Na stadionach Polski i Świata.
wtorek, 26 lutego 2008
Na Bałkanach rodzi się w bólach nowe państwo – Kosowo. Porzućmy na moment wszystkie polityczne, prawne oraz historyczne kontrowersje i zajmijmy się piłką nożną. W końcu Kosowarzy od lat mają swoją reprezentację, a ich związek piłkarski zapewne w niedalekiej przyszłości zostanie członkiem UEFA i FIFA.

Swój pierwszy mecz reprezentacja Kosowa rozegrała już 15 lat temu. Rywal w premierowej grze mógł być tylko jeden – Albania. Na stadionie w Tiranie wyraźnie lepsi byli gospodarze, którzy wygrali 3:1. Do rewanżu doszło dziewięć lat później. Znów wygrali Albańczycy, ale już tylko 1:0. Do dziś piłkarze z Kosowa rozegrali siedem – rzecz jasna nieoficjalnych - spotkań. Ich największy sukces to bez wątpienia zeszłoroczna wygrana z Arabią Saudyjską. Ponadto Kosowarzy mierzyli się z bardzo egzotycznymi, również niezrzeszonymi w FIFA, rywalami: zespołem Albańczyków zamieszkujących w Macedonii oraz reprezentacjami Laponii, Cypru Północnego i Monako.

Tuż po proklamowaniu niepodległości przez kosowski parlament selekcjonerem reprezentacji został Chorwat Kujtim Shala. Co ciekawe, sporą chrapkę na to stanowisko miał jego rodak Miroslav Blażević, który w 1998 roku doprowadził Chorwację do brązowego medalu mistrzostw świata.

Shalę czeka teraz trudna misja skompletowania drużyny narodowej. Jej naturalnym zapleczem jest Kosovar Ekstraliga, ale w kręgu zainteresowań nowego selekcjonera będzie też zapewne kilku zawodników, którzy obecnie grają w reprezentacji Albanii. Ot, choćby defensywny pomocnik Olympique Marsylia Lorik Cana, który przyszedł na świat w Prisztinie, albo grający w belgijskim Lokeren Besnik Hasi, który przed laty zapisał ładną kartę w barwach Anderlechtu Bruksela. W Kosowskiej Mitrovicy urodził się również piłkarz Lazio Rzym Valon Behrami, ale trudno przypuszczać, by porzucił reprezentację Szwajcarii na rzecz zespołu Kosowa. Kandydata do gry w kosowskich barwach mamy też w naszej ekstraklasie – to Labinot Haliti z Łódzkiego KS.

Przystąpienie Kosowa do UEFA i FIFA jeszcze bardziej skomplikowałoby życie działaczom obu organizacji. Można sobie wyobrazić, że złośliwy los wpycha do jednej grupy Chorwatów, Serbów, Bośniaków, Czarnogórców, Kosowarów oraz Albańczyków lub Macedończyków. (Zresztą wystarczyłaby obecność w jednej grupie Serbii i dowolnego innego państwa z tej listy). Aż strach pomyśleć jak zabulgotałoby w kotle bałkańskim za sprawą takiej mieszanki nacjonalistycznych nastrojów, napięć pomiędzy wyznawcami różnych religii, historycznych zadrażnień, doprawionych jeszcze futbolowym fanatyzmem…
niedziela, 24 lutego 2008
Piotr Rocki i Radosław Majewski. Dyskobolia w górę, Legia w dół?

Pierwsza tegoroczna kolejka ekstraklasy była szara, bura i dosyć ponura, ale przynajmniej sprawiła, że walka o wicemistrzostwo Polski nabiera rumieńców. Wszystko za sprawą zwycięstw Dyskobolii i Lecha, dzięki którym w czubie tabeli zapanował niezły ścisk.

Tak, tak, to nie pomyłka – trwa już tylko walka wicemistrzostwo. Co prawda Wisła w Kielcach wpisała się w ligową szarugę i straciła punkty, ale i tak od dawna jest poza zasięgiem rywali i w tym sezonie dogonić się już nie da. Tym bardziej, że grupa pościgowa, zwana tak już chyba tylko przez grzeczność i z przyzwyczajenia, zamiast pędzić za liderem, będzie tracić punkty i siły w walce między sobą o miejsce na podium. Mogliśmy to zaobserwować już w minionej kolejce. Wciąż śniąca o mistrzowskim tytule Legia przegrała na wyjeździe z Dyskobolią i w tabeli wyprzedza ją już tylko o dwa punkty.

Na boisku przewaga Dyskobolii była bezdyskusyjna, o wiele bardziej wyraźna, niż skromne 1:0 na tablicy wyników, a Radosław Majewski zupełnie przyćmił lansowanego do reprezentacji Polski (!) Rogera. Widać, że Jacek Zieliński w przerwie zimowej nie próżnował i rzetelnie przygotował zespół do rozgrywek. Nie pierwszy już raz – przecież zimą ubiegłego roku wykonał kawał dobrej roboty w Odrze Wodzisław, która w rundzie wiosennej poprzedniego sezonu grała wręcz rewelacyjnie. A pomyśleć, że po pierwszym – przegranym 1:4 meczu z Ruchem – meczu tego sezonu z Zielińskiego zrobiono nieudacznika, partacza i taktycznego kiepa, który ma mgliste pojęcie o swojej robocie. Jak mylne i krzywdzące były to opinie, widać dziś, kiedy Dyskobolia z cicha pęk szykuje się do skoku na ligowe podium.

A pozostali kandydaci do wicemistrzostwa? Tak jak cała ta kolejka. Lech – wyjąwszy świetnego Rafała Murawskiego – mimo zwycięstwa szaro, Korona buro, a Legia bardzo ponuro. Pierwsze śliwki robaczywki?

sobota, 23 lutego 2008
Adam Kokoszka i Radosław Matusiak w walce z Hermesem.

Adam Kokoszka – nasza największa nadzieja wśród obrońców - wciąż popełnia sporo błędów w defensywie (wczoraj zaliczył asystę przy golu Pawła Sobolewskiego dla Korony), ale za to pod bramką rywali zaczyna być takim kilerem jak… Tomasz Frankowski w najlepszej formie. Przesada? Pewnie, że tak. Nie sposób jednak pominąć fakt, że w polu karnym piłka po prostu szuka Kokoszki, a on potrafi to świetnie wykorzystać. Szósty zmysł? Intuicja? Szczęście? Mniejsza o to.

Bramka, którą Kokoszka strzelił w meczu z Koroną, była naprawdę wspaniała. Doświadczenie uczy, że w tak trudnej sytuacji wielu naszych ligowców nie trafiłoby w piłkę, część posłałaby ją 10 metrów nad bramką, a jeszcze inni przy próbie kopnięcia futbolówki złapaliby ciężką kontuzję. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że Kokoszka pod pole karne Korony pognał wcale nie przy okazji kolejnego rzutu rożnego, ale włączył się do ofensywnej akcji niczym rasowy skrzydłowy. Niby takie są zadania bocznego obrońcy, ale w naszej lidze bywa z tym bardzo różnie. Warte podkreślenia jest też to, że Kokoszka na prawej obronie grywa tylko od wielkiego święta.

Wiem, że bardzo głupio i niezręcznie jest cytować samego siebie, ale… niech tam. Niemal równo rok temu napisałem tak:

Najbardziej optymistyczna informacja wyniesiona z meczów przeciwko Estonii i Słowacji brzmi następująco: Adam Kokoszka może być znakomitym zawodnikiem. Niech tylko wreszcie dostanie szansę gry w ekstraklasie! Szkoda, że tak wielki talent dotychczas tylko się marnował grając w rezerwach Wisły Kraków, względnie grzejąc ławę i zaliczając epizody w pierwszej drużynie. Wydaje się wprost nieprawdopodobne, że człowiek marnujący swój czas w trzeciej lidze może imponować takim spokojem i wyszkoleniem technicznym. Zastanawia tylko to, że prawdziwe uznanie zyskał najpierw w sztabie szkoleniowym seniorskiej reprezentacji, a nie wśród trenerów macierzystego klubu…
Wystarczy tylko zmienić nazwy zespołów: zamiast Estonii wstawić Finlandię, a Słowację zastąpić Koroną Kielce. Cała reszta, mimo upływu 12 miesięcy, jest wciąż aktualna.

Ciężki orzech do zgryzienia ma teraz Maciej Skorża, który pewnie długo będzie się zastanawiał, co począć z młodym obrońcą. Pozycja duetu Arkadiusz Głowacki-Cleber jest niepodważalna, a pewniakiem do gry na prawej obronie wydaje się być rekonwalescent Marcin Baszczyński. Tym bardziej, że wyjazd Kokoszki na Euro 2008 jest bardzo, ale to bardzo, prawdopodobny.
sobota, 16 lutego 2008
Ronaldo pędzi.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Ronaldo? Pewnie wtedy, gdy oglądałem nagrany na kasecie wideo – ponoć byłem za mały by do późna ślęczeć przed telewizorem - finał mistrzostw świata w USA. Od rozemocjonowanego Dariusza Szpakowskiego dowiedziałem się, że na ławce rezerwowych reprezentacji Brazylii siedzi utalentowany chłopak, którego występu przeciwko Włochom pragnęła cała Brazylia. W sprawę zaangażowała się nawet matka ówczesnego selekcjonera Canarinhos Carlosa Alberto Parreiry, prosząc syna, by w finale postawił właśnie na młodziutkiego wówczas Ronaldo. Parreira zachował się karygodnie – nie posłuchał mamy. Ale mistrzostwo świata wygrał.

Dwa lata później po raz pierwszy zobaczyłem, jak Ronaldo gra w piłkę. W Atlancie miał poprowadzić Brazylię do zdobycia jedynego brakującego jej trofeum – złotego medalu Igrzysk Olimpijskich. Choć na boisku błyszczał, Canarinhos wywalczyli tylko brązowy medal. Dzisiaj zapewne mało kto już o tym pamięta, ale w turnieju olimpijskim Ronaldo występował pod przydomkiem… Ronaldinho. Wszystko po to, by odróżnić się od starszego kolegi z reprezentacji, niejakiego Ronaldo Guiaro, dziś gracza Arisu Saloniki.

Po Igrzyskach Ronaldo zjawił się w Barcelonie, w której grał wybornie, chyba najlepiej w swojej karierze. Czarował na boisku, zaczarował i mnie – kiedy grałem w piłkę, chciałem to robić tak jak on. Później ta fascynacja mi przeszła, ale i Ronaldo, przez te przeklęte kontuzje oraz nadmierne umiłowanie różnych przyjemności, nie błyszczał już tak jak w Barcy.

Mimo tej dziecięcej fascynacji, kiedy dziś myślę o Ronaldo, to nie specjalnie kojarzą mi się jego dryblingi, rajdy i gole. Mam przed oczami inne obrazki – niestety głównie Ronaldo przegranego i cierpiącego. Ale nie tylko.

Podczas meczu z Francją o mistrzostwo świata zrobiono takie zdjęcie: załamany Ronaldo stoi ze spuszczoną głową i zakrywa twarz dłonią. Miał poprowadzić Brazylię do zwycięstwa, ale był cieniem samego siebie. Wielu osobom porażka kojarzy się z idącym pustym tunelem stadionu w Rotterdamie Leo Beenhakkerem; mnie właśnie z tym zdjęciem przegranego Ronaldo. (Niestety, nie znalazłem go w Internecie.) Po meczu świat obiegły dramatyczne historie o wydarzeniach w nocy poprzedzającej mecz, a Roberto Carlos opowiadał o tym, jak zobaczył swojego przyjaciela wijącego się w konwulsjach. Dlaczego zagrał? Sam chciał, czy kazali mu sponsorzy? Okoliczności tego finału na zawsze pozostaną tajemnicą, chyba największą w historii mundiali.

Minęły dwa lata, a mi w pamięci zapisało się kolejne zdjęcie: Ronaldo w barwach Interu Mediolan leży na boisku zalany łzami, po kolejnej paskudnej kontuzji. Chwilę wcześniej wszedł na boisko. Po raz pierwszy po długiej przerwie spędzonej na leczeniu urazu…

Trzeci obrazek: początek maja 2002 roku, Stadio Olimpico w Rzymie. Przed ostatnią kolejką Inter prowadził w tabeli i wydawało się, że wreszcie sięgnie po wyśnione scudetto. Nic z tego. Inter przegrał z Lazio 2:4, mistrzostwo zdobył Juventus Turyn. Pod koniec meczu Hector Raul Cuper ściągnął Brazylijczyka z boiska. Ronaldo usiadł na ławce rezerwowych i płakał. Kilka tygodni później pięknie odbił sobie to niepowodzenie – w Korei Południowej i Japonii powiódł Brazylię do mistrzostwa świata, a sam został królem strzelców mundialu.

Ale myśląc o Ronaldo mam też w pamięci moment absolutnie magiczny. Wiosną 2003 roku, w jednym z najbardziej porywających meczów w historii Ligi Mistrzów, Manchester United wygrał na Old Trafford z Realem Madryt 4:3. Wszystkie gole dla Królewskich strzelił fenomenalny tego wieczora Ronaldo. Swoją grą zaczarował wszystkich, łącznie z kibicami gospodarzy. Kiedy pod koniec meczu schodził z boiska, blisko 70 tysięcy ludzi doceniło jego klasę i zgotowało mu owację na stojąco. Piłkarzowi, który wyrzucił ich ukochany klub za burtę Ligi Mistrzów!


Teraz, kiedy Ronaldo znów zmaga się z fatalną kontuzją, mam nadzieję, że znajdzie tyle siły, by jeszcze raz wrócić w formie na boisko, które zadało mu tyle bólu i znów nas zaczarować. Tak samo jak w ten kwietniowy wieczór na Old Trafford, i tak jak wiele razy wcześniej. A nade wszystko, że zakończy karierę z własnej woli w zdrowiu, a nie z przykrej konieczności, ostatni raz schodząc z boiska na noszach. Zasługuje na to.
środa, 13 lutego 2008
Debiut Piotra Brożka w reprezentacji Polski w meczu z Finlandią wiązał się z ciekawym wydarzeniem - doczekaliśmy się piętnastego duetu braterskiego w reprezentacji Polski. 

Oto, sporządzony w oparciu o Encyklopedię Piłkarską Fuji i Moją historię futbolu Stefana Szczepłka, wykaz tych duetów. Jeśli lista jest niepełna - proszę o sygnał.

1. Jan (5A) i Stefan (1A) Lothowie
Bracia z Polonii Warszawa. Jan zapisał się na kartach reprezentacyjnej historii w sposób niezwykły. Nie tylko zagrał w pierwszym meczu biało-czerwonych w ogóle (0:1 z Węgrami w Budapeszcie), ale jest również jedynym piłkarzem w historii naszej drużyny narodowej, który występował w niej zarówno w roli bramkarza, jak i napastnika! Reprezentacyjnej bramki strzegł w dwóch meczach z Węgrami i spotkaniu z Rumunią w latach 1921-1923, natomiast jako napastnik grał przeciwko Turcji i Finlandii w 1924 roku. Mało tego: Jan Loth należał też do… reprezentacyjnego debla w tenisie! Stefan w kadrze zagrał tylko raz. Bracia nigdy nie wystąpili razem w reprezentacji.

2. Tadeusz (8A) i Franciszek (2A) Zastawniakowie
Braterski duet z innego krakowskiego klubu – Cracovii. Jako pierwszy w drużynie narodowej zadebiutował młodszy z braci – Tadeusz. Razem w reprezentacji bracia Zastawniakowie wystąpili dwa razy. W 1927 roku uczestniczyli zremisowanym 3:3 meczu z Rumunią w Bukareszcie, a rok później zagrali na murawie warszawskiej Agrykoli w zakończonym takim samym wynikiem spotkaniu z USA. Ten mecz dla obu braci stanowił pożegnanie z drużyną narodową.

3. Antoni (1A) i Stanisław (3A-1) Malczykowie
Kolejna braterska para z Cracovii w reprezentacji Polski. Bramkarz Antoni zadebiutował w kadrze w spotkaniu ze Szwecją w 1925 roku. Było to dla niego zarazem pożegnanie z drużyną narodową – zapewne dlatego, że wpuścił aż sześć goli (wszystkie w pierwszej połowie!), a biało-czerwoni przegrali aż 2:6. Stanisław swój pierwszy mecz dla Polski w 1932 roku z Rumunią, a trzy lata później zdobył nawet gola w meczu z Łotwą.

4. Jan (20A) i Józef (30A) Kotlarczykowie
Dwójka z innego krakowskiego klubu – Wisły. Bracia Kotlarczykowie przez długie lata byli zaliczani do grona najlepszych piłkarzy przedwojennej Polski i stanowili o sile środka pola reprezentacji. Bardziej okazałą kartę w kadrze zapisał młodszy z braci – Józef, który uczestniczył w Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie i zajął na nich wraz z drużyną narodową czwarte miejsce.

5. Ryszard (21A-3) i Jerzy (6A-1) Piecowie
Duet z zapomnianego już dzisiaj klubu Naprzód Lipiny. Wcześniej w reprezentacji zadebiutował Ryszard, jego reprezentacyjny dorobek jest też bardziej okazały. Był na Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie, ale wystąpił tam tylko w spotkaniach, które po latach uznano za nieoficjalne. Przede wszystkim jednak zagrał w jednym z najsłynniejszych meczów w dziejach polskiego futbolu – w przegranym 5:6 dreszczowcu z Brazylią na mistrzostwach świata w 1938 roku. Jerzy w tym meczu był tylko rezerwowym, ale w przeciwieństwie do brata grał w reprezentacji i przed II wojną światową, i po niej. Wystąpili razem w czterech meczach reprezentacji (z Danią i Łotwą w 1937 roku oraz ze Szwajcarią i Jugosławią rok później).

6. Edward (3A-1) i Marian (3A) Jabłońscy
Trzecia już braterska para z Cracovii. Edward jest jednym z zaledwie trzech piłkarzy, którzy zagrali w reprezentacji Polski zarówno w ostatnim jej meczu przed II wojną światową, jak i w powojennej premierze (oprócz niego również Władysław Szczepaniak i Stanisław Baran); jest też zdobywcą pierwszego gola dla biało-czerwonych po II wojnie światowej. Razem z bratem Marianem wystąpił w reprezentacji jeden raz – w przegranym 1:2 meczu z Rumunią w 1947 roku.

7. Robert (1A) i Henryk (1A) Gronowscy
Bracia-reprezentanci z Lechii Gdańsk, którym odebrano rodowe nazwisko Gruner i bez pytania o zgodę przyznano nowe. Obaj drużynie narodowej zagrali tylko raz. Wcześniej, bo już w 1953 roku w przegranym 0:2 towarzyskim meczu z Albanią w Tiranie, w kadrze zadebiutował Robert. Henryk przyglądał się grze starszego brata z ławki rezerwowych. Na swój występ dla reprezentacji musiał poczekać jeszcze cztery lata – do meczu z Finlandią w 1957 roku.

8. Jan (1A-1) i Zygmunt (13A) Schmidtowie
Braterski duet pomocników ze Śląska. Pierwszy w reprezentacji zagrał starszy z braci – Jan. Debiut w biało-czerwonych barwach miał wyśmienity. W 1961 roku w meczu z Jugosławią, rozgrywanym w ramach eliminacji mistrzostw świata w Chile, zdobył gola na wagę remisu i… już więcej w drużynie narodowej nie wystąpił. Znacznie bardziej okazały jest reprezentacyjny dorobek Zygmunta, który pierwszy raz w kadrze zagrał pięć lat po debiucie swojego brata.

9. Jerzy (8A-4) i Jan (3A) Wilimowie
Bracia wszystkie mecze w reprezentacji zagrali jako piłkarze Szombierek Bytom. Nigdy nie zagrali w kadrze razem, choć obaj w 1966 roku wystąpili w meczu z Brazylią na słynnej Maracanie. Jan przebywał na boisku tylko w pierwszej połowie, a Jerzy pojawił się na nim dopiero w 74 minucie zmieniając Włodzimierza Lubańskiego.

10. Bernard (36A-3) i Zygfryd (1A) Blaut
Bernard zapisał wspaniałą kartę w Legii i reprezentacji Polski, był jednym z najlepszych polskich zawodników w latach 60-tych. W kronikach zapisał się również golem w słynnym meczu z Brazylią w 1968 (3:6 na Stadionie Dziesięciolecia). Z drużyną jako piłkarz nie osiągnął jednak zupełnie nic. Na mistrzostwa świata z pojechał dopiero w 1986 jako asystent Antoniego Piechniczka. Zygfryd w kadrze zagrał tylko raz – z Irakiem w 1970 roku. Bernard też wystąpił w tym meczu.

11. Antoni (82A-1) i Henryk (1A) Szymanowscy
Antoniego nie trzeba nikomu przedstawiać – to przecież jedna z najbardziej zasłużonych piłkarzy w historii Wisły Kraków, z reprezentacją Polski mistrz i wicemistrz olimpijski oraz brązowy medalista mistrzostw świata. Jego młodszy brat Henryk również przez lata był związany z Wisłą. W reprezentacji wystąpił jedynie raz i to ledwie przez kilkadziesiąt sekund towarzyskiej partii z Rumunią w 1979 roku (3:0 na Stadionie Dziesięciolecia). Antoni w tym meczu akurat nie zagrał.

12. Ryszard (3A) i Zbigniew (1A) Robakiewiczowie
Obaj w ekstraklasie debiutowali w barwach Łódzkiego KS, później razem występowali w Legii Warszawa – Ryszard strzelał dla niej gole, a Zbigniew bronił bramki. W reprezentacji jednak razem nie zagrali. Ryszard zadebiutował już w 1987 roku w przegranym 0:2 meczu z Holandią w eliminacjach do mistrzostw Europy, a ostatni raz wystąpił w kadrze rok później z ZSRR. Zbigniew swój pierwszy i ostatni zarazem mecz w reprezentacji rozegrał w towarzyskim spotkaniu z Arabią Saudyjską w 1994 roku.

13. Piotr (70A-1) i Marek (6A) Świerczewscy
Piotr przez długie (dla niektórych: zbyt długie) lata był ważnym graczem biało-czerwonych. Najlepiej w kadrze grał podczas eliminacji mistrzostw świata w Korei i Japonii. Na turnieju finałowym zawiódł, tak jak i cała drużyna. Marek w kadrze zadebiutował w 1994 roku w meczu z Francją w eliminacjach ME 1996. Cztery razy zagrali razem w drużynie narodowej.

14. Michał (75A-2) i Marcin (25A-5) Żewłakow
erwsza para bliźniaków w historii reprezentacji Polski. Bez Michała, który od lat jest jej podporą, trudno wyobrazić sobie skład kadry. Wziął udział w dwóch mundialach, a teraz sposobi się do wyjazdu na mistrzostwa Europy. Jeden z niewielu polskich piłkarzy, który odkąd wyjechał zagranicę, ciągle zmienia kluby na lepsze i niezmiennie cieszy się w nich mocną pozycją. Marcin w reprezentacji był głównie zmiennikiem, ale zdołał strzelić gola na mistrzostwach świata.

15. Paweł (10A-1) i Piotr (1A) Brożkowie
Lata mijają, a bliźniacy wciąż tylko dobrze się zapowiadają. Większe nadzieje wciąż budzi Paweł i on też – mimo wszystko – rozczarowuje bardziej. Jest, co prawda, mistrzem Europy u-18 z 2001, był też na mistrzostwach świata w Niemczech, podczas których zagrał w trzech meczach, ale jego karierze brakuje przyspieszenia. Piotr zawsze był w cieniu brata. Razem w reprezentacji zagrali raz. Czy będzie więcej?

Jaka braterska para będzie kolejna na tej liście?

wtorek, 12 lutego 2008
Jimmy Conrad.

Tak się złożyło, że dziś swoje urodziny obchodzi całe grono znanych polskich piłkarzy i trenerów. Świeczki na torcie mogli zdmuchnąć byli reprezentanci kraju Krzysztof Pawlak (jednomeczowy selekcjoner kadry!), Jerzy Wijas i Mirosław Kubisztal, wicemistrz olimpijski z Barcelony Dariusz Koseła, Czesław Michniewicz oraz ligowcy: Marcin Chmiest i Dariusz Pietrasiak. Wszystkiego dobrego! 31 lat skończył dzisiaj również Amerykanin Jimmy Conrad. I to właśnie o nim będzie ten tekst.

Conrad to postać warta wzmianki choćby z tego powodu, że jest jednym z niezbyt wielu zagranicznych piłkarzy, którym gra w Polsce nie przeszkodziła w zrobieniu przyzwoitej kariery. Mało tego – Amerykanin to najprawdopodobniej jedyny stranieri, który po przygodzie z naszym futbolem zagrał na mistrzostwach świata! Conrad znalazł się w kadrze USA na finały mistrzostw świata w Niemczech i wystąpił w dwóch spotkaniach. Najpierw zagrał w drugiej połowie pamiętnej bitwy Włochami, a później zaliczył udane 90 minut w przegranym 1:2 meczu z Ghaną.

Związki Jimmy’ego Conrada z polską piłką ograniczają się do ledwie 8 gier w rundzie jesiennej sezonu 2000/2001 w drugoligowym wówczas Lechu Poznań. Do Poznania ze Stanów ściągnął go (wraz z Ianem Russelem i Wojciechem Krakowiakiem), dzięki swoim amerykańskim znajomościom, ówczesny trener Kolejorza Adam Topolski. Na tle mizernie spisujących się kolegów, Conrad prezentował się całkiem przyzwoicie, ale po przerwie zimowej – zapewne głównie ze względów finansowych - do Polski już nie przyjechał. Wrócił do San Jose Earthquakes, z którym w 2001 roku zdobył mistrzostwo MLS. Dwa lata później przeniósł się do Kansas City Wizards, którego podporą jest do dziś. W klubie z Kansas spisywał się tak dobrze, że w 2004 został wybrany najlepszym obrońcą MLS, a rok później zadebiutował w reprezentacji USA. Wygrał z nią Złoty Puchar Concacaf, pojechał na mundial, stał się podstawowym piłkarzem, a kilka razy wyprowadził ją na boisko jako kapitan.

A pomyśleć, że trochę ponad siedem lat temu, grając w Lechu u boku Tomasza Suwarego, Radosława Borykina czy Rafała Piotrowskiego, Conrad musiał znosić gorycz porażki w Kietrzu z tamtejszym Włókniarzem…

19:40, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (13) »
niedziela, 10 lutego 2008
Benjani Mwaruwari.

Dobiegała końca pierwsza połowa derby Manchesteru, City prowadziło na Old Trafford z United 1:0. Skrzydłowy gości Martin Petrow dośrodkował w pole karne, a Benjani Mwaruwari lekko trącił piłkę ramieniem (a może głową?). Wystarczająco mocno, by wpadła do siatki tuż przy prawym słupku bramki wyciągniętego jak struna Edwina van der Sara. Lepszego debiutu w barwach nowego klubu reprezentant Zimbabwe nie mógł sobie wymarzyć – nie dość, że strzelił gola (już 13 w sezonie!), to jego drużyna wygrała na boisku największego rywala w szczególnym dla niego dniu.

Mwaruwari wyjątkowo sprawnie pnie się po kolejnych szczebelkach piłkarskiej kariery. Jej europejski etap rozpoczynał się w szwajcarskim Grasshoppers Zurych, z którego szybko trafił do AJ Auxerre. Po czterech latach spędzonych w Burgundii trafił do Portsmouth (co ciekawe, w tym samym czasie co Emmanuel Olisadebe), w którym spisywał się na tyle dobrze, że w końcu do Manchesteru City ściągnął go Sven Goran Eriksson.

A pomyśleć, że europejska kariera Mwaruwariego mogła rozpocząć się w… Zabrzu! Tak, tak – to nie pomyłka. Benjaniego ówczesnym szkoleniowcom Górnika proponował ponoć Wiesław Grabowski – polski trener i menedżer pracujący w Zimbabwe – ale veto postawił były prezes klubu z Zabrza Stanisław Płoskoń. Więcej w artykule Piotra Płatka, który został opublikowany w katowickim wydaniu Gazety Wyborczej już grubo ponad pięć lat temu, kiedy Mwaruwari stawiał pierwsze kroki w Auxerre.

Interesująca wzmianka znajduje się też na końcu wspomnianego tekstu – podobno w Górniku nie poznali się też na talencie Nigeryjczyka Finidi George’a, który później zdobył z Ajaksem Amsterdam Puchar Mistrzów, Superpuchar Europy i Puchar Interkontynentalny. Historia jest – przyznajmy – ciekawa. Z prawdą ma jednak prawdopodobnie tyle wspólnego, co brutalnie zniszczona legenda o tym, że Kameruńczyk Geremi oblał testy w polskim klubie, czyli bardzo niewiele. Może i lepiej.

 
1 , 2