Na stadionach Polski i Świata.
Blog > Komentarze do wpisu

Trzeci finał Loewa

Joachim Loew / fot. skysports.com

Joachim Loew dwukrotnie prowadził drużynę w finale międzynarodowych rozgrywek. Oba mecze przegrał. Trzecią szansę na zwycięstwo otrzyma w mistrzostwach świata.

Podkreślmy: międzynarodowych rozgrywek, bo krajowe finały uzbierały się jeszcze dwa. Wygranie dla VfB Stuttgart Pucharu Niemiec w 1997 było wstępem do dobrej gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, a zwycięstwo w Superpucharze Austrii okazało się miłym początkiem złej przygody z Austrią Wiedeń.

PIERWSZY

W 1998 roku Loew doprowadził VfB Stuttgart do finału nieistniejącego już Pucharu Zdobywców Pucharów, w którym rywalem niemieckiej drużyny była Chelsea. W mało zajmującym meczu na stadionie Raasunda w Solnej lepsi byli bardziej zdeterminowani Anglicy, którymi z boiska dowodził – tu rzadki przypadek na takim poziomie – grający menedżer Gianluca Vialli. Gola na wagę zwycięstwa strzelił Gianfranco Zola. To było prawdziwe wejście smoka. Włoch pojawił się na placu gry kilkadziesiąt sekund wcześniej.

Loew miał wtedy silną drużynę. Co prawda po odejściu Giovanego Elbera do Bayernu rozpadł się ofensywny trójkąt, który był wizytówką VfB, lecz w Stuttgarcie zadbano o godne zastąpienie Brazylijczyka. W jego miejsce sprowadzono cenionego w Niemczech Jonathana Akpoborie, który miał stanowić o sile ataku drużyny Loewa razem z Fredim Bobiciem i Krasimirem Bałakowem. Plan się powiódł – Nigeryjczyk strzelił w lidze dziesięć goli, sześć dołożył w PZP, w którym był najlepszym strzelcem drużyny.

Nieźle było też na innych pozycjach. Ważną figurą w tamtym VfB był Zvonimir Soldo, który kilka tygodni później zdobył z Chorwacją brązowy medal na mundialu we Francji. W obronie grali doświadczony Thomas Berthold, mistrz świata z 1990 roku, oraz Murat Yakin, który dzisiaj z powodzeniem prowadzi FC Basel. Bramki bronił solidny Franz Wohlfahrt, wielokrotny reprezentant Austrii.

DRUGI

Na następny finał międzynarodowych rozgrywek Loew czekał nieco ponad dziesięć lat. Scena była znacznie większa – wiedeński Prater, mecz o złoto mistrzostw Europy, które odbyły się w Austrii i Szwajcarii.

Ten mecz wieńczył pierwszą dwulatkę Loewa w roli selekcjonera reprezentacji Niemiec. Kadrę przejął od Jurgena Klinsmanna, któremu asystentował w drodze po brązowy medal mistrzostw świata w 2006 roku. Nie da się rozstrzygnąć, kto miał większy wkład w odnowę reprezentacji. Podobno Klinsmann wniósł do pracy z kadrą świeże spojrzenie, amerykańskie metody i dobrą atmosferę, a Loew miał dbać przede wszystkim o taktykę. Podobno. Jakby nie było, praca tego duetu przyniosła bardzo dobry rezultat.

Kadencja Klinsmanna tchnęła entuzjazm w skostniały niemiecku futbol, dobra gra na mistrzostwach świata dała mu dużo energii, a trzecie miejsce na świecie wywołało euforię. To był tylko początek drogi reprezentacji Niemiec do sukcesów. Największy postęp kadra zrobiła już pod wodzą Loewa. I można się tylko dziwić, że przed trwającym mundialem najbliżej zwycięstwa była na początku jego pracy, właśnie w 2008 roku, a nie na następnych turniejach. Przecież już niedługo cała niemiecka piłka nabrała wielkiego rozpędu, do reprezentacji awansowało wielu utalentowanych piłkarzy, co przełożyło się na lepszą i atrakcyjniejszą grę kadry.

TRZECI

Za kadencji Loewa reprezentacja Niemiec stała się bardzo regularna – na każdym turnieju przebijała się do strefy medalowej. Zawsze brakowało jednak kropki nad "i", nigdy nie wygrała, chociaż w trakcie mistrzostw stawała się głównym faworytem do złota. Niemcy grali efektownie, z rozmachem, strzelali dużo goli, lecz w decydującym momencie zawsze zawodzili. Tak było przecież i we wspomnianym finale z 2008 roku, i w półfinale mundialu w 2010 roku z Hiszpanią, i w przegranym meczu z Włochami na Euro 2012.

Po tych meczach pojawiła się opinia, że Loew nie jest zwycięzcą. Kilka razy był blisko, ale w najważniejszych momentach przegrywał.

Teraz może pozbyć się tej łatki. Scena będzie największa z możliwych – finał mistrzostw świata na Maracanie.

Niemcy mieli różne momenty na tym mundialu. Zaczęli od rozbicia Portugalii, przeżywali trudne chwile z Ghaną i Algierią, pewnie wygrali z Francją, wreszcie zdemolowali Brazylię. Ten mecz był ich popisem, nikt wcześniej nie widział na tym poziomie czegoś podobnego, chyba też już nie zobaczy, bo takie wydarzenia mają miejsce raz na sto lat. Niemcy udawało się na boisku wszystko; to był popis z tych, które trudno oddać słowami. 

Zawsze po takich meczach powstaje wrażenie, że już w następnym musi być dół, kryzys, słabsza forma. To trochę intuicyjne sprowadzenie sprawy do tego, że Niemcy się wystrzelali, osiągnęli swój szczyt i kilka dni później nie mogą zagrać nawet w połowie tak znakomicie. Twardszy argument: Argentyna jest drętwa w ataku, ale akurat w obronie solidna, ostrożna i wyrachowana. Nie da się z nią pograć tak jak z Brazylią.

Niemcy czekają na złoto wielkiego od mistrzostw Europy w 1996 roku. Nie mają na co narzekać, w XXI wieku tylko raz nie zdobyli medalu, lecz z niecierpliwością czekają na zwycięstwo.

Loew też nie może doczekać się chwili triumfu. Dwa finały już przegrał. Do trzech razy sztuka?

fot. skysports.com

niedziela, 13 lipca 2014, bartoszewsky

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: