Na stadionach Polski i Świata.
czwartek, 30 stycznia 2014

„Super Express” opublikował tradycyjne zestawienie najlepiej zarabiających polskich sportowców. „Złota Setka” to w dużym stopniu ciekawostka, grzebanie w portfelach, ale można też na nią spojrzeć pod innym kątem – marnowania pieniędzy na futbol.

Najbardziej interesującą grupą zawodową na liście są piłkarze. O ile nie dziwią olbrzymie zarobki Roberta Lewandowskiego i solidna kasa pobierana przez innych polskich zawodników grających zagranicą – nawet jeśli za dużo, to nie wpływa to negatywnie na polską piłkę – o tyle zarobki polskich piłkarzy grających w Ekstraklasie są szokujące. Może nie powinny być tak odbierane, bo przecież informacje o wielkich kwotach płaconych w polskich klubach pojawiają się cyklicznie, ale wciąż trudno nad tym przejść do porządku dziennego.

Na miejscu są oczywiście pytania o wiarygodność zestawienia, ale lista „Super Expressu” przez lata doczekała się pewnej renomy. Poza tym nie chodzi przecież o dokładną ilość złotówek – w większości z przypadków nawet 100 tysięcy złotych wte, czy wewte nie robi różnicy w odbiorze – ale o rząd wielkości. A ten powtarza się również w publikacjach innych tytułów.

Przeglądając „Złotą Setkę” trudno się dziwić, że polskie kluby mają nieustanne problemy finansowe. Muszą je mieć, skoro płacą piłkarzom absurdalnie wysokie pensje za niskiej jakości usługi. Bardzo dobrze wynagradza się zwykłe przeciętniactwo. Łatwa i szybka kasa połączona z niskimi wymaganiami demoralizuje. Nie służą ani rozwojowi rozpaskudzonego piłkarza, ani bezsensownie dojonym klubom. Psują piłkarzy i rynek.

Oczywiście nie można winić zawodników za to, że zarabiają za dużo. Trafili na głupca, który daje, to biorą; każdy by tak zrobił. Sami ze sobą kontraktów przecież nie podpisali, a sprawność negocjacyjna menedżerów i ich samych to powód do gratulacji. Obserwatora muszą jednak zdumiewać niedorzeczne zarobki Szymona Pawłowskiego, który w Lechu podobno ma kasować 250 tysięcy euro za jeden tylko rok gry. Absurdalnie dużo zarabia w „Kolejorzu” także Łukasz Teodorczyk, który będąc w istocie piłkarskim półfabrykatem ma zarabiać 750 tysięcy złotych. Jeszcze więcej kasuje w Śląsku Adam Kokoszka, Jakub Wawrzyniak dostaje w Legii około miliona, a Łukasz Garguła jeszcze więcej w Wiśle, a wracający z saksów do Lecha Rafał Murawski dostał prawie półtora miliona złotych. Różne były okoliczności podpisania takich kontraktów – w kilku przypadkach nie trzeba było płacić odstępnego, ktoś rokował lepiej niż później grał – ale i tak za każdym razem przesadzono w jakimś nonsensownym wyścigu o piłkarza.

Tę wyliczankę można byłoby ciągnąć niemal w nieskończoność, bo piłkarze obecni w „Złotej Setce” to tylko wierzchołek góry lodowej. Inni się nie załapali, ale przecież i tak wiadomo, że zarabiają niewytłumaczalnie dużo. Niektórzy pewnie sami byli zaskoczeni, że ktoś wpadł na pomysł, by tyle im płacić. Przy okazji niedawnej afery w Lechu pojawiła się informacja, że Bartosz Ślusarski zarabiał 50 tysięcy złotych miesięcznie. Podobne kwoty jeszcze niedawno Polonia Warszawa płaciła ligowym przeciętniakom – Sebastianowi Przyrowskiemu, Jakubowi Tosikowi czy Djordje Cotrze. Zagłębie przepłaca średniaków i nieudaczników z państwowej kasy. Jeszcze niedawno podobnie robił GKS Bełchatów.

Polonia i szaleństwa Józefa Wojciechowskiego to przeszłość, ale nie jest nią przepłacanie ligowców. Trudno liczyć, że to się zmieni. Mało prawdopodobne, żeby właściciele klubów poszli do rozum do głowy – to niezbyt popularny kierunek – i zaczęli w końcu płacić mniej. Możliwe byłby to tylko na podstawie porozumienia między szefami klubów, samoograniczenia się, ale wiara w takie rozwiązanie przypomina wiarę w to, że dzieci przynoszą bociany. A mogłoby to dać skutek, bo zawodnicy, którzy zaznali bezrobocia ograniczają swoje żądania. Być może otrzeźwienie przyjdzie dopiero, gdy jakiś klub zbankrutuje, chociaż i to jest mało prawdopodobne.

Nawoływanie do obniżania piłkarzom pensji jest oczywiście populistycznie. Chodzi jednak o dostosowanie pensji, do sportowej klasy zawodnika. Piłkarze powinni dobrze zarabiać, gwiazdy mogą otrzymywać fortunę, ale tylko za dobrą pracę i stosownie do osiąganych wyników. Tymczasem część z nich dostaje forsę za nic i nie ma żadnej motywacji do rozwoju. Znalazła frajerów i ich doi. Dla części lepiej okopać się w lidze, przez lata trwać na opinii utalentowanego gracza niż zmierzyć się z nią zagranicą. Tak wygodniej.

czwartek, 23 stycznia 2014

Rafał Murawski i Bartosz Ślusarski nie znaleźli się w kadrze Lecha na zgrupowanie w Hiszpanii. To dla nich koniec kariery w "Kolejorzu". To spodziewana decyzja. Po awanturze na obozie w Jarocinie inne rozwiązanie nie wchodziło w rachubę.

Tak naprawdę wyrok na Murawskiego i Ślusarskiego wydano już kilka dni temu. Odprawienie ich ze zgrupowania i przesunięcie do rezerw wymusiło kolejne decyzje. Mariusz Rumak nie zostawił sobie żadnego pola manewru. Przywracając obu banitów do składu po kilku dniach zesłania wystawiłby się na pośmiewisko i właściwie mógłby tylko podać się do dymisji, bo okazałby się słaby, niekonsekwentny i podatny na wpływy. Zachowanie zawodników nie miało raczej żadnego znaczenia. Mogliby klęczeć we włosienicy przed siedzibą klubu, ale i tak nie zostaliby – a w każdym razie nie powinni zostać – przywróceni do kadry. To jasne jak słońce.

Więcej kontrowersji może budzić pierwsza kara nałożona na Murawskiego i Ślusarskiego. Być może bardziej elastyczne podejście i inaczej dobrane kary pozwoliłoby i wpłynąć na piłkarzy, i nie osłabiać drużyny. Rumak zaryzykował, pokazał kto rządzi w drużynie, wzmacnia pozycję, ale chyba sam nie wie, dokąd go to ryzyko zaprowadzi.

O tym, że Lech stracił sportowo na całym zamieszaniu nie trzeba nikogo przekonywać. Murawski był na boisku liderem, piłkarzem o kapitalnym znaczeniu dla "Kolejorza", potrafiącym związać jego grę i wnieść do niej sporo jakości. Trudno będzie go zastąpić. Inaczej rzecz się ma ze Ślusarskim. Strata jest mniejsza, ale i on mógł się jeszcze przydać w walce o mistrzostwo Polski lub chociaż ligowe podium.

To pewne. Reszta to tylko spekulacje, które przypominają wróżenie z fusów.

Wyrzucenie Murawskiego i Ślusarskiego może wywołać skutki na różnych płaszczyznach. Nie trzeba mieć szczególnie bujnej wyobraźni, by zobaczyć jej oczami rozłam w drużynie, zawodników stających po obu stronach barykady, a w konsekwencji gęstniejącą atmosferę w szatni.

Zamiast zagrożenia można też dostać szansę, którą w prezencie otrzymał Karol Linetty. Młody piłkarz nagle stał się pewniakiem do gry w pierwszej jedenastce, bo pod nieobecność Murawskiego w składzie Lecha brakuje uniwersalnych środkowych pomocników potrafiących łączyć przyzwoitą grę w defensywie z możliwościami ofensywnymi. Mogący grać na tej pozycji Dimitrije Injac jest piłkarzem dobrym w destrukcji, ale jednowymiarowym, niewiele oferującym w ataku. Linetty ma więc świetną okazję do zrobienia oczekiwanego od dłuższego czasu postępu. Na razie sporo mówi się o jego talencie, ale mało o tym, że pokazuje go na boisku.

Możliwe również, że całe zajście – poza wszystkimi innymi okolicznościami – jest dla Lecha wygodną okazją, by w białych rękawiczkach pozbyć się z klubu Murawskiego i Ślusarskiego, przewietrzyć trochę szatnię i zejść z kosztów. Awantura w Jarocinie mogła być niecierpliwie wyczekiwanym pretekstem. Nie od dziś wiadomo, że sztab szkoleniowy obchodził się z Murawskim jak z jajkiem, a jego zarobki drenowały konto klubu. Ślusarski z kolei narzekał na tarcia z trenerami. Można zatem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – wyczyścić przedpole, usunąć niewygodnych zawodników i trochę zaoszczędzić. Stanie się tak jednak tylko wtedy, gdy uda się sprawnie rozwiązać kontrakty i odprawić obu piłkarzy jeszcze tej zimy.

Być może najciekawsza jest jednak inwestycja w dyscyplinę, którą bardziej lub mniej świadomie poczynił Lech. Na razie w Ekstraklasie wciąż rządzą piłkarze, to oni są w niej paniskami, mogąc bardzo wiele przy bardzo niskich wymaganiach. Pozycja trenerów jest słaba; ich losy w dużej mierze zależą od humorów ważniejszych zawodników. To pokłosie sytuacji ekonomicznej – wciąż łatwiej pogonić jednego człowieka niż przewietrzyć drużynę – trudnego do usprawiedliwienia rozpaskudzenia zawodników oraz ogólnego przeświadczenia, że zazwyczaj winny jest właśnie szkoleniowiec. Decyzje podjęte przez Lecha są też próbą naprawienia porządku rzeczy, wzmocnienia sztabu szkoleniowego i przypomnienia zawodnikom, kto w tym interesie jest szefem. Drobna zmiana mentalności byłaby olbrzymim zyskiem wyniesionym z tej sytuacji.

Rumak zaryzykował i poniesie tego konsekwencje. Przywiązanie do dyscypliny nie będzie docenione, jeśli nie pójdzie za nim sukces. To zbyt skomplikowane, trudne do zmierzenia, a przede wszystkim zbyt odległe w czasie. Porządek bez wyników będzie niewiele warty, a odstrzelenie Murawskiego i wszystkie jego konsekwencje, również (a może przede wszystkim) te wydumane, główną przyczyną ewentualnego niepowodzenia.