Na stadionach Polski i Świata.
piątek, 14 listopada 2014

Anghel Iordanescu / for. fanatik.ro

Anghel Iordanescu trzeci raz został selekcjonerem reprezentacji Rumunii. „Generał” wraca do zawodu po siedmiu latach przerwy.

I

Był początek września 1994 roku. Anghel Iordanescu odebrał z rąk prezydenta Rumunii Ioana Iliescu nominację na stopień generała majora armii. Później powie, że był to jeden z najszczęśliwszych dni w jego życiu.

Szlify generalskie stanowiły dowód wdzięczności narodu za świetną grę kadry na mundialu w Stanach Zjednoczonych. Rumuni w fazie grupowej ograli gospodarzy i wysoko notowaną Kolumbię, później wyrzucili z turnieju Argentynę, a awans do strefy medalowej przegrali ze Szwecją dopiero w rzutach karnych. Ćwierćfinał mistrzostw świata i tak był największym sukcesem reprezentacji, a Iordanescu stał się jego twarzą na równi z mającym za sobą świetny turniej Gherorghe Hagim.

Nominacja generalska była też dla Iordanescu symbolicznym zwieńczeniem drogi na szczyt. Rozpoczął ją jeszcze jako piłkarz Steauy Bukareszt – do dziś jest najlepszym strzelcem w jej historii – z którą w 1986 roku zdobył Puchar Mistrzów. W finałowym meczu z Barceloną zagrał kilka miesięcy po faktycznym zakończeniu kariery, był już wtedy asystentem trenera Emerica Jeneia, ale w końcowych fragmentach meczu dobrze regulował tempo gry i pomógł drużynie dotrwać do konkursu jedenastek. Ten był popisem bramkarza Helmutha Ducadama, który obronił aż cztery rzuty karne. Piłkarze Steauy mogli świętować wielki triumf.

Powody do zadowolenia miał też rumuński dyktator Nicolae Ceausescu. Jego syn Valentin był opiekunem wojskowej Steauy. Ale to już zupełnie inna historia.

Tytuł najlepszej drużyny Europy Steaua potwierdziła kilka miesięcy później wygrywając z Dynamem Kijów w meczu o Superpuchar Europy. Trenerem był już Iordanescu. Drużyna pod jego wodzą potwierdzała siłę w kolejnych latach. O ile seryjnie zdobywane mistrzostwa Rumunii można traktować z przymrużeniem oka, o tyle awans do finału Pucharu Mistrzów w 1989 roku był poważnym osiągnięciem i ugruntował pozycję Iordanescu – wtedy jeszcze tylko pułkownika – w rumuńskim futbolu.

Na posadę selekcjonera musiał jednak jeszcze poczekać. Kadrę objął dopiero w połowie 1993 roku, na finiszu eliminacji do mistrzostw świata. To była misja ratunkowa. Zakończyła się sukcesem – Rumuni wygrali trzy mecze i mogli później podbijać amerykańskie boiska.

Po mundialu w USA było nieco gorzej, ale wciąż na tyle dobrze, że Rumunia kwalifikowała się do finałowych turniejów. To była silna, pełna osobowości drużyna. Liderem był Hagi, dużo do powiedzenia miał Gheorghe Popescu, który był nawet kapitanem Barcelony. Mocną pozycję w Anglii zbudował sobie Dan Petrescu, pewne miejsce w FC Koeln miał Dorinel Munteanu, pokazywali się Adrian Ilie i Viorel Moldovan.

Do powtórzenia osiągnięcia ze Stanów Zjednoczonych to jednak nie wystarczyło. Na Euro '96 Rumuni grali nieszczęśliwie i odpadli w fazie grupowej. Na mistrzostwach świata we Francji było lepiej – przebili się do drugiej rundy, ale w 1/8 przegrali z Chorwacją. To był koniec pierwszej kadencji Iordanescu.

II

Teraz „Generał” Iordanescu wraca. Ojczyzna znalazła się w potrzebie.

Victor Piturca porzucił kadrę w niezłym stanie – siedem punktów w trzech grach eliminacji do mistrzostw Europy – ale niemal z dnia na dzień, na kilka tygodni przed ważnym meczem z Irlandią Północną. Zrejterował do Arabii Saudyjskiej. W Al-Ittihad zarobi górę petrodolarów.

Następcy trzeba było szukać szybko. Na przejęcie reprezentacji próbowano namówić Munteanu, kiedyś rzetelnego pomocnika, ale rekordzista Rumunii pod względem liczby meczów w kadrze zasłonił się ważnym kontraktem z azerskim Gabala FK. Selekcjonerski fotel nie skusił też Mircei Lucescu, który nie chciał rezygnować z dobrej posady w Szachtarze Donieck. Innych kandydatów nie było.

Zwrócono się więc do Iordanescu. Z konieczności. Akurat był pod ręką – od kilku miesięcy pracował jako dyrektor sportowy rumuńskiej federacji. Znalazł się po prostu w dobrym miejscu i korzystnych okolicznościach. Wykorzystał sytuację. Choć obserwując jego powrót, nie można uciec od wniosku, że wybrano przeszłość, a nie teraźniejszość. Decydował sentyment; wiara w to, że razem z powrotem Iordanescu wrócą sukcesy rumuńskiej piłki. I jest w tym coś rozpaczliwego.

Od ostatnich godnych uwagi wyników „Generała” – awansu do drugiej rundy mundialu w 1998 roku – minęła cała epoka. Dla Iordanescu był to czas rozczarowań i odcinania kuponów od dawnej sławy. Kariera gasła. Półroczną przygodę z kadrą Grecji zakończył konflikt z miejscowymi działaczami, nieudane okazało się też drugie podejście do pracy z reprezentacją Rumunii. Przerżnął z nią walkę o awans do Euro 2004 i w kiepskiej atmosferze odszedł po niezłym początku eliminacji do mistrzostw świata w Niemczech. Lepiej wiodło mu się w Zatoce Perskiej – tam zawsze panował niezły klimat dla trenerów z Europy Środkowej – ale dobre wyniki z tamtymi klubami nie robiły na nikim wrażenia. W końcu i one się skończyły.

Wreszcie powiedział sobie: „dość”. Był 2007 rok.

Miał wtedy nowy narkotyk – politykę.

Już w 2004 roku – był wtedy jeszcze selekcjonerem reprezentacji Rumunii – wystartował do rumuńskiego senatu z ramienia opozycyjnej wówczas Partii Socjaldemokratycznej. Mandatu nie zdobył, ale nie zrezygnował z działalności politycznej. W 2008 roku został senatorem, a cztery lata później kandydował na burmistrza Bukaresztu z poparciem centrolewicowego Narodowego Związku na rzecz Rozwoju Rumunii. Nadzieje miał duże. - Jestem pewny zwycięstwa – mówił na starcie kampanii wyborczej.

Mieszkańcy Bukaresztu nie podzielili jego entuzjazmu. Dostał tylko 1,4% głosów. Tyle samo co szemrany właściciel Steauy Gigi Becali.

Z futbolem miał mniejszy kontakt. Owszem, czasami widziano go w tej czy innej roli, namawiano do kandydowania na stanowisko szefa rumuńskiej federacji, ale niewiele z tego wychodziło. Aż do maja tego roku, gdy został dyrektorem technicznym związku.

Dalszy ciąg już znamy.

III

Eliminacyjny mecz z Irlandią Północną będzie dla Iordanescu powrotem z dalekiej podróży. Siedem lat poza zawodem to dużo.

Wyobraźmy sobie, że nagle, w samym środku eliminacji, w dodatku na kilka tygodni przed ważnym meczem, selekcjonerem reprezentacji Polski zostaje Jerzy Engel. To byłby podobny przypadek.

Iordanescu będzie pewnie utrzymywał, że z prowadzeniem drużyny piłkarskiej jest tak samo jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina. Podobnie uważa Hagi. - To wspaniały trener – powiedział „Reutersowi”. - Jego kariera była pełna sukcesów. To człowiek, który zna się na swojej pracy - mówi o swoim dawnym szkoleniowcu.

O piłkarzach i osobowościach pokroju Hagiego może tylko pomarzyć. Rumunów nie spotka się obecnie w czołowych klubach kontynentu, rozjechali się po europejskich średniakach, w których z reguły – wyłączając rodzime zespoły – grają najwyżej drugoplanowe role. Najlepszym ambasadorem tamtejszego futbolu wciąż jest Lucescu, który od lat pozostaje na trenerskim posterunku w Szachtarze.

Dość powiedzieć, że najgłośniejszym echem w ostatnim czasie odbił się występ stopera Constantina Motiego w meczu eliminacji Ligi Mistrzów. Piłkarz bułgarskiego Łudogorca Razgrad nie został jednak doceniony za dobrą grę w obronie, lecz awaryjne zastąpienie wyrzuconego z boiska bramkarza i obronę aż dwóch rzutów karnych w konkursie jedenastek. Wyczyn to nie lada, jednak z punktu widzenia jakości gry kadry jednak bez znaczenia; w futbolu było to wydarzenie równe narodzinom dwugłowego cielaka.

Iordanescu podpisał roczną umowę. Cel jest oczywisty – awans do finałów Euro 2016. Sytuacja wydaje się obiecująca: zmiana formatu rozgrywek ułatwia realizację planu, a grupa wydaje się miałka, pozbawiona wyrazistego lidera. W dodatku Grecy, którzy ostatnio regularnie kwalifikowali się do wielkich turniejów, przeżywają duże zawirowania i słabo rozpoczęli eliminacje. Zresztą również za sprawą Rumunów, którzy ograli ich w Pireusie.

Po raz ostatni Rumunia grała na wielkim turnieju w 2008 roku. W poprzedniej dekadzie był to tylko jednorazowy wyskok, awans bez kontynuacji w następnych eliminacjach.

Może jeśli generał Iordanescu ponownie wprowadzi reprezentację do europejskiej elity – nawet jeśli ta została niepotrzebnie rozdęta – to doczeka się awansu na stopień marszałka rumuńskiej armii...

czwartek, 06 listopada 2014

Finlandia wydała na świat Jariego Litmanena i grupkę całkiem solidnych piłkarzy, ale dla futbolu klubowego pozostaje prowincją. Drużyny z Kraju Tysiąca Jezior nie liczą się na arenie międzynarodowej. Znajduje to odbicie w rankingu UEFA – liga fińska jest w nim daleko za polską Ekstraklasą. Największe sukcesy w europejskich pucharach odnosi HJK Helsinki, który dwukrotnie awansował do ich fazy grupowej. W sezonie 1998/99 zagrał w Lidze Mistrzów, w tym roku rywalizuje w Lidze Europy. 

Nie będzie tu jednak nic o pucharowych przygodach sprzed kilkunastu lat, o wyrzuceniu z Ligi Mistrzów francuskiego FC Metz, ani o grze w fazie grupowej tych rozgrywek, w której Finowie dzielnie stawiali opór faworytom i nawet wygrali z Benficą Lizbona. Tym bardziej nie będzie o tym, że opór – jak to często bywa w podobnych historiach – został w końcu przełamany, a HJK zajął ostatnie miejsce w grupie.

Nie będzie też o tegorocznym starcie w Lidze Europy, bo na razie nie ma o czym. No, może tylko o strzelaninie w rewanżowym meczu z Rapidem Wiedeń, która dała klubowi z Helsinek awans do fazy grupowej. W niej HJK przegrał trzy dotychczasowe mecze i nie strzelił nawet gola.

Będzie za to o łączącym obie historie Mice Lehkosuo – przed laty kapitanie HJK, a teraz jego trenerze – i jego numerach.

Lehkosuo był bodaj jedynym piłkarzem w historii, który numer na koszulce wykorzystał do celów... komercyjnych. Owszem, czasami to element marki – z inicjałami Cristiano Ronaldo zrosła się przecież siódemka – ale nikt inny nie wymyślił, by sam w sobie był reklamą. Być może decydowały o tym względy praktyczne – to w końcu mało czytelne. Numer bez kontekstu to przecież tylko numer. Trudno go zawłaszczyć i nadać mu nowe znaczenie.

Sponsor Lehkosuo znalazł na to sposób. Fin na mecze ligowe zakładał koszulkę z numerem... 96.2. Na takiej częstotliwości nadaje helsińskie Radio City – ówczesny dobrodziej piłkarza.

Numer 96.2, Mika Lehkosuo
fot. Maciej Matysek, zdjęcie opublikowane w tygodniku "Piłka Nożna"

W Lidze Mistrzów Lehkosuo musiał zakładać koszulkę z nieco bardziej konwencjonalnym numerem. Wybrał, oczywiście, 96, który i tak pod koniec lat 90-tych był małą sensacją. Od kilku sezonów w rozgrywkach klubowych obowiązywały stałe numery, ale piłkarze z reguły wybierali możliwie niskie. Ekscentrycy próbowali raczej innych sztuczek. Ivan Zamorano przyklejał mały plusik między jedynką a ósemką na koszulce Interu Mediolan, bo nie mógł rozstać się z dziewiątką, którą zabrał mu brazylijski Ronaldo.

Dzisiaj wysokie numery nikogo już nie dziwią. Są codziennością. Hasło „pierwsza jedenastka” dawno nie ma nic wspólnego z numerami noszonymi przez zawodników wyjściowego składu.

Lehkosuo – zostawmy już na boku kwestie reklamowe – po prostu o dobrych kilka lat wyprzedził ogólny trend. Ale właściwie kto miał być forpocztą mody na hokejowe numery w futbolu, jeśli nie piłkarz z Finlandii?

wtorek, 04 listopada 2014

Najgroźniejszym rywalem Lecha nie jest żaden z ligowych rywali, ale on sam. Kolejorz nie wykształcił w sobie instynktu zabójcy, jest za to nosicielem wirusa samozagłady, który uaktywnia się z różnymi skutkami w prawie każdym meczu. Scenariusz jest podobny – zamiast dobić rywala i spokojnie kontrolować grę, Kolejorz zaczyna grać nerwowo, popełnia absurdalne błędy i nie wykorzystuje swoich szans. W dodatku często nie jest to efektem wzmożonych starań przeciwników, ich lepszej gry, czy wyższych umiejętności. Lech sam wprowadza niepewność do swojej gry, łatwo daje się wytrącić z równowagi i słono za to płaci marnując kolejne szanse na wygrane.

Na razie stracił cztery wyjazdowe zwycięstwa, dzięki którym mógłby się już wygodnie rozsiąść w fotelu lidera Ekstraklasy. To nie jest myślenie życzeniowe, oderwana od rzeczywistości gdybologia, bo przecież Lech przy okazji każdej ze zmarnowanych szans – z Ruchem, Legią, Koroną i Śląskiem – miał wszystkie atuty w swoich rękach. Katastrofą mógł się skończyć też mecz z Jagiellonią w Pucharze Polski. Lech zaczął popisowo, miał rywala na łopatkach, ale kompromitujące błędy zakończyły się stratą dwóch goli. A przecież tego partactwa – podań pod nogi rywali, błędów w wyprowadzeniu piłki, braku komunikacji – było więcej. Ostatecznie Lech wygrał, ale zamiast przyjemnego wieczoru była droga przez mękę.

Szymon Pawłowski po brzydkim zwycięstwie z Górnikiem Łęczna mówił, że liczą się tylko punkty, a o okolicznościach ich zdobycia nikt nie będzie pamiętał już za dwa tygodnie. Być może tak będzie, lecz – mam wrażenie – takie lekceważenie słabej gry przez piłkarzy ciągle odbija się Lechowi czkawką i nie pozwala zrobić mu kroku do przodu.

Można przecież zmarnowane szanse na zwycięstwa sprowadzić do braku skuteczności i na tym poprzestać, do kilku wyrwanych z kontekstu sytuacji, tak jak lubią to robić nasi ligowcy, ale byłoby to szkodliwe spłycenie problemu. Lechowi bowiem najbardziej brakuje dojrzałości – cechy trudnej do zmierzenia, ocenianej intuicyjnie, lecz jednej z pomagających odróżnić drużyny ukształtowane od tych ciągle się tworzących. Można ją definiować na różne sposoby, zwracać uwagę na mentalność, dyscyplinę taktyczną lub umiejętności, lecz w każdym z tych aspektów Kolejorz nie jest wystarczająco uformowany nawet na polską ligę. Wciąż za mało w nim jakości, za dużo – niestety – zwyczajnego dziadostwa, niechlujstwa, minimalizmu. To kosztuje punkty.

Podobnie było przez całą za kadencji Mariusza Rumaka. Lech w żadnej chwili nie był drużyną ukształtowaną. Czasami sprawiał takie wrażenie, ale – no właśnie – to było tylko wrażenie. Zbyt często lechici dawali się sprowadzać do poziomu słabszego rywala i nie potrafił opanować boiskowego kryzysu. Zamiast grać w piłkę, tylko rozpaczliwie wykopywał ją spod własnej bramki.  Czasami, gdy miał więcej szczęścia, udawało mu się wygrywać. Bywało jednak i tak, że marnował wypracowaną przewagę, pękał pod naporem prymitywnych środków i frajersko gubił punkty ze słabymi przeciwnikami.

Dwa miesiące kadencji Macieja Skorży to zbyt krótki czas, by Lech dojrzał. Jeśli uda się do tego doprowadzić w przyszłości, usunąć ten gen samozagłady, to może dojść do przełomu, który pozwoli Kolejorzowi wykonać skok jakościowy. Nawet jeśli w drużynie łatwo zidentyfikujemy braki, zauważymy kilku niepożądanych już gości i piłkarzy w słabszej formie, to dostrzeżemy też spory potencjał. Co ważne – ciągle w dużym stopniu niewykorzystany.