, bezradności i braku energii, a zobaczy się w tych obrazach całą reprezentację Hiszpanii.

II

Hiszpanie pojechali na mundial syci, a to w sporcie zazwyczaj nawóz porażki. Liderzy kadry byli spełnieni sukcesami w reprezentacji i klubach, nie miało parcia na kolejny triumf, w dodatku wielu z nich szczytowy moment karier ma już za sobą. Vicente Del Bosque był za bardzo przywiązany do starych mistrzów, co niby nie dziwi, bo nie jest łatwo odstawić na boczny wielkich mistrzów, to raczej oni mają przywilej rezygnacji, lecz nie uwzględniało wypadków ostatnich dwóch lat. W tym czasie wraz z Barceloną zaczęli gasnąć jej piłkarze, kilku innych skostniało, świeża krew była dawkowana bardzo oszczędnie. Na mundialu w Brazylii w pierwszym składzie grało tylko dwóch piłkarzy, którzy nie byli obecni przy poprzednich triumfach Hiszpanów – Cesar Azpilicueta i Diego Costa. Poza nimi w kadrze pojawili się jeszcze tylko David De Gea i Koke. Pozostali grają ze sobą od lat. Stabilizacja w piłce jest potrzebna, ale trzeba uważnie zarządzać drużyną, by nie przerodziła się w zabójczą stagnację.

Nową energię miał wnieść Costa, który w Atletico wypromował się charakterem – to chyba ważniejsze – i golami, ale przeszczep z Brazylii się nie przyjął. Można się zastanawiać, czy przy tak grającej drużynie była na to szansa. Raczej nie, bo dobrze funkcjonowało w niej za mało trybów. Inna rzecz, że sam Costa był w słabej formie, wycieńczony intensywnym sezonem i wybity z rytmu niedawną kontuzją, że tak dobrze nie będzie grał już nigdy.

Del Bosque potrafił prowadzić reprezentację, gdy jej zawodnicy byli w wysokiej formie, jednak nie potrafił sobie poradzić z pełzającą porażką. Piłkarze byli rozkojarzeni, w słabszej formie, grali w przewidywalny sposób, na który rywale zdążyli już znaleźć wiele recept – nie tylko skład wymaga odświeżenia. Najlepiej pasuje mi do nich słowo „zmęczeni”. Tak grali i tak wyglądali. Skończyło się dwoma fatalnymi meczami i kompromitującym bilansem bramek.

Nie wyciągnął Del Bosque wniosków z przypadków poprzednich mistrzów, którzy broniąc tytułu, odpadali już po fazie grupowej. Podobny jest zwłaszcza przykład Francuzów, też wygrywających w jednym cyklu mundial i mistrzostwa Europy, którzy przeżyli klęskę w Korei Południowej. Zasłużeni piłkarze – wielu z nich już zdecydowanie po drugiej stronie góry – po ciężkim sezonie i kontuzjach nie byli w stanie poradzić sobie z kolejnym wyzwaniem.

Można się oczywiście zastanawiać, czy dzisiaj pisalibyśmy reprezentacji Hiszpanii nekrolog, gdyby nie jeden z wielu punktów zwrotnych na tym mundialu. David Silva nie wykorzystał świetnej okazji, żeby strzelić Holendrom gola na 2:0, a chwilę później wyrównał van Persie. Być może ten mecz toczyłby się inaczej, Hiszpania za chwilę byłaby w drugiej rundzie i pożegnałaby się z mundialem mniej boleśnie. To już jednak tylko kolejna historia alternatywna, którą można napisać przy okazji tych mistrzostw.

III

W jednym dniu zakończyły się dwie hiszpańskie epoki – wieloletnie panowanie Juana Carlosa i złota era reprezentacji. Król abdykował z własnej woli, piłkarska kadra została brutalnie strącona z tronu przez wyposzczonych rywali. Nic nie trwa wiecznie.

Rozmiary klęski Hiszpanów są wprost proporcjonalne do rozmiarów potęgi, którą zbudowali od 2008 roku. Bezwzględnej dominacji nie zakończyła spokojna porażka w ćwierćfinale, którą mogłaby być przyjęta ze zrozumieniem, ale spektakularny upadek. Hiszpanie potrafili wygrywać w efektowny sposób – jeszcze dwa lata temu rozbili Włochów 4:0 w finale Euro – i efektownie też polegli.

Finał sprzed dwóch lat kończył się apelami Casillasa do sędziego, żeby ten wreszcie skończył mecz i przestał męczyć tych biednych Włochów. Ten mundial mógłby się skończyć taki sam sposób dla Hiszpanii, bo aż przykro było patrzeć na cierpienia wielkich mistrzów. Niezależnie od sympatii, lepiej oglądać takich artystów żegnających się z tytułami łagodnie, a nie upokarzanych przez silnych rywali i własną niemoc.

To koniec reprezentacji Hiszpanii w tym formacie. Kilku piłkarzy zakończy reprezentacyjną karierę, paru będzie trzeba odstawić, a do głosu dopuścić nowych – młodych, utalentowanych i głodnych sukcesu. Nowa kadra będzie znaczyć wiele, ale ostatnie sukcesy są w najbliższych latach – a może już na zawsze? – niemożliwe do powtórzenia. Nie tylko dla ich spadkobierców, bo przegrana dzisiaj Hiszpania była drużyną stworzoną z przedstawicieli wybitnego pokolenia, kompletną i jedną z największych drużyn w historii futbolu. Po jej grze pozostaną medale, piękne wspomnienia i hiszpańska duma.

Teraz tak jak Brazylijczycy będą mieli swój dramat na Maracanie. Jeden stadion połączył dwie wielkie futbolowe nacje wspólnym cierpieniem.

Tekst dla portalu krotkapilka.pl.

Fot. goal.com.

czwartek, 19 czerwca 2014, bartoszewsky

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: gp, *.dynamic.chello.pl
2014/06/19 16:52:04
Hiszpania wróci teraz na swoje miejsce: awanse do 1/8, 1/4 i wypad. Mówi sie o talentach, ale takich piłkarzy jak Xavi czy Iniesta nie ma.
-
2014/06/22 14:08:58
Ciekawy artykuł, a tutaj znaleźć można bardzo ciekawe piłkarskie historie:
pilkarskiedialogi.blogspot.com