Na stadionach Polski i Świata.
niedziela, 30 listopada 2008

Manuel Arboleda, Wagner Love, Jakub Wilk

Walerij Gieorgiewicz Gazzajew mógł odetchnąć po ostatnim gwizdku sędziego . Lech nie atakował co prawda zbyt składnie i nie stwarzał wielu sytuacji podbramkowych, ale robił wystarczająco dużo zamieszania, żeby każdemu choć trochę podwyższyć ciśnienie.

Niemal wszyscy wołają: za późno Lechu, za późno! Wcale nie za późno, ale rozsądnie. Trudno było oczekiwać, że Kolejorz pójdzie na wymianę ciosów z Krasnoarmiejcami, któryz w poprzednich meczach zrobili sobie klopsy z Deportivo i Feyenoordu. Byłoby to może efektowne, ale również nieodpowiedzialne i pewnie skończyłoby się bolesnym laniem, które można by później okrzyknąć jako kompromitację i głupotę.

Porażka uwiera jak kamyk w bucie, bo pozostawia po sobie uczucie niedosytu i sprzeczne emocje. Nie ma punktów, ale jest niezłe wrażenie i pewne nadzieje na przyszłość. Ale lepiej mecz podsumuje inne, oczywiste, zdanie: to prawda, że CSKA było lepsze i grało bardziej dojrzale, ale oba gole otrzymało w prezencie od poznaniaków. I tylko dziwi, że gole nie padły na początku meczu, kiedy widać było u Lechitów tremę, ale gdy coraz lepiej zaczęli układać swoją grę. 

Obrona Lecha na tle międzynarodowych nie wygląda najlepiej i Kolejorz pod tym względem trochę przypomina reprezentację Polski. Niepewność, nerwowość, tykanie bomby zegarowej. Ta uwaga nie dotyczy w zasadzie tylko jednej pozycji. Reprezentacyjnym bramkarzom ostatnio trochę trzęsą się ręce, ale i tak sprawiają korzystniejsze wrażenie od kłodowatego Ivana Turiny. Lech ma więc dwóch bramkarzy – także Krzysztofa Kotorowskiego – o odmiennym sposobie gry i innych walorach, ale także jednej wspólnej cesze. Żaden z nich nie posiada atrybutu niezbędnego na tej pozycji – obaj nie wzbudzają zaufania.

Lech w drugiej połowie się podniósł, walczył dzielnie, pokazując charakter, ale wydaje mi się, że Franciszek Smuda poddał mecz już w przerwie. Tak należy interpretować zmianę, którą wtedy przeprowadził - Sławomira Peszko zmienił Tomasz Bandrowski. Z pozoru kompletnie nielogiczne posunięcie: z boiska wcale nie zszedł najsłabszy zawodnik, a w dodatku ofensywny potencjał Lecha został poważnie ograniczony. Wydaje się jednak, że za zmianą kryła się chłodna kalkulacja. Smuda - pewnie już niespecjalnie wierząc w korzystny rozwój wypadków - przestał myśleć o szaleńczej gonitwie za CSKA, tylko o tym, by uchronić Peszkę przed żółtą kartką i absencją w meczu z Deportivo La Coruna.

O tym, że spotkanie z Hiszpanami będzie dla Lecha kluczowe, wiadomo było już w chwili zakończenia gry z Nancy. Dlatego nie można zgodzić się z opinią, że po porażce w Moskwie szanse Lecha na wyjście z grupy spadły do minimum. Tak naprawdę nie zmieniłby ich nawet remis z CSKA - między wyrażeniami "zwycięstwo z Deportivo" i "awans do kolejnej rundy" istnieje nierozerwalny związek.

A przecież mogło być zupełnie inaczej. Gdyby nie chwila dekoncentracji i precyzja Monsefa Zerki z Nancy, Lech byłby w całkiem komfortowej sytuacji…