Na stadionach Polski i Świata.
niedziela, 24 lutego 2013

Właściwie wszystko już przesądzono. Legia przestała być stawiana przez media w roli głównego faworyta do tytułu, została przez nie po prostu koronowana jeszcze przed wyjściem na boisko i można już było pomyśleć, że ta cała liga nie ma sensu. Mistrz został już wybrany, spadkowicze są znani, a w pucharach na pewno zagra Lech, bo nikt inny chyba za bardzo nie chce – przecież nie warto tracić urlopu, żeby jechać do Kazachstanu, zarobić tam trudno, znacznie łatwiej się skompromitować.

Okazało się, że wygrywanie na boisku jest trochę trudniejsze niż wygrywanie w gazetach.

Porażka w Kielcach to na razie tylko falstart, wypadek przy pracy, ale trudno go zlekceważyć. Legia na samym starcie dostała poważne ostrzeżenie i została sprowadzona na ziemię, co zresztą może jej wyjść na dobre – to jeszcze nie jest inny, lepszy poziom gry od reszty ligi, jak można było wywnioskować z medialnych analiz. Sporo do tego brakuje, w każdym sektorze boiska. Inauguracja była wyjątkowo przeciętna.

Z przesadnie pompowanego balonu szybko upuszczono trochę powietrza, ale nic się nie zmieniło – Legia wciąż ma najwięcej atutów w walce o tytuł. Pozostała jej jeszcze mała przewaga nad rywalami, przewyższa ich szeroką i najlepszą jakościową kadrą, którą zarządza ceniony w kraju fachowiec. Rzecz w tym, że takie papierowe rachunki sił wcale nie muszą przełożyć się na sukcesy. Zdarzało się, przecież także w Legii, że mimo potencjalnie najlepszych elementów nie udawało się zbudować nic sensownego i – co ważniejsze – zwycięskiego. Coś cały czas się gryzło, nie pasowało do siebie, brakowało czegoś do wygrywania.

Teraz problemem Legii może być – ale nie musi – nadmiar elementów. Sprowadzono na Łazienkowską dobrych ligowych piłkarzy, ale tylko uzupełniających skład, stwarzających Janowi Urbanowi więcej możliwości oraz największy w ekstraklasie komfort na wypadek kontuzji i kartek. Żaden z nich nie daje jednak poważnego zastrzyku jakości pierwszej jedenastce Legii, nie jest lepszy od piłkarzy wcześniej będących wcześniej w jej kadrze. I tak wyszło, że najcelniejszym zakupem, wypełnieniem luki jest szafa grająca wstawiona do gabinetu prezesa.

Dodatkowo zarządzanie tak szeroką kadrą będzie dla Urbana wyzwaniem i testem kompetencji, jakiego w trenerskiej karierze jeszcze nie przeszedł. Nie ograniczy się tylko do umiejętnego dobierania składu, wykorzystywania kolejnych atutów, ale – może przede wszystkim – do okiełznania całej grupy, dopieszczenia rzadziej grających zawodników, tak by ich ambicje nie rozsadziły legijnej szatni. Jeśli Urban nie podoła, nie zda celująco testu z zarządzania ludźmi, najgroźniejszym obok Lecha rywalem Legii w walce o mistrzostwo będzie ona sama.

*

Największą gwiazdą Legii nie jest obecnie żaden z piłkarzy, a nowy prezes – Bogusław Leśnodorski. Udane wejście do piłki i kilka zręcznych, nośnych medialnie posunięć na starcie wystarczyło, żeby był traktowany jakby na Łazienkowską sprowadził nie Jodłowca, a Pique razem z Shakirą. Tuzimek w Przeglądzie Sportowym nazywa już prezesa Legii „zjawiskiem”, dziennikarze spijają słowa z jego ust i nachwalić się nie mogą, a podczas meczu pilnie obserwuje go kamera. To fakt, Leśnodorski wyróżnia się spośród szefów innych klubów – nawet jeśli to już nie matacze i szemrani biznesmeni w brudnych koszulach – przebiegiem zawodowej kariery, stylem bycia, zainteresowaniami, ale to jeszcze nie powód, by po kilku tygodniach urzędowania robić z niego prezesa tysiąclecia. Będzie miał jeszcze czas, żeby zasłużyć na te wszystkie ochy i achy.

Przebojowy prezes i transfery sprawiły, że niektóry zaczęli mówić o Legii jako „FC Hollywood”, tak jak często określony jest Bayern Monachium. Takie porównania są równie śmieszne co nazywanie Waldemara Soboty polskim Iniestą. Na razie – i długo jeszcze – w naszej lidze może grać co najwyżej FC Bollywood.

*

Przedziwnie oceniani są napastnicy. Bartosz Ślusarski strzelił jesienią osiem goli i rozgrywa sezon życia, ale częściej uznawano go za parodię piłkarza niż doceniano jego grę. Łukasz Teodorczyk trafił pięć razy i każda z tych bramek stanowiła potwierdzenie jego klasy, umiejętności i możliwości, czyniąc go niemal wiceLewandowskim. Teraz muszą funkcjonować razem, dzielić się czasem gry, bo w ataku Lecha jest tylko jedno miejsce. Trudna łamigłówka przed Mariuszem Rumakiem, jak ich pogodzić, wykorzystać to, że Ślusarskiemu żre jak nigdy wcześniej, a i Teodorczyk ma sporo atutów. W pierwszej próbie się udało, pierwszy strzelił gola, drugi wypracował dwa kolejne.

Lech wygrał w Chorzowie w rocznicę ubiegłorocznej klęski, po której pogoniono trenerskiego nieudacznika Jose Marię Bakero. Od tego czasu pod wodzą Rumaka Kolejorz, choć potrafi bardzo męczyć swoją grą, punktuje najlepiej w lidze. Może to on  ze względu na długookresową tendencję  jest głównym faworytem do mistrzostwa?

A Omedze musi być teraz wstyd.

*

Podbeskidzie zdążyłem już pogrzebać, ale niespodziewanie okazało się, że jest w nim jeszcze duża wola życia. Proste środki na inaugurację przyniosły spory zastrzyk wiary na przyszłość. Jeśli to nie wybryk i bielszczanie będą potrafili w następnych meczach zagrać z taką samą werwą i skutecznością, to może nie wszystko jeszcze stracone i uda się uratować ekstraklasę pod Klimczokiem. Sześć punktów do bezpiecznego miejsca – niby dużo, ale…

Jeśli się uda, to Kubicki zostanie uznany za cudotwórcę, a my będziemy mieć w lidze coś w rodzaju zjawiska paranormalnego.

*

Tomasz Hajto rozpoczął trzecią rundę na ławce Jagiellonii, a wciąż bliżej mu do ciętego felietonisty niż ligowego trenera i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się to zmieni. Na razie jest mocny przede wszystkim w gębie – w tabeli sytuacja notorycznie remisującej Jagiellonii jest bardzo przeciętna, a ligowe rozpoczęcie tego roku okazało się kompromitacją. Przed atakami Podbeskidzia broniła się tylko trochę skuteczniej od paczki parówek.

Po stanowczych przemowach Hajty mogłoby się wydawać, że wszystko o wszystkim wie i ma receptę na każdą bolączkę polskiej piłki. Może i tak, ale po raz kolejny okazuje się, że gadać to jedno, a robić – drugie.