Na stadionach Polski i Świata.
wtorek, 27 lutego 2007
Czas rozpocząć wsteczne odliczanie. Już w piątek startuje runda wiosenna piłkarskiej ekstraklasy. Zanim jednak piłkarze i nieliczni, niearesztowani jeszcze sędziowie wybiegną na boiska, przez prasę przetoczy się dobrze wszystkim znany artykuł.

Przeczytamy więc to co zawsze: że może i polskie stadiony jeszcze lata świetlne dzielą od obiektów z angielskiej Premiership, piłkarzom daleko do swoich kolegów po fachu z Primera Division, a kilku trenerów z nowoczesnym futbolem spotyka się tylko siedząc przed telewizorem. Że Radosław Majdan to jednak też nie jest David Beckham. Nawet nasza futbolowa mafia jest taka jakaś przaśna i prowincjonalna w porównaniu do tej znanej z włoskiej Serie A. I jeszcze, jakby tego było mało, ten wioskowy Fryzjer, do niedawna trzymający cały ten burdel w ryzach...

I tak narzekamy i marudzimy na tę ligę, ale jednak z niecierpliwością oczekujemy aż wznowi rozgrywki, a potem siadamy na trybnunach czy przed telewizorami, emocjonujemy się, z zapałem o niej dyskutujemy, spieramy się, analizujemy.

Bo co by o niej nie mówić, to jest nasza. I mimo swoich ułomności ciągle przyciąga z ogromną siłą, której nie osłabiają nawet kolejne spektakularne łapanki wśród ligowych sędziów.
poniedziałek, 26 lutego 2007
Takich goli, jak ten Zinedine Zidane’a z finału Ligi Mistrzów w 2002 roku się nie zapomina. To jedna z najwspanialszych bramek, jaką kiedykolwiek widziałem.


Hiszpańscy komentatorzy podzielają mój zachwyt – w taką euforię nie byłby w stanie popaść nawet Dariusz Szpakowski. To nie komentarz. To ekstaza!

Bramka Zizou dała Realowi dziewiąty, jak do tej pory ostatni, triumf w Pucharze Mistrzów. To zwycięstwo z Bayerem Leverkusen było jedynym, ale jakże cudownym, prezentem, jaki Królewscy zafundowali sobie na stulecie klubu. Wcześniej stracili szansę na zdobycie mistrzostwa i Pucharu Hiszpanii i całkiem realne było, że rok jubileuszu zakończy się dla Realu wielką klapą.

Zinedine Zidane w tym meczu rządził i dzielił, został wybrany najlepszym zawodnikiem wielkiego finału. To był pierwszy triumf wielkiego Zizou w europejskich pucharach. Dwa razy jego Juventus przegrywał w finale Champions League – w 1997 roku z Borussią Dortmund, rok później z... Realem. Nie miał też szczęścia Zidane do Pucharu UEFA. W 1996 Girondins Bordeaux uległ w finałowym dwumeczu tych rozgrywek Bayernowi Monachium.

To był chyba ostatni jak do tej pory naprawdę wielki Real Madryt – z Raulem, Morientesem, Figo, Hierro, Zidane i Vicente Del Bosque na ławce. Kilku z piłkarzy, którzy wtedy wygrali Ligę Mistrzów, wciąż znajduje się w kadrze zespołu z Madrytu, ale już w dużo gorszej dyspozycji. Dopiero kilka miesięcy po tym finale na Santiago Bernabeu zjawił się Ronaldo, jeszcze później do Hiszpanii przyjechał David Beckham. Do Madrytu przybyło też wielu innych, ale sukcesów na miarę oczekiwań brak. Pozostała głównie komercja.

W sezonie 2001/2002 Bayer Leverkusen pod wodzą Klausa Toppmöllera spisywał się rewelacyjnie. Niestety, w spektakularny przegrał wszystko, co tylko mógł: finał Ligi Mistrzów, mistrzostwo i Puchar Niemiec. Popularni Aptekarze do dziś nie zbliżyli się do poziomu, który wówczas prezentowali. Niejako na pocieszenie, piłkarze Bayeru wyśmienicie prezentowali się miesiąc po finale LM na Mistrzostwach Świata w Korei Południowej i Japonii. Lucio został mistrzem świata, Michael Ballack, Carsten Ramelow i Oliver Neuville sięgnęli po srebrny medal, a Yildiray Basturk po brąz.

Zidane na tym Mundialu nie zaistniał, a broniąca tytułu sprzed czterech lat Francja szybko pojechała do domu. Zizou z nawiązką odbił to sobie w 2006 roku w Niemczech, kiedy – jak pamiętamy – poprowadził Trójkolorowych do finału. Tam też popisał się uderzeniem, którego nie da się zapomnieć...
Nie ma się co pastwić nad Robertem Mateją. Kiedy słyszę i czytam mało wybredne opinie i żarty na jego temat, czuję spory niesmak. Prawda, szansa na medal była ogromna, a Mateja ją naszej drużynie pogrzebał, ale mam wrażenie, że wszyscy zapomnieli o rzeczywistości. Mateja ma za sobą słabiutki sezon i naprawdę ciężko było spodziewać się, żeby podczas MŚ miało się to zmienić. No i się nie zmieniło. Skoczył tak, jak do tego ostatnio przyzwyczaił, czyli źle. Pewnie to też kwestia wątłej konstrukcji psychiki, bo gdy przed drugim skokiem Mateja wchodził na belkę, widać było, że to nie będzie dobry skok. I było fatalnie.

Bardziej smutne od wszystkiego beznadziejnego występu Matei jest to, że wszyscy jego potencjalni zastępcy są jeszcze gorsi od niego. Inaczej to oni znaleźliby miejsce w reprezentacji na MŚ.

Największą gwiazdą tych mistrzostw w skokach jest bez wątpienia Simon Ammann. Na razie to główny kandydat do zwycięstwa na normalnej skoczni. Szwajcar jest w rewelacyjnej dyspozycji. Czyżby więc deja vu z Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City i dwa złote medale Ammanna? Bardzo wiele na to wskazuje.
16:40, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 lutego 2007
W składzie FC Barcelona zawsze aż roiło się od piłkarskich wirtuozów. Tak się akurat składa, że w tym gronie zdecydowanie najmniej jest bramkarzy.

Być może dlatego, że ukochany klub Katalonii ma nie tylko wygrywać, ale czynić to w jak najbardziej olśniewającym stylu. Stąd też zawsze w Barcelonie najbardziej pożądano ofensywnie usposobionych graczy – rozgrywających, skrzydłowych i napastnikach, którzy mogli spełniać zachcianki fanatycznych cules – grać pięknie. Dopiero w dalszej kolejności wzmacniano obronę. O należytej obsadzie bramki najczęściej zapominano, co często miało fatalne konsekwencje.

Ricardo ZamoraNajwybitniejszym bramkarzem, jaki kiedykolwiek bronił barw Barcelony był bez wątpienia Ricardo Zamora. Legenda. Stefan Szczepłek pisał kiedyś o krążącej w czasach jego dzieciństwa opowieści, która mówiła o tym, że Zamora zmarł na boisku, uderzywszy uprzednio głową w słupek. Ta historia z prawdą nie miała nic wspólnego. Czasy, w których Zamora grał w piłkę, sprzyjały tworzeniu się podobnych legend. I nie tylko ich. Następca Zamory w bramce Barcelony, Ferenc Platko, doczekał się nawet ody na swój temat. Węgierski bramkarz był w niej przedstawiony jako "płonący tygrys na murawie dalekiego lądu, pijący krew złotego niedźwiedzia". Dziś na nic podobnego nie ma już w sporcie miejsca. Szkoda.

Ironią losu jest, że Zamora swoje największe sukcesy osiągnął grając dla odwiecznego wroga Barcy – Realu Madryt... Lista jego osiągnięć z Barceloną kończy się tylko na dwóch Pucharach Króla.

Andoni ZubizarretaInnym legendarnym bramkarzem, który grał w Barcelonie jest Bask Andoni Zubizarreta. Kiedy przychodził do Barcelony, witano go niechętnie, bowiem miał zastąpić ulubieńca publiczności i specjalistę od bronienia rzutów karnych – Francisco Javiera Urruticoecheę. Dość powiedzieć, że podczas oficjalnej prezentacji, „Zubiego” powitano transparentami „Do domu!”. Żegnano go już jednak z należnymi honorami – 8 lat z Zubizarretą w bramce było dla Barcelony pasmem sukcesów. Pod wodzą Johana Cruyffa Barca cztery razy wygrała Primera Division, zdobyła Puchar Mistrzów, Puchar Zdobywców Pucharów, Superpuchar Europy, dwa Puchary Hiszpanii i Superpuchar tego kraju. O umiejętnościach Zubizarrety przekonali się – niestety! – piłkarze Lecha Poznań, który jako jedyny z polskich zespołów miał naprawdę realną szansę wyeliminowania Barcelony z europejskich pucharów. Niestety, Kolejorz poległ w karnych, a decydującą jedenastkę obronił właśnie Bask. Kilka miesięcy później, w 1989 roku, Barca sięgnęła po wspomniany już Puchar Zdobywców Pucharów. Trzy lata później Barcelona z Zubizarretą w bramce zdobyła pierwszy w historii Puchar Mistrzów. Nie wiodło mu się tylko w reprezentacji – zdobył z nią co prawda srebrny medal podczas Euro 1984, ale na francuskich boiskach nie zagrał ani minuty. Wciąż pozostaje jednak rekordzistą Hiszpanii pod względem meczów w kadrze – zagrał w niej 126 razy. Zubizarreta jest również rekordzistą jeśli chodzi o liczbę meczów w pierwszej lidze hiszpańskiej. W barwach Athleticu Bilbao, Barcelony i Valencii rozegrał aż 622 spotkania. To nie tylko był znakomity bramkarz, ale także wielka osobowość. Pewnie, czasem popełniał gafy, nie najlepiej grał w powietrzu, ale jego inne walory zwykle rekompensowały to z naddatkiem.

Po erze Zubizarrety w bramce Barcy grało wielu zawodników, ale żaden nie potrafił się zbliżyć do poziomu Baska. Chyba najlepsze wrażenie pozostawił po sobie Holender Ruud Hesp, którego na Camp Nou ściągnął z Rody Kerkrade Louis van Gaal. W końcówce lat 90-tych było od niego wielu lepiej i efektowniej broniących zawodników, ale Hesp zaufania, którym obdarzono go w Katalonii na pewno nie zawiódł. Holender między słupkami Barcelony zluzował Vicotra Baię, który także musi być w Katalonii dobrze pamiętany, bowiem z blaugraną sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów.

Niestety, przez ostatnie 10 lat znacznie więcej było w Barcelonie bramkarzy, których transfery zakończyły się kompletną klapą. Nie poradził sobie na Camp Nou ściągnięty z River Plate Roberto Bonano. Zupełną pomyłką okazał się sprowadzony z Celty Vigo Francuz Richard Dutruel. Za słabi okazali się także Turek Rustu Recber i Niemiec Robert Enke.

Teraz bramki Barcy broni Victor Valdes i jest najsłabszym ogniwem zespołu Franka Rijkaarda. Gdyby jeszcze przy swojej skłonności do popełniania głupich błędów posiadał charyzmę Zubizarrety... Ciekawe, jak długo Valdes utrzyma się w bramce Barcelony? Może już latem działacze Dumy Katalonii sypną groszem nie tylko na napastników, ale nie poszczędzą pieniędzy także na klasowego bramkarza. I znów w bramce Barcy zagra ktoś dorównujący poziomem piłkarzom z pola.
piątek, 23 lutego 2007

W jutrzejsze przedpołudnie Adam Małysz po raz kolejny wskoczy na podium mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym. Wierzę w to głęboko. Jest po prostu w bardzo dobrej formie, a z rywalami bywa... różnie. Na głębszą analizę nie mam ochoty, bo na medale Małysza na dużej i średniej skoczni mam tak wielką nadzieję, że nie byłbym w stanie wykrzesać z siebie choćby wątłego cienia obiektywizmu. Po prostu pragnę, by Polak znów stanął na najwyższym stopniu podium. I chciałbym, żeby za kilka lat występ Małysza w Sapporo można było wspominać z wielką przyjemnością, jak choćby ten na mistrzostwach świata cztery lata temu w Val di Fiemme.

To były kapitalne konkursy, kapitalne skoki Adama Małysza, kapitalny komentarz Włodzimierza Szaranowicza. A teraz jest wybitny film, który można oglądać wiele razy.

Mam nadzieję, że w Sapporo Małysz stoczy pasjonującą, i zakończoną sukcesem, walkę o złoto z Janne Ahonnenem i Simonem Ammannem. O formie Fina nie wiadomo zbyt wiele – ostatnio trenował w konspiracji. Szwajcar utrzymuje się od początku sezonu w bardzo wysokiej dyspozycji. Ale nade wszystko – tych zawodników darzę sympatią. Zupełnie inaczej sprawa ma się ze znakomitą częścią młodych wilczków światowych skoków. Za Morgensternem czy Schlierenzauerem po prostu nie przepadam, choć nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć dlaczego. Ot, tak. Po prostu.

W skokach pojawił się jeszcze jeden, absolutnie niespodziewany, medalowy trop, wskazany przez poznańskiego przyjaciela-bloggera . Jaki? Konkurs drużynowy. Na pozór wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, ale gdy przyjrzymy się bliżej, sprawa nabiera całkiem realnych kształtów. Austriacki wunderteam pozostaje oczywiście poza wszelką konkurencją. Wydaje się, że drugie miejsce powinni zdobyć Finowie. Ale brąz? Wszystko możliwe. Norwegowie nie zachwycają (chyba, że Mika Kojonkoski znów coś wyczarował), a Czesi, Rosjanie, Słoweńcy i Szwajcarzy są absolutnie w naszym zasięgu. W Japończyków nie wierzę, Niemcy są w zupełnej rozsypce. Szczerze mówiąc, odczuwam strach przed pisaniem i myśleniem o medalu naszej czwórki. Jeśli on stałby się faktem, Hannu Lepistoe należałoby zacząć nazywać czarnoksiężnikiem pierwszej kategorii.

Piotr Żyła pozostaje dla mnie nie do końca rozwiązaną zagadką, o Roberta Mateję niedługo zacznę się bać, a do Kamila Stocha nie mam zaufania. W dzisiejszych kwalifikacjach, nawet biorąc pod uwagę, że skakał z wyższej belki niż zawodnicy czołowej dziesiątki, spisał się naprawdę rewelacyjnie. Tylko, że Stoch znakomite skoki miewał już wcześniej, szkopuł w tym, że po nich przychodziły trudne do wytłumaczenia wpadki. A wiadomo, żeby myśleć o wysokiej pozycji, trzeba skakać daleko i równo. Obawiam się, żeby znakomite miejsce w kwalifikacjach nie okazało się nadmiernym balastem i żeby się z jego powodu zbytnio nieusztywnił.

Mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym to jednak nie tylko skoki narciarskie, są jeszcze biegi. I je też, ze względu na starty Justyny Kowalczyk, możemy obserwować z umiarkowanym optymizmem. Polka jest w tym sezonie w wysokiej formie – wygrała jeden z biegów Pucharu Świata. Może więc powtórzy sukces z Igrzysk Olimpijskich i stanie na podium w biegu na 30 km techniką dowolną? Albo w jej koronnej konkurencji – 10 km klasykiem?

W 1972 roku w Sapporo jedyny złoty medal na zimowych Igrzyskach Olimpijskich dla Polski zdobył Wojciech Fortuna. W 2007 roku na mistrzostwach świata w tym japońskim mieście może być dla nas jeszcze bardziej radośnie.
21:44, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (6) »
Kiedy w środowy wieczór z ust Dariusza Szpakowskiego raz po raz płynęła fraza „z pierwszej piłki”, zrobiło mi się całkiem przyjemnie. Szkoda tylko, że pan Dariusz bardzo często używał jej w niewłaściwym momencie, gdy o żadnym zagraniu z pierwszej piłki mowy być nie mogło.

Takie mylenie podstawowych, jak się wydaje, zwrotów zdarza się Szpakowskiemu ostatnio notorycznie. Już po meczu reprezentacji Polski z Serbią zwracałem uwagę na to, że Szpak zaczął już nawet mylić pole bramkowe z polem karnym. Może wynika to z radiowej przeszłości Szpakowskiego? Wiadomo przecież, że komentator w radiu może pozwolić sobie na zdecydowanie więcej niż w telewizji – słuchacz i tak nie jest w stanie zweryfikować jak jest naprawdę. Swoją drogą, radio bardzo rozwija komentatorów pod względem językowym. Kto pamięta homeryckie, kunsztownie budowane przez Tomasza Zimocha porównania, na pewno wie, co mam na myśli.

Dariusz Szpakowski to też mistrz nowomowy. Słowotwórstwo i przedziwne neologizmy w jego komentarzu pojawiały się od kiedy tylko pamiętam – ostatnio furorę robi zwrot „wnikliwe krycie”. Analiza podobnych, które przecież już ciężko zliczyć, mogłaby być arcyciekawym tematem pracy naukowej z dziedziny językoznawstwa.

Dariusz Szpakowski zawsze twierdził, że pytał kolegów-dziennikarzy z innych krajów o wymowę nazwisk niektórych piłkarzy. Jednak jak wiadomo nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu i nawet jeśli Brazylijczycy mówią „Bebetu”, Anglicy „Szira”, Szwedzi „Larsszon”, a Francuzi w charakterystyczny sposób wymawiają „r”, to widzów polskiej telewizji mogło to tylko rozśmieszać. Tak samo jak przekręcanie nazwisk i tworzenie ich nowych form, co można było usłyszeć, gdy podczas meczu Barcelona – Liverpool na boisko wchodził niejaki „Pennanta”.

Komentarz Dariusza Szpakowskiego to temat-rzeka. Pewnie można by napisać o nim opasłe tomisko i mieć zarazem pewność, że nie wyczerpało się zagadnienia do końca. Są lepsi komentatorzy od Szpaka, a mimo to zawsze przyciąga widzów do telewizora jak magnes opiłki żelaza. Bo co by o nim nie mówić, to jest jednak telewizyjną osobowością, dla wielu widzów dziennikarzem wręcz kultowym. Ze względu na głos, ekspresyjny komentarz, barwne wpadki czy przyzwyczajenie. Co z tego, że się myli, opowiada banialuki, irytuje, ma braki w wiedzy. W Mercedesie też czasem brakuje paliwa i coś się psuje...

17:35, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (8) »
czwartek, 22 lutego 2007
Nieudolność Vicotra Valdesa sprawiła, że szanse Barcelony na obronę Pucharu Mistrzów zostały zredukowane niemal do zera.

Mecz nie rozpoczął się dla Barcelony najlepiej – korzystniejsze wrażenie sprawiali goście z Liverpoolu. Jednak kiedy Deco trafił do siatki, Barca zaczęła kontrolować wydarzenia na boisku, a Liverpool zgasł. Wtedy sprawę w swoje ręce wziął Valdes.

Valdes bojąc się, że wpadnie razem z piłką do bramki, ją zapewne przydusić ręką do linii bramkowej, a następnie nakryć ciałem. Tego prostego, jak się wydaje, planu zrealizować się jednak nie udało.

Ten gol był kluczowym momentem spotkania. „Interwencja” Valdesa wyraźnie podcięła skrzydła Dumie Katalonii – piłkarze Franka Rijkaarda już do końca meczu nie potrafili odzyskać utraconego rytmu gry. W drugiej połowie Barcelona zamiast grać tak jak przed przerwą, szamotała się, chyba nie mając pomysłu na sforsowanie szczelnej obrony The Reds. Niewiele dobrego da się powiedzieć także o obronie Barcy, w której raz po raz wybuchał mniejszy lub większy pożar. Carles Puyol próbował go jakoś gasić, ale nieustannie kłody pod nogi rzucał mu Rafael Marquez.

Victor Valdes zawalił już Barcelonie wiele spotkań i powszechnie był uważany za najsłabsze ogniwo w ekipie Franka Rijkaarda. Dziwne więc, że działacze klubu z Camp Nou nie pokusili się o zakup solidnego bramkarza, jakiego obecnie w Barcelonie brak. Co z tego, że Valdes czasem broni efektownie, skoro często popełnia kompromitujące błędy? Pewnie kibice Barcelony znów z przyjemnością ujrzeliby w jej bramce bramkarza pokroju Ruuda Hespa. Nie wybitnego, nie efektownego, ale zwykle broniącego pewnie.

Rówieśnikiem Valdesa jest broniący w Liverpoolu Jose Reina. Obaj są wychowankami Barcelony. Reinie też przytrafiały się katastrofalne błędy, ale chyba nigdy w meczu o taką stawkę i generalnie pozostawały dla Liverpoolu bez większych konsekwencji. Wydaje mi się, że decydując kilka lat temu, komu dać szansę między słupkami Barcy, popełniono ogromną pomyłkę. Kolejną, bo wcześniej Barcelona także nie miała szczęścia do bramkarzy.
 
1 , 2 , 3