Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Zwolnienie z pracy w trakcie imprezy mistrzowskiej to dla trenera zawsze olbrzymi dyshonor. Henryk Kasperczak takie upokorzenie musi przeżywać już po raz drugi.

Niemal 10 lat temu, podczas mistrzostw świata we Francji, prowadzona przez Kasperczaka reprezentacja Tunezji przegrała 0:2 z Anglią oraz 0:1 z Kolumbią i już po dwóch meczach straciła szansę na wyjście z grupy. Szefowie tunezyjskiej federacji, rozwścieczeni takim, a nie innym rozwojem wypadków, nie czekali do końca turnieju i wyrzucili Polaka z roboty jeszcze przed ostatnim meczem. Zmiana na stanowisku trenera przyniosła w miarę pozytywny efekt. W swoim ostatnim meczu Tunezyjczycy, których prowadził już asystent Kasperczaka Ali Selmi, zremisowali 1:1 z Rumunią.

Minęło 10 lat i historia prawie się powtórzyła – w trakcie Pucharu Narodów Afryki Kasperczak stracił posadę selekcjonera reprezentacji Senegalu. Tym razem Polak podobno nie został pogoniony przez rozjuszonych działaczy, lecz podobno sam zrezygnował z dalszej pracy. Jakkolwiek by nie było, cała sytuacja to policzek dla trenera, który w mistrzostwach Afryki zdobywał już medale.

Nie sposób nie zauważyć, że los nie jest ostatnio łaskawy dla Kasperczaka. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że jego trenerska kariera znalazła się na krzywej opadającej. Nie tylko za sprawą niepowodzenia w Senegalu. Wcześniej przecież Kasperczak został wyrzucony z Wisły Kraków i można się tylko spierać, czy bardziej ze względu na porywczy charakter właściciela klubu, kompromitujące występy w europejskich pucharach czy konieczność nowego otwarcia.

Mimo wszystko, Kasperczak wciąż cieszy się znakomitą renomą i wcale nie będzie zmuszony szukać ciekawej pracy. To ona go znajdzie. Pewnie już wkrótce w gazetach przeczytamy nie tylko ploteczki o tym, że wciąż chrapkę na zatrudnienie Henri’ego ma Lech Poznań, ale także żale Franciszka Smudy, skarżącego się, że Kasperczak robi mu koło pióra.

Nie można też wykluczyć, że pan Henryk żegna się z Afryką tylko na chwileczkę i już niedługo zluzuje Bertiego Vogsta na stanowisku selekcjonera reprezentacji Nigerii. W końcu działacze tamtejszej federacji jakiś czas temu mieli ponoć wielką ochotę, by zatrudnić Polaka, a Niemiec również poczyna sobie bardzo nieporadnie...
sobota, 26 stycznia 2008
Biorę do ręki gazetę: Klimek. Włączam telewizor: Klimek. Wchodzę na portale internetowe: Klimek. Lodówki na wszelki wypadek nie otwieram, bo boję się, że uśmiechnięta buzia małego Klemensa mogłaby pojawić się również tam.

Podnieta, którą wywołuje każdy ruch Murańki jest niebywale przesadzona, ale trudno się jej dziwić. Media, kibice i biznes, jakim są skoki narciarskie, potrzebują bohaterów, a Klimek jest wprost wymarzonym kandydatem, by stać się gwiazdą. Ba, już nią jest! Na początku roku Klemens stał się bodaj najbardziej rozpoznawalnym polskim sportowcem, a w każdym razie zawodnikiem, który budzi najwięcej emocji. Historia o chłopcu, który uprawia niebezpieczną dyscyplinę sportu i już - mimo dziecięcego wieku i mikrej postury - rywalizuje wśród dorosłych jest przecież bardzo atrakcyjna i świetnie się sprzedaje. Podobnie jak wszystkie opowieści o tym, ile musiał wypić wody przed skokiem lub gawędy o przydużym kombinezonie, spychające na daleki margines wieści o dobrych występach Justyny Kowalczyk. A że idol nad idole – Adam Małysz - przeżywa ciężkie chwile, tym większą popularnością cieszy się ten, który mógłby go zastąpić. Balonik nadziei i oczekiwań pompowany jest bardzo intensywnie.

Istotne, by w tym całym szaleństwie nie przekroczyć pewnej cieniutkiej granicy, po minięciu której zaczynają tryskać gejzery wody sodowej, a forma sportowa, chęć do pracy i zdrowy rozsądek ulatują gdzieś w nieznanym kierunku. Z nadmierną sławą i nagłym przypływem gotówki nie radzili sobie w końcu dużo starsi i – wydawało się – bardziej ustabilizowani emocjonalnie od Murańki, trwoniąc swój talent w przykry sposób. Obawiam się, by w tym przypadku nie było podobnie. Same umiejętności nie wystarczą – trzeba jeszcze twardo stąpać po ziemi.

To, czy Klimkowi zaszumi w głowie, czy przetrwa ten cały zgiełk bez szwanku zależy w dużej mierze od jego otoczenia. Niestety, sporo zamieszania prowokuje ojciec samego zawodnika. Nie wiem, czy to sprawa zapachu forsy, który poczuł, sławy, czy przekonania o nieskończonym talencie syna, ale szantaż, którego się dopuścił, świadczy o tym, że pan Murańka chyba trochę stracił kontakt z rzeczywistością. Na przyszłość wróży to fatalnie. 

Zgadzam się z Milgordem: Klimkowi bardziej niż zainteresowanie całego narodu potrzebny jest spokój. Dajmy mu go. Im szybciej, tym lepiej.
12:31, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (4) »
sobota, 19 stycznia 2008
Oby tak było również w sobotę i niedzielę.

Dwa zwycięstwa dzielą polskie siatkarki od wywalczenia prawa gry na igrzyskach olimpijskich w Pekinie.

Mało to czy dużo? Wydaje się, że niewiele, bo czym są dwa wygrane mecze i sześć zwycięskich setów wobec czasochłonnych planów, długich i ciężkich przygotowań czy wieloletnich marzeń? Punkt widzenia zmienia się jednak, kiedy spojrzy się na to, z kim Polki będą musiały się rozprawić. Faza pucharowa turnieju w Halle to tak naprawdę małe i skondensowane mistrzostwa Europy. Żeby zapewnić sobie prawo gry w Pekinie, trzeba będzie wygrać z Serbią i najprawdopodobniej z Rosją, czyli z reprezentacjami, którym nie daliśmy rady w walce o medale podczas ubiegłorocznego czempionatu Starego Kontynentu. Czas na rewanż.

By się dokonał, Polki muszą zagrać o wiele lepiej niż w meczach z Holandią, Niemcami i Turcją. Banał, ale poprzeczka będzie zawieszona znacznie wyżej. Waleczności i zaangażowania naszym zawodniczkom nie sposób odmówić, ale o jakości gry można już dyskutować. Denerwują przede wszystkim – tak charakterystyczne dla kobiecej siatkówki – przestoje, potężna huśtawka formy, nieustanna przeplatanka momentów beznadziejnych z fantastycznymi. W meczach z grupowymi rywalami było to widoczne aż nadto, ale na szczęście nie przeszkodziło w odnoszeniu zwycięstw. Rozmaite turbulencje w grze udaje się pomyślnie pokonywać także dlatego, że Marco Bonitta ma dość spore pole manewru i umiejętnie z niego korzysta. Cieszy to, że każda z naszych zawodniczek ma swój mniejszy lub większy wkład w dotychczasowe zwycięstwa i nawet jeśli pojawia się na parkiecie na krótko – jak choćby Milena Rosner – to wnosi do gry sporo dobrego.

Jakkolwiek uwielbiam nasze siatkarki, to trzeba oddać cesarzowi, to co cesarskie – najrówniejszą i chyba najwyższą formę ze wszystkich Polaków prezentuje w Halle Jacek Laskowski, który przebieg turnieju komentuje w sposób fenomenalny. Oby w niedzielę wieczorem mógł wykrzyczeć do mikrofonu, że Złotka jadą do Pekinu.

19:05, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (1) »
sobota, 05 stycznia 2008
Polsat i ITI zwarły szeregi i zamachnęły się na prawa do transmisji meczów polskiej ekstraklasy. Pomysł utworzenia programu Polska Ekstraklasa TV jest może nawet i ciekawy, ale szkoda, że towarzyszy mu sporo niedomówień, kilka kłamstw, dziwaczne zadęcie oraz smród spowijający okoliczności, w jakich unieważniono przetarg na prawa do transmisji meczów ekstraklasy.

Właśnie – śmierdzi strasznie. Sposób, w jaki pewne sprawy zostały załatwione oraz rozwój sytuacji przywodzą na myśl najgorsze skojarzenia i dzieje się to na wyraźne życzenie Ekstraklasy SA, co może świadczyć o tym, że wszystkimi piłkarskimi organizacjami w naszym kraju rządzą ludzie niekompetentni i skłonni do matactw.

W całym wydarzeniu jest też pierwiastek humorystyczny – odezwa, którą sygnatariusze porozumienia wystosowali do narodu. Wszystkie rekordy bije zapowiedź – na tyle ważna, że latająca na pasku informacyjnym w TVN24 - w że nowy kanał miałby transmitować „wszystkie mecze polskiej piłki nożnej”. Co ta deklaracja oznacza i jakie niesie za sobą konsekwencje nie wie chyba żaden z pomysłodawców przedsięwzięcia, ale mam nadzieję, że słowo stanie się ciałem. Będę mógł przynajmniej zobaczyć w telewizji, jak na b-klasowych boiskach radzi sobie mój kolega. W końcu to też polska piłka. A jak wszystkie mecze, to wszystkie, nieprawdaż?