Na stadionach Polski i Świata.
czwartek, 14 listopada 2013

Pierwsze prawo reprezentacji: nie ma takich powołań, których nie da się skrytykować. Właściwie to selekcjoner ma przerąbane, bo czego nie zrobi i kogo nie powoła, to i tak – przynajmniej w opinii ducha zwanego opinią publiczną – będzie źle. Nie zmienią tego specjalnie nawet dobre wyniki. Różnica będzie tylko taka, że nikt nie będzie krzyczał, uwagi będą wypowiadane szeptem, a zamiast zmasowanej krytyki pojawi się raczej łagodny ton dobrych rad. Bo przecież zawsze może być trochę lepiej, nieprawdaż? Wszyscy lubią się czepiać – ja, Ty, kibice, dziennikarze, w głębi duszy pewnie też trenerzy – bo wiedzą lepiej kogo skreślić, a kogo wziąć do drużyny. Każdy ma swoje – swoje, czyli lepsze – subiektywne spojrzenie, inny punkt widzenia, własną wizję, pomysły i przekonania. Personalia zawsze rozgrzewają, nawet jeśli to rozważania o tym, czy lepszy jest Szukała, czy może raczej Glik, które z dystansu wyglądają jak składy budowane za dzieciaka w zeszycie w kratkę.

Waldemar Fornalik powołania do reprezentacji wysyłał sensownie, chociaż czasami śmieszyła jego poprawność i reakcyjność. Na ogół brał po prostu najlepszych, nawet jeśli nic się w kadrze nie kleiło, czasami doceniał piłkarzy nie ze względu na ich formę, ale dlatego, że zmienili firmę na lepszą. Wyraźnie jednak odświeżył reprezentację po kadencji Franciszka Smudy, wprowadził do niej kilku młodych piłkarzy, mimo że czasami zarzucano mu, że nikogo dla kadry nie wymyślił. I tak, i nie. Wymyślił, bo od początku konsekwentnie postawił choćby na Grzegorza Krychowiaka. Nie wymyślił, bo to jednak była decyzja logiczna, a oczekiwano, że coś wyczaruje – naleje z pustego, uzdrowi kulawego, zrobi z szarego ligowca poważnego kadrowicza. Tak jak kiedyś Leo Beenhakker, który nagle wziął na zgrupowanie Grzegorza Bronowickiego i tak go natchnął, że ten aż przykrył Cristiano Ronaldo czapką niewidką. Takich wynalazków było zresztą znacznie więcej. Czasami Beenhakker trafiał w punkt, czasami jednak trudno było zrozumieć, co Holender dostrzegł w jakimś delikwencie.

Adam Nawałka przeorał kadrę Fornalika, poszedł raczej śladami radykalnego Beenhakkera i też okazało się, że jest źle. Nagle w reprezentacji zabrakło Glika, który za Fornalika nikogo nie przekonywał, śmiano się z jego umiejętności, a sposób gry nazwano złośliwie gliki-taką. Nie podobał się rumiany Wawrzyniak i ruszający się jak emeryt Boenisch, ale Kosznik z Marciniakiem też są źli, może dlatego, że trochę egzotyczni i jeszcze nieopatrzeni. Oczywiście niektóre nominacje dziwią, może poza zimowymi zbiórkami ligowców nigdy się nie powtórzą, selekcjoner chyba przesadził z ciągnięciem za sobą ogonów, ale niewykluczone, że taka autorska kadra zda egzamin. Nie wypalił zlepek najgłośniejszych i najlepiej opłacanych nazwisk, branych do kadry po najmniejszej linii oporu, ale może krok do przodu zrobi drużyna z ustaloną hierarchią, w której kilku zawodników z wdzięczności za życiową szanse pójdzie za Nawałką w ogień.

Jasne, w tym ogniu wszyscy mogą się sparzyć, ale z selekcjonerami chyba jest tak jak z dziećmi. Dopóki się nie oparzą, to nie uwierzą, że niektórych rzeczy się nie dotyka. I może będzie dobrze, jeśli Nawałka może się o tym przekonać zaraz na początku swojej pracy, kiedy jest jeszcze trochę czasu na eksperymenty i zmiany.

*

Najbardziej charakterystycznym elementem wizerunku Adama Nawałki stał się pikowany bezrękawnik, w którym obecny selekcjoner jeszcze przed chwilą szalał przy ławce rezerwowych Górnika. Takie same zakładali jego współpracownicy, co wyglądało trochę jak manifest jedności sztabu szkoleniowego i zapatrzenie jego członków w szefa. Bezrękawnik wdział też Ryszard Wieczorek. Nowy trener Górnika zrobił to pewnie bezwiednie, raczej z zimna niż dla przesądu, ale i tak puchowa kamizela zaczęła powoli sprawiać wrażenie amuletu, bez którego nie da się wygrywać.

Kiedyś dużą wagę do rozmaitych talizmanów przywiązywał Jerzy Engel. Podczas zwycięskich eliminacji zwrócono uwagę, że reprezentacja osiąga najlepsze wyniki, kiedy selekcjoner dźwiga na barkach nie tylko odpowiedzialność za jej grę, ale także brązowy płaszcz. Jego wkład w sukcesy kadry był tak duży, że pojechał nawet – jako najważniejszy ze skrzynki amuletów – na mundial do Korei. Tam czar prysł – było za gorąco na noszenie płaszcza i chociaż ten ciągle znajdował się na ławce rezerwowych, to już nie było to samo. Biało-czerwoni dwa razy dostali w czapę, w drugiej rundzie mundialu spotkali się z kibicami na Okęciu, a szczęśliwy dotąd płaszcz został zdegradowany do miana sfatygowanej jesionki.

Bo z amuletami jest tak samo jak z trenerami – dobre są tak długo, jak długo dobre są wyniki. Kiedy te się skończą, nadają się już tylko na śmietnik.

*

Harry Wilson sikał jeszcze na nocniku, kiedy jego dziadek postawił u bukmachera 50 funtów, że wnuk zagra w przyszłości w reprezentacji Walii. Udało się kilka tygodni temu – Wilson stał się najmłodszym piłkarzem w historii walijskiej kadry, a jego dziadek mógł pokwitować odbiór 125 tysięcy funtów.

Na Wyspach Brytyjskich podobne zakłady są bardzo popularne, zresztą można tam obstawiać chyba wszystko, z czego korzystają pełni nadziei ojcowie i dziadkowie. Pewnie wielu z nich nerwy będzie musiało rozcieńczać piwem. Kiedyś niezły dreszczowiec zafundował ojcowi Chris Kirkland, który – zgodnie z zakładem – miał zagrać w angielskiej kadrze, ale za każdym razem, kiedy był tego naprawdę blisko, rozsypywał się jak zamek zbudowany ze zbyt suchego piasku. W końcu się udało, a szczęśliwy tatuś skasował 10 tysięcy funtów.

U nas to raczej nie przejdzie. Raz, że tradycja obstawiania czegokolwiek nie jest jeszcze rozwinięta; dwa, że oferta jest ograniczona, chyba że przyjdą z pomocą jakieś zakłady bukmacherskie on-line; trzy, że kursy i tak pewnie byłyby mało zachęcające. W reprezentacji Polski jest taki przerób, że niedługo będzie do niej trafiał każdy, kto nauczy się chodzić.

środa, 06 listopada 2013

Mariusz Rumak udowodnił, że potrafi osiągać dobre wyniki w trudnych warunkach. Dość sprawnie posprzątał bałagan zostawiony przez Jose Mari Bakero i już po kilku tygodniach od trenerskiego debiutu awansował do europejskich pucharów. Jeszcze lepsze wyniki miał w pierwszym pełnym sezonie – poprowadził drużynę do wicemistrzostwa Polski. Lech przez większą część sezonu okropnie męczył swoją grą – można to było uznać za koszt przebudowy składu – ale był wyjątkowo skuteczny, często punktując wbrew wszystkiemu. Tak jest zresztą nadal. Od początku kadencji Rumaka w Lechu więcej punktów w lidze ugrała tylko Legia, reszta jest daleko w tyle. Jednak coś tu zgrzyta.

Ciąg dalszy.