Na stadionach Polski i Świata.
piątek, 28 lutego 2014

Na okładce ostatniego wydania „Newsweeka” ktoś napisał, że Rosja została pokonana w Soczi. Taka opinia jest całkiem efektowna, ale nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.

Rosja odniosła w Soczi wielkie sportowe zwycięstwo. Gospodarze wyraźnie wygrali klasyfikację medalową i zdobyli zdecydowanie najwięcej medali w historii startów na zimowych igrzyskach pod obecnym szyldem. To olbrzymi skok jakościowy w porównaniu do fatalnego występu w Vancouver. Rosjanie w Kanadzie zdobyli marne trzy złote medale – teraz aż trzynaście – i wypadli z pierwszej dziesiątki tabeli medalowej. To był ich najgorszy samodzielny start w dziejach. Pozbierali się po nim we wspaniały sposób.

Nawiasem: można tylko się zastanawiać, czy rosyjskie odrodzenie nie było zbyt imponujące. To prawda, gospodarze zawsze do igrzysk przygotowują się specjalnym programem, biją u siebie swoje medalowe rekordy, albo przynajmniej zaliczają najlepszy występ w stosunku do kilku poprzednich. Doświadczenie uczy jednak, że nie wszystkie sukcesy są w stanie przetrwać badania prowadzone w laboratoriach antydopingowych. Ciekawe, ile medali zdobytych w Soczi będzie obowiązywać za dziesięć lat...

Na tym bardzo udanym obrazie jest jedna paskudna krecha. Plan był prosty. Rosyjscy hokeiści mieli zdobyć w Soczi złoty medal, w najgorszym razie po prostu stanąć na podium, a zwycięstwo odniesione na własnym terenie, daj Boże po bezpośrednich meczach z USA i Kanadą, miało przejść do legendy.  To byłoby wymarzone podsumowanie igrzysk. Prawdziwa ceremonia zakończenia miała odbyć się na lodowisku, a cały świat miał patrzyć na triumf rosyjskiego sportu. Hokej na lodzie to ozdoba igrzysk, Rosjanie traktują go z nabożeństwem, a rywalizacja naznaczona jest wieloma podtekstami. Nic z tego nie wyszło, Rosjanie znowu zawiedli na całej linii, odpadając już w ćwierćfinale. To był wyjątkowo bolesny cios. Prestiżowa klęska rosyjskich hokeistów usunęła w cień wszystkie inne sportowe niepowodzenia, ale trudno z jej powodu uznać za przegraną całą imprezę. Zwłaszcza, że oprócz medali nie zabrakło też sukcesu propagandowego.

Tuż przed rozpoczęciem igrzysk każdą niedoróbkę wyolbrzymiano do absurdalnych rozmiarów, śmiano się z każdego błędu, a między tym wszystkim zawierała się sugestia, że kraj, który nie potrafi postawić normalnej toalety, musi skompromitować się podczas organizacji wielkiej imprezy. Teraz mało kto już pamięta o podwójnych kiblach czy brudnej wodzie, wszystkich widocznie ogarnęła skleroza, i igrzyska są opiewane w samych superlatywach. Obiekty, organizacja, zaangażowanie, atmosfera, uśmiechy – nagle wszystko stało się niemal doskonałe. Igrzyska nie straciły też na konflikcie na Ukrainie; w Soczi właściwie wszystko toczyło się zwykłym, olimpijskim rytmem. Może święto zostało trochę zakłócone, uwaga publiczności rozproszona, ale wyolbrzymianie wpływu ukraińskich niepokojów na odbiór igrzysk jest bezsensowne.

To właściwie olimpijski standard, każde następne są najlepsze, większe i lepiej zorganizowane od poprzednich, ale dla Putina to świetna zdobycz. I to od razu potrójna. Ma sukces sportowy – zapomnijmy na chwilę o tych nieszczęsnych hokeistach, o Rosji dobrze mówiło się na świecie, a to wszystko może być też powodem do dumy dla jej mieszkańców. Rosja potrafi – takie przesłanie też zostanie po tych igrzyskach.

 

środa, 26 lutego 2014

Po igrzyskach w Turynie ówczesny minister sportu Tomasz Lipiec zasugerował, że jedną z priorytetowych dla Polski dyscyplin w sportach zimowych powinna być kombinacja norweska. Być może za tymi słowami nie krył się żaden plan, może było to zwykłe chlapnięcie, a może po prostu wynikały z ludzkiej natury i miłości do kombinowania. Lipiec jako sportowiec był zdyskwalifikowany za doping, a już będąc ministrem kręcił lody w Centralnym Ośrodku Sportu. W efekcie tej afery stracił tekę, kilka liter z nazwiska i trafił do kryminału.

Za tamtą wypowiedzią nie poszły żadne widoczne działania. Po ośmiu latach kombinacja norweska nadal ma się w Polsce cieniutko. Co prawda biało-czerwoni startują w zawodach pucharowych, pokazują się na mistrzostwach świata, ale punktują rzadko, z reguły będąc tylko dalekim dla rywalizacji najlepszych. Sukcesem okazują się medale na trzeciorzędnej uniwersjadzie i sam udział w igrzyskach. W Soczi, pierwszym olimpijskim starcie Polaka po 20 latach przerwy, Adam Cieślar zajął 39. i 37. miejsce. 

Z tej historyjki płyną przynajmniej dwa wnioski.

Pierwszy jest złośliwy – od lat mamy w kraju wielu wybitnych kombinatorów, ale na igrzyskach ciągle nie ma komu walczyć o medale. Widocznie Polacy wolą kombinować w zupełnie innych, mało sportowych konkurencjach.

Drugi jest już poważny – dyskusja o kondycji polskiego sportu, potrzebie reform i lepszego wydawania środków toczy się po każdych igrzyskach, ale z reguły kończy się tylko na gadaniu. Słowa zamieniono w czyny tylko po kiepskim występie olimpijskim w Londynie. Dyscypliny podzielono wtedy na grupy, dopracowano zasady ich finansowania, ale to było raczej ładnie opakowanie robienie porządków niż głębokie zmiany.

Teraz będzie tak jak zawsze. Dyskusja szybko przetoczy się przez media, każdy powie to, co ma powiedzieć, padną rytualne zdania o potrzebie budowy obiektów, tworzeniu systemów szkolenia, ale pewnie niewiele z tego wyjdzie. Słowa szybko przeminą, tak jak te wcześniejsze o inwestowaniu w tę czy inną dyscyplinę, czy tworzeniu ośrodków biegowych i biathlonowych na Warmii i Mazurach. Zdziwienie przyjdzie dopiero wtedy, gdy Justyna Kowalczyk zejdzie w końcu z trasy, a wszyscy przypomną sobie, że nie ma nikogo, kto mógłby ją zastąpić w niedalekiej przyszłości i dobra koniunktura dla biegów została zmarnowana.

Pewnie też znów, tak jak po igrzyskach w Turynie, pojawią się pomysły, by jeszcze ograniczyć finansowanie niektórych dyscyplin, a postawić tylko na te, które mogą przynosić medale. 

Z jednej strony wybór kilku priorytetowych konkurencji byłby logiczny, trzeba optymalizować wydawanie pieniędzy i pchać się tam, gdzie inwestycje mogą przynieść najlepsze efekty. Nie ma co się rozdrabniać.

Pozostaje jednak dużo poważnych wątpliwości dotyczących wyboru priorytetów. Można wszystko zaprogramować bezdusznie, wskazać słabo obsadzoną konkurencję, odgórnie na nią postawić, a potem tłuc medale. Tylko czy coś będzie z tego wynikało? Efektem może być przede wszystkim lepsza pozycja w klasyfikacji medalowej i sukces centralnego planowania. Prawdziwa satysfakcja z tych osiągnięć pojawi się jednak tylko wtedy, gdy będą odnoszone w dyscyplinach prestiżowych albo ukochanych przez kibiców. Holendrzy są potęgą w łyżwiarstwie szybkim, ale to tam sport narodowy. Niemcy hurtem biorą medale w saneczkarstwie, ale wynika to w dużej mierze z tradycji. Polacy pewnie chcieliby zdobywać wszystkie krążki w skokach narciarskich, bo zakochali się w nich dzięki sukcesom Adama Małysza.

Jeśli nie będzie związku między medalami a pozycją dyscypliny, to szybko się o nich zapomni. To będzie tylko sprawne, ale jednak sztuczne zagospodarowanie nieefektownej niszy. Wyobraźmy sobie, że jest nią strzelectwo. Czy pięć medali zdobytych w tej dyscyplinie na jednych igrzyskach byłoby prawdziwie satysfakcjonujące? Wątpliwe. To dzisiaj konkurencja marginalna i mało efektowna. O tym, że Sylwia Bogacka jest wicemistrzynią olimpijską z Londynu pewnie mało kto już pamięta.

W teorii wszystkie medale olimpijskie są równe. W rzeczywistości jednak ich wartość jest różna. Wyznaczenie priorytetów tylko i wyłącznie pod kątem medalowej wydajności, bez oglądania się na inne okoliczności, byłoby triumfem rachunków nad sportem. Liczby może i by się zgadzały, tak jak liczba guzików wyprodukowanych w fabryce, ale właściwie jakie miałoby to znaczenie?

 

poniedziałek, 24 lutego 2014

Wyobraźmy sobie, że reprezentacja aglomeracji warszawskiej przywiozła z zimowych igrzysk osiem medali. Pozytywnych emocji dostarczyła jednak dużo więcej. Dzielnie walczący hokeiści awansowali przecież do ćwierćfinału olimpijskiego turnieju. O lepszym wyniku nie mogli nawet marzyć, do potęg brakuje im zbyt wiele, ale i tak ich gra bardzo ucieszyła kibiców. W tej krainie gry zespołowe darzy się w końcu wyjątkowym uczuciem. Przekłada się to na niezłe osiągnięcia drużyn narodowych w wielu dyscyplinach. Koszykarze regularnie są w najlepszej ósemce mistrzostw Europy, siatkarze po prostu się do nich kwalifikują, a piłkarze są europejskim średniakiem, który od czasu do czasu potrafi awansować na mundial albo Euro. Takie wyniki, a zaplecze malutkie, bo ledwo ponad dwa miliony mieszkańców.

Wyobrazimy sobie? Oczywiście, że nie. W Warszawie i okolicach nie ma przecież warunków do wykuwania medali w narciarstwie alpejskim albo skokach narciarskich. Zebranie z mieszkańców aglomeracji poważnych drużyn w kilku grach zespołowych też wydaje się niemożliwe. Ba, w hokeju trudno stworzyć porządną reprezentację szukając w całej Polsce, a nie tylko w jej niewielkim w sumie wycinku.

Słoweńcy nie muszą sobie nic wyobrażać. Po prostu to wszystko mają. Osiem medali wywalczonych w Soczi to zasługa wybitnych indywidualności oraz znakomitych warunków do uprawiania sportów zimowych. To jednak nie wystarczy, gdy nie ma się pomysłu na to, jak je wykorzystać.

Osiągnięcia Słowenii imponują szczególnie w zestawieniu z liczbą jej mieszkańców - to lekko ponad dwa miliony osób, trochę mniej niż we wspomnianej na wstępie aglomeracji warszawskiej.  Wydawałoby się, że tak niewielki kraj powinien wykorzystać warunki naturalne, postawić na sportową monokulturę i szykować sportowców tylko w jednej dyscyplinie. Słoweńcy tymczasem skubią na kilku poletkach jednocześnie. W sportach indywidualnych jest to zrozumiałe – nie trzeba przecież szerokiego zaplecza, żeby przywozić medale z igrzysk olimpijskich. Wystarczą pojedyncze diamenty, które można szlifować nie oglądając się na boki. Tina Maze nie potrzebuje przecież krajowej rywalizacji, żeby z igrzysk przywieźć dwa złote medale. Pod tym względem jest samowystarczalna.

Inaczej rzecz ma się w grach zespołowych. W ich przypadku wybitne jednostki nie wystarczą. Konieczna jest szeroka podstawa, która w Słowenii jest w naturalny sposób ograniczona przez liczbę ludności. A przecież trzeba ją jeszcze dzielić między kilka dyscyplin. Na pierwszy rzut oka nie ma z czego budować, ale nie przeszkadza to Słoweńcom w osiąganiu dobrych wyników. To w dużej mierze zasługa wysokiego poziomu usportowienia i wyjątkowego traktowania gier zespołowych w krajach byłej Jugosławii. Na porządku dziennym jest próbowanie swoich sił w kilku dyscyplinach jednocześnie – bieganie z treningu piłkarskiego na koszykarski, a po godzinach jeszcze gra w siatkówkę.

Wydajność Słoweńców jest godna podziwu. Warto ją docenić podczas zachwytów nad kolejnymi sportowymi potęgami. Łatwo bowiem budować dobre wyniki w oparciu o miliony, prawdziwą sztuką jest jednak robić dzięki setkom tysięcy.

czwartek, 20 lutego 2014

Kiedy zaczynałem oglądać skoki narciarskie, trzeba było bardzo spieszyć się przed telewizor, bo nasi tak szybko odpadali. To było kilka lat przed wybuchem małyszomanii. Polacy w całym towarzystwie znaczyli niewiele, punktowali bardzo marnie i startowali z niskimi numerami startowymi. Jeden skok i najczęściej było już po całej zabawie. Owszem, czasami zdarzały się – nomen omen – wyskoki. Adam Małysz w 1996 roku wygrał zawody w Holmenkollen, a rok później był najlepszy w Sapporo i Hakubie. Swoje dobre momenty miał też Robert Mateja. W 1997 roku na mistrzostwach świata w Trondheim był blisko medalu w konkursie na normalnej skoczni. Mógł też wygrać zawody Pucharu Świata w Zakopanem, prowadził nawet po pierwszej serii, ale zawalił drugą próbę i zajął szóste miejsce. Ogólnie jednak – bieda z nędzą.

Początkowo po eksplozji formy Małysza zmieniło się niewiele. Pojawił się wielki lider, ale reszta polskiej reprezentacji stanowiła dla niego tylko nieładne tło. Małysz wygrywał, dla pozostały ciągle sukcesem był awans do finałowej trzydziestki. Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z rozwojem programu „Szukamy następców Mistrza!”. Sukcesów i popularności Małysza nie zmarnowano – to byłoby przecież takie typowo polskie – ale wykorzystano je do poprawienia kondycji polskich skoków. 

Należy analizować przebieg projektu, szukać w nim błędów i robić wszystko, by działał jeszcze lepiej. Nie można jednak nie zauważyć efektów, które przyniósł. To w dużej mierze dzięki niemu polskie skoki rozwijają się miarowo. Ciągle mają wyrazistego lidera, ale w końcu jest to lider mocnej grupy, a nie osamotniona jednostka bez żadnego zaplecza. Polacy – już nie tylko jeden z nich – potrafią wygrywać zawody Pucharu Świata, dobrze w nich punktować i zajmować wysokie miejsca na imprezach mistrzowskich. Najbardziej czytelnym dowodem postępu, jaki zrobiła dyscyplina, jest jednak brązowy medal zdobyty przez drużynę na zeszłorocznych mistrzostwach świata. Na podium takich konkursów nie wskakuje się przypadkiem, to konsekwencja ośmiu bardzo dobry skoków wyrównanych zawodników. 

Świadectwem rozwoju polskich skoków jest też uczucie niedosytu po najlepszej imprezie w ich historii. Dwa medale Kamila Stocha to wielkie wydarzenie w historii polskiego sportu i całej dyscypliny, ale zabrakło podparcia go podium w konkursie drużynowym. Nie ma się co oszukiwać – czwarte miejsce to zawód. Niby wynik dobry, niby pewna pozycja w czołówce, niby potwierdzenie wcześniejszych startów, ale to jednak zmarnowana szansa. Medal nie był mrzonką, szalonym snem, ale realnym celem. Polacy byli w Soczi w wysokiej formie, skakali równo, a drużyna wydawała się silniejsza niż rok wcześniej. Jan Ziobro przebojem wdarł się do szerokiej czołówki Pucharu Świata, wygrał jeden konkurs i stał się bardzo mocnym punktem reprezentacji. Konkurencja wręcz przeciwnie – nieco słabsza niż w poprzednich latach i bardziej w zasięgu niż kiedykolwiek wcześniej.

Zabrakło dwóch lepszych skoków. Trochę więcej można było oczekiwać od Stocha, znacznie więcej wnieść musiał Piotr Żyła. W konkursie drużynowym nie ma miejsca na wpadki, ekipa musi być wyrównana, a zawodnicy stabilni. Żyła taki nie był, jeden skok zepsuł, w drugim poleciał tak, jak powinien. Teraz może się przekonać, że granica oddzielająca wesołka od pajaca jest cieniutka.

Kiedy zaczynałem oglądać skoki narciarskie, trzeba było bardzo spieszyć się przed telewizor, bo nasi tak szybko odpadali. To było kilka lat przed wybuchem małyszomanii. Polacy w całym towarzystwie znaczyli niewiele, punktowali bardzo marnie i startowali z niskimi numerami startowymi. Nie uwierzyłbym, gdyby ktoś powiedział, że Polak zdobędzie dwa złote medale na igrzyskach olimpijskich, a czwarte miejsce drużyny będzie rozczarowaniem. Pewnie dlatego, że trudno było wtedy pomyśleć, że taka historia jest w ogóle możliwa.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Bobsleje dla USA zbudowało BMW. Włosi korzystają z doświadczenia Ferrari. Brytyjczycy postawili na współpracę z McLarenem. Bobsleje nazywane są zimową Formułą 1 nie tylko z powodu wielkiej prędkości osiąganej na torze, ale także ze względu na użycie technologii stosowanych w świecie najbardziej prestiżowych wyścigów samochodowych.

Dzisiejszy sport to wyścig zbrojeń. Narty muszą być dobrze posmarowane, wiązania dobrane optymalnie, a pozycja sportowca wypracowana przez długie godziny ćwiczeń w tunelach aerodynamicznych. Nawet naboje biathlonistów są ważone przed biegiem, by zminimalizować ryzyko niecelnego strzału. Organizmy sportowców są monitorowane jak zdrowie kosmonautów. Czasami to wszystko brzmi magicznie, ale wszędzie szuka się drobnych przewag. Choćby trzech tysięcznych sekundy, które – jak dobrze wiemy – mogą być na wagę złota. Rozwija się szpiegostwo sportowe, ciągle podgląda się konkurencję, bo przecież warto śledzić, co przynosi jej dobre wyniki.

Coraz większa część rywalizacji odbywa się na zapleczu. Nie tylko w laboratoriach, w których wymyślane są kolejne środki dopingujące, ale w komputerach naukowców, gabinetach inżynierów i budach smarowaczy. Kto posmaruje, ten jedzie. Stary slogan pasuje idealnie.

Ostatecznie wszystko jest jednak w rękach zawodnika. Płozy mogą być przecież świetne, ale jeśli panczenista za wolno przebiera nogami i ma za mało siły, to medal pozostanie tylko marzeniem. Tak samo z nartami. Paulina Maciuszek nie wskoczy przecież na podium, gdy zacznie biegać na deskach przygotowanych dla Justyny Kowalczyk.

Trochę inaczej – mam wrażenie – rzecz ma się w bobslejach. Tutaj jakość sprzętu ma szczególne znaczenie. Ważna jest jakość płóz, kształt bobsleja, materia, z której całość jest zrobiona... Kto nie ma dobrego bobsleja, ten nie ma szans na dobre miejsca. Decydują detale techniczne, za które spokojnie, wzorem Formuły 1, można przyznawać medale dla konstruktorów boba. Jaka w tym wszystkim jest rola pilota? Ciągle duża, przecież jeśli ktoś nie umie jeździć tą maszynerią, to prędzej czy później się rozbije, ale chyba jednak jest istotnie ograniczona jakością sprzętu.

Być może rywalizacja byłaby bardziej intrygująca, gdyby równe szanse na starcie oznaczały również równy sprzęt. Wtedy okazało się, kto jest naprawdę silny, a kto liczy się dzięki pieniądzom na inwestycje technologię. Dobrze byłoby zobaczyć igrzyska ludzi, a nie walkę sportowców podszytą wyścigiem zbrojeń. To jednak tylko pięknoduchowskie bajania. Raz, że szanse nie byłyby równe, bo bogatsi zapewniliby sobie wydajniejszy trening, mieli lepszy dostęp do niezbędnej infrastruktury i – no cóż – skuteczniejsze środki dopingujące. Dwa, że unifikacja sprzętu jest rewolucją, której nie da się przeprowadzić. Konkurencja na tym polu zabrnęła już za daleko, a na jej ograniczeniu ucierpiałoby zbyt wiele interesów. Cóż, taki już jest świat.

*

Dawid Kupczyk startuje na igrzyskach olimpijskich już piąty raz, ale dopiero w Soczi pokazał się z dobrej strony. To wiadomość słodko-gorzka; niby dobrze, że w końcu się udało, ale szkoda, że trzeba było na to czekać tak długo. Jest też informacja zła – po tylu latach treningów nie miało to nic wspólnego z jazdą bobslejem, tylko było spowodowane występem w ładnej kurtce i z polską flagą w ręku podczas ceremonii otwarcia.

Inna rzecz, że na taki zaszczyt nie zasłużył. Na pierwszy rzut oka był to całkiem dobry pomysł. Za Kupczykiem przemawiały rodzinne tradycje – jego ojciec Andrzej zajął siódme miejsce w biegu na 800 m na igrzyskach w Monachium – i duży olimpijski staż. Oddanie flagi w jego ręce było także miłym ukłonem w stronę marginalnej dyscypliny. Być może niezasłużonym, bo małe środowisko jest skłócone. Kupczyk publicznie zarzuca władzom związku nieznajomość tematu, te nazywają pilota i jego trenera mitomanami, a niektórym działaczom bobslej kojarzy się z penisem.

Trudno też zaakceptować, że chorążym polskiej reprezentacji jest osoba, która od czasu do czasu daje do zrozumienia, że jeśli nie znajdą się pieniądze na finansowanie jego dalszych startów, to może zacząć jeździć w barwach innego państwa. Kupczyk dał temu wyraz na łamach Skarbu Kibica Przeglądu Sportowego. Spisujący na słodko jego sylwetkę red. Paweł Burlewicz gładko przełknął te słowa i jeszcze wyraził nadzieję, że po zmianie barw „wreszcie pokaże na, na co go naprawdę stać”...

Złośliwi zauważą, że Kupczyk może sobie gadać różne rzeczy, ale i tak nikt go nie zechce. W pierwszej próbie na igrzyskach w Soczi polski pilot się skompromitował. Nikt nie oczekiwał od niego wiele, to byłoby niedorzeczne, ale też raczej nikt nie przypuszczał, że może być aż tak źle. Polska dwójka pokonała tylko załogi Japonii, Jamajki i Serbii. Ta ostatnia wycofała się z rywalizacji. Lepsi w stawce trzydziestu ekip byli nawet Australijczycy i reprezentanci Monako, którzy rzadko startują w zawodach Pucharu Świata. Dobrze chociaż, że Polacy dojechali do mety i ich występ zakończył się bez rannych. W końcu już raz w tym sezonie jechali do góry płozami...

Jasne, można winę za nieudany start zrzucić na sprzęt, ale przecież sam bobslej nie szura po bandach i nie odbija się od ścian toru. Ktoś to wszystko jednak pilotuje i powinien nad tym panować. Skoro może Rumun, Czech, Australijczyk, człowiek z Monako i Koreańczycy – w żadnym z tych państw nie ma toru bobslejowego – to powinno się tego wymagać też od Polaka regularnie startującego w zawodach Pucharu Świata. Tymczasem zamiast mówić o klątwie chorążego, można – biorąc pod uwagę także aspekt pozasportowy – rozmawiać o klęsce chorążego. Mała, ale znacząca różnica.

Optymistyczne przed startem czwórek jest tylko to, że dużo gorzej Polacy nie mogą pojechać. Pesymistyczne – że po tak fatalnym przetarciu nie ma też widoków na dużo lepszy występ.

 

sobota, 15 lutego 2014

Polacy w Soczi wygrywają pięknie. To nie są wymęczone sukcesy, trudne do wytłumaczenia fuksy, medale bez historii. Za każdym kryje się piękna sportowa opowieść. Kamil Stoch wskoczył do panteonu polskiego sportu z zachwycającą lekkością, Justyna Kowalczyk w heroiczny sposób pokonała własne ograniczenia, a Zbigniew Bródka pokazał, że warto mieć marzenia i je spełniać.

Złoto Bródki to sukces, który trudno pojąć. Wiadomo, to wynik talentu, ciężkiej pracy zawodnika i trenerów oraz szczęścia, ale biorąc pod uwagę warunki, w jakich się wykuwał, trzeba traktować go w kategoriach cudu. W Polsce nie ma krytego toru do łyżwiarstwa szybkiego. Jesienią i zimą biało-czerwoni trenują za granicą, przez pozostałą część roku muszą sobie radzić w spartańskich warunkach. Bródka rzuca wtedy łyżwy w kąt, na nogi zakłada wełniane skarpety i ćwiczy ruch łyżwiarski ślizgając się po laminowanych deskach. Po treningu idzie do pracy i jeździ gasić pożary. Brzmi to trochę jak żart, ale jest niewesołą rzeczywistością. Rywale patrzą na to - wełniane skarpety, wóz strażacki i złoty medal olimpijski - pewnie nie do końca wierząc, że wszystko dzieje się naprawdę. Tu przecież nic się nie zgadza, w profesjonalnym sporcie, który jest wyjątkowo skoncentrowany na detalach, takie rzeczy zdarzają się już bardzo rzadko.

Dysproporcję widać też w traktowaniu polskich liderów sportowej zimy. Stochowi, skoczkom i Kowalczyk nie brakuje nawet ptasiego mleka. Panczeniści pozostają ich ubogimi krewnymi, a mimo wszystko potrafią skutecznie rywalizować w Pucharze Świata - Bródka jest jego zwycięzcą - oraz walczyć o medale mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich.

Otwarte pozostaje kilka pytań. Ile panczeniści - przecież nie tylko Bródka - mogliby osiągnąć, gdyby zapewniono im poważniejsze warunki? Czy w obecnej sytuacji można oczekiwać od nich medali?

Szefowie polskiego sportu mierzą w organizację zimowych igrzysk olimpijskich, ale zamiast zatracać się w jastrzębich ideach, trzeba natychmiast zacząć pracę u podstaw. Jeśli programów szkolenia i niezbędnej infrastruktury nie zacznie tworzyć się już dziś, to ewentualne krakowskie święto sportu może zamienić się w wyjątkowo przykrą stypę. Gościnność to ładna cecha, ale przecież nikt nie lubi, gdy goście panoszą się po jego domu i wynoszą z niego najcenniejsze rzeczy. Na razie zimowe sukcesy opieramy głownie na jednostkach, które nie będą przecież odnosić sukcesów wiecznie, a nie na dobrze działającym systemie.

Ile może potrwać jego tworzenie najlepiej widać na przykładzie skoków narciarskich. Od wybuchu małyszomanii minęło trzynaście lat, od pierwszych realnych działań trochę mniej, ale pierwsze poważne efekty, mierzone sukcesami wśród seniorów, widać dopiero teraz.

Warto o tym pamiętać i zacząć działać, bo medali Bródki, Stocha i Kowalczyk nie można zmarnować.

*

Bródka wygrał złoty medal o trzy tysięczne sekundy. To wartość abstrakcyjna, trudna do wyobrażenia, mierzalna tylko dzięki dokładnemu sprzętowi elektronicznemu. Mniej niż mgnienie oka. Na co ją zamienić? Na bardziej czysty lód? Na jeden lepszy ruch ręką? Na raz lepiej postawioną stopę? Podobno to można to zamienić na trochę ponad cztery centymetry. Na tym dystansie tyle co nic.

Kiedy słyszę, że w rywalizacji z udziałem Polaka decydowała tak mała różnica, automatycznie wydaje mi się, że to on przegrał. Ten kompleks Polaka-pechowca, który nie jest potwierdzony żadnymi statystykami. Pewnie ma też niewiele wspólnego z rzeczywistością i gdyby dobrze się przyjrzeć, to okazałoby się, że nasi równie często wygrywali o błysk szprychy, co o niego przegrywali.

Tym razem los uśmiechnął się do Bródki. W tym całym dążeniu do perfekcji zadecydował, mam wrażenie, nieuchwytny detal, którego nie można mieć na własność. Fortuna.

I tylko gdzieś po głowie kołacze myśl, że rozstrzyganie zawodów tak małą różnicą jest nieludzkie. Złoty medal smakowałby inaczej, gdyby trzeba go dzielić, byłby trochę mniej słodki, ale gdy patrzę na skwaszonego Holendra, to jest mi go po prostu żal.

*

Nie wiem, kiedy jest Dzień Strażaka, to w sumie mało istotne. Wiem za to, kiedy powinien być. 15 lutego to całkiem ładna data. Dobrze się kojarzy.

23:46, bartoszewsky
Link Komentarze (6) »
czwartek, 13 lutego 2014

Biegi narciarskie to jedna z tych dyscyplin, w które wpisana jest walka z własnymi słabościami. To ciągłe przełamywanie barier w trakcie morderczych treningów i nieefektownej, trudnej do wyobrażenia harówy na zawodach. Najlepiej przemawiają obrazy z trasy – powykrzywiani, cierpiący ze zmęczenia biegacze, którzy za linią mety padają na śnieg z wyczerpania. Justyna Kowalczyk pokonała jeszcze jedną barierę. Wygrała nie tylko z rywalkami i z sobą, ale także z własnym zdrowiem.

Zwycięstwo Kowalczyk było epickie. Nie przepadam za tym słowem, ale wydaje mi się, że akurat w tym przypadku dobrze oddaje istotę rzeczy. To znów – tak jak w przypadku niedzielnej wygranej Kamila Stocha – był sportowy nokaut. Kowalczyk wygrała bezdyskusyjnie, w imponującym stylu, właściwym tylko dla największych. Bardziej niż komentarz Przemysława Babiarza i Marka Jóźwika pasowałby do niego podkład z "Rydwanów ognia" Vangelisa.

To wrażenie jeszcze potęgują okoliczności złotego biegu. Już szóste miejsce w biegu łączonym wywalczone z kontuzją budziło uznanie. Zwycięstwo w tak trudnej, silnie obsadzonej konkurencji jest już zupełnie niezwykłe. To był heroiczny triumf ducha nad organizmem i wszystkimi problemami. Los nie oszczędzał Kowalczyk przed igrzyskami, w przygotowaniach i startach przeszkadzały kontuzje, a mimo to udało się zdobyć olimpijskie złoto.

Kowalczyk już dawno wspaniale zapisała się w dziejach polskiego sportu. Złoto wywalczone w Soczi będzie znajdzie miejsce wśród jego największych triumfów. Czasy nie sprzyjają tworzeniu się sportowych mitów – tym dużo lepiej służyła tajemnicza aura ery przedtelewizyjnej – ale to absolutnie wyjątkowa historia. To jedno z tych wydarzeń, które zaczyna żyć własnym życiem, obrastać w legendę i przy różnych okazjach będzie wspominany jako przykład nadzwyczajnego sukcesu i jeszcze większego hartu ducha.

Mnóstwo w tym tekście wielkich słów, sama Kowalczyk podobno ich nie lubi, ale trudno nie zachwycić się takim zwycięstwem i przejść obok niego zupełnie na chłodno. Możną ją uwielbiać, można nie trawić, ale za tak wspaniałe zwycięstwo powinno się ją po prostu podziwiać.

*

Polscy sportowcy często zamiast po prostu zwyciężać, chcą to robić na złość innym. Ciągle są spięci, wiecznie chcą coś komuś udowadniać i pokazywać, że jakiś głupek nie ma racji. Być może to dodatkowa motywacja, pewnie nawet całkiem dobra, ale często takie zachowanie ociera się o śmieszność. Podejrzewam zresztą, że w dużej mierze to jeden z tych sportowych banałów, które są powtarzane bez przerwy, ale też bez zastanowienia. Prym wiodą oczywiście piłkarze, którzy wiecznie chcą coś udowodnić, ale rzadko kiedy im się to udaje.

Z Justyną Kowalczyk było podobnie. Już w pierwszych słowach po zdobyciu złotego medalu odniosła się do krytyków, którzy nadepnęli jej na kontuzjowaną nogę po biegu łączonym. Widocznie potrzebni byli wrogowie, żeby lepiej nakręcić się przed startem. Nawet wymyśleni. Jeśli tak – spełnili swoją rolę znakomicie.

Inna rzecz, że kiedy słyszę teraz w telewizji, że Justyna Kowalczyk po biegu łączonym stała się obiektem nagonki, to chce mi się śmiać. Media przyjęły szóste miejsce z dużym zrozumieniem, kibice też je docenili. Wszyscy podchodzili do tego startu bardzo ostrożnie, liczyli się z tym, że o miejsce na podium będzie bardzo trudno. Zwłaszcza w kontekście raportów o jej stanie zdrowia i perypetiach na ostatniej prostej przed igrzyskami. Już wiemy, że te doniesienia były niepełne – to przecież nie tylko problemy z piszczelami, ale też stopa w dużo gorszym stanie niż początkowo informowano – lecz na tyle sugestywne, że kazały zdecydowanie spokojniej podchodzić do tego startu.

Pojawiły się oczywiście krytyczne opinie, to fakt, ale były umiarkowane i nie przekraczały dobrego smaku. To sport. Pewne pytania – choćby te o okoliczności odniesienia kontuzji – są uzasadnione; różne punkty widzenia i opinie – normalne. Kowalczyk tymczasem zareagowała bardzo emocjonalnie, zupełnie jakby nie była przyzwyczajona, że ktoś może oceniać jej start mniej korzystnie niż ona sama.

*

Mazurek Dąbrowskiego znów pięknie wybrzmiał w Soczi. Zagrano dwie zwrotki – spokojnie, godnie, bez niepotrzebnego kombinowania.

Warto to odnotować z dwóch powodów.

Po pierwsze, nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby reprezentanci Polski na zimowych igrzyskach olimpijskich zdobyli więcej niż jeden złoty medal. A mamy nadzieję, że to jeszcze nie koniec.

Po drugie, na igrzyskach olimpijskich szanuje się hymny narodowe. W wielu dyscyplinach traktuje się je jak pierwszą lepszą melodyjkę, która przeszkadza w starannie zaplanowanym show. Tak jest choćby w siatkówce, w której hymny są przerywane byle gdzie i byle jak.

Dobrze, że na igrzyskach jest inaczej.

 

 
1 , 2