Na stadionach Polski i Świata.
czwartek, 30 listopada 2006
Piotr Gruszka podczas mistrzostw świata rzadko podrywał się z ławki rezerwowych. Mimo to, gdy sytuacja tego wymagała, wraz z Grzegorzem Szymańskim natchnął zespół do zakończonej sukcesem walki z Rosjanami.

Kilka dni temu w wywiadzie dla Gazety Wyborczej Gruszka powiedział: "Wiem, że trener wybiera lepszych i tyle. Poza tym przekonał nas, jak ważni jesteśmy na treningu - mamy skopać tam tyłki kolegom, by ich motywować, by pokazali, że są lepsi. W jakim sensie pracujemy na ich formę. To zespół ma iść do przodu".

Kiedy pierwszy raz przeczytałem tę rozmowę, nad słowami naszego kapitana przeszedłem do porządku dziennego, bo wydało mi się to dość normalne. Z czasem - także po wpisie na blogu Macieja Skowronka - zacząłem tą wypowiedź doceniać coraz bardziej. A teraz jestem nią zachwycony.

Piotr Gruszka mógłby czuć się z wielu względów obrażony tym, że ostatnio w kadrze jest tylko rezerwowym. Nie robi tego, a wręcz przeciwnie - daje wspaniały przykład profesjonalizmu. A na boisku w kryzysowych momentach udowadnia, jak bardzo istotnym zawodnikiem jest dla reprezentacji i wnosi do jej gry bardzo wiele dobrego. Czyli robi wszystko, czego należy wymagać od lidera z prawdziwego zdarzenia. Bo Gruszka znaczy kapitan.
wtorek, 28 listopada 2006
Jezu, jak się cieszę! - śpiewał kiedyś zespół Klaus Mitffoch. Dziś tak mogą sobie zaśpiewać kibice siatkówki. Wiadomo dlaczego. Polska - Rosja 3:2. Polska w półfinale mistrzostw świata!

Teraz z całą odpowiedzialnością można powiedzieć, że Raul Lozano odmienił tę drużynę. Dawniej, przy stanie 0:2 w meczu z Rosją, nasi zawodnicy zapewne przypominaliby ciężko trafionego boksera, który myśli tylko o tym, by walka skończyła się jak najszybciej. Dziś nic podobnego nie miało miejsca. Zaczęło się co prawda bardzo źle, ale podobno prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym, jak kończą. A skończyli bardzo pięknie, czym wprawili mnie - przyznaję - w euforyczny nastrój, potęgowany jeszcze tym, że drzewiej sam trochę sił pod siatką zostawiłem.

Tak często bito na alarm, że rezerwowi grają zbyt mało i w decydujących momentach może im zabraknąć ogrania. Tymczasem Piotr Gruszka i Grzegorz Szymański powiedli zespół do zwycięstwa, a cennym zmiennikiem okazał się również Łukasz Żygadło. Koncepcja i nos trenerski nie zawiodły Lozano w najważniejszym momencie. Swoją drogą, całkiem mocna ta nasza liga - w półfinałach reprezentuje ją 10 zawodników; 9 Polaków i Bułgar Jewgienij Iwanow (a w zeszłym sezonie był jeszcze Płamen Konstantinow).

Dzisiejszy mecz na trwałe przeszedł do historii polskiej siatkówki i będzie wspominany przez lata. A jeśli reprezentacja przywiozłaby z Japonii medal, po latach może być otoczony wręcz legendą. Tak samo jak spotkanie z ZSRR w finale Igrzysk Olimpijskich w Montrealu. To była zupełnie inna siatkówka, ale też było 3:2 dla nas. Też była wielka radość. Tylko stawka jeszcze większa.

Ostatni raz do półfinału imprezy rangi mistrzowskiej awansowaliśmy 21 lat temu - w 1985 roku. W Holandii zajęliśmy czwarte miejsce. Na medal czekamy od 1983 roku, kiedy sięgnęliśmy po srebro po finale z ZSSR. Na medal MŚ czekamy od 1974 roku, kiedy okazaliśmy się najlepsi na świecie. Krótkie zestawienie faktów najlepiej pokazuje, jak wielki sukces osiągnęła reprezentacja Polski.

I oby na tym półfinale nasza drużyna nie poprzestała...
poniedziałek, 27 listopada 2006
Zapewne ktoś napisze, że mam obsesję na punkcie Adama Godlewskiego, bo już po raz kolejny marnuję miejsce, by skreślić o nim kilka słów. Może dlatego, że pozycja jaką zajmuje wśród dziennikarzy sportowych jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu jego rzetelności i piłkarskiej wiedzy? Może dlatego, że wybitny kiedyś tygodnik Piłka Nożna sprowadził na poziom marny, by teraz z mozołem odbudowywać jego renomę?

A może dlatego, że co i rusz po prostu bzdurzy? Czasami mniej, czasami skandalicznie. W ostatnim wydaniu Piłki Nożnej przekroczył już jednak wszelkie granice.

"A większość z nowych zawodników, którzy jesienią udanie wprowadzili się do kadry - może z wyjątkiem Matusiaka - była w orbicie zainteresowań Janasa. [...] A to dowód, że podstawy pod ostatnie sukcesy przygotowywał poprzedni selekcjoner, powszechnie dziś znienawidzony" - pisze Godlewski w felietonie "Pamięć i sprawiedliwość w numerze 47 PN.

Teza to zaiste karkołomna. Idąc tym tropem odpowiedzialnością za wyniki reprezentacji należałoby obarczyć nawet Andrzeja Strejlaua. Przecież to on do kadry wprowadzał Jacka Bąka, a zatem przygotował podwaliny pod wszystkie sukcesy reprezentacji w ciagu ostatnich niemal 14 lat. 

Nie wiem tylko, czy Godlewski swoimi słownymi i umysłowymi wygibasami ośmiesza bardziej siebie, swoją redakcję czy też może czytelników Piłki Nożnej. Jakkolwiek by nie było, cała sytuacja jest bardzo przykra, bo wynurzenia Adama G. zwykle wołają o pomstę do nieba i na długo pozostawiają ślad w psychice.

Dlatego zakończę apelem. Redaktorze, litości!
16:07, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 listopada 2006
Reprezentacja Hiszpanii przed kolejnymi mistrzostwami świata lub Europy była konsekwentnie wymieniana wśród faworytów. Zawsze te oczekiwania zawodząc.

Hiszpanie zwykle przez eliminacje wielkich piłkarskich imprez przechodzili jak tornado, zmiatając wszystkich i wszystko, co stanęło na ich drodze. Na Mundialu i Euro takiej furory już nie robili, a ich pokraczne występy powodowały salwy śmiechu i poprawę nastrojów w Portugalii. Nieudaczność hiszpańskiej kadry na rozmaitych imprezach rangi mistrzowskiej przekuła się nawet w zgrabną sentencję: "gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze". W tej sytuacji nazywanie Hiszpanów "mistrzami eliminacji" było pocieszeniem nader złośliwym.

Nie dziwota więc, że Hiszpanie postanowili coś zmienić. Szkopuł w tym, że pole zmian obrano bardzo niefortunnie. Mianowicie zespół prowadzony obecnie przez Luisa Aragonesa przestał wygrywać w cuglach eliminacje. O awans na MŚ Hiszpanie musieli walczyć w barażach. Po trzech meczach eliminacji Euro 2008 mają ledwie trzy punkty. Eliminacyjne porażki ze Szwecją oraz Irlandią Północną i towarzyska z Rumunią mocno zachwiały pozycją Aragonesa. Na tyle, że gruchnęła - szybko zresztą zdementowana - wieść o rychłej dymisji wiekowego selekcjonera, którego miał zastąpić Jose Antonio Camacho.

Osoba potencjalnego następcy Aragonesa świadczy o tym, że w Hiszpanii nie ma zbyt wielu dobrych trenerów, a jeśli tacy są nie będą chcieli w najbliższym czasie podjąć się pracy z kadrą. Słowa o braku odpowiedniej klasy szkoleniowców brzmią na pozór śmiesznie. Ale przecież Camacho rozstał się z kadrą niewiele ponad cztery lata temu, mając za sobą dwa przegrane turnieje. Inna sprawa, że to właśnie Camacho był najbliżej, żeby z reprezentacją osiągnąć sukces - o tym, że z Korei i Japonii Hiszpanie nie przywieźli medalu zadecydowali głównie sędziowie. Inni czołowi hiszpańscy trenerzy albo przeżywają olbrzymi kryzys, albo niczego wielkiego nigdy nie osiągnęli (Quique Flores, Joaquin Caparros czy Victor Fernandez), albo próbują potwierdzić umiejętności (Juande Ramos).

Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego Hiszpanie notorycznie zawodzą, warto prześledzić sytuację polityczną w tym kraju. W skład Hiszpanii wchodza prownicje wyraźnie podkreślające swoją odrębność. Większość z nich utrzymuje własne reprezentacje, które najnormalniej w świecie rozgrywają mecze. Swoimi drużynami mogą się pochwalić Katalonia, Kraj Basków, Nawarra, Walencja i Andaluzja. Wiele regionów dąży do niepodległości i manifestuje swoją odrębność wobec Hiszpanii. Czy wychowywanych w takim klimacie ludzi z różnych prowincji może połączyć wspólny interes?

Hiszpanie mają wielu znakomitych zawodników, ale chyba brakuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Nie był nim Raul, nie jest nim jeszcze Fernando Torres, o innych zawodnikach nie wspominając. W dodatku większości hiszpańskich klubów najważniejsze role odgrywają obcokrajowcy ze wszystkich stron świata. Rodzimi zawodnicy są cennym, ale przeważnie, tylko uzupełnieniem. To nie oni, lecz właśnie obcokrajowcy, prowadzili zespoły z Primera Division po kontynentalne zaszczyty.

Przed każdym wielkim turniejem padają pytania, czy Hiszpanie wreszcie zawojują piłkarski świat. I od 1984 roku, kiedy zespół z Półwyspu Iberyjskiego sięgnął po srebro mistrzostw Europy, odpowiedź jest negatywna. Patrząc jak Hiszpanie radzą sobie kiepsko nawet w eliminacjach, wypada zadać pytanie czy są kiedyś w stanie powtórzyć sukces sprzed 22 lat i zdobyć medal na poważnej imprezie? No cóż, na razie nic na to nie wskazuje.
piątek, 24 listopada 2006
Pięć meczów, pięć zwycięstw, ani jednego straconego seta. Siatkarze nie mogli lepiej zacząć turnieju o mistrzostwo świata.

Wynik to niebywały i nie można go na siłę deprecjonować, mówiąc, że rywale słabi, a pierwsze mecze dla zespołów mających ambicje gry o medale winny być tylko spacerkiem. Warto zwrócić uwagę na sposób, w jakim nasi zwyciężali kolejnych rywali. Pewnie, spokojnie, bez nerwów i poważniejszych problemów, tak jakby rywalizacja na boisku toczyła się według wcześniej założonego scenariusza. Do tej pory było to nie do pomyślenia, nawet w starciach z tak - nazwijmy bez ogródek - słabymi rywalami, z którymi potrafiliśmy się wikłać w zupełnie nie potrzebne przepychanki, traciliśmy sety i przegrywaliśmy w głupi sposób mecze.

Całość raduje tym bardziej, że w grze reprezentacji widać olbrzymie rezerwy, które w dotychczasowych meczach wykorzystywane były dość rzadko, bo nie było takiej potrzeby.

Cieszy też fakt, że akcenty w grze rozłożone są równomiernie, przez co ciężko w zasadzie nawet kogoś pochwalić, bo wszyscy grają na równym, wysokim poziomie. Ja osobiście najbardziej delektuje się grą Pawła Zagumnego, który we wszystkich elementach prezentuje się jak do tej pory znakomicie. Z wielkim wyczuciem gra w obronie i bloku, finezyjnie kiwa, a i zagrywką sprawia rywalom sporo kłopotów. No i doprawdy świetnie rozgrywa akcje, sprawiając, że nasi pozostali siatkarze nie muszą sie na ogół w ataku zbytnio wysilać. Zazdroszę im, bo tak rozegrane piłki sam chętnie bym raz czy drugi uderzył.

Nie ukrywajmy - ta reprezentacja musi wygrać z Tunezją i Kanadą. A później przyjdzie czas na dwa mecze prawdy, które zadecydują czy zagramy o najwyższe zaszczyty czy też wygrane mecze wynikały głównie ze słabości rywali. Ja wierzę oczywiście w pierwszą możliwość, ale jednocześnie trochę się boję, by siatkarze nie przestraszyli się swojej olbrzymiej szansy. I nie przegrali walki o półfinał nie tyle z przeciwnikami, co z samymi sobą. Jak to już zresztą drzewiej bywało.

Pierwszy krok po medal MŚ zrobiliśmy bez żadnych problemów, ale i droga była prosta. Tak będzie jeszcze tylko przez chwilę. Później zaczną się zakręty i wyboje. Obyśmy się na nich nie potknęli. Wtedy będzie już bardzo blisko celu.
czwartek, 23 listopada 2006
W miniony piątek zmarł Ferenc Puskas, najwybitniejszy sportowiec w historii Węgier, jeden z najlepszych piłkarzy, którzy kiedykolwiek pojawili się na piłkarskich boiskach. Długo zastanawiałem się czy powinienem o nim pisać. Puskasa pamiętam bowiem przede wszystkim jako korpulentnego starszego pana.

Z jego gry nie kojarzę prawie nic, bo i nie mam prawa. Węgra widziałem tylko kilka razy, na czarno-białych filmach nagranych bardzo dawno temu. Takich osób jak ja jest z pewnością jest więcej. Puskas kopał piłkę w czasach, kiedy sport był na swój sposób romantyczny. Nie kręciła się komercyjna machina wprawiana w ruch przez media i rozlicznych sponsorów. Telwizja dopiero raczkowała i była ciężko dostępna. Wieści z wydarzeń sportowych do zainteresowanych odbiorców docierały przez radio i gazety. Informacje przekazywane w ten sposósb łatwo wpływały na wyobraźnię słuchaczy i czytelników, pozostawiając jednakowoż wokół sportowej rywalizacji i jej bohaterów aurę tajemniczości. W ten sposób powstawały legendy.

Jedną z nich był Ferenc Puskas. Pracował na to od początku. W 1948 roku został królem strzelców ligi węgierskiej, strzelając w jednym sezonie 50 goli! W 1953 reprezentacja Węgier była co prawda opromieniona zwycięstwem w Igrzyskach Olimpijskich i serią wielu meczów bez porażki, ale w starciu z Anglią na Webmley miała być bez szans. Tym bardziej, że dumni synowie Albionu nie przegrali nigdy wcześniej u siebie z drużyną spoza Wysp Brytyjskich. Węgrzy przyjechali do Londynu pociągiem i rozbili Anglików 6:3. Cokolwiek mało przed meczem znany Puskas ośmieszał obrońców jak tylko chciał.

W bogatej kolekcji trofeów Puskasa brakuje tylko jednego - mistrzostwa świata. Wydawało się, że w 1954 roku węgierska złota jedenastka musi wygrać Mundial. W finale lepsi okazali się jednak piłkarze RFN, którzy wygrali 3:2. Ledwie kilka dni wcześniej Węgrzy rozbili Niemców 8:3... Kto wie, jakby potoczył się finał, gdyby sędzia Ling z Anglii uznał gola strzelonego podobno ze spalonego przez kuśtającego Puskasa trzy minuty przed końcem gry. Nie uznał i Madziarzy musieli zadowolić się srebrem. Mecz oczywiście przeszedł do legendy, a wokół występu Puskasa powstało wiele niejasności. Niektórzy utrzymują, że grał z niezaleczoną kontuzją tylko dlatego, żeby nikomu innemu nie dać radości z podniesienia w górę Pucharu Rimeta. Zresztą takich mało przychylnych opinii o Puskasu przez lata pojawiło się sporo. Zarzucano mu lenistwo, pazerność, egozim, to że często na boisku "człapie"... Ale wystarczyło, żeby strzelił kilka goli i znów nazywano go "galopującym majorem", nosząc przy okazji na rękach.

Puskas grał w Honvedzie Budapeszt - klubie wojskowym, do którego ściągano wszystkich najlepszych węgierskich zawodników. Mimowolnie więc piłkarz stał się symbolem węgierskiego socjalizmu. Podobnie zresztą jak węgierska złota jedenastka. Wydarzenia październikowe w Budapeszcie zakończyły jednak jej erę.

Później Puskas grał w Realu Madryt. w 372 meczach zdobył 324 bramki co jest wynikiem niesamowitym. Taka też była linia ataku Królewskich - Alfredo di Stefano, Raymond Kopa, Francisco Gento, Puskas... Do Madrytu przyjechał w wieku 31 lat z 20 kilogramową nadwagą. Mimo to trzy razy zdobył z Realem Puchar Mistrzów. A w wieku 35 lat pojechał z reprezentacją Hiszpanii na MŚ do Chile.

Stefan Szczepłek nazwał Puskasa "poetą lewej nogi". Tomasz Wołek pisze, że Messi i Ronaldinho mogliby się kłaniać w pas. Zawsze zastanawiam się czy takie porównywanie piłkarzy ma sens, szczególnie z dwóch tak odległych od siebie epok. Inny świat, inna piłka... Jedno nie ulega wątpliwości. Obaj dzisiejsi piłkarze Barcelony muszą jeszcze dużo pracować, żeby po latach z czystym sumieniem można było ich określić mianem piłkarzy wybitnych, o żadnych legendach już nawet nie wspominając. Zdecydowanie - w porównaniu na przykład do Puskasa - nie ta półka. Zresztą, czy w dzisiejszym świecie legendy mogą się jeszcze narodzić?

Ferenc Puskas legendą był już podczas czynnej kariery sportowej i pozostanie nią na zawsze.
niedziela, 19 listopada 2006
Autorzy pozostałych sportowych blogów zamieszczają na nich różnego rodzaju filmy. Na Z pierwszej piłki takowych nie ma, bo uznałem, że nie ma sensu kopiować pomysłów i roboty innych. Filmy zdarzyło mi się zamieścić raz i drugi. I raczej na tych incydentach poprzestanę, chyba że temat wpisu będzie naprawdę godny zamieszczenia filmowej oprawy.

Postanowiłem jednak, że zacznę tutaj kolekcjonować artykuły i felietony z innych źródeł. Ciekawe, kontrowersyjne, takie, z którymi się zgadzam, które mi się podobają. Albo po prostu są świadectwem, że o sporcie można pisać pięknie i niebanalnie.

Kiedyś zamieściłem już felieton Stefana Szczepłka, teraz czas na punkt widzenia jego redakcyjnego kolegi z Rzeczpospolitej - Mirosława Żukowskiego. Zapraszam więc do lektury trochę lepszej, niż ta na co dzień.

Bolesne przebudzenie

Futbolowe władze zamierzają wszcząć śledztwo w sprawie tego, co po meczu z Belgią powiedział Jacek Bąk. Moim zdaniem piłkarz nie powinien być jedynym, który złoży wyjaśnienia. O wiele ważniejsze jest to, jakie dowody ma Krzysztof Stanowski z "Dziennika" (zresztą nieobecny w Brukseli), który włożył Bąkowi w usta następujące słowa: "Belgowie chcieli kupić od nas ten mecz", choć żaden z wysłanników innych gazet tak sformułowanego oskarżenia nie słyszał.

Jestem przekonany, że po kilku dniach ta sprawa przyschnie, UEFA uzna incydent za niepoważny, a "Dziennik" do afery nie wróci, bo potrzebne będą następne. Więcej, już przysycha, bo nazajutrz gazeta nie poszła za ciosem, tylko elegancko zasugerowała w felietonie Pawła Zarzecznego, że Bąk to nieudacznik i debil.

Kilka lat temu, gdy Polsat wchodził na rynek, lansował disco polo i odniósł komercyjny sukces, Kazimierz Kutz napisał o " polsatyzacji Polski". Dziś, po mocnym wejściu na rynek "Faktu", można mówić o " faktyzacji prasy". Każda brednia i niegodziwość nabiera sensu, jeśli jest sensacją choćby przez jeden dzień, wszystko można tak "podkręcići podrasować", by czytelnik dostał po oczach i kupił gazetę. Jeszcze kilka lat takich praktyk i dziennikarz sprawdzający źródła, cytujący rzetelnie, przedstawiający racje obu stron będzie dla wydawcy przeszkodą w drodze do rynkowego zwycięstwa. Już dziś słychać, że ci, którzy nie godzą się na manipulacje w swoich tekstach, cicho płaczą w kącie, a zgadzający się na wszystko cynicy chodzą w sławie i awansują. Byłem ostatnio na spotkaniu z kolegami z terenowej prasy. Wieczorem, przy kominku, o swoim życiu i o dziennikarstwie opowiadał im Bohdan Tomaszewski. Mówił długo, dobrze ponad godzinę. Nikt mu nie przerywał, nikt nie wyszedł. Ja też zostałem, choć tak naprawdę powinienem jak najszybciej wrócić do pracy. Polszczyzna, dykcja i sposób narracji pana Bohdana sprawiły, że zapomniałem o Bąku i korupcji. Inny świat, inny sport i inny sposób opowiadania o nim.

Przebudzenie nazajutrz było bolesne. Przeczytałem sport w "Dzienniku". Współczesny klasyk felietonistyki zaczyna swe teksty od rymowanek. Ta wczorajsza była następująca: "O małości wielkich bohaterów, o polskiej zbrodni stylu i niejednym piłkarskim debilu".

Mirosław Żukowski
22:08, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3