Na stadionach Polski i Świata.
Blog > Komentarze do wpisu

Trzeci raz Generała

Anghel Iordanescu / for. fanatik.ro

Anghel Iordanescu trzeci raz został selekcjonerem reprezentacji Rumunii. „Generał” wraca do zawodu po siedmiu latach przerwy.

I

Był początek września 1994 roku. Anghel Iordanescu odebrał z rąk prezydenta Rumunii Ioana Iliescu nominację na stopień generała majora armii. Później powie, że był to jeden z najszczęśliwszych dni w jego życiu.

Szlify generalskie stanowiły dowód wdzięczności narodu za świetną grę kadry na mundialu w Stanach Zjednoczonych. Rumuni w fazie grupowej ograli gospodarzy i wysoko notowaną Kolumbię, później wyrzucili z turnieju Argentynę, a awans do strefy medalowej przegrali ze Szwecją dopiero w rzutach karnych. Ćwierćfinał mistrzostw świata i tak był największym sukcesem reprezentacji, a Iordanescu stał się jego twarzą na równi z mającym za sobą świetny turniej Gherorghe Hagim.

Nominacja generalska była też dla Iordanescu symbolicznym zwieńczeniem drogi na szczyt. Rozpoczął ją jeszcze jako piłkarz Steauy Bukareszt – do dziś jest najlepszym strzelcem w jej historii – z którą w 1986 roku zdobył Puchar Mistrzów. W finałowym meczu z Barceloną zagrał kilka miesięcy po faktycznym zakończeniu kariery, był już wtedy asystentem trenera Emerica Jeneia, ale w końcowych fragmentach meczu dobrze regulował tempo gry i pomógł drużynie dotrwać do konkursu jedenastek. Ten był popisem bramkarza Helmutha Ducadama, który obronił aż cztery rzuty karne. Piłkarze Steauy mogli świętować wielki triumf.

Powody do zadowolenia miał też rumuński dyktator Nicolae Ceausescu. Jego syn Valentin był opiekunem wojskowej Steauy. Ale to już zupełnie inna historia.

Tytuł najlepszej drużyny Europy Steaua potwierdziła kilka miesięcy później wygrywając z Dynamem Kijów w meczu o Superpuchar Europy. Trenerem był już Iordanescu. Drużyna pod jego wodzą potwierdzała siłę w kolejnych latach. O ile seryjnie zdobywane mistrzostwa Rumunii można traktować z przymrużeniem oka, o tyle awans do finału Pucharu Mistrzów w 1989 roku był poważnym osiągnięciem i ugruntował pozycję Iordanescu – wtedy jeszcze tylko pułkownika – w rumuńskim futbolu.

Na posadę selekcjonera musiał jednak jeszcze poczekać. Kadrę objął dopiero w połowie 1993 roku, na finiszu eliminacji do mistrzostw świata. To była misja ratunkowa. Zakończyła się sukcesem – Rumuni wygrali trzy mecze i mogli później podbijać amerykańskie boiska.

Po mundialu w USA było nieco gorzej, ale wciąż na tyle dobrze, że Rumunia kwalifikowała się do finałowych turniejów. To była silna, pełna osobowości drużyna. Liderem był Hagi, dużo do powiedzenia miał Gheorghe Popescu, który był nawet kapitanem Barcelony. Mocną pozycję w Anglii zbudował sobie Dan Petrescu, pewne miejsce w FC Koeln miał Dorinel Munteanu, pokazywali się Adrian Ilie i Viorel Moldovan.

Do powtórzenia osiągnięcia ze Stanów Zjednoczonych to jednak nie wystarczyło. Na Euro '96 Rumuni grali nieszczęśliwie i odpadli w fazie grupowej. Na mistrzostwach świata we Francji było lepiej – przebili się do drugiej rundy, ale w 1/8 przegrali z Chorwacją. To był koniec pierwszej kadencji Iordanescu.

II

Teraz „Generał” Iordanescu wraca. Ojczyzna znalazła się w potrzebie.

Victor Piturca porzucił kadrę w niezłym stanie – siedem punktów w trzech grach eliminacji do mistrzostw Europy – ale niemal z dnia na dzień, na kilka tygodni przed ważnym meczem z Irlandią Północną. Zrejterował do Arabii Saudyjskiej. W Al-Ittihad zarobi górę petrodolarów.

Następcy trzeba było szukać szybko. Na przejęcie reprezentacji próbowano namówić Munteanu, kiedyś rzetelnego pomocnika, ale rekordzista Rumunii pod względem liczby meczów w kadrze zasłonił się ważnym kontraktem z azerskim Gabala FK. Selekcjonerski fotel nie skusił też Mircei Lucescu, który nie chciał rezygnować z dobrej posady w Szachtarze Donieck. Innych kandydatów nie było.

Zwrócono się więc do Iordanescu. Z konieczności. Akurat był pod ręką – od kilku miesięcy pracował jako dyrektor sportowy rumuńskiej federacji. Znalazł się po prostu w dobrym miejscu i korzystnych okolicznościach. Wykorzystał sytuację. Choć obserwując jego powrót, nie można uciec od wniosku, że wybrano przeszłość, a nie teraźniejszość. Decydował sentyment; wiara w to, że razem z powrotem Iordanescu wrócą sukcesy rumuńskiej piłki. I jest w tym coś rozpaczliwego.

Od ostatnich godnych uwagi wyników „Generała” – awansu do drugiej rundy mundialu w 1998 roku – minęła cała epoka. Dla Iordanescu był to czas rozczarowań i odcinania kuponów od dawnej sławy. Kariera gasła. Półroczną przygodę z kadrą Grecji zakończył konflikt z miejscowymi działaczami, nieudane okazało się też drugie podejście do pracy z reprezentacją Rumunii. Przerżnął z nią walkę o awans do Euro 2004 i w kiepskiej atmosferze odszedł po niezłym początku eliminacji do mistrzostw świata w Niemczech. Lepiej wiodło mu się w Zatoce Perskiej – tam zawsze panował niezły klimat dla trenerów z Europy Środkowej – ale dobre wyniki z tamtymi klubami nie robiły na nikim wrażenia. W końcu i one się skończyły.

Wreszcie powiedział sobie: „dość”. Był 2007 rok.

Miał wtedy nowy narkotyk – politykę.

Już w 2004 roku – był wtedy jeszcze selekcjonerem reprezentacji Rumunii – wystartował do rumuńskiego senatu z ramienia opozycyjnej wówczas Partii Socjaldemokratycznej. Mandatu nie zdobył, ale nie zrezygnował z działalności politycznej. W 2008 roku został senatorem, a cztery lata później kandydował na burmistrza Bukaresztu z poparciem centrolewicowego Narodowego Związku na rzecz Rozwoju Rumunii. Nadzieje miał duże. - Jestem pewny zwycięstwa – mówił na starcie kampanii wyborczej.

Mieszkańcy Bukaresztu nie podzielili jego entuzjazmu. Dostał tylko 1,4% głosów. Tyle samo co szemrany właściciel Steauy Gigi Becali.

Z futbolem miał mniejszy kontakt. Owszem, czasami widziano go w tej czy innej roli, namawiano do kandydowania na stanowisko szefa rumuńskiej federacji, ale niewiele z tego wychodziło. Aż do maja tego roku, gdy został dyrektorem technicznym związku.

Dalszy ciąg już znamy.

III

Eliminacyjny mecz z Irlandią Północną będzie dla Iordanescu powrotem z dalekiej podróży. Siedem lat poza zawodem to dużo.

Wyobraźmy sobie, że nagle, w samym środku eliminacji, w dodatku na kilka tygodni przed ważnym meczem, selekcjonerem reprezentacji Polski zostaje Jerzy Engel. To byłby podobny przypadek.

Iordanescu będzie pewnie utrzymywał, że z prowadzeniem drużyny piłkarskiej jest tak samo jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina. Podobnie uważa Hagi. - To wspaniały trener – powiedział „Reutersowi”. - Jego kariera była pełna sukcesów. To człowiek, który zna się na swojej pracy - mówi o swoim dawnym szkoleniowcu.

O piłkarzach i osobowościach pokroju Hagiego może tylko pomarzyć. Rumunów nie spotka się obecnie w czołowych klubach kontynentu, rozjechali się po europejskich średniakach, w których z reguły – wyłączając rodzime zespoły – grają najwyżej drugoplanowe role. Najlepszym ambasadorem tamtejszego futbolu wciąż jest Lucescu, który od lat pozostaje na trenerskim posterunku w Szachtarze.

Dość powiedzieć, że najgłośniejszym echem w ostatnim czasie odbił się występ stopera Constantina Motiego w meczu eliminacji Ligi Mistrzów. Piłkarz bułgarskiego Łudogorca Razgrad nie został jednak doceniony za dobrą grę w obronie, lecz awaryjne zastąpienie wyrzuconego z boiska bramkarza i obronę aż dwóch rzutów karnych w konkursie jedenastek. Wyczyn to nie lada, jednak z punktu widzenia jakości gry kadry jednak bez znaczenia; w futbolu było to wydarzenie równe narodzinom dwugłowego cielaka.

Iordanescu podpisał roczną umowę. Cel jest oczywisty – awans do finałów Euro 2016. Sytuacja wydaje się obiecująca: zmiana formatu rozgrywek ułatwia realizację planu, a grupa wydaje się miałka, pozbawiona wyrazistego lidera. W dodatku Grecy, którzy ostatnio regularnie kwalifikowali się do wielkich turniejów, przeżywają duże zawirowania i słabo rozpoczęli eliminacje. Zresztą również za sprawą Rumunów, którzy ograli ich w Pireusie.

Po raz ostatni Rumunia grała na wielkim turnieju w 2008 roku. W poprzedniej dekadzie był to tylko jednorazowy wyskok, awans bez kontynuacji w następnych eliminacjach.

Może jeśli generał Iordanescu ponownie wprowadzi reprezentację do europejskiej elity – nawet jeśli ta została niepotrzebnie rozdęta – to doczeka się awansu na stopień marszałka rumuńskiej armii...

piątek, 14 listopada 2014, bartoszewsky

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: przecinek, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/11/14 14:56:03
Nie no, 3 tytuły z rzędu Steauy mogą nie robić same w sobie wrażenia, ale te mistrzostwa zostały wygrane bez przegranego meczu! Nawet traktując Rumunię jako zaścianek, ciężko wskazać zespół, który nie przegrałby w ponad setce kolejnych spotkań ligowych.

Przykre że Iordanesu po takich sukcesach, najlepsze oferty jakie dostawał t z Famagusty, Grecji, czy Bliskiego Wschodu. Przykre że zachód tak gwiżdże na trenerów zza dawnej żelaznej kurtyny.
-
2014/11/14 22:43:44
Z pewnością jego powrót zadziała na korzyść kadry, tak jak już to z resztą bywało.
-
Gość: wastyland, *.icpnet.pl
2014/11/16 08:08:03
Po porażce Grecji Rumunii mogą już praktycznie rezerwować bilety do Francji. O drugie miejsce powalczą Węgry z Irlandią Płn.
-
2014/11/19 22:09:53
@przecinek
Pytanie - ile Steaua z takim protektorem jak Valentin Ceausescu mogła przegrać? Liga rumuńska chyba nie była wtedy zbyt czysta.

@wastyland
Wydaje się, że brak awansu do ME w takich okolicznościach byłby dużą sztuką.