Na stadionach Polski i Świata.
piątek, 27 lutego 2015

Legia została brutalnie sprowadzona na ziemię przez Ajax, ale i tak ma za sobą udany sezon w europejskich pucharach. Właśnie – udany. Należy doceniać jej wyniki, bo w ostatnich kilkunastu latach podobne występy polskich drużyn na arenie międzynarodowej zdarzały się rzadko, ale nie można ich przeceniać. Nie wydarzyło się nic przełomowego. Legia w pucharach zlała Celtic i pewnie wyszła ze słabej grupy w Lidze Europy, ale ostatecznie, w skali makro, powtórzyła wynik Lecha, Wisły i swój sprzed kilku lat. Nie są to powody do dumy, o których po rewanżu z Ajaksem mówił oszołomiony jeszcze meczem Michał Żyro. Taka ocena jest śmieszna, ma niewiele wspólnego z rzeczywistą wartością tych wyników i trąci minimalizmem.

Nie ma też powodu, żeby teraz z Legii szydzić. Ajax spuścił jej łomot – zdarza się. Inni, choćby nieudolny w lipcu Lech, w tej edycji pucharów kompromitowali się bardziej.

Śmiać można się za to na wspomnienie reakcji po wylosowaniu Ajaksu. Zapanował taki entuzjazm, jakby Legia nie miała w planach gry z mistrzem Holandii, lecz niszczejącym Widzewem. Zrobiono z niej prawie faworyta, a skończyło się mało przyjemnie. Ten Ajax to żadne mecyje, jednak drużyna wciąż silniejsza od Legii. Czasami warto nieco mocniej stąpać po ziemi. Rozczarowanie jest wtedy mniejsze.

W balon dmuchano mocno. Powietrze, które uszło z niego po pierwszej połowie meczu w Amsterdamie, dopompowano po drugiej. Optymizm przed rewanżem próbowano budować na dobrym fragmencie gry, kilku szansach, porażce, to fakt, ale w niezłym stylu. To taka nasza specjalność.

Teraz nie ma już czego pompować. Balon pękł z hukiem. Przebił go Arkadiusz Milik.

Rewanż mógł toczyć się na innych warunkach, ale Legia zmarnowała mecz w Amsterdamie. Najpierw pierwszą połowę, będę się upierał, potem kilka okazji w drugiej. Bramka była za mała, by Żyro trafił do niej z pięciu metrów nad leżącym Jasperem Cillessenem, więc to Ajax bezlitośnie trafił Legię. Żyro do czterech – tak też można opisać ten dwumecz.

Nawiasem: Żyro od kilku sezonów uznawany jest za duży talent, czasami pokazuje spore możliwości, a Legia szykuje grunt pod wielomilionowy transfer. W meczu z Ajaksem można go było porównywać z Milikiem. Różni ich prawie wszystko, od wieku po pozycji, ale najważniejsze jest tempo rozwoju i punkt kariery. Dzisiaj Milik gra na europejskim poziomie. Żyro grywa na nim raz na sto lat. Niby podobne słowo, ale duża różnica.

Fiasko poniósł plan Henninga Berga. Norweg rotował składem i oszczędzał swoich liderów na mecze pucharowe. Było to podszyte przekonaniem, że Legia nie ma w Polsce z kim przegrać, i tak zdobędzie mistrzostwo, więc nie musi angażować wszystkich sił w ligową młóckę. Jesienią ta koncepcja się sprawdziła. Legia gubiła dużo punktów, przegrywała z drużynami z środka tabeli, lecz prowadziła w lidze i wygrywała w pucharach. Wiosną tak dobrze już nie było. Nie dość, że nie dała rady Ajaksowi, to jeszcze rywale odrobili część dystansu w tabeli, co jeszcze może się jej odbić czkawką.

Warunki w lidze się zmieniły. I Legia wcale nie musi ich dyktować tak skutecznie jak jesienią.

wtorek, 24 lutego 2015

Jeden gol zdominował opowieść o meczach Borussii z Juventusem. A przecież ich historia nie ogranicza się do niego.

I

Lars Ricken grał dla Borussii Dortmund przez kilkanaście lat, zdobył dla niej prawie pięćdziesiąt bramek, stemplował awanse w europejskich pucharach, lecz wszystko przyćmił gol z Juventusem w finale Ligi Mistrzów. Cała kariera usunięta w cień przez jedno kopnięcie.

Wszystko trwało kilkanaście sekund. Ricken wbiegł na boisko za Stephana Chapuisata, wystartował do świetnego podania Andreasa Möllera i błysnął geniuszem lobując Angelo Peruzziego. Borussia prowadziła 3:1. Było po meczu.

Wejście Rickena rozmyło pamięć o tamtym finale, kojarzy się przede wszystkim tego niezwykłego gola, a dopiero później pozostałe wydarzenia. Zdominowało też opowieść o meczach Borussii z Juventusem. A przecież nie było to jedyne spotkanie obu drużyn – w połowie lat 90-tych los często je kojarzył. Ba, nie był to nawet jedyny finał, w którym się spotkały.

II

Finały Borussii z Juventusem zawsze wygrywali Niemcy. Dwaj.

Pierwszy to Jürgen Kohler, solidny obrońca, jeden z tych młotkowych, których Marco van Basten obwiniał za przedwczesne zakończenie kariery.

Drugim był Andreas Möller, błyskotliwy ofensywny pomocnik, który narobił sobie wrogów na każdym niemieckim stadionie. Śpiewano, że jest płaczliwym maminsynkiem.

Obaj trafili do Turynu na początku lat 90-tych na fali wielkiej niemieckiej emigracji. W ciągu kilku lat Bundesligę na Serię A zamienili prawie wszyscy najważniejsi piłkarze reprezentacji Niemiec. W tamtym czasie przez ligę włoską przewinęli się Jürgen Klinsmann, Lothar Matthäus, Andreas Brehme, Rudi Völler, Thomas Hässler i wielu, wielu innych. Szukali lepszych pieniędzy i – przy okazji – większych sukcesów. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych europejskie puchary wygrało sześć włoskich klubów: AC Milan, Napoli, Juventus, Sampdoria, Inter i Parma. Kulminacja nastąpiła wiosną 1990 roku, gdy przedstawiciele Serie A wzięli wszystkie trofea. Milan wygrał w Pucharze Mistrzów, Sampdoria zdobyła Puchar Zdobywców Pucharów, a Juventus – Puchar UEFA.

Trzy lata później Stara Dama znów awansowała do finału tych rozgrywek. Droga do niego nie była zbyt trudna. Juventus męczył się tylko z Panathinaikosem. Wcześniej rozbił Anorthosis Famagusta, potem eliminował Sigmę Ołomuniec, Benfikę i PSG.

Dwaj Niemcy mieli pewne miejsce w planie Giovanniego Trapattoniego. Kohler był silnym puntem defensywy Juventusu. Möller tworzył z Roberto Baggio i Gianluką Viallim groźny ofensywny trójkąt, który wspomagali atakujący z drugiej linii Antonio Conte i Dino Baggio.

Dla Borussii awans do finału był większym wydarzeniem.

Raz, że był to dopiero drugi podobny sukces w historii klubu, który w 1966 roku wygrał Puchar Zdobywców Pucharów.

Dwa, droga do niego była dużo trudniejsza. Dwumecz z Florianą La Valetta był spacerkiem. Później Borussia grała z bardziej wymagającymi rywalami. Eliminowała Cetic, Real Saragossa, po ciężkiej przeprawie wyrzuciła za burtę Romę, a w dramatycznym półfinale wygrała z Auxerre dopiero po konkursie rzutów karnych.

Trzy, w drużynie nie było wtedy takich gwiazd jak w Juventusie. Najważniejszy na boisku był kapitan Michael Zorc, w ataku Chapuisat i mistrz świata z 1990 roku Frank Mill, a miejsce w reprezentacji Niemiec miał kupiony przed sezonem z Juventusu Steffen Reuter. W pucharach nie grał kupiony w trakcie sezonu z Interu Matthias Sammer, któremu przejście do Borussii dało nowe piłkarskie życie.

Prestiż Pucharu UEFA był wtedy bez porównania większy od dzisiejszej Ligi Europy. Różnic było więcej. Rywalizację w klasycznej fazie pucharowej wieńczył finałowy dwumecz. Inna była też otoczka. Nie było jeszcze scentralizowanych praw marketingowych, reklamy sprzedawano w innym trybie, więc kluby robiły wszystko, żeby maksymalizować zyski. Dziś gole z finału Pucharu UEFA w 1993 roku możemy oglądać z dwóch perspektyw. Wszystko przez to, że z jednej strony boiska stały reklamy kierowane na rynek niemiecki, a z drugiej te, które mieli zobaczyć telewidzowie we Włoszech.

Pierwszy mecz, który rozgrywano na Stadionie Westfalskim, rozpoczął się świetnie dla Borussii, która objęła prowadzenie już w drugiej minucie. Gola strzelił Michael Rummenigge. Tak, z tych Rummenigge. To słabszy i mniej utytułowany brat Karla-Heinza.

Z punktu widzenia Borussii cały dwumecz był jednak doskonałą ilustracją powiedzenia o miłych złego początkach. Świetnie rozpoczęty mecz zakończył się dotkliwą porażką. Juventus wziął w obroty obronę gospodarzy, nękał ją kombinacyjnymi atakami, a w rolach katów wystąpili Dino i Roberto Baggio. Włosi wygrali 3:1.

Rewanż na zmoczonym deszczem Stadio delle Alpi był formalnością. Błyszczał Dino Baggio, który strzelił dwa gole, a Borussię dobił Möller. 3:0. Wielkiej historii w tym nie było.

Möller wytrzymał w Turynie jeszcze rok. Zrezygnował z niego niejaki Marcello Lippi, który przejął drużynę po Trapattonim.

Kohler trafił do Borussii dwa lata później. Też nie było dla niego miejsca w nowym projekcie, który dał dał wielkiemu Juventusowi trzy finały Ligi Mistrzów z rzędu.

Po czterech latach utarli nosa byłemu klubowi. Wiadomo, Monachium, Riedle, Ricken. Borussia – Juventus 3:1.

III

Zwycięstwo w Pucharze UEFA stanowiło dla Juventusu nagrodę pocieszenia po niezbyt udanym sezonie w Serie A. Na mecie rozgrywek był dopiero czwarty.

Giovanni Trapattoni świętował zdobycie siódmego międzynarodowego trofeum. Później w europejskich pucharach już nic nie wygrał.

Borussia przełknęła gorzką pigułkę, ale zbiła też kapitał na przyszłość. Była jedynym niemieckim klubem, jaki w tamtym sezonie przebił się do ćwierćfinałów trzech europejskich pucharów. Pieniądze, które szerokim strumieniem popłynęły do Dortmundu z tytułu praw telewizyjnych, reklam i nagród, całe 25 milionów marek, stały się ważnym elementem klubowego budżetu. Pomogły też stopniowo przebudowywać drużynę. W ciągu kilku lat Borussia wydała miliony na Möllera, Kohlera, Julio Cesara i Paulo Sousę z Juventusu, Karla-Heinza Riedle z Lazio oraz Steffena Freunda, Heiko Herrlicha, Jorga Heinricha i Rene Schneidera.

Trenera Borussia nie musiała szukać. Już go miała. Finał z wiosny 1993 roku zwieńczył drugi sezon pracy Ottmara Hitzfelda w Dortmundzie. Na sukcesy trzeba było jeszcze cierpliwie poczekać. Było warto, bo Borussia wkrótce dwa razy z rzędu wywalczyła dublet. No i – wiadomo – wygrała Ligę Mistrzów. Z piłkarzy, którzy grali w dwumeczu z Juve, rewanżu doczekali Steffen Klos, Knut Reinchardt, Reuter, Chapuisat i Zorc, który dzisiaj jest dyrektorem sportowym Borussii.

A Ricken? W tamtym dwumeczu mógł tylko kibicować Borussii. Do kadry pierwszej drużyny został włączony przed następnym sezonem. Wtedy też strzelił swojego pierwszego gola w europejskich pucharach. W ćwierćfinale Pucharu UEFA trafił do bramki Interu, ale Borussia odpadła.

Włochów miał pognębić dopiero trzy lata później.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Po golu Zaura Sadajewa na telebimie pokazano siedzącego na ławce rezerwowych Vojo Ubiparipa. Lech prowadził z Ruchem 1:0, kibice cieszyli się ze zdobycia bramki, Czeczen zbierał gratulacje, a twarz Serba tężała. Gdyby ktoś miał po jego minie odgadnąć, co dzieje się na boisku, pewnie powiedziałby, że Lech wysoko przegrywa.

Dobro klubu to jedno, interes piłkarza – coś innego. Często to rozbieżne rzeczy. Ubiparip nadzieje na grę, a co za tym idzie większy zarobek, może pokładać głównie w nieszczęściach całej drużyny – porażkach, słabej formie konkurentów do gry w jedenastce i ich kontuzjach. Im lepiej będzie się wiodło Lechowi, tym gorzej dla Serba, który powinien powoli żegnać się z Poznaniem i musi rozglądać się za nowym pracodawcą.

Teraz – z punktu widzenia Ubiparipa – jest źle. U Macieja Skorży o punkty zagrał tylko raz. Jesienią długo dochodził do sił po kontuzji, a przed meczem z Pogonią sam skorzystał na problemach zdrowotnych innych. Był bezbarwny, grał słabo, zresztą jak cały Lech, więc szybko wrócił na ławkę rezerwowych. W klubowej hierarchii jest nisko. Maciej Skorża ma innych faworytów.

Meczem z Ruchem pozycje w drużynie umocnił Sadajew. Skorża czuje do niego miętę, wierzy w niego i czyni podstawowym napastnikiem Lecha. W niedzielę otrzymał przekonujący sygnał, że dokonał właściwego wyboru. Sadajew grał dobrze, był aktywny w wielu strefach boiska i bardzo pożyteczny w defensywie. W dodatku – tu nowość – nie dał się sprowokować. Całą energię wykorzystał do gry w piłkę, a nie kłótni, przepychanek i wymachiwania rękami. Mecz skończył z golem, udziałem przy bramce Kaspera Hamalainena i wywalczonym rzutem karnym. To dobry bilans. Jeśli – założenie tylko na potrzeby tekstu – między Sadajewem a Ubiparipem toczyłaby się rywalizacja o pozostanie w Lechu, to akcje Czeczena stałyby zdecydowanie wyżej.

Wyższe notowania mają też Dawid Kownacki, który dla Lecha jest bez porównania bardziej perspektywiczny od Ubiparipa, oraz próbowany jesienią na szpicy Hamalainen. Gra z fałszywym napastnikiem była ciekawa, choć na ogół lepsza od wyników. Dla Skorży taki wariant może być kuszący, bo można w nim wykorzystać duży potencjał pomocników Lecha. Jednocześnie na boisku mogą w nim przebywać niezbędny w każdym układzie Łukasz Trałka oraz Karol Linetty, Darko Jevtić, Gergo Lovrencsics, Szymon Pawłowski i Hamalainen.

Ubiparip nie przekonał, że ma odpowiednie umiejętności, żeby odgrywać ważną rolę w ataku Lechu. Ot, sprowadzony za zbyt duże pieniądze i za dobrze opłacany przeciętniak, który czasami wypali – pamiętamy jego trzy gole z Piastem na otwarcie tego sezonu – ale częściej nie wniesie nic interesującego do gry. Nigdy jednak nie dostał poważnej szansy. Nie wszyscy piłkarze od razu odpalają w nowym klubie, niektórzy potrzebują więcej czasu, cierpliwości i zaufania. Serb nie mógł na to liczyć, bo zazwyczaj ktoś miał mocniejszą pozycję w walce o jedyne miejsce w ataku Lecha. 

Najpierw Ubiparip przegrywał rywalizację ze strzelającym na potęgę Artiomem Rudnevsem, potem z rozgrywającym sezon życia Bartoszem Ślusarskim, a w końcu z będącym dobrą inwestycją klubu Łukaszem Teodorczykiem. I nawet wtedy, gdy w ataku Lecha panowało bezkrólewie, to Ubiparip nie mógł się przebić, bo akurat leczył ciężką kontuzję. Korzystali inni. Serb regularnie grywał tylko na skrzydle, ale widać było, że to nie jest jego miejsce na boisku. Walczył, pracował, jednak nie miał predyspozycji, by zrobić karierę na tej pozycji. Był tylko zapchajdziurą.

Dni Ubiparipa w Lechu można dokładnie policzyć. Do końca kontraktu pozostało ich jeszcze 128. Więcej nie może być. Postęp wymaga ofiar.

piątek, 20 lutego 2015

Chodzi o to, żeby dawać sobie szanse, a potem je wykorzystywać. Pierwszego Legia długo nie robiła, drugiego – nie potrafiła. Ale dwumecz z Ajaksem ciągle jest do wygrania.

Plan Henninga Berga miał ograniczyć pole gry Ajaksu. Legia realizowała go przyzwoicie, broniła głęboko, długimi fragmentami kontrolując ataki Holendrów, ale koszty były bardzo wysokie. To była gra jednowymiarowa, na przeczekanie, obliczona tylko na uzyskanie bezbramkowego remisu. Legia sama ograniczała się tak defensywnym nastawieniem. Gdy przejmowała piłkę, stawała się typową polską drużyną, która przed meczem pociesza się, że rywale też są ludźmi. Była zahukana, niezdolna do wyprowadzenia ataku i nastraszenia Ajaksu.

Zachowawcza gra Legii był do przewidzenia, lecz okazała się zupełnie nieskuteczna. I w ogóle, bo Ajax i tak strzelił gola, i w szczególe. Nie po to przecież Legia broniła blisko bramki, a Ivica Vrdoljak stawał się trzecim stoperem, by Arkadiusz Milik na linii pola karnego miał tak dużo miejsca na strzał.

To był jeden z tych przypadków, gdy stracony gol odmienia drużynę na lepsze. Berg miał plan awaryjny, a piłkarze potrafili przenieść go na boisko. Legia nie była już typową drużyną z Polski, która poddaje się rytmowi meczu, ale wreszcie sama próbowała go nadawać. 

Druga połowa pokazała, że można było grać odważniej, stawiać mu inne warunki, mocniej naciskać na jego niepewną obronę. Legia grała ofensywniej, ale bardzo rozważnie. Okazało się, że wcale nie trzeba było ryglować się przed Ajaksem, który nie potrafił wykorzystać większej przestrzeni do atakowania.

Bardziej otwarta gra w pierwszej połowie nie musiała dać lepszego wyniku, to oczywiste, ale podjęcie ryzyko zwiększyłoby szanse na ugranie czegoś w Amsterdamie. Legia tego nie zrobiła. Zamiast dać sobie szansę, długo czekała aż dostanie ją od Ajaksu. To za mało.

Legia może czuć niedosyt. Straciła gola, zmarnowała pierwszą połowę gry i nie wykorzystała kilku okazji, które powinny jej dać przynajmniej remis. Teraz będzie budować optymizm na podstawie porażki w niezłym stylu – to też typowo polskie. Fakt, było przyzwoicie, ale tylko przez pół meczu. Ajax jest do przejścia, to cień dawnej potęgi, ale tylko przez Legię z drugiej połowy meczu w Amsterdamie. W Warszawie musi być odważna, rozsądna i – przede wszystkim – skuteczna.

wtorek, 10 lutego 2015

Najdłuższy transferowy serial w Polsce, ten z Sebastianem Milą w roli głównej, wreszcie doczekał się zakończenia. Było jak w kiepskim tasiemcu. Niby zdarzały się zwroty akcji, ale całość nieznośnie się ciągnęła. Niby było napięcie, ale z każdym odcinkiem coraz bardziej męczące.  Niby wszyscy są zadowoleni z finału, ale – znowu ale – dopiero okaże się, czy na pewno było się z czego cieszyć. Zakończenie jest otwarte. W przypadku wszystkich transferów podpisy na umowach kończą tylko jeden etap. Drugi, ten z akcją w szatni i na boisku, będzie dużo ważniejszy, bo zadecyduje o powodzeniu całej operacji. I może zdarzyć się tak, że niedawny sukces wszystkie zainteresowane strony solidarnie uznają za porażkę.

Przejście Mili do Lechii jest zrozumiałe niemal z każdego powodu. Na pewno bardzo dobrze w niej zarobi. Komfort na lata zapewnia też długa umowa, która w przypadku tak zaawansowanych wiekiem zawodników jest rzadko spotykana. Szaleństwem byłoby zrezygnować z takiego luksusu. Zwłaszcza, jeśli dostaje się go od swojego wymarzonego podobno klubu, w rodzinnych stronach, blisko starzejących się rodziców, co też miało być ważnym argumentem za przeprowadzką do Gdańska. Nawiasem: zyskuje Mila na takich deklaracjach, patrzy się na niego z większą sympatią, bo odpowiedzialnie podchodzi do życia.

Nie broni się ten transfer tylko ze sportowego punktu widzenia. Mila zamienił drużynę walczącą o podium, kto wie, może nawet o mistrzostwo, na klub, który przede wszystkim musi zapewnić sobie utrzymanie. Lechia w lidze zostanie, spadek w takich okolicznościach byłby numerem stulecia, ale to i tak obecnie sportowa degradacja. Trudno powiedzieć, czy też jakiekolwiek wyzwanie, impuls, to często tylko wytrychy, które nic nie znaczą. Na pewno – trochę świeżego powietrza.

Przy okazji będzie walczył o indywidualny cel – pozostanie w reprezentacji Polski. Wyjazd na finały mistrzostw Europy, który teraz jest całkiem prawdopodobny, byłby bardzo ładnym zwieńczeniem jego skomplikowanej kariery. Do turnieju zostało jednak dużo czasu. Wystarczająco, żeby wszystko zepsuć. Na przykład przerżnąć eliminacje. 

Można też po prostu wypaść z kadry. Co prawda mówi się, że Adam Nawałka był zwolennikiem przejścia Mili do Lechii, lecz tuż przed rozpoczęciem wiosennej części rozgrywek jest mnóstwo niewiadomych. Zbyt dużo, by już teraz rozwiązać to równanie.

Nie wiadomo przecież jak Mila odnajdzie się w nowym otoczeniu. Zmiana nie musi być korzystna, bo znajdzie się w innej sytuacji niż w Śląsku. Tam był jednym z liderów. Tadeusz Pawłowski przesuwał akcenty w drużynie, dał Mili kilka prztyczków w ucho, stworzył mechanizmy, które stały się kluczem do renesansu piłkarza. 

W Gdańsku będzie inaczej. Istotny jest kontekst: transfery gotówkowe zdarzają się w lidze rzadko, jeszcze rzadziej dotyczą graczy takiego kalibru, prawie wcale – nie zmieniają oni klubu na słabszy. Mila ma być najważniejszy. Wymagania wobec niego będą ogromne. Jakby na ich podkreślenie już kilkanaście dni po przyjściu do Lechii został jej kapitanem.

Nie wiadomo tylko, czy Jerzy Brzęczek będzie potrafił odpowiednio wykorzystać Milę. To wciąż trener-zagadka. Prawda, Pawłowski też nią był. Nie każda ma jednak tak pozytywne rozwiązanie.

Zwłaszcza, że w Lechii łatwo się sparzyć. Przed sezonem oczekiwania wobec Lechii były spore, niektórzy widzieli ją już na ligowym podium, ale był to głównie efekt nadinterpretacji i pomylenia pojęć. Ilość pomylono z jakością, zamieszanie z pomysłem, zbieraninę z drużyną. W ostatnich miesiącach to nie był zdrowy klub. Półroczna burza, zastanawiające posunięcia kadrowe, kryzys decyzyjny, przez który długo szukano stałego trenera – w Gdańsku panował chaos. 

W przerwie zimowej było spokojniej, ale nie jest jeszcze pewne, czy sytuację ostatecznie opanowano. Na pewno zmieniono politykę transferową, zimą zatrudniano głównie zawodników doświadczonych, już niesprzedawalnych, a nie graczy na dorobku.

Gra Mili w Gdańsku będzie jednym z ciekawszych wydarzeń piłkarskiej wiosny w Polsce. Bohaterem sezonu już jest, to wypracował sobie w reprezentacji, teraz czekamy, w którą stronę potoczy się ta historia – czy będzie w niej happy-end, dramat, czy może jednak "Świat według Kiepskich".