Na stadionach Polski i Świata.
sobota, 31 marca 2007
Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi swego rodzaju ekshibicjonizm uczuciowy i to, że po raz kolejny piszę o Lechu. W ostateczności nie musicie tego przecież czytać.

Po tym co widziałem w meczach z Zagłębiem i Cracovią, odnoszę wrażenie, że wspaniałe zwycięstwo z Koroną było tylko gigantycznym, szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Przy okazji tamto efektowne zwycięstwo jednak zaciemniło rzeczywisty obraz zespołu. Moja pierwsza diagnoza odnośnie dyspozycji zespołu i przyszłości trenera była, jak się obecnie wydaje, bardzo trafna. Jej konkluzja sprowadzała się do ledwie trzech, jasnych jak słońce, słów: Smuda musi odejść!

Dobrze, że w języku polskim występują takie określenia jak żenada, katastrofa, dramat, tragedia, beznadzieja czy chaos. Inaczej ciężko byłoby opisać to, jak Kolejorz zagrał w Krakowie. W zasadzie można by napisać teraz coś podobnego jak po meczu z Zagłębiem. Oczywiście, oba spotkania różnią się pewnymi niuansami, ale ogólne wrażenie jest podobne.

Najbardziej przerażający w grze Lecha był - dokładnie jak w meczu z Zagłębiem - totalny chaos. Nie ważne, czy Lech ma piłkę, czy się broni, piłkarze miotają się po boisku, jakby nie wiedzieli co mają na nim robić. Strasznie w potyczce z Cracovią grała linia obrony, o której nie da się chyba nawet powiedzieć, że była dziurawa jak ser szwajcarski. Ona przez długie momenty spotkania po prostu nie istniała. Ten obraz nędzy i rozpaczy dopełniała piorunująca wręcz niedokładność oraz ślamazarność. Tak gra Lech po dwutygodniowej przerwie w rozgrywkach. Została ona zupełnie zmarnowana. Podobnie jak okres zimowych przygotowań, po których Kolejorz zamiast grać lepiej, jak zapewniał Smuda, gra - niestety - coraz gorzej. 

Bałkańskie nabytki trenera Smudy zrobiły jak najgorsze wrażenie na obserwatorach. Zlatko Tanevski kopał się w czoło i przewracał o własne nogi. Nie lepiej spisał się też Dimitrij Injać. Ciężko pojąć, czym ten drugi zauroczył Franza. Dość powiedzieć, że najlepszym piłkarzem Lecha w spotkaniu z Cracovią był chyba Krzysztof Kotorowski. Co prawda popełnił błąd przy golu Dariusza Pawlusińskiego, ale niesamowicie obronił strzał w końcówce pierwszej połowy, obronił karnego, dobitkę po nim.

To już czwarta wiosenna kolejka. Po trzech podobno drużyny Smudy łapią już odpowiedni rytm... Naprawdę, Smuda musi odejść. Im szybciej, tym lepiej.

Jedyne co może być przeszkodą w zmianie szkoleniowca to mizeria na polskim rynku trenerskim. Najlepsi polscy trenerzy są nie do wyjęcia ze swoich klubów. Choć nie do końca. Arka Gdynia już raczej tylko dogorywa. Zarząd Lecha powinien jak najszybciej spróbować wyciągnąć stamtąd Wojciecha Stawowego. Odnoszę jednak wrażenie, że nikt w Kolejorzu nawet o tym nie myśli. Ciekawą kandydaturą jest także Jan Urbam, ale on jest już zapewne dogadany z Wisłą Kraków. Ponadto wątpię, żeby zarząd Lecha zdecydował się na takie - było, nie było - ryzyko.

Innych kandydatów nie ma. Wśród bezrobotnych są fachowcy pokroju Mirosława Jabłońskiego, Janusza Białka, Dariusza Kubickiego czy Mieczysława Broniszewskiego. Takimi nie warto sobie nawet zawracać głowy. Podobnie rzecz się ma z szukaniem trenera-obcokrajowca. Szkoda czasu na eksperymenty z Czechami, Słowakami czy Serbami. To już było przerabiane w naszej lidze i przyniosło raczej średnie skutki. O możliwości ściągnięcia do Lecha, czy do jakiegokolwiek innego polskiego klubu, uznanego zagranicznego szkoleniowca nie ma nawet co dywagować, bo wiadomo, że to z wielu względów niemożliwe.

W maju pod ręką był Czesław Michniewicz, ale nowe władze Lecha zupełnie go zlekceważyły. Dziś Michniewicz bije się z Zagłębiem o mistrzostwo Polski, a Kolejorz na ugrzązł w środku tabeli i ciężko się spodziewać, by mogło się to w tym sezonie zmienić. A już we wtorek najważniejszy, jak do tej pory, mecz Lecha w tym sezonie - rewanż z Koroną Kielce w ćwierćfinale Pucharu Polski...
piątek, 30 marca 2007
Reprezentacja Polski miała w meczu z Armenią zdobyć trzy punkty. Cel osiągnęła i to jest najważniejsze. O całej reszcie można jak najszybciej zapomnieć, bo i wspominać nie ma specjalnie czego. Jednak za nim spotkanie z Armenią pójdzie w niepamięć, warto wyciągnąć z niego wnioski, by w przyszłości nie popełniać już więcej podobnych błędów.

Reprezentacja Polski spotkanie z Armenią rozpoczęła z tylko jednym nominalnym napastnikiem - Maciejem Żurawskim. To był chybiony pomysł Leo Beenhakkera. Nie od dziś wiadomo, że "Żuraw" nie czuje się najlepiej w roli jedynego, najbardziej wysuniętego atakującego. Zamiast sterczeć na szpicy W polu karnym rywala, Żurawski woli cofnąć się do drugiej linii, pomóc rozegrać piłkę, by wreszcie zaatakować z głębi pola. Nie inaczej było też w meczu z Armenią, w efekcie czego, przez długi okres meczu graliśmy w zasadzie bez napastnika. Dużo bardziej do wariantu z jednym napastnikiem i dwoma skrzydłowymi pasowałby napastnik pokroju Grzegorza Rasiaka, Radosława Matusiaka czy bijącego w Grecji swoje rekordy strzeleckie Marcina Mięciela. Nie zmienia tego nawet fakt, że Żurawski po półtorarocznej przerwie zdobył wreszcie gola w reprezentacji.

Nie wypalił także ekspetyment z Przemysławem Kaźmierczakiem w środku pola. Kolejny raz, bo piłkarz Boavisty Porto swoją szansę otrzymał już w meczu ze Słowacją. Wtedy pełnił rolę najbardziej ofensywnego z tercetu środkowych pomocników i to zadanie zdecydowanie go przerosło. W meczu z Armenią miał zdecydowanie więcej zadań defensywnych i... też zawiódł. Jakiś paraliż związany z występem w biało-czerwonych barwach?

W czerwcu przed reprezentacją szalenie istotna wyprawa do Azerbejdżanu i Armenii. O punkty będzie bardzo ciężko. Ale jeśli biało-czerwoni to postradzieckie tournee zakończą z dwoma zwycięstwami, wykonają olbrzymi krok w stronę Euro 2008.
wtorek, 27 marca 2007

Za 500 dni w Pekinie rozpoczną się Igrzyska XXIX Olimpiady. Chyba wszyscy oczekują ich z taką samą niecierpliwością, jak i niepokojem. Związany jest on głównie z mocarstwowymi zapędami gospodarzy, którzy zechcą pokazać całemu światu, jak wielką są potęgą nie tylko sportową, ale również gospodarczą. Liczni komentatorzy twierdzą, że nadchodzące Igrzyska swoim ogromem zdecydowanie przyćmią to, co zobaczyliśmy na olimpijskich arenach wcześniej i będą stanowiły przełom w historii tej imprezy. Zobaczymy.

Tymczasem dziś organizatorzy zaprezentowali komplet medali, o które rywalizować będą sportowcy z całego świata.

Medale, o które w Pekinie powalczą sportowcy.

Widziałem już zdecydowanie bardziej efektowne i po prostu ładniejsze medale, które wręczano zawodnikom przy okazji rozmaitych imprez. Trochę razi kontrast pomiędzy antycznymi motywami na awersie, a bardziej nowoczesnym rewersem; całość dodatkowo przytłacza dziwny uchwyt na wstęgę. Wartość olimpijskich krążków to jednak nie wygląd czy kruszec, z którego zostały wykonane. Liczy się przede wszystkim ranga imprezy. Medal Igrzysk Olimpijskich to dla większości sportowców (z wyjątkiem piłkarzy) najważniejszy sportowy cel w życiu. To o nim marzą, gdy wylewają pot na niejednokrotnie morderczych treningach.

Za nieco ponad 500 dni niektórzy te marzenia spełnią, a niektórzy przeżyją rozczarowanie...

niedziela, 25 marca 2007

Rzadko się zdarza, żeby mecz był rozstrzygnięty już po pięciu minutach gry. Taka sytuacja miała miejsce wczoraj w Warszawie, gdzie reprezentacja Polski rozbiła Azerbejdżan 5:0.

Nad tym bezdyskusyjnym zwycięstwem nie ma się co rozwodzić. Wątpię, żeby ta wysoka wygrana jakoś szczególnie zapisała się w pamięci kibiców. Ot, kolejna wysoka wygrana z marnym i anonimowym rywalem, który chyba ostatecznie stracił ochotę do gry już po pięciu minutach spotkania. Jedyne, co się może zapaść na dłużej w pamięć, to genialne podanie Łukasza Garguły przy bramce Wojciecha Łobodzińskiego. Chapeau bas! W ogóle rozgrywający GKS Bełchatów rozegrał świetnią partię - trzy asysty w jednym meczu to nielada wyczyn.

Znów zaimponował mi niedoceniony i nieoceniony Mariusz Lewandowski. Metamorfoza, jaką przeszedł ten zawodnik jest niesamowita. Kiedy w środku pomocy wystawiał go Paweł Janas, piłkarz Szachtara Donieck poruszał się po boisku jak słoń w składzie porcelany. Dziś to zupełnie inny zawodnik. Imponuje rozsądkiem, dokładnością, potrafi niekonwencjonalnie zagrać z pierwszej piłki, a w dodatku haruje w defensywie. I to nie tylko w spotkaniu z zespołami pokroju Azerbejdżanu. Lewandowski w drugiej linii rządził i dzielił także w meczach z Portugalią i Belgią.

Bardzo przyjemnie, że nasi grupowi rywale zagrali dla nas. Dzielni Kazachowie zabrali punkty Serbom, a Portugalczycy rozwiali marzenia Belgów o awansie do mistrzowskiej imprezy. Grono zespołów, które naprawdę liczą się jeszcze w grze o Euro stopniało zatem do czterech zespołów: Polski, Portugalii, Finlandii i Serbii. Kto wie, czy Belgowie nie będą jednak swoistym języczkiem u wagi i nie pozabierają komuś z tego kwartetu cennych punktów. Serbom? Finom? Byłoby znakomicie. Oby tylko nie biało-czerwonym...

Jednak najlepiej będzie, jeśli podopieczni Leo Beenhakkera nie będą się oglądać na resztę stawki, tylko spokojnie robić swoje i kontynuuować zwycięską passę. Najbliższa okazja do tego już w środę z Armenią. I ten mecz absolutnie trzeba wygrać.

sobota, 24 marca 2007
Znamy już skład, w jakim reprezentacja Polski rozpocznie spotkanie z Azerbejdżanem. Byłby zupełnie inny, gdyby nie kontuzje i kartki.

Szczególnie zdziesiątkowana jest linia obrony. Urazy wyeliminowały aż trzech obrońców, którzy zagrali we wzorcowym w wykonaniu biało-czerwonych meczu z Portugalią. Jednak to nie powinno nam przeszkodzić w odniesieniu zwycięstwa, które dałoby nie tylko niezbędne trzy punkty w eliminacjach Euro 2008, ale też ładnie uświetniło urodziny Jacka Bąka (najserdeczniejsze życzenia!) i awans Macieja Żurawskiego do Klubu Wybitnego Reprezentanta.

Szkoda, że Leo Beenhakker nie zdecydował się powołać do reprezentacji na mecze z Azerbejdżanem i Armenią jeszcze jednego ofensywnego pomocnika. Mowa oczywiście o Macieju Iwańskim, który ostatnio znajduje się w bardzo dobrej formie i mógłby znacząco wzmocnić siłę ofensywną biało-czerwonych. Można by wówczas poeksperymentować z wystawieniem z lewej strony pomocy Łukasza Garguły i cofnięciem na bok obrony Jacka Krzynówka. To przecież my będziemy w tym spotkaniu posiadać inicjatywę, a kluczem do sforsowania obrony Azerów będzie gra skrzydłowych i bocznych obrońców. Tymczasem Michał Żewłakow dość oszczędnie angażuje się w akcje zaczepne... Wydaje się, że Krzynówek na jego pozycji sprawdziłby się lepiej. Jednak warunkiem niezbędnym do zastosowania takiego rozwiązania jest - jako się rzekło - obecność w składzie jeszcze jednego środkowego ofensywnego pomocnika. Powołani do kadry Radosław Sobolewski czy Przemysław Kaźmierczak do tej roli raczej się nie nadają.

Zaskakujące, że Beenhakker nie zdecydował się na wystawienie od pierwszej minuty Ireneusza Jelenia. Holender chyba nie jest do końca przekonany do zawodnika Auxerre, co musi dziwić, mając w pamięci znakomitą partię Jelenia w meczu z Serbią. A może po prostu Beenhakker chce go zostawić na ławce w roli dżokera i wpuścić do gry na podmęczonych rywali? Tak czy inaczej poważny test czeka dziś Wojciecha Łobodzińskiego. Powinien sobie poradzić, bo Azerowie nie są przecież jakimiś wirtuozami, a piłkarz Zagłębia dysponuje ciekawym dryblingiem.

Zawsze boje się meczów z takimi słabeuszami, którzy zapewne całą energię skupią na murowaniu własnej bramki, a niewykluczone też, że nóg naszych piłkarzy. Azerowie będą zapewne bardzo zmobilizowanie, mając w pamięci pranie, jakie zafundowali im dwa lata temu podopieczni Pawła Janasa w eliminacjach Mistrzostw Świata. Na powtórkę tego efektownego festiwalu strzeleckiego nie ma co liczyć - to był wyjątek, a nie reguła. Najważniejsze i tak jest zwycięstwo, a nie strzeleckie rekordy. Najlepiej o pogromie zapomnieć, by przypadkiem nie zlekceważyć rywala. Jeśli szybko zdobędziemy prowadzenie, będzie bardzo dobrze. To nic odkrywczego, napisać takie słowa łatwo. Mam nadzieję, że równie proste będzie wykonanie tego planu. W innym przypadku z każdą minutą będzie się robić coraz bardziej nerwowo... A na stratę żadnych punktów pozwolić sobie nie możemy, jeśli oczywiście marzymy o pierwszym w historii występie na Mistrzostwach Europy. 
piątek, 23 marca 2007

Dziś będzie o Zagłębiu Lubin, ale nietypowo. Będzie o stadionie w Lubinie.

Obiekt w Lubinie przypomina bardziej niż stadion przypomina jakiś krater na księżycu. Wielki, rozwlekły, zdecydowanie zbyt bardzo w stosunku do rzeczywistych potrzeb. Trybuny od boiska dzieli przerażająca odległość, a znaczną ich część zajmują mniej lub bardziej zniszczone ławki. Funkcjonalność to termin, o którym - jak się wydaje - w przypadku stadionu Zagłębia nie warto nawet rozmawiać. Gdyby nie kilka tysięcy plastikowych fotelików i podgrzewana murawa, można by stwierdzić, że czas na tym obiekcie zatrzymał się w bardzo dawno temu. 

Stadion w Lubinie

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że lubiński krater to rówieśnik warszawskiego Stadionu X-lecia. Nic bardziej mylnego! Otwarcie Stadion X-lecia miało miejsce w 1955 roku, tymczasem inauguracja stadionu w Lubinie odbyła się... 30 lat później - w 1985 roku. Te dwa obiekty - poza niewątpliwą brzydotą - łączy jeszcze jedno. Obazostały otwarte 22 lipca, niejako przy okazji kolejnych rocznic ustanowienia tego dnia Narodowy Świętem Odrodzenia Polski. Tak to już kiedyś było... Co ciekawe, na stadionie - poza dożynkami i meczami piłkarskimi - miały odbywać się również zawody żużlowe. Miały, bo nigdy się nie odbyły.

W Lubinie raz zagościła reprezentacja Polski. To był wyjątkowy mecz. Na stadionie 40-lecia Powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do Macierzy, kilka tygodni po tym jak skończył się w Polsce komunizm, nasza drużyna narodowa grała swój ostatni mecz w historii z... ZSRR. To był pierwszy mecz Andrzeja Strejlaua w roli selekcjonera reprezentacji Polski. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1, a gola dla biało-czerwonych strzelił Dariusz Wdowczyk.
Polska: Jarosław Bako - Zbigniew Kaczmarek, Krzysztof Budka, Dariusz Wdowczyk - Robert Warzycha, Janusz Nawrocki, Jan Urban (80 Marek Godlewski), Waldemar Prusik (k, 46 Piotr Czachowski), Jacek Ziober - Krzysztof Warzycha, Roman Kosecki (25 Piotr Soczyński).

Kilku piłkarzy tamtej ekipy para się teraz trenerką, jeden jest posłem, jeden dorobił się statusu legendy dwóch klubów, a paru popadło w zupełne zapomnienie. Naszych rywali prowadził Walery Łobanowski, a po boisku w barwach ZSRR biegali tacy piłkarze jak Andriej Kanczelskis, Igor Koływanow, Igor Dobrowolski czy Oleg Łużnyj.

Zresztą lubińskie monstrum gościło wielu wybitnych przedstawicieli świata futbolu. W 1992 roku na mecz w Pucharze Zdobywców Pucharów z Miedzią Legnica przyjechało do Lubina AS Monaco. Trenerem drużyny z księstwa był wówczas Arsene Wenger, a po boisku biegali między innymi Jurgen Klinsmann i Youri Djorkaeff. Monaco w Lubinie wygrało 1:0 (gol Djorkaeffa) i dzięki temu triumfowi awansowało do kolejnej rundy.

Jeszcze więcej gwiazd światowego formatu zjechało do do Lubina jesienią 1995 roku, kiedy Zagłębie grało w Pucharze UEFA z Milanem. Pozamiatane było już po pierwszym meczu na San Siro - gospodarze wygrali 4:0. Także w rewanżu Milan był lepszy - wygrał 4:1, a jedynego gola dla lubinian zdobył, biegający jeszcze niedawno po pierwszoligowych boiskach, Jarosław Krzyżanowski. Mecz pamięta także obecny kapitan Zagłębia - Andrzej Szczypkowski, który zaliczył wówczas pełne 90 minut. Przeciwko rosso-nerrim wystąpili też Sławomir Majak czy Radosław Kałużny. Z całym szacunkiem dla nich wszystkich - w barwach Milanu grali wówczas znacznie lepsi piłkarze. Do bramki Zagłębia trafiali Stefano Eranio, Marco Simone i dwukrotnie Zvonimir Boban. Po boisku biegali także Roberto Baggio, Paolo Maldini, Alesandro Costacurta, Roberto Donadoni, Marcel Desailly, Dejan Savicević czy Sebastiano Rossi, a nad całością z ławki rezerwowych czuwał Fabio Capello.

Dziś Zagłębie jest na najlepszej drodze, by po raz kolejny zagrać w europejskich pucharach. Takie gwiazdy, jak w 1992 czy 1995 roku do Lubina jednak nie przyjadą - stadion nadaje się tylko na I rundę eliminacyjną Pucharu UEFA. W kolejnych Zagłębie musiałoby grać poza własnym obiektem - może w Poznaniu, może w Grodzisku Wielkopolskim...

***

Czytelnik wytknął mi poważny błąd - reprezentacja Polski w Lubinie zagrała dwa razy. W sierpniu 1987 roku na lubińskim kolosie biało-czerwoni kierowani przez Wojciecha Łazarka wygrali z NRD 2:0. Do siatki trafiali Paweł Król i Waldemar Prusik. Jak w wielu spotkaniach za kadencji Łazarka, reprezentacja wystąpiła w składzie, który z perspektywy czasu można oceniać jako... dziwny. Poza strzelcami bramek zagrali Józef Wandzik, Dariusz Kubicki, Krzysztof Warzycha, Andrzej Rudy, Jan Urban, Krzysztof Baran, Dariusz Marciniak, Jarosław Araszkiewicz, Marek Leśniak oraz debiutujący w drużynie narodowej Modest Boguszewski, Wiesław Cisek i Adam Zejer. U rywali zdecydowanie najbardziej znanym zawodnikiem był Ulf Kirsten, który później świetnie zapisał się w barwach Bayeru Leverkusen.

Ciekawe, że w Lubinie reprezentacja Polski zagrała tylko z państwami, których próżno dziś szukać na mapie świata...

A Czytelnikowi, który niestety się nie podpisał, dziękuję za czujność.

czwartek, 22 marca 2007
Andrzej Stejlau jest zaskoczony zatrzymaniem Krzysztofa Słupika. Ja nie jestem. Zaskoczony mogę być jedynie tym, że wpadł tak późno.

Osoby, które uważnie śledzą krajowe rozgrywki, zapewne pamiętają wiele spotkań, w których praca Słupika - mówiąc delikatnie - budziła wiele kontrowersji. Na początku wydawało się, że to po prostu słaby sędzia, który w dodatku na boisku nie potrafi wyzbyć się swoich sympatii. Jednak wraz z kolejnymi zatrzymaniami sędziów, zaczęto się coraz bardziej zastanawiać, kiedy przyjdzie czas na Słupika. Przyszedł dzisiaj.

I tylko żal, że już nie będziemy na ligowych boiskach oglądać tej zabawnej słupikowej pantomimy.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5