Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 31 grudnia 2007
W 2008 roku chcielibyśmy jak najczęściej oglądać cieszących się polskich piłkarzy.

Druga i ostatnia część alfabetu 2007 roku w polskiej piłce.

Polski futbol od A do K. 

Lato Grzegorz. Kiedyś wybitny piłkarz, w minionym roku ośmieszał się swoimi medialnymi występami. Stał się jednym z najważniejszych działaczy PZPN i – o zgrozo! - betonowym kandydatem na prezesa związku. To powód do strachu.

Lewandowski Mariusz. Uciekając w metafory i literackie porównania, można by napisać, że z brzydkiego kaczątka przeistoczył się w pięknego łabędzia. Kiedyś nieporadny w biało-czerwonych barwach, w 2007 roku ostoja drugiej linii reprezentacji Leo Beenhakkera i podstawowy piłkarz środka pola Szachtara Donieck. Niesamowite, niesamowite, jaką metamorfozę przeszedł ten piłkarz. Ingerencja sił nadprzyrodzonych?

L.(ipiec) Tomasz. Sportowy hipokryta roku. Kreował się na sprawiedliwego szeryfa, który oczyści polski futbol z korupcyjnego szlamu, a pod koniec roku sam wpadł na ciemnych interesach. Przytulny ministerialny gabinet zamienił na twardą pryczę w areszcie.

Listkiewicz Michał. Ma się znakomicie, mimo że przez cały mijający rok był bombardowany ze wszystkich możliwych stron. Pomimo nieustających ataków jego pozycja nie ucierpiała ani trochę, a dzięki sprytowi i talentowi do dyplomatycznych gierek może nawet uległa wzmocnieniu. Ciągle trwa. I trwa mać?

Łódź. Tonie? ŁKS klepie biedę materialną i sportową, a Widzew spisuje się w lidze dość kiepsko, a w dodatku dobiera się do niego Wydział Dyscypliny PZPN.

Michniewicz Czesław. Pierwsza połowa roku, okraszona mistrzostwem Polski, była dlań świetna. Druga, naznaczona zwolnieniem z pracy, już fatalna. Powtórka z rozrywki? Dowód na to, jak łatwo i boleśnie można spaść ze szczytu. Boleśnie tym bardziej, że również na własne życzenie.

Niecka. W raz z błoniami przedmiot gorącej dyskusji o tym, gdzie powinien zostać wybudowany Stadion Narodowy. Ostatecznie padło właśnie na nieckę, ale...

Ormianie. Zaleźli nam za skórę w kończącym się roku wyjątkowo. Na szczęście meczach z Portugalią i Serbią zrehabilitowali się za to, w jak bezczelny sposób wcześniej nam nabroili.

Platini Michel. To on w kwietniu wydłubał z koperty kartkę z napisem „Polska i Ukraina”, obwieszczając światu, kto zorganizuje mistrzostwa Europy w 2012 roku. To pewnie on stał za korzystną również dla polskich zespołów reformą europejskich pucharów. Kierowana przez Platiniego UEFA dała nam w 2007 roku dwie olbrzymie szanse. Teraz trzeba je wykorzystać.

Płatek Artur. Bardzo dobry trener, ale licencji nie ma. Sam jest sobie winny. By dostać odpowiednie papiery trzeba bowiem – w myśl głupawych przepisów – przepracować pełny sezon w drugiej lidze. A Płatek zupełnie niefrasobliwie awansował z Jagiellonią do ekstraklasy już po kilku tygodniach pracy. Krótko mówiąc – pogrążył się sam.

Reiss Piotr. Najlepszy strzelec sezonu 2006/2007, najskuteczniejszy piłkarz grający obecnie w ekstraklasie. Jego setnej bramki nie widziałem na żywo. Wciąż nie mogę sobie tego wybaczyć. Mimo upływających lat człowiek-orkiestra w Lechu Poznań, żywa legenda „Kolejorza” i chyba całej ligi.

Romb. Kryptonim rewolucyjnej strategii Czesława Michniewicza, która miała dać Zagłębiu awans do Ligi Mistrzów. Skończyło się klapą. Niekoniecznie z winy rombu.

Siejewicz Hubert. Całkiem niezły sędzia, który jednak zbyt często miewa na boisku chwile słabości. To dlatego został głównym bohaterem meczu, który zadecydował o tym, że mistrzostwo zdobyło Zagłębie Lubin i sprowadził na siebie mnóstwo podejrzeń.

Skorża Maciej. Zdecydowanie najlepszy polski trener w mijającym roku. Zdobywca Pucharu Polski i Pucharu Ekstraklasy z Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski, architekt cudownego odrodzenia Wisły Kraków. Biała Gwiazda pod wodzą Skorży w lidze góruje nad resztą stawki tak wyraźnie, że trudno sobie wyobrazić, by nie odzyskała mistrzowskiego tytułu. Mistrzu, jak to się robi?

Surkis Hrihorij. Ukraiński oligarcha, który ponoć załatwił nam Euro 2012. Niechaj życie rozpustnie obdarowuje go wszelkimi pomyślnościami za to co dla nas zrobił.

Światło. Drugi – oprócz Euzebiusza Smolarka – bohater warszawskiego meczu z Kazachstanem. Gdyby nie włączyło się do gry, mogłoby być źle. Bardzo źle.

Tomczak Michał. Szef Wydziału Dyscypliny PZPN, Jedna z najważniejszych osób w polskiej piłce w 2007 roku. Specjalista od degradowania, odejmowania, zawieszania i kar wlepiania. Szkoda, że często mieczem sprawiedliwości machał na oślep. Ale przecież Temida też ma opaskę na oczach.

Urban Jan. Po wielu latach spędzonych w Osasunie Pampeluna, powrócił do Polski i okazało się, że wieści o tym, że może być z niego znakomity trener, może kiedyś selekcjoner reprezentacji, nie są przesadzone. Wraz z jego przyjściem do Legii powiało w naszej piłce świeżością.

Wisła Kraków. Odrodzona. W jesienią grała jak za czasów Henryka Kasperczaka.

Wydział Szkolenia. Grono mędrców, w skład którego wchodzą byli selekcjonerzy reprezentacji, nieudani trenerzy ligowi oraz zgorzkniali teoretycy. W 2007 roku rzuciło na kolana swoich krytyków, publikując błyskotliwy raport o rozgrywkach ligowych w sezonie 2006/2007. Można się z niego dowiedzieć m.in. tego, że polscy trenerzy coraz częściej rezygnują z dresów na rzecz garniturów.

Zagłębie Lubin. Niespodziewany mistrz sezonu 2006/2007 przechodził w kończącym się roku niesamowitą huśtawkę nastrojów. Najpierw było świetnie (mistrzostwo), potem fatalnie (koniec przygody z europejskimi pucharami, ligowy kryzys), całkiem dobrze (ligowe odrodzenie) i mało przyjemnie (wieści o rychłej degradacji). Ale przynajmniej w miejscu tamtejszego krateru powstanie stadion z prawdziwego zdarzenia.

Zieńczuk Marek. Kolejna cudowna metamorfoza, która dokonała się w minionym. Cudowna także dlatego, że nikt do końca nie wie z jakiego powodu. W każdym razie Zieńczuk w drugiej połowie roku zadziwiał i zachwycał. Oby robił to jak najdłużej.

Żurawski Maciej. O 2007 roku kapitan reprezentacji Polski chciałby zapewne jak najszybciej zapomnieć. Słabo wiodło mu się w Celticu Glasgow, niewiele lepiej w drużynie narodowej – choć, gwoli sprawiedliwości, miewał w niej przebłyski i zapewnił biało-czerwonym zwycięstwo z Armenią. 2008 rok powinien rozpocząć od zmiany barw klubowych. W obrębie Europy, rzecz jasna.

Życzenia. Dla Czytelników – by Nowy Rok szastał na lewo i prawo tym co najlepsze, a marzenia spełniały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dla polskich sportowców – by mieli wiele powodów do takiej radości, jak ta na zdjęciu ilustrującym ten tekst. Wszystkiego dobrego.

Polski futbol od A do K.  

niedziela, 30 grudnia 2007
K jak Krzynówek, P jak Petit.

To podsumowanie kończącego się roku będzie inne niż pozostałe, bo... alfabetyczne. Zapraszam na subiektywny przegląd najważniejszych i najciekawszych wydarzeń, osób, zjawisk, rzeczy, a nawet figur geometrycznych, które odcisnęły swoje piętno na polskiej piłce w ciągu ostatnich 12-miesięcy. Polski futbol AD 2007 od A do Ż!

Polski futbol od L do Ż

Afera korupcyjna. Wywarła olbrzymi wpływ na naszej piłkarskiej rzeczywistości i jeszcze kilka razy przewinie się w tym alfabecie. Do aresztu we Wrocławiu co i rusz przywożono kolejnych podejrzanych, degradowano i zawieszano kluby, odejmowano im punkty, zaczęto też sądzić poszczególne osoby, a wiedza prokuratury jest porażająca w najbardziej hardkorowym znaczeniu tego słowa. Afera doszczętnie zepsuła atmosferę wokół ligowego futbolu, ale również pozytywnie na niego wpłynęła.

Awans! Tyle lat czekało polskie piłkarstwo i wreszcie: jest! Po raz pierwszy w historii awansowaliśmy do mistrzostw Europy.

Beenhakker Leo. O Holendrze powiedziano już tyle wspaniałych rzeczy – czasem popadając w przesadę – że trudno wymyślić coś nowego i oryginalnego. Świetny trener? Filozof futbolu? Wizjoner? Szczęściarz? Cztery razy tak! Jeśli reprezentacja wyjdzie z grupy na Euro, o Beenhakkerze zaczną powstawać wiersze i piosenki.

Częstochowa. Niektórzy twierdzą, że gra reprezentacji Polski w meczu z Portugalią przypominała obronę tego miasta podczas szwedzkiego potopu. Być może. Ale po co zawracać sobie tym głowę? W końcu w dwumeczu z wicemistrzem Europy – Portugalią - ugraliśmy aż cztery punkty. Wielu by tak chciało, oj wielu. Udaje się tylko nielicznym.

Dudek Jerzy. Jeden z niewielu polskich piłkarzy, którzy przy okazji każdego transferu zmieniają klub na lepszy. Tym razem awans sportowy był dość dziwaczny – ławkę rezerwowych Liverpoolu zamienił na ławkę rezerwowych Real Madryt. Tak czy owak, to właśnie Dudek jest bohaterem najbardziej spektakularnego i zaskakującego transferu, jaki w 2007 roku stał się udziałem polskiego zawodnika.

Ebi! Różne miewał momenty grając w reprezentacji – czasem był jakby nieobecny na boisku, czasem wygrywał mecze w pojedynkę. Hat-trick z Kazachstanem i dwa gole z Belgią przypieczętowały awans kadry do finałów mistrzostw Europy, a ze Smolarka uczyniły największą gwiazdę reprezentacji. Niejako przy okazji dogonił swojego ojca w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii reprezentacji Polski. Zamiana Dortmundu na Santander Ebiemu na złe na pewno nie wyszła.

Europejskie puchary. Ciszej nad tą trumną

Fryzjer. Golibroda z Obrzycka, czyli nasz przaśny futbolowy mafiozo, capo di tutti capi piłkarskiej mafii. Obrzydliwy typ, który jednak potrafił zjednać sobie klubowych działaczy, piłkarzy, trenerów, sędziów oraz dziennikarzy i otworzyć działalność gospodarczą polegającą na handlowaniu meczami. Cały rok przesiedział za kratami. Czeka na wyrok.

Gilewski Grzegorz. Najlepszy – podobno - polski sędzia piłkarski. Mijający rok będzie wspominał znakomicie. Nie dość, że sędziował w Lidze Mistrzów, to jeszcze znalazł się w gronie arbitrów powołanych na Euro 2008. I nic to, że do Austrii i Szwajcarii pojedzie tylko w roli technicznego... Szkoda tylko, że nie zawsze w lidze potwierdzał międzynarodowe aspiracje.

Grupa marzeń. Rzecz względna, bo przecież każdy ma trochę inne marzenia. W finałach mistrzostw Europy i eliminacjach mistrzostw świata w grupie marzeń nie zagramy. I może nawet lepiej – do wyśnionej grupy trafiliśmy na dwóch ostatnich mundialach. Jak się skończyło, pamiętamy aż za dobrze.

Hańba. Wilno.

Ingerencja sił nadprzyrodzonych. To chyba musi być sprawka jakichś tajemnych mocy, że kogo Leo Beenhakker nie weźmie do kadry, ten zaczyna grać lepiej niż wcześniej. Klinicznym wręcz przypadkiem jest postawa Tomasza Zahorskiego, który na początku sezonu bramek nie strzelał, a zaczął to robić dopiero wtedy, gdy trafił pod skrzydła Holendra. Należałoby te czary wykorzystać jeszcze bardziej, niż działo się do tej pory i zorganizować seans dla wszystkich ligowców z polskim paszportem, podczas którego Beenhakker wygłosiłby stosowną prelekcję i rzucił czar na kilkuset piłkarzy. Efekt murowany.

Jasna strona. Ponoć dzięki sukcesom reprezentacji na nią przeszliśmy. Skoro Premier tak mówi, to widocznie tak jest.

Koperta. 18 kwietnia Michel Platini nieporadnie wydłubał z niej kartkę z napisem „Polska i Ukraina”. Stało się jasne, że właśnie te dwa państwa zorganizują Euro 2012.

Krychowiak Grzegorz. Autor najbardziej spektakularnego polskiego kopnięcia w 2007 roku. Piękny strzał Krychowiaka dał reprezentacji Polski zwycięstwo z Brazylią w meczu otwarcia finałów mistrzostw świata do lat 20. Oby za kilkanaście lat można było to wydarzenie wspominać jako piękny wstęp do wielkiej kariery, a nie tylko jako piłkarską ciekawostkę.

Krzynówek Jacek. Lata lecą, ale Krzynówek wciąż jest podporą reprezentacji. Trudno już zliczyć, ile razy wyciągał za uszy reprezentację z tarapatów. Podobnie było i w 2007 roku – bez niego biało-czerwoni Euro 2008 oglądaliby tylko w telewizji. Zdecydowanie najrówniej grający piłkarz biało-czerwonych. Szkoda tylko, że w klubie wiodło się Krzynówkowi znacznie gorzej niż w drużynie narodowej.

Kuratorzy. Było ich w PZPN dwóch. Narobili trochę zamieszania i... już mało kto o nich pamięta. Pozytywne skutki działalności? Brak.

Polski futbol od L do Ż.

czwartek, 27 grudnia 2007
27 grudnia będzie dla bloga Z pierwszej piłki dniem szczególnym. Tego dnia okazało się, że jakiś typ zakochał się w jego zawartości tak mocno, że postanowił sobie ją przywłaszczyć i opublikować na swoim blogu w serwisie Onet.pl. Cóż, to w sumie dość pokraczny dowód uznania dla mnie i tego co piszę. Skoro ktoś marnuje swój czas i dokonuje masowego plagiatu, oznacza to, że Z pierwszej piłki nie jest aż tak słabe, jak mogłoby się wydawać.

Złodziejaszka zgubiła jego głupota, która poraża tak bardzo, że trudno się zdecydować, czy się na nią denerwować, czy też może się z niej śmiać. Skopiowane zostało wszystko jak leci – nie tylko moje teksty, ale też daty ich dodania, linki odsyłające do stron na Z pierwszej piłki, nazwy działów, liczby komentarzy, podpis „bartoszewsky”, a nawet zdjęcia, w efekcie czego na jego blogasku można odnaleźć też moją gębę. Wszystko, po prostu wszystko co dało się skopiować ze szpalty z tekstem.

Dowód 1   Dowód 2   Dowód 3

Ciekawe, czy w ferworze walki złodziejaszek-nieudacznik skopiuje także ten wpis? Jeśli tak, to pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.
13:01, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (11) »
wtorek, 25 grudnia 2007

Podczas ostatnich derby Mediolanu, Kaka serią zwodów tak wkręcił w ziemię Waltera Samuela, że Argentyńczyk uszkodził więzadła krzyżowe w kolanie i najpewniej nie zagra do końca sezonu.

Do tej pory o podobnym zdarzeniu słyszałem ledwie raz, choć pewnie takich wydarzeń na boiskach całego świata nie brakowało. Legenda głosi, że kilka lat temu, w trakcie jakiegoś mało ważnego sparingu Lecha Poznań, Damian Nawrocik tak zabawiał się z obrońcą, ośmieszał go kolejnymi zwodami, że ten w końcu został zniesiony z boiska na noszach i wylądował na stole operacyjnym.

To moment w karierze Polaka szczególny - można powiedzieć, że to Kaka jest jak Nawrocik, a nie odwrotnie. Pierwszy i zarazem ostatni raz.

środa, 19 grudnia 2007
Tytuł tego tekstu mógłby wskazywać na to, że znów chce się pomądrzyć, pogmerać Leo Beenhakkerowi w składzie drużyny narodowej, a może nawet bezczelnie poszukiwać dziury w całym. Nic bardziej mylnego – nie tym razem. Postanowiłem tylko... stworzyć własną reprezentację. Reprezentację Wielkopolski. 

Reprezentacja Wielkopolski i jej szef. :)

 Reprezentacja Wielkopolski i jej szef.

Inspiracją był... udział drużyny Czarnogóry w losowaniu eliminacji mistrzostw świata w 2010 oraz reprezentacje hiszpańskich prowincji, które zbierają się w terminach wolnych od krajowych oraz międzynarodowych rozgrywek i rozgrywają mecze towarzyskie. Skoro Katalonia, Kraj Basków czy Andaluzja mają swoje zespoły, dlaczego podobnie nie mogłoby być w Polsce? Fajnie byłoby zobaczyć mecz reprezentacji Wielkopolski z kadrą Górnego Śląska albo Małopolski – oczywiście pod warunkiem, że graliby w nich kadrowicze Leo Beenhakkera i piłkarze z pierwszej lub drugiej ligi, a tabuny graczy z czwartej ligi. Tak czy siak, prawdopodobieństwo, że kiedyś taki mecz się odbędzie jest bliskie zera.

Ponad wszystko chciałem jednak zobaczyć, jaki zespół udałoby się stworzyć z zawodników, którzy wychowali się w Wielkopolsce. Okazuje się, że całkiem ciekawy, ale o tym poniżej.

Kryterium naboru zawodników do kadry było proste jak drut – miejsce urodzenia. By nie komplikować zadania i oszczędzić sobie - zapewne interesujących – analiz tego, jak w toku rozwoju historii kształtował się obszar Wielkopolski i jaki teren rzeczywiście można nią nazwać, postanowiłem brać pod uwagę tylko tych piłkarzy, którzy przyszli na świat na terenie obecnego województwa Wielkopolskiego. Jest to rozwiązanie z wielu względów dość ułomne, ale zarazem chyba najlepsze.

Do reprezentacji Wielkopolski powołałem 23 piłkarzy, czyli dokładnie tylu ilu musi się znaleźć w kadrze danego zespołu narodowego na mistrzostwa świata lub Europy. Do kogo trafiłyby nominacje, gdyby ta drużyna nie była tylko wirtualnym bytem?

Bramkarze
Radosław Cierzniak (Szamocin, Korona Kielce, 0A/0*), Krzysztof Kotorowski (Poznań, Lech Poznań, 0A/0), Maciej Mielcarz (Śrem, Korona Kielce, 0A/0).
* W nawiasie kolejno: miejsce urodzenia, obecny klub, mecze/gole w reprezentacji Polski. 

Trzech niezłych, choć niezbyt wysoko cenionych bramkarzy. Wszystkim brak regularności. Bluza z numerem „1” raczej dla Kotorowskiego. Co ciekawe, cała trójka ma na swoim koncie występy w Lechu Poznań. Mielcarz swojej przygody w Kolejorzu nie wspomina zbyt dobrze - zagrał raz i wrzucił sobie piłkę do bramki. 

Obrońcy
Bartosz Bosacki (Poznań, Lech Poznań, 13A/2), Arkadiusz Głowacki (Poznań, Wisła Kraków, 19A/0), Arkadiusz Radomski (Gniezno, Austria Wiedeń, 29A/0), Błażej Jankowski (Poznań, Warta Poznań, 0A/0), Tomasz Kos (Koło, Erzgebirge Aue, 3A/0), Krzysztof Michalski (Gostyń, Polonia Warszawa, 0A/0), Błażej Telichowski (Nowy Tomyśl, Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, 0A/0).
Problemem może być króciutka ławka rezerwowych – Bosacki i Radomski mają za sobą bardzo długie przerwy w grze, a Arkadiusz Głowacki regularnie łapie kolejne kontuzje. W każdym razie duet Głowacki-Radomski na środku defensywy prezentuje się bardzo solidnie – kto wie, może obaj pojadą na Euro 2008. Bosacki z konieczności na prawej obronie.
Pomocnicy
Michał Goliński (Poznań, Zagłębie Lubin, 2A/1), Robert Kolendowicz (Poznań, Zagłębie Lubin, 1A/0), Artur Marciniak (Poznań, GKS Bełchatów, 0A/0), Tomasz Nowak (Kościan, Korona Kielce, 0A/0), Maciej Scherfchen (Szamotuły, Lech Poznań, 2A/0), Damian Seweryn (Poznań, Odra Wodzisław, 0A/0), Mirosław Szymkowiak (Poznań, bez klubu, 33A/3), Jakub Wilk (Poznań, Lech Poznań, 0A/0).
Mieszanka rutyny z młodością Centralną postacią drugiej linii powinien być Mirosław Szymkowiak, oczywiście jeśli przypomni sobie formę z czasów, gdy grał w Wiśle Kraków. Spore nadzieje można pokładać w nieco nieobliczalnym Michale Golińskim i szybkim niczym struś Pędziwiatr Robercie Kolendowiczu. Dużo dobrego do gry powinien wnieść Maciej Scherfchen oraz młodzi Tomasz Nowak i Jakub Wilk.
Napastnicy
Piotr Reiss (Poznań, Lech Poznań, 4A/1), Bartosz Ślusarski (Szamocin, Blackpool FC, 2A/0), Artur Wichniarek (Poznań, Arminia Bielefeld, 16A/4), Zbigniew Zakrzewski (Poznań, FC Sion, 0A/0), Maciej Żurawski (Poznań, Celtic Glasgow, 67A/16).

Zdecydowanie najsilniejsza formacja reprezentacji Wielkopolski i... spory ból głowy dla selekcjonera, jak jednocześnie zmieścić na boisku Reissa, Wichniarka i Żurawskiego. Miejsce Zakrzewskiego jest chyba jednak na prawej stronie pomocy, a Ślusarskiego na pewno na ławce rezerwowych.

Gdyby któryś z napastników był niedysponowany, w jego miejsce do składu mógłby wskoczyć Tomasz Radziński – urodzony w Poznaniu reprezentant Kanady, były piłkarz Anderlechtu Bruksela, Evertonu i Fulham, obecnie zarabiający na życie w greckiej Skodzie Xanthi.

Trener? Oczywiście, że widzę w tej roli samego siebie – przecież zawsze można pomarzyć. Do współpracy mógłbym zaprosić legendy wielkopolskiej piłki, na przykład Andrzeja Juskowiaka i Waldemara Krygera. Trenerem mógłby też być choćby Czesław Michniewicz. W przypadku szkoleniowca pochodzenie w końcu nie gra roli, a jego związki z wielkopolskim futbolem są powszechnie znane.

Zabawa zabawą, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że w takim składzie reprezentacja Wielkopolski mogłaby z powodzeniem walczyć o mistrzostwo naszego kraju. Nic tylko grać...

sobota, 15 grudnia 2007
Wisła pany!

Po 17 kolejkach przewaga Wisły Kraków nad resztą stawki jest tak ogromna, że można już w zasadzie odtrąbić, kto zostanie mistrzem Polski w sezonie 2007-2008. Niby w sporcie wszystko jest możliwe, ale... nie tym razem.

Najlepiej ligową hegemonię Wisły oddają statystyki. 47 punktów w 17 meczach, 15 zwycięstw, tylko 2 remisy i żadnej porażki, 44 strzelone gole, 10 punktów przewagi nad drugą w tabeli Legią. Te liczby imponują, ale imponowała też gra Wiślaków. Nie dość, że przyjemna dla oka, to jeszcze bardzo przemyślana, nad wyraz dojrzała jak na naszą ekstraklasę, zdyscyplinowana i efektywna. Wisła cierpliwie wyczekiwała na błędy rywali i punktowała ich z zabójczą konsekwencją. I chyba właśnie dyscyplina taktyczna, cierpliwość i konsekwencja to te cechy, które najbardziej odróżniały Wisłę od reszty stawki i pozwoliły zdominować ekstraklasę w takim wymiarze.

Gdyby Biała Gwiazda roztrwoniła wiosną całą zaliczkę nad grupą pościgową, byłby to zarazem kataklizm i wielką sztuką. I to nawet jeśli weźmie się pod uwagę niekorzystny dla Wisły terminarz – wiosną piłkarze Macieja Skorży z wszystkimi najsilniejszymi rywalami zagrają na wyjeździe. Tylko, że Legia, Lech, Dyskobolia i Korona „grupą pościgową” są już tylko przez grzeczność, a na wiosnę zamiast gonić Wiślaków, zajmą się sobą, walcząc o miejsce na podium i awans do Pucharu UEFA. Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że swój pierwszy mecz w tym sezonie Wisła przegra w Poznaniu z Lechem. Nie piszę tego tylko ze względu na moje klubowe sympatie, ale także dlatego, że Kolejorz potrafi wyjątkowo sprężyć się i wygrywać w wielkich meczach przed własną publicznością (co nie przeszkadza mu gubić punktów z ligowymi słabeuszami).

Architektem sukcesu Wisły jest Maciej Skorża, który wysłuchał w tym roku tylu zasłużonych komplementów, że trudno już wymyślić coś oryginalnego. Świetną robota, którą wykonał wiosną w Grodzisku Wielkopolskim i to jak sprawnie odbudował pogrążoną w marazmie Białą Gwiazdę mówi samo za siebie. Gdybym miał okazję pogadać ze Skorżą, wszystkie pytania, które cisną mi się na usta, mógłbym zastąpić jednym: Mistrzu, jak to się robi? Wiem, że Polsce często popadamy w przesadę (ja oczywiście też) robiąc wielkie halo, gdy jakiś piłkarz strzeli dwa gole, ale zwrot „Mistrzu” do Skorży pasuje. Bo choć to trenerka to zawód bardzo wywrotowy (raz na wozie...), a Skorża jest dopiero na dorobku, ale fachowiec z niego pełną gębą. No i facet z głową na karku – a w tej robocie bardzo ważne jest, by nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

Imię i nazwisko trenera Wisły to też chyba najlepsza odpowiedź na pytania o cudowne odrodzenie Marka Zieńczuka. Jak Skorża natchnął tonącego w ligowej szarzyźnie, osowiałego od pamiętnych meczów z Panathinaikosem Ateny piłkarza nie mam pojęcia, ale przypomina mi to cudowne przemiany, których Leo Beenhakker dokonuje przy okazji każdego zgrupowania reprezentacji. Swoje zrobił też chyba powrót z saksów Kamila Kosowskiego. Zieńczuk miał być w końcu jego następcą, zastępcą, jego grę oceniano też przez pryzmat tego, co Kosowski kiedyś w Wiśle prezentował. Teraz okazało się, że obaj mogą grać razem i z wielkim pożytkiem dla drużyny świetnie współpracować i uzupełniać się. Osobną i ciekawą kwestią pozostaje to, czy Zieńczuk wysoką dyspozycję i kapitalną skuteczność utrzyma również wiosną.

W czerwcu teksty o Wiśle przypominały apel poległych, za drugie półrocze można wypisywać słodziutkie laurki (jak ta) i prześcigać się w komplementach. Piłkarze są w olbrzymiej większości ci sami. Inny jest za to sztab szkoleniowy. I to najlepiej świadczy o tym, jak wiele w sporcie zależy od trenera.

sobota, 01 grudnia 2007
Biało-czerwoni.

Holandia, Włochy, Niemcy, Polska. Tak właśnie wygląda moja grupa marzeń przed jutrzejszym losowaniem Euro 2008.

W moim zestawieniu dopuszczam tylko jedną drobną korektę – zamiast Niemców mogliby być ostatecznie Hiszpanie (może byłoby nawet lepiej, bo przecież oni zawsze zawodzą na wielkich turniejach). Być może niektórzy Czytelnicy takie oświadczenie skwitują tylko pobłażliwym pukaniem się w czoło. No bo jeśli w marzeniach wpycham swoją drużynę do zdecydowanie najsilniejszej grupy turnieju i skazuję ją na rywalizację ze światowymi potęgami, to znaczy, że jestem szaleńcem lub masochistą. Cóż jednak począć, skoro bardzo chciałbym zobaczyć biało-czerwonych w starciu ze futbolowymi gigantami. I to nawet wtedy, gdy wezmę pod uwagę to, że szanse Polaków na spłatanie figla faworytom i wyjście z takiej grupy byłyby dość podobne, jak prawdopodobieństwo, że na poprzednich mistrzostwach Europy Łotysze zleją Holendrów, Czechów i Niemców. Znaczy się: małe.

A może wcale nie? Przecież żywo w pamięci mamy obraz polskich piłkarzy, którzy cieszyli się potrafili wspaniale grać z bardzo silną Portugalią. Skoro potrafili z nią wygrać i zremisować, to dlaczego nie mogliby utrzeć nosa Włochom, Niemcom i Holendrom? Jestem przekonany, że Leo Beenhakker potrafiłby wykorzystać mecze z takimi rywalami na oczach całego świata do wyzwolenia u biało-czerwonych dodatkowych pokładów energii. Wszelkie braki w umiejętnościach Polacy nadrobiliby zaangażowaniem, ambicją, twardą walką o każdy centymetr kwadratowy boiska.

Paradoksalnie, takie losowanie zapewniłoby Leo Beenhakkerowi i jego piłkarzom... komfort pracy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby przecież wymagać bezwzględnych zwycięstw z medalistami ostatniego mundialu. Porażki przyjmowane byłyby więc ze zrozumieniem i w niczym nie mogłyby zaszkodzić legendzie selekcjonera z Holandii. (Chociaż odnoszę wrażenie, że nie może jej zaszkodzić absolutnie nic). Za to każdy punkt ugrany w starciu z takimi potęgami byłby pretekstem do świętowania, a zwycięstwa przechodziłyby do historii i mogłyby być dla prezydenta okazją do rozdawania bohaterom orderów.

Last, but not least. Mecze z Holandią, Włochami i Niemcami rozgrzałyby do czerwoności cały kraj na długo przed rozpoczęciem mistrzostw. Namiastkę tego mieliśmy podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata przy okazji spotkania z gospodarzami. Teraz emocje towarzyszące tamtemu meczowi należałoby podnieść do sześcianu. A przecież w sporcie chodzi właśnie o nie, nieprawdaż?

W tym wszystkim nie podoba mi tylko jedno – ciągle powracające widmo kolejnych pięknych porażek. Mecze z Włochami, Niemcami czy Holandią mogłyby być dobrą okazją by skończyć z tą niezbyt fajną polską tradycją i zacząć brzydko wygrywać nawet z największymi piłkarskimi potęgami na mistrzostwach Europy i świata. Ale by się wtedy działo!