Na stadionach Polski i Świata.
piątek, 28 lutego 2014

Na okładce ostatniego wydania „Newsweeka” ktoś napisał, że Rosja została pokonana w Soczi. Taka opinia jest całkiem efektowna, ale nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.

Rosja odniosła w Soczi wielkie sportowe zwycięstwo. Gospodarze wyraźnie wygrali klasyfikację medalową i zdobyli zdecydowanie najwięcej medali w historii startów na zimowych igrzyskach pod obecnym szyldem. To olbrzymi skok jakościowy w porównaniu do fatalnego występu w Vancouver. Rosjanie w Kanadzie zdobyli marne trzy złote medale – teraz aż trzynaście – i wypadli z pierwszej dziesiątki tabeli medalowej. To był ich najgorszy samodzielny start w dziejach. Pozbierali się po nim we wspaniały sposób.

Nawiasem: można tylko się zastanawiać, czy rosyjskie odrodzenie nie było zbyt imponujące. To prawda, gospodarze zawsze do igrzysk przygotowują się specjalnym programem, biją u siebie swoje medalowe rekordy, albo przynajmniej zaliczają najlepszy występ w stosunku do kilku poprzednich. Doświadczenie uczy jednak, że nie wszystkie sukcesy są w stanie przetrwać badania prowadzone w laboratoriach antydopingowych. Ciekawe, ile medali zdobytych w Soczi będzie obowiązywać za dziesięć lat...

Na tym bardzo udanym obrazie jest jedna paskudna krecha. Plan był prosty. Rosyjscy hokeiści mieli zdobyć w Soczi złoty medal, w najgorszym razie po prostu stanąć na podium, a zwycięstwo odniesione na własnym terenie, daj Boże po bezpośrednich meczach z USA i Kanadą, miało przejść do legendy.  To byłoby wymarzone podsumowanie igrzysk. Prawdziwa ceremonia zakończenia miała odbyć się na lodowisku, a cały świat miał patrzyć na triumf rosyjskiego sportu. Hokej na lodzie to ozdoba igrzysk, Rosjanie traktują go z nabożeństwem, a rywalizacja naznaczona jest wieloma podtekstami. Nic z tego nie wyszło, Rosjanie znowu zawiedli na całej linii, odpadając już w ćwierćfinale. To był wyjątkowo bolesny cios. Prestiżowa klęska rosyjskich hokeistów usunęła w cień wszystkie inne sportowe niepowodzenia, ale trudno z jej powodu uznać za przegraną całą imprezę. Zwłaszcza, że oprócz medali nie zabrakło też sukcesu propagandowego.

Tuż przed rozpoczęciem igrzysk każdą niedoróbkę wyolbrzymiano do absurdalnych rozmiarów, śmiano się z każdego błędu, a między tym wszystkim zawierała się sugestia, że kraj, który nie potrafi postawić normalnej toalety, musi skompromitować się podczas organizacji wielkiej imprezy. Teraz mało kto już pamięta o podwójnych kiblach czy brudnej wodzie, wszystkich widocznie ogarnęła skleroza, i igrzyska są opiewane w samych superlatywach. Obiekty, organizacja, zaangażowanie, atmosfera, uśmiechy – nagle wszystko stało się niemal doskonałe. Igrzyska nie straciły też na konflikcie na Ukrainie; w Soczi właściwie wszystko toczyło się zwykłym, olimpijskim rytmem. Może święto zostało trochę zakłócone, uwaga publiczności rozproszona, ale wyolbrzymianie wpływu ukraińskich niepokojów na odbiór igrzysk jest bezsensowne.

To właściwie olimpijski standard, każde następne są najlepsze, większe i lepiej zorganizowane od poprzednich, ale dla Putina to świetna zdobycz. I to od razu potrójna. Ma sukces sportowy – zapomnijmy na chwilę o tych nieszczęsnych hokeistach, o Rosji dobrze mówiło się na świecie, a to wszystko może być też powodem do dumy dla jej mieszkańców. Rosja potrafi – takie przesłanie też zostanie po tych igrzyskach.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10