Na stadionach Polski i Świata.
wtorek, 30 stycznia 2007
Polscy piłkarze ręczni mają szansę iść śladami naszych siatkarzy. Kto by o tym pomyślał przed rozpoczęciem mistrzostw świata?

Teraz ta wizja jest całkiem realna. Reprezentacja Rosji to mocna, doświadczona, ograna w meczach o stawkę ekipa. I bardzo zgrana - większość zawodników na codzień występuje w barwach silnych Czechowskich Niedźwiedzi. Ale na tych mistrzostwach Rosjanie nie pokazuje nic ciekawego, a do ćwierćfinału awansowali dość szczęśliwie. Jeśli mogliśmy wygrać z Niemcami, to ze sborną możemy tym bardziej. Przed MŚ tego dokonaliśmy, wygrywając w towarzyskim meczu 32:30.

Zwłaszcza, że po naszych nie widać ani cienia zmęczenia i prezentują się coraz pewniej. Z meczu na mecz lepiej gra Marcin Lijewski, który dał prawdziwy koncert w spotkaniu ze Słowenią i poprowadził nasz zespół do zwycięstwa. Siła naszego zespołu tkwi w wyrównanym składzie - Bogdan Wenta korzysta z usług wszystkich (oprócz Zbigniewa Kwiatkowskiego) zawodników i się nie zawodzi.

Marzeniom o medalu (i finale!) sprzyja układ turniejowej drabinki, która wyraźnie zakładała, że grupę wygrają Niemcy. Gdyby reprezentacja Polski wygrała z Rosją, spotka się w półfinale z Islandią albo Danią. W tym samym czasie, w drugiej połówce drabinki wycinać się będą nawzajem Chorwacja, Hiszpania Francja i Niemcy! Stratę pierwszego miejsca w grupie Niemcy musieli sobie osłodzić zamieniając w ostatniej chwili hale, w których zagrają ćwierćfinaliści. Nie ma co na to narzekać. Trzeba wygrać. A swoją drogą - według starego regulaminu MŚ już bylibyśmy w półfinale...

Siatkarzom zwycięstwo z Rosją dało przepustkę do sterfy medalowej, a później do finału. Czy będzie powtórka w wykonaniu szczypiornistów? Poprzednie mecze każą mi sądzić, że tak.

- Do otwartego Polsatu przeniesiemy transmisje, jeżeli zawodnicy trenera Wenty dojdą przynajmniej do ćwierćfinału - mówił przed mistrzostwami świata szef sportu w Polsacie Marian Kmita.

Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że transmisji w Polsacie nie będzie. Kibice, którzy nie posiadają dostępu do Polsatu Sport, będą musieli się zadowolić się retransmisją w nocy. A miało być inaczej. Bo przecież słowo "transmisja" oznacza relację na żywo. Taki telewizyjny wyga jak Kmita, po prostu musi to wiedzieć. Dlaczego więc rzuca słowa na wiatr?

Polsat oczywiście nie ma obowiązku pokazywania tego meczu w otwartym paśmie - jako stacja komercyjna powinien kierować się własnymi interesami i perspektywą zysków. Pytanie tylko, czy transmisja meczu reprezentacji Polski walczącej o wejście do strefy medalowej mistrzostw świata, nie przyniosłoby stacji większego prestiżu i dochodów niż kolejny odcinek jakiegoś teleturnieju czy serialu.

Przede wszystkim jednak, jeśli się coś zapowiada, to powinno się z tego wywiązywać. Tymczasem Polsat, ustami Mariana Kmity, mówi co innego niż robi, czyli rozmija się z prawdą. Kłamie.

A tego z szacunku do widzów robić nie powinien.

15:11, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 stycznia 2007

Zbigniew Boniek wraca do wielkiej gry?Walki straciły początkowy rozmach i przybrały formę wojny pozycyjnej. Wciąż jednak jest sporo zamieszania i to w szeregach obu zwaśnionych stron.

1. Ułańska szarża Tomasza Lipca miała jeden poważny niedostatek – brak planu awaryjnego. Wiadomym było, że szturm na niezależność związku nie spodoba się w FIFA i działacze tej federacji nie przyznają polskiemu ministrowi orderów za bohaterstwo na polu bitwy oraz obalenie tego tyrana Michała Listkiewicza. Lipiec jakby o tym zapomniał. Teraz niby to udaje twardego, ale jednak trochę mięknie, kluczy, szuka rozwiązania. Przelicytował? A może wbrew pozorom ma wszystko pod kontrolą?

2. Na zachodzie tymczasem bez zmian, aliści tylko w polskiej sprawie. Cała śmietanka europejskiego futbolu przez ostatnie kilka dni podekscytowana była wyborami nowego sternika UEFA, który dokonać miał się na polu elekcyjnym w Duesseldorfie. Głos zabrał w zasadzie tylko gensek FIFA Urs Linsi, który jednak tylko powtarzał to, co już wszyscy od dawna doskonale wiedzą. Nawet tak wytrawny lew salonowy, jak Ryszard Czarnecki (który notabene wygryzł ze składu delegacji Zdzisława Kręcinę) swoimi kuluarowymi działaniami niewiele ugrał. Teraz wszyscy liczą, że sprawę załatwi Zbigniew Boniek, przyjaciel prezydenta-elekta UEFA Michela Platiniego. Oby się nie przeliczyli...

3. Jednak bez wątpienia Zibi wraca do wielkiej gry. Boniek to zaprawiony w bojach, wytrawny strateg. Kogoś takiego nie ma ani w sztabie Lipca, brakuje też takiej postaci wśród adiutantów Listkiewicza. Boniek wraca więc, z błogosławieństwem szefa PKOl Piotra Nurowskiego, w roli raczej bezstronnego negocjatora-ratownika, z precyzyjnie nakreślonym planem działania. Koncepcja prosta i rozsądna: zawieszony zarząd PZPN składa dymisję na piśmie, minister sportu go odwiesza, sąd wprowadza kuratora, a FIFA nie może się do niczego przyczepić. Proste, łatwe i przyjemne, nieprawdaż? Kłopot w tym, że plan Bońka zakłada tak zwaną dobrą wolę członków zawieszonego zarządu. I choćby z tego względu wykonanie jego wydaje się dość mało prawdopodobne. Cieszy to pewnie Jana Tomaszewskiego, który miast życzyć szybkiego rozwiązania sporu, ma zapewne nadzieję, że wszystkie działania Bońka spalą na panewce, a na byłego piłkarza Juventusu nie spłyną żadne pochwały i zaszczyty.

4. Panowanie nad PZPN przejął tymczasowo Andrzej Rusko i już wygnał ze związku przewodniczącego wydziału dyscypliny – Krzysztofa Malinowskiego. Pozostali członkowie tego gremium skapitulowali sami. Na ich miejsce przybył już mecenas Michał Tomczak, który przejął obowiązku Malinowskiego. Kiedy dobierze już sobie współpracowników, wreszcie będzie można zacząć karać, rozliczać i skazywać na środowiskowy ostracyzm. Znany jest też już termin Walnego Zgromadzenia PZPN. Kandydaci na prezesa swoje atuty 2 marca. Może by tak odwołać się do historii i elekcję zorganizować na osiedlu Kamionek na warszawskiej Pradze Południe?

5. Do pieca dorzuca Sepp Blatter i grozi. FIFA żąda też zmiany ustawy o sporcie kwalifikowanym.  

6. Jakby mało było problemów, oliwy do ognia dolał Hrihorij Surkis, który zaatakował – na razie tylko słownie – ministra Lipca, nazywając go wrogiem Euro 2012 w Polsce i Ukrainie. Można tak stwierdzić, ale i tak wiadomo, że winna jest UEFA, która wybór gospodarza mistrzostw Europy złośliwie przełożyła z grudnia na kwiecień. I jak tu zawierzyć rzekomo dobrej woli europejskiej federacji? A Lipiec atak odpiera, zarzuty są według niego – jakby to powiedział premier Jarosław Kaczyński – oczywistą nieprawdą.

7. Michał Listkiewicz stwierdził na kongresie UEFA w Duesseldorfie, że już ma wszystkiego dość i chętnie zrezygnowałby jak najszybciej. Jakiś figlarz, nie wierząc w szczerość zapewnień prezesa, odparł, że "nie uwierzy, dopóki nie zobaczy". Szkoda, że nie podano nazwiska autora tej trafnej riposty.

Rozejm? Na razie się nie zapowiada.

piątek, 26 stycznia 2007
Michel PlatiniMichel Platini został nowym prezydentem UEFA. I to jest bardzo dobra wiadomość.

Bardzo mnie cieszy sam fakt, że na czele europejskiego futbolu stanie jedna z jego najwybitniejszych postaci, jaką Platini niewątpliwie jest. Wybór Francuza na prezydenta UEFA powinien być dla niej ożywczym powiewem świeżości, który po 17-letniej kadencji Lenarta Johanssona wydaje się niezbędny. W europejskiej federacji podobnie jak w PZPN nadszedł już czas na zmiany. Zmiana prezydenta im sprzyja, pozostaje tylko pytanie, w jakim stopniu Michel pozostanie wierny swoim obietnicom, które głosił podczas kampanii wyborczej? O tej, która wywołała najwięcej medialnego szumu – reformie Ligi Mistrzów, już swego czasu pisałem. Już sam tytuł: „Platini na prezydenta!”, świadczy o tym komu życzyłem lepiej podczas elekcji w Dusseldorfie. Mam więc nadzieję, że prezydent-elekt pozostanie wierny temu co mówił podczas swojej kampanii wyborczej i rzeczywiście zboczy z komercyjnego kursu naznaczonego przez Johannsona.

Co oznacza wybór Platiniego dla Polski? Tak naprawdę trudno orzec. Nie od dziś wiadomo o przyjaźni łączącej Francuza ze Zbigniewem Bońkiem. Nie dziwią więc pojawiające głosy, że dzięki tej znajomości i dyplomatycznym zabiegom Zibiego, Polska może zostać uchroniona od najgorszego, czyli wykluczenia z międzynarodowych rozgrywek. Szkopuł w tym, że akurat w tym przypadku przyjaźń ma chyba nie wiele do rzeczy. Całość warunkuje bowiem statut i to nie UEFA, a FIFA. Co prawda jej prezydent Sepp Blatter popierał Platiniego, ale tak do końca nie wiadomo, czy czynił to ze swojego rzeczywistego przekonania do Francuza, czy z niechęci do Johanssona. W każdym razie, pewne jest jedno. Dzięki zwycięstwu Platiniego, znów jedną z najważniejszych postaci w naszym, a być może i europejskim, futbolu jest Boniek. Na razie bez żadnej funkcji. Jak długo?
Moje obawy dotyczące polskich piłkarzy ręcznych na szczęście się nie potwierdziły. Podopieczni Bogdana Wenty wygrali z Islandią i ćwierćfinał jest już naprawdę tuż, tuż. Żeby w nim zagrać Polacy muszą wygrać przynajmniej jeden z dwóch pozostałych meczów. A najlepiej dwa, żeby w ¼ finału uniknąć gry z Hiszpanią lub Chorwacją. I właśnie zwycięstwo w meczach z Tunezją i Słowenią trzeba stawiać reprezentacji za mus, bo patrząc na dyspozycję naszych rywali, strata punktów w tych meczach byłaby naprawdę fatalnym marnotrawstwem.

Spotkanie z Islandią to był w gruncie rzeczy mecz prawdy dla obu reprezentacji. Polacy chcieli pokazać, że mecz z Francją był jedynie wypadkiem przy pracy, a Islandczycy potwierdzić, że dotychczasowe zwycięstwa to nie przypadek. I na dobrą sprawę, mimo zwycięstwa Polski, udało się to obu zespołom. Bo to naprawdę było bardzo dobre spotkanie z obu stron. Kapitalne również do oglądania – na myśl przywodziło zwycięski bój z Niemcami; dramaturgia była podobna.

Dobrze, że po zupełnie nieudanym spotkaniu z Francją odbudował się Mariusz Jurasik, który był najskuteczniejszym strzelcem reprezentacji w starciu z Islandią. Podobnie rzecz się ma z Karolem Bieleckim, który wziął na siebie ciężar gry w końcówce gry i wykonywał najważniejsze rzuty. Odnotować trzeba kolejny dobry mecz Michała Jureckiego. O ile w meczu z Niemcami spisywał się znakomicie w obronie, to teraz dużo wniósł do naszego ataku. Trzeba też podziwiać Bartosza Jureckiego, który niesłychanie walczy na kole. Z meczu na mecz coraz lepiej gra Marcin Lijewski, ale to jeszcze nie jest to, czego można by od niego oczekiwać.

Ten tekst można by ponownie zatytułować „drużyna z charakterem”, bo nasi szczypiorniści znów pokazali niesamowity hart ducha. I znów udowodnili, że stać ich na wiele. I niech potwierdzają to z takim skutkiem jak z Islandią jak najdłużej, już w bezpośredniej walce o medale.
czwartek, 25 stycznia 2007
Druga połowa meczu z Francją to była bolesna lekcja dla polskich szczypiornistów. Teraz trzeba ją jak najlepiej spożytkować i wyciągnąć właściwe wnioski. Każde, nawet najbardziej dotkliwe doświadczenia mogą jeszcze w tym turnieju zaprocentować dla sukcesu polskiej reprezentacji.

Bardziej niepokojące od samej porażki z mistrzami Europy, są słowa Bogdana Wenty, który mówi, że przed meczem nie było w jego zawodnikach widać zacięcia. Obawiam się, żeby po zwycięstwie z Niemcami nie doszło do zbytniego rozprężenia wśród naszych reprezentantów. Jeszcze na długo przed mistrzostwami mówiono, że mecz z gospodarzami będzie równie ważny, co prestiżowy i bardzo podsycano przed nim atmosferę. Całkiem naturalne, że po wygranej z zawodników zeszło napięcie. Problem w tym, żeby nie uleciała również motywacja, a plan na te mistrzostwa nie został uznany za wykonany.

Wszystko wskazuje na to, że wystarczy wygrać tylko w bezpośrednim meczu ze Słowenią (z którą notabene na zeszłorocznych mistrzostwach Europy przegraliśmy), by awansować do ćwierćfinału MŚ. Ale nie o to chodzi. Trzeba walczyć o pełną pulę i o zwycięstwa także z Islandią, która cztery lata temu zamknęła nam drogę do olimpijskich kwalifikacji i z którą zawsze gra nam się bardzo ciężko, oraz z czwartą obecnie drużyną globu – Tunezją. Wierzę, że Bogdan Wenta i zawodnicy chcą nie tylko awansować do ćwierćfinału, ale także zrobić to w jak najbardziej przekonującym stylu. Stać ich na to.
14:42, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (3) »
środa, 24 stycznia 2007
Mirosław TrzeciakWojna podjazdowa w PZPN trwa nadal i nic nie zapowiada rychłego rozejmu. Piłkarze tymczasem ładują akumulatory na rozmaitych zgrupowaniach, a klubowi działacze korzystają z dobrodziejstw otwartego na oścież okna transferowego. Już jednak można wskazać zespół, który zimą wzmocnił się prawdopodobnie najbardziej.

To Legia Warszawa. I nie chodzi mi o zakup Bartłomieja Grzelaka, za którego notabene – moim zdaniem – trochę jednak przepłacono. Władze Legii postanowiły ściągnąć na Łazienkowską również Mirosława Trzeciaka, który jako dyrektor ds. rozwoju sportowego ma odpowiadać za działanie całego pionu sportowego w klubie.

Dyrektor sportowy to w nowoczesnym klubie postać konieczna. W Polsce takie stanowisko w strukturach klubowych długo nie istniało, a gdy prezesi uznali, że jednak jest potrzebne, pojawiał się kłopot, kim je obsadzać. Stąd też w roli szefów pionów sportowych pojawiali się głównie nieudacznicy, ludzie nieprzygotowani do pełnienia tej funkcji, tacy, którzy nie sprawdzili się gdzie indziej, albo po prostu łączący wszystkie te cechy. Prawdziwych fachowców wśród dyrektorów polskich klubów można by policzyć na palcach jednej ręki poszkodowanego przez los pracownika tartaku. Wzorowo pracuje w Koronie Kielce Piotr Burlikowski, duże nadzieje pokładane są przez działaczy Zagłębia w Jakubie Jaroszu. I tyle.

Akurat Trzeciak ma wszelkie dane, by wzorowo pokierować pionem sportowym Legii. Nietuzinkowy był w trakcie piłkarskiej kariery, taki też pozostał po jej zakończeniu. Prawdziwy erudyta, człowiek o szerokich horyzontach, za pan brat ze wszystkimi szkoleniowymi nowinkami. Nie dziwne, skoro trenerskie wykształcenie i pierwsze szlify w tym zawodzie zdobywał w Hiszpanii. Może więc na Polski grunt próbować przenieść najlepsze wzorce z zagranicy, bo zna je z autopsji, a nie z opowiadań. Widać, że ma jaśnie nakreślony cel pracy w Legii – budowa profesjonalnego systemu szkolenia młodzieży. Ponadto, jak zapowiada, najpierw chce penetrować polski rynek w celu szukania wzmocnień, a dopiero później spoglądać za granicę. Jakże takie podejście różni się od pracy pseudofachowców, ściągających z Bałkanów wagony tanich piłkarzy trzeciej kategorii, nie zwracając w ogóle uwagi na najbliższą okolicę.

Jako piłkarz Mirosław Trzeciak aż dziewięć sezonów spędził w Lechu Poznań, dla którego w ekstraklasie rozegrał 191 meczów i strzelił 51 goli. Wraz z Kolejorzem zdobył trzy mistrzostwa Polski, sięgnął też po dwa Superpuchary i jeden Puchar kraju. W kronikach Lecha zapisał się bardzo dobrze, bo to był po prostu świetny piłkarz, na którego grę patrzyło się z prawdziwą przyjemnością.. Kibice Kolejorza mogą zatem tylko utyskiwać nad tym, że nikt z władz poznańskiego klubu nawet nie pomyślał o tym, żeby zaproponować Trzeciakowi pracę w klubie z ulicy Bułgarskiej. W Lechu tradycja klubu jest bardzo szanowana, zatrudnienie kolejnego piłkarza, który właśnie w niebiesko-białych barwach odnosił spore sukcesy, byłoby kolejnym tego potwierdzeniem. Prawdziwą radość wszystkim sprawiłoby również to, że wybitnie nieudolnego dyrektora sportowego Marek Pogorzelczyk zastąpiłby związany z Lechem fachowiec. Ale jak niby Trzeciak miałby się dogadać z Franciszkiem Smudą, trenerskim szarlatanem, który poziom obciążeń treningowych dobiera za pomocą swego nosa, a piłkarzy przydatność piłkarzy do zespołu ocenia również po tym jak chodzą po schodach? No właśnie. Szkoda.

Na razie wydaje się, że zatrudnienie Trzeciaka przez Legię to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Jednak jak to zwykle bywa, o tym czy w istocie tak jest, przekonamy się dopiero po owocach pracy nowego dyrektora sportowego aktualnego mistrza Polski.
 
1 , 2 , 3