Na stadionach Polski i Świata.
wtorek, 29 listopada 2011

Dawno, dawno temu napisałem kilka tekstów pod wspólnym tytułem "Z frontu walk o PZPN", w których starałem się zbierać do kupy i komentować efekty burzy, która wówczas rozpętała się wokół związku. Od tamtej aferki, której pewnie już nikt nie pamięta, minęło prawie pięć lat. Przez ten czas urzędowało pięcioro ministrów sportu, władzę w PZPN przejęła banda Grzegorza Laty, która knuła w związkowych korytarzach i kompromitowała się z uśmiechem w świetle telewizyjnych kamer. Działacze wypili ocean wódki i prowadzili misterne gry, od których męczyli się tak, że czasami do słodkiego snu dochodził drobny element chrapania. I nagle...

Bum!

A może pstryk?

Nie wiem, czy ta cała "afera taśmowa" to wybuch bomby, czy tylko pyknięcie folii bąbelkowej. Nagrania cuchną okropnie, to prawda, ale każdy usłyszy w nich dokładnie to, co zechce. A że tłum pragnie, by Lato z Kręciną oglądali mecze mistrzostw Europy w więziennej celi, to z tego bełkotu wyławia same twarde dowody korupcji. Należałoby jednak zachować pewną ostrożność w takich ocenach. Afer i dowodów, które miały wywrócić PZPN do góry nogami było już mnóstwo, jednak za każdym razem podejrzami mogli obalić flaszkę za to, że znów nic na nich nie znaleźli. A przecież tak wielu było zdeterminowanych, którzy marzyli, by to zrobić i nabić punkty dla siebie i swojej formacji.

Może tym razem będzie inaczej i z medialnej piany urodzą się konkrety - prokuratorskie zarzuty i zmiana szefostwa PZPN z jednej bandy na inną, trochę mniej toporną i bezczelną. Nie zmieni to faktu, że cała afera mocno trąci kryminalną komedyjką; to jakiś Gang Olsena. Komiczni są aktorzy, zabawne bywają gagi, czasami jest żałośnie, czasami niepoważnie, a czasami po prostu śmiesznie. 

Trudno przecież na serio traktować Kazimierza Grenia, który najpewniej chce zostać Kazimierzem Odnowicielem polskiego futbolu. Raczej nie z poczucia misji, ale z zemsty. To w końcu on był głównym rozgrywającym w trakcie kampanii wyborczej Laty, a później został odstawiony od koryta i nie może z niego się nażreć i nachlać tak jak inni. Gdyby więc nie kłótnia w rodzinie, mielibyśmy spokój, a afery by nie było.

Trudno też poważnie traktować Grzegorza Kulikowskiego, który miesiącami konsekwentnie nagrywał Latę i Kręcinę, ale - jak twiedzi - nie po to, żeby mieć dowody na czyjąś korupcję, tylko żeby pokazać mechanizmy działania związku. Dodajmy, że do pokazywania też specjalnie się nie wyrywał, zrobił to przy pomocy anonimowego wcześniej działacza.

Gwiazdą tej krotochwili jest bez wątpienia obdarzony wybitnym talentem komediowym jest Zdzisław Kręcina. Pocieszny Zdzichu, jak na twardego górala przystało, latami prowadził misterną grę z Kulikowskim. Mamy więc do czynienia z osobą przenikliwą, bystrym umysłem, niemal polskim Bondem. Trudno jednak się nie zaśmiać, może przez to chrapanie, a może zmęczenie pomeczowe.

Mamy też polityków, którzy rytualnie biją pianę, ale - co za niespodzianka - nie wiedzą o czym mówią; trudno więc traktować ich poważnie. Znów słychać te same brednie co zwykle: o delegalizacji, rozwiązaniu, o budowie alternatywnego PZPN. Kupa śmiechu. Czasami można pomyśleć, że gdyby doszło do intelektualnego pojedynku Laty z jego politycznymi przeciwnikami to wynik długo kręciłby się koło remisu.

Trudno wreszcie poważnie traktować Grzegorza Latę, ale można go w jakimś sensie podziwiać. Trzeba bowiem wykazać się niespotykanym samozaparciem, wielką konsekwencją w dążeniu do celu i - nie bójmy się słów - talentem, żeby samemu z takim wdziękiem zburzyć swój pomnik, stracić twarz i zniszczyć nazwisko. I nawet nie ma znaczenia, jak skończy się "afera taśmowa" - Lato zawsze będzie kojarzył się z krętactwami i prostactwem, a nie z tym, że kiedyś świetnie grał w piłkę.