Na stadionach Polski i Świata.
piątek, 13 listopada 2009

Marco Reich w barwach 1.FC Kaiserslautern

Pojawienie się w naszej ekstraklasie byłego reprezentanta Niemiec to ciekawe wydarzenie i nie zmienia tego fakt, że Marco Reich swój jedyny epizod w drużynie narodowej zaliczył ponad dziesięć lat temu.

Powołanie i występ w reprezentacji był ukoronowaniem najlepszego okresu w jego karierze. W 1998 roku świętował zdobycie mistrzostwa Niemiec w barwach 1.FC Kaiserslautern - jedynego klubu w historii Bundesligi, który wywalczył tytuł jako beniaminek. Drużyną z Betzenberg kierował wówczas Otto Rehhagel, a na boisku wiodące role odgrywali Andreas Brehme, Ciriaco Sforza i rozpoczynający wielką karierę Michael Ballack. Do tego ostatniego Reich był nawet porównywany - nie ze względu na boiskową pozycję, ale możliwości! Po latach można się tylko zastanawiać, czy były to opinie na wyrost, czy Reich po prostu zmarnował swój talent.

Szansę debiutu w reprezentacji Reich otrzymał od Ericha Ribbecka w lutym 1999 roku podczas amerykańskiego tournee niemieckiej kadry. Bolesną porażkę 0:3 z USA oglądał jeszcze z ławki rezerwowych, ale w zremisowanym 3:3 meczu z Kolumbią grał przez 79 minut, by zostać zmienionym przez Larsa Rickena. Nie była to drużyna złożona z przypadkowych turystów, ale pierwszy garnitur niemieckiego futbolu: bramki bronił Oliver Kahn, obronie szefował Lothar Matthäus, w pomocy grał Andreas Möller, a dwie bramki strzelił Michael Preetz – wówczas najlepszy snajper Bundesligi w barwach Herthy Berlin.

Mistrzostwo Niemiec, debiut w reprezentacji, występy w Lidze Mistrzów (ćwierćfinał edycji 1998-99 w barwach 1.FCK i gole przeciwko PSV Eindhoven oraz Benfice Lizbona) i… zaciągnięty hamulec. W Kaiserslautern Reich grał jeszcze regularnie, ale był już tylko rezerwowym. Niewiele zmieniło się po zmianie klubu latem 2001 roku. Co prawda pobyt w 1.FC Köln rozpoczął od występów w podstawowym składzie, ale już po siódmej kolejce trafił na ławę i rozgrywki dokończył w roli rezerwowego. Jak sam twierdzi, nie dał sobie rady z presją mediów. Kolejny sezon zaczął już w Werderze Brema, ale tam było jeszcze gorzej - piętnaście gier w Bundeslidze pierwszym sezonie spędzonym na Weserstadion, tylko dwie (a dokładniej 14 minut) w drugim. Starczyło, żeby zapisać w dossier drugie mistrzostwo kraju.

Reich mistrzowskiej fety jednak w Bremie nie doczekał, bo na początku 2004 roku postanowił wyemigować do Anglii. Przygodę z Derby County zaczął obiecująco. Znów zaczął grać i strzelać gole, najpierw pomagając utrzymać się swojej drużynie w Championship, a rok później nawet walczyć o promocję do Premiership w fazie play-off. Po nieudanej batalii o awans, latem 2005 roku Reich przeniósł się do spadkowicza z ekstraklasy - Crystal Palace. W trakcie półtorarocznego pobytu w Londynie nie nagrał się zbyt wiele, ugruntował opinię zdolnego, ale bardzo leniwego i… musiał zejść o kolejny stopień, do trzeciej ligi. W Kickers Offenbach spędził półtora sezonu. Grał bardzo mało, bo szybko popadł w konflikt z trenerem Wolfgangiem Frankiem, który odsunął go nawet od treningów z drużyną. Rozczarowaniem zakończył się też półroczny pobyt w Walsall. Po niezłym początku, ozdobionym kilkoma golami, został odstawiony od składu i pożegnany tuż po otwarciu okna transferowego w styczniu 2009.

Po prawie półrocznym, przymusowym urlopie Reich – za sprawą Thomasa Sobotzika, swojego kumpla z Kaiserslautern – trafił do Jagiellonii Białystok, z którą podpisał dwuletni kontrakt. Na razie Michał Probierz korzysta z usług doświadczonego Niemca dość oszczędnie. Reich znów trafił na ławce rezerwowych, jednak kiedy już z niej wstaje bywa bardzo przydatny – strzelił już dwa gole i zanotował asystę. Przebłyski w grze Reicha – jeszcze zbyt krótkie i rzadkie – też były. Patrząc na sam sposób poruszania się Niemca po boisku i technikę można było się zorientować, że uczył się kopać piłkę w trochę innym piłkarskim świecie niż ten polski.

Zdążył już o nim trochę opowiedzieć w niemieckich mediach. We wrześniowym wywiadzie udzielonym Der Spiegel mówił o poziomie naszej ekstraklasy: – Jest lepsza niż trzecia liga niemiecka. Wisła Kraków i Lech Poznań to naprawdę dobre drużyny, mogłyby się plasować w dolnych rejonach Budesligi. Ciekawe, czy po kolejnych tygodniach zmienił zdanie? W końcu jego Jagiellonia przegrała z rewelacyjnym Ruchem Chorzów aż 2:5, a Lech gra poniżej oczekiwań kibiców i fachowców.

To chyba trochę symboliczne, że Marco Reich pod koniec swojej kariery trafił do Polski, bowiem pod pewnymi względami przypomina polskich piłkarzy. Utalentowany, ale bardzo leniwy i podatny na kontuzje. Nie potrafiący udźwignąć presji. Dokonujący złych wyborów i kłócący się z trenerami. Do ilu naszych zawodników pasowałaby podobna charakterystyka?

* * *

Uli BorowkaMarco Reich nie jest pierwszym reprezentantem i mistrzem Niemiec, który zagrał w polskiej ekstraklasie. Wiosną 1997 roku w ośmiu meczach kroczącego po mistrzostwo Widzewa Łódź wystąpił obrońca Ulrich Borowka, który w trakcie pobytu w Polsce zasłynął głównie skłonnością do alkoholu. Na boisku było bardzo źle – uznano go za największy transferowy niewypał sezonu 1996-97. Wcześniej Bundeslidze rozegrał aż 388 meczów i zdobył 19 goli dla Borussii Mönchengladbach i Werderu Brema, z którym dwa razy sięgnął po mistrzowską paterę, a w 1992 roku wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów. Reprezetacyjny licznik Borowki zatrzymał się na sześciu występach. Razem z drużyną RFN dotarł do półfinału mistrzostw Europy w 1988 roku. Obecnie pracuje w DFB jako scout.

Epizod – w sumie siedem gier – w polskiej lidze zaliczył też bramkarz Carsten Nulle, który wiosną 2006 roku nie zrobił furory w Górniku Zabrze. Nie robi jej też w Niemczech, gdzie od lat krąży między drugą a trzecią ligą.

poniedziałek, 09 listopada 2009

Kiedy obserwuje się sytuację, w której znalazła się Polonia Warszawa, nasuwa się jednoznaczny wniosek: gdyby Józef Wojciechowski budował domy w podobny sposób jak klub piłkarski, mielibyśmy w Polsce niekończący się serial katastrof budowlanych.

Trudno zresztą na Konwiktorskiej cokolwiek budować, bo podejście Wojciechowskiego do Polonii jest, jak sądzę, dość specyficzne i przypomina stosunek rozpieszczonego dziecka do kolejnej zabawki. Ma ich już mnóstwo, będzie miał następne, więc bez większego żalu pomiata misiem, wyrywa mu oko i robi dziurę w brzuchu. Trochę z nudów, ale bardziej ze złości, że pluszak nie spełnia wszystkich jego zachcianek. A później dziwi się, że miś jakiś taki sponiewierany, znów wpada w złość i mści się na nim jeszcze razPolonia przypomina tego biednego misia – zabawkę bogacza, którą nie umie się bawić i chyba nie do końca wie, czy jest mu potrzebna.

Przypadek klubu jest interesujący, bo pokazuje do czego mogą doprowadzić humory nadpobudliwego właściciela – ano do kompletnej ruiny! Jeszcze w marcu Czarne Koszule miały szanse na mistrzostwo Polski, a teraz – na początku listopada – zapowiada się, że będą musiały stoczyć twardy bój o pozostanie ekstraklasie. Na przestrzeni tych ośmiu miesięcy na Konwiktorskiej pracowało pięciu trenerów (szósty w drodze), kilku dyrektorów sportowych, w klubie zapanował męczący chaos, nieustające wstrząsy i poczucie tymczasowości, piłkarzom wstrzymano wypłaty, a z drużyny pozostał wrak. A wszystko przez to, że Wojciechowski nie potrafi zrozumieć, że jego aspiracje są niewspółmierne do możliwości drużyny, które skazują ją raczej na pobyt w środku tabeli niż walkę o jakiekolwiek trofea. Wyskoki ponad ligową szarzyznę – takie jak w ubiegłym sezonie – powinny być traktowane w Polonii jako miła niespodzianka, a nie obowiązek zespołu.

Położenie Polonii powoli robi się rozpaczliwe – wyniki są straszne, atmosfera podła. Jeśli Polonia szybko nie wydostanie się z beznadziejnej spirali porażek, zimą na Konwiktorską będzie trzeba wołać księdza. Na razie trwają poszukiwania nowego trenera – a może raczej kamikadze? Zagranicznego – Niemca, Hiszpana, może Czecha… Wojciechowski szuka więc daleko, chyba nie zdając sobie sprawy, że najlepszego kandydata – spełniającego wszystkie wymagania, a jednocześnie zasługującego na stabilną posadę – ma już w klubie. To on sam. A może JW o tym wie, tylko nie ma odwagi powiedzieć o tym publicznie?

Szlak Wojciechowskiemu przetarł ukraińsko-amerykański biznesmen Dimitri Piterman, który kiedyś zatrudnił w Racingu Santander figuranta z licencją, którego rola polegała na bieganiu z piłkarzami podczas treningu i firmowaniu całego przedsięwzięcia swoją licencją. Co prawda Piterman musiał przebierać się za fotoreportera, żeby w trakcie gry być blisko swojej drużyny, ale efekt był przyzwoity – Racing utrzymał się w Primera Division.

Wojciechowski mógłby być polskim Pitermanem, przejąć swoją drużynę w potrzebie i, kto wie, może nawet uchronić ją przed spadkiem. Samo trenerowi podsyłanie kartek ze składem to może trochę mało jak na ambicje pana Józefa, przebieranie się za fotoreportera byłoby niewygodne, ale przecież mógłby JW mógłby mianować się kierownikiem drużyny i sterować jej grą z ławki rezerwowych. Co prawda pan Józef nie tak dawno deklarował, że na futbolu się nie zna, ale chyba szybko robi postępy – przecież pouczał już Jacka Zielińskiego i Bogusława Kaczmarka, Dusanowi Radolskiemu zarzucał, że jest zbyt miły dla piłkarzy, Jacka Grembockiego nazwał chłystkiem, a jednego ze swoich piłkarzy durniem i idiotą.

Że to farsa? Ale przecież ona trwa niemal od początku obecności Wojciechowskiego przy Konwiktorskiej i jest coraz głupsza. Czy jej finałem będzie spadek Polonii z ekstraklasy?