Na stadionach Polski i Świata.
niedziela, 30 marca 2008
Mecz Lechia Gdańsk – Polonia Warszawa miał być szlagierem drugoligowych rozgrywek, ale uwagę wszystkich skupiły osoby siedzące na ławkach rezerwowych obu klubów. Oto trener gospodarzy był już przedstawiany w tym sezonie jako Dariusz K., a szkoleniowiec gości od niedawna występuje jako Dariusz W. Obaj w tym mieli do czynienia z oficerami CBA, choć akurat w innych sprawach.

Ponieważ kilka miesięcy wcześniej dochodziły do nas barwne opowieści, jak to dzielni policjanci zatrzymali jednego z sędziów tuż po wyjściu spod prysznica po jednym z ligowych meczów, można puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie dalszy rozwój wypadków.

Pomysł przeniesienia siedziby Polskiego Związku Piłki Nożnej do Wrocławia jest już ograny. Sportowe media nie zamienią się w kroniki policyjne, ale tylko dlatego, że od dawna nimi – niestety - w dużej mierze są. Wizja tego, że spiker przedstawiając przed meczem składy, zamiast całych nazwisk będzie zmuszony wyczytywać tylko ich pierwsze litery, nabiera powoli bardzo realnych kształtów i – prawdę mówiąc – też nie robi już chyba na nikim wielkiego wrażenia. Znacznie bardziej atrakcyjne widowisko oglądalibyśmy, gdyby w trakcie meczu policjanci wtargnęli na boisko i przypuścili pogoń za sprzedajnym arbitrem, by wreszcie aresztować go gdzieś w okolicach pola karnego. Niewykluczone, że tę ideę należałoby podsunąć śledczym – zdjęcia operacyjne wyszłyby bardzo efektownie.

Ofensywa CBA i policji została w ostatnich dniach wymierzona w trenerów piłkarskich. Zatrzymano paru – bardzo znanych i mniej znanych, utytułowanych, ale też tych na dorobku. Kilku następnych pewnie wciąż znajduje się pod lupą wrocławskich prokuratorów. Skoro tak, to… podrzucam kolejny patent. Oczami wyobraźni widzę, jak jakiś ligowy trener dyryguje swoimi podopiecznymi z zaparkowanej tuż przy ławce rezerwowych policyjnej suki. Jeśli śledczym trafi się piłkarz, to może trenować na więziennym spacerniaku. Dla chcącego nic trudnego.

sobota, 29 marca 2008
Regularnie krytykowałem Franciszka Smudę i nie szczędziłem kąśliwych uwag jego nosowi. Swoich wątpliwości nie wycofuję, ale teraz muszę oddać trenerowi sprawiedliwość i skreślić kilka ciepłych słów, wręczyć panu Franciszkowi skromny kwiatek, który po meczu Lecha z Ruchem zwyczaje mu się należy.

Wydaje się bowiem, że po długotrwałych i intensywnych poszukiwaniach Franz znalazł wreszcie złoty środek pomiędzy atakiem a obroną, wymyślił interesujący sposób na wykorzystanie potencjału swoich piłkarzy i… od razu widać dobre efekty. Lech zgarnął trzy punkty, prezentując przy okazji dobry, ciekawy, a momentami efektowny futbol, na który aż miło było popatrzeć. Widoki na przyszłość – dla kibiców Kolejorza oczywiście – rysują się całkiem przyjemnie.

Oczywiście zwycięstwa nad drużyną, która jest daleko w tabeli nie wolno przeceniać i popadać po nim w hurraoptymizm. Niedoceniać go jednak też nie można, bo Ruch wielokrotnie pokazał, że gra lepiej w piłkę, niż świadczą o tym suche wyniki.

Świetne spotkanie w barwach Kolejorza zagrał wszędobylski Tomasz Bandrowski, który asystując przy golu Henry’ego Quinterosa popisał się taką akcją, jakby całe życie spędził na skrzydle, szlifując rajdy, drybling i dośrodkowania, a nie odwalał czarną robotę w środku pola. Takiego przeboju nie powstydziłby się Luis Figo w najlepszej formie.

Największym wzmocnieniem Lecha w przerwie zimowej był jednak nie Bandrowski, a Bartosz Bosacki. Powrót do gry byłego reprezentanta Polski znacząco uspokoił wyjątkowo rozdygotaną obronę Kolejorza, która wiosną gra nadzwyczaj – jak na siebie – pewnie i skutecznie.

W czasach, kiedy raz po raz kolejnym sędziom piłkarskim z nazwiska pozostaje tylko jedna litera, a zamiast wyjazdów na ligowe mecze, funduje im się przejażdżkę – bynajmniej nie w celach turystycznych – do Wrocławia, musi cieszyć dobra praca Marcina Borskiego. Arbiter z Warszawy prowadził spotkanie bardzo spokojnie, nie popełniał błędów i gdyby nie jaskrawy strój, w trakcie meczu byłby niemal zupełnie niewidoczny. A o to przecież chodzi.

0:3 na własnym terenie z USA to wynik fatalny, ale od wysokiej porażki znacznie bardziej niepokojący jest styl, w jakim do niej doszło. A może raczej kompletny brak stylu?

Mecz z USA zamienił się w koszmarny przegląd piłkarskich grzechów biało-czerwonych. W 90-minutowej, wyjątkowo gorzkiej, pigułce widzieliśmy wszystkie słabości reprezentacji, które z różną częstotliwością powtarzają się podczas całej selekcjonerskiej kadencji Leo Beenhakkera. To, co działo się na boisku w Krakowie trochę przypominało film zmontowany z fragmentów, które widzieliśmy już dużo wcześniej. Obrona spisała się bardzo źle (tak jak np. w tegorocznym sparingu z Czechami czy wcześniejszej partii z Rosją), mieliśmy olbrzymie kłopoty ze skonstruowaniem składnego ataku i wypracowaniem dogodnych sytuacji do zdobycia bramki (czyli tak, jak choćby w eliminacyjnym meczu z Finlandią w 2007 roku), mizernie grali napastnicy (jak w towarzyskim spotkaniu z Rosją, ale i kilku innych meczach), a na boisku brakowało lidera (podobnie było w starciu z Finami, które otwierało eliminacje ME)… Tę wyliczankę można by pewnie kontynuować jeszcze długo. Wcześniej oczywiste niedostatki w grze biało-czerwonych skutecznie zaciemniały wyniki, tym razem to właśnie wynik je wyeksponował.

Bodaj największym przegranym meczu z USA jest Paweł Brożek, który po środowym występie chyba już na dobre wypadnie z orbity zainteresowań Beenhakkera i do składu reprezentacji za kadencji Holendra wróci tylko, jeśli wydarzy się jakiś kadrowy kataklizm. I po jego apatycznym, nijakim występie doprawdy trudno się temu dziwić. Gwoli sprawiedliwości – słabiutko zagrali też inni ofensywni zawodnicy. Najlepiej z nich zaprezentował się Radosław Matusiak, co – zważywszy na to, że w Wiśle gra niewiele, a jeśli już, to kiepsko – jest sporym zaskoczeniem. Kadrowych wątpliwości, które odnoszą się do każdej formacji, po meczu ze Stanami Zjednoczonymi można mieć znacznie więcej i szkoda, że nie ma już czasu na eksperymenty i szukanie nowych rozwiązań. W końcu w ostatnich meczach towarzyskich przed mistrzostwami Europy wezmą udział wyłącznie nasi reprezentanci na austriacko-szwajcarskie finały, więc Leo Beenhakker nie ma już marginesu błędu w swoich personalnych wyborach.

Po zwycięskim meczu z Czechami pisałem, żeby nie popadać w euforię. Teraz też nie można histeryzować, ale… jeśli ktoś jest zwolennikiem tezy, że historia kołem się toczy, to zapewne trudno będzie mu zachować spokój. Sytuacja biało-czerwonych zaczyna niebezpiecznie przypominać to, co działo przed mistrzostwami świata sześć i dwa lata temu. Wtedy, również w marcu, przegraliśmy – odpowiednio – z Japonią i USA, a później… było już tylko gorzej. Oby tym razem finał był inny.

Wbrew pozorom, klęska z Amerykanami może mieć też pozytywne następstwa. Jankesi upuścili sporo powietrza z już nadętego balonika nadziei i wylali na nas kubeł lodowatej wody. Takie orzeźwienie może wszystkim zrobić dobrze: od piłkarzy, przez trenerów, aż po kibiców. Tylko, że nie o takie korzyści z meczów towarzyskich nam chodzi.
poniedziałek, 24 marca 2008
Flaga olimpijska.

Dziś w Olimpii zapłonął olimpijski ogień, ale olimpijskiego pokoju nie ma – w Tybecie leje się krew. Sporo słów wypowiedziano i napisano dyskutując o tym, czy polscy sportowcy powinni wziąć udział w igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Odpowiedź jest krótka: tak.

Decyzja o organizacji igrzysk w Pekinie była fatalna, ale ich bojkot to pomysł niedorzeczny i z góry skazany na niepowodzenie. Nie oszukujmy się, olimpijska machina bez Polaków pracować będzie równie sprawnie, co z nimi. Mało kto przejąłby się nieobecnością biało-czerwonych, a wielu by jej zwyczajnie nie zauważyło. Nieobecni przecież nie mają racji. Solidarność z Tybetem i protestować przeciwko łamaniu praw człowieka przez Chiny trzeba demonstrować na oczach milionów widzów, wpatrzonych przez bite dwa tygodnie na olimpijskie areny, a nie kapitulując i przyglądając się z kraju, jak chiński rząd próbuje wycierać ociekające krwią łapska w olimpijską flagę.

Radosław Leniarski podpowiada, jak można zaprotestować na igrzyskach, a Monika Pyrek proponuje, by polska ekipa zrezygnowała z udziału w ceremonii otwarcia. Im bliżej początku zawodów, tym więcej pojawi się pomysłów. Co prawda słychać skądinąd groźne pohukiwania – w Polsce huczy głównie szef PKOl towarzysz Nurowski - że próby manifestowania solidarności z Tybetem mogą skończyć się wyrzuceniem z igrzysk, odebraniem medalu i innymi konsekwencjami, ale wątpię, by kogoś spotkało podobne nieszczęście. Wcale nie dlatego, że zabraknie chętnych do protestowania – przeczuwam, że będzie wręcz przeciwnie – ale dlatego, że dyskwalifikacja jakiegokolwiek zawodnika uruchomiłaby potężną lawinę podobnych gestów i mogłaby mieć zupełnie niespodziewane następstwa, których MKOl i sponsorzy igrzysk woleliby uniknąć.

W niektórych mediach oraz w Internecie pojawiają się płomienne apele i rady sugerujące, by polscy sportowcy dobrowolnie zrezygnowali z wyjazdu na pekińskie igrzyska. Padają piękne i ważne słowa: człowieczeństwo, godność, sumienie, honor… Przekaz większości z nich formułowany jest jednak z wdziękiem słonia w składzie porcelany. Brzmi mniej więcej tak: nie jedziesz na Igrzyska – jesteś przyzwoity; jedziesz – szmacisz się, jesteś świnią. Taki moralny szantaż jest obrzydliwy. Bardzo łatwo jest wymagać od kogoś poświęceń, samemu nie będąc w jego sytuacji i – odnoszę wrażenie – nawet nie starając się jej zrozumieć.

Sytuacja sportowców wcale nie jest tak oczywista, jak niektórzy próbują zasygnalizować. Występ na igrzyskach dla wielu jest sensem życia, marzeniem, wielką przygodą i – nierzadko – jedną z niewielu nagród za wieloletnie trudy. W polskiej ekipie znajdzie się wielu zawodników uprawiających dyscypliny, które wymagają ciężkiej, mozolnej pracy, samozaparcia i hartu ducha, ale w zamian nie dają sławy i wielkich pieniędzy, bo medialnie nie istnieją. Świat przypomina sobie o nich raz na cztery lata, właśnie przy okazji igrzysk olimpijskich. Naciskanie sportowców, by dobrowolnie zrezygnowali z wyjazdu na igrzyska, bądź pozbawianie ich tej możliwości jedną administracyjną decyzją, jest zwyczajnie niegodziwe. Szczególnie, że mieliby odpowiadać nie za swoje winy, lecz za ciężkie grzechy MKOl, który postanowił o organizacji igrzysk w Pekinie. Szczególnie, że doskonale pamiętamy dramat sportowców, których w 1984 zamiast na igrzyska w Los Angeles, wysłano na kabaretowe zawody państw komunistycznych.

Jeśli ktoś rezygnuje z udziału w igrzyskach, bo godzi to w jego przekonania – należy mu się szacunek. Jeśli jednak ktoś na igrzyska jedzie – nie należy go potępiać. Tak jak nie należy potępiać nikogo za to, że będzie oglądał te igrzyska w telewizji czy chodził w chińskich butach. Nawiasem mówiąc, dziwi mnie, że tęgie i mniej tęgie głowy, które apelują, by sportowcy zbojkotowali igrzyska, a kibice relacje z nich, równie głośno nie krzyczą, żeby wyrzucić wszystko, co chińskie (łącznie z ambasadorem tego kraju, ma się rozumieć). Nie wiem czy to tylko niedopatrzenie czy już hipokryzja.

Będę oglądał igrzyska olimpijskie w telewizji i komentował ich przebieg na blogu (kompromitując się, bo pisząc na chińskiej klawiaturze), choć z pewnym niesmakiem i poczuciem, że ktoś obrzydził mi i milionom ludzi święto, przekraczając granice, których przekraczać nie można. Mam nadzieję, że w trakcie igrzysk będę mógł być dumny z Polaków nie tylko po ich występach na bieżni, boisku czy basenie, ale także poza nimi i zobaczę, jak manifestują swój sprzeciw wobec łamania praw człowieka w Chinach, Tybecie i innych miejscach.

piątek, 21 marca 2008
Piłkarze GKS Bełchatów szamoczą się na boisku.

W Wielki Czwartek 2007 roku w Bełchatowie zapanowała euforia. GKS wygrał z Zagłębiem Lubin 3:1 i mógł śmiało marzyć o zdobyciu mistrzostwa Polski. Niemal dokładnie rok później, również w Wielki Czwartek, podopieczni Oresta Lenczyk mogli poczuć się jak w lany poniedziałek. Przegrali w kiepskim stylu z Lechem Poznań 0:3 i była to już piąta porażka z rzędu.

Wielkanocnych akcentów w tegorocznych występach Bełchatowa jest zresztą więcej, bo wszystkie sprowadzają się do jednego, wielkiego jaja. Zero punktów i bramek w pięciu ligowych meczach to bilans wstydliwy.

Obecny sezon dobitnie pokazuje, że wicemistrzostwo, które zdobył GKS było sukcesem ponad stan i wybrykiem, jakich wiele w historii naszej ligi, a nie zapowiedzią tego, że drużyna z Bełchatowa na stałe dołączy do ligowej czołówki. Ubiegłoroczny sukces wynikał tyleż z życiowej formy większości zawodników, którzy rozkręcali się wraz z każdym udanym meczem, co ze słabości faworyzowanych rywali.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że niespodziewane wicemistrzostwo nie zostało odpowiednio skonsumowane. Klub nie poczynił należytych wzmocnień, ograniczając się do zakontraktowania kilku piłkarzy, którzy mogli być jedynie uzupełnieniem składu. Za to zewsząd chwalony (czy na pewno słusznie?) były prezes Jerzy Ożóg szastając gotówką na podwyżki uposażeń wykazał się zwykłą głupotą. Kwoty na które – według prasy – opiewają nowe umowy niektórych zawodników osiągnęły horrendalne, nie przystające do umiejętności piłkarzy i realiów, rozmiary. Jak to bywa po takich nieoczekiwanych sukcesach okraszonych dopływem szerokiego strumienia forsy, rozpieszczonym piłkarzom zaszumiało w głowach, spoczęli na laurach i wyraźnie spuścili z tonu.

Kontakt z rzeczywistością stracili nie tylko prezes i piłkarze, ale chyba również zdający się wcześniej twardo stąpać po ziemi Orest Lenczyk. Choć nie znoszącym sprzeciwu tonem wygłaszał kolejne mądrości na rozmaite tematy, w swojej robocie zwyczajnie się pogubił, przekombinował, w efekcie czego został zwolniony.

Boiskowa mizeria Bełchatowa jest powodowana w dużej mierze przez ten sam mechanizm, który wyniósł klub na ligowe podium. W ubiegłym sezonie każdy udany mecz wytwarzał pozytywną energię, powodował wzrost wiary we własne możliwości, a także uaktywniał umiejętności, o które wielu piłkarzy nikt nigdy by nie posądzał. Teraz mechanizm jest ten sam, ale działa w drugą stronę. Każdy nieudany mecz, ba!, każda nieudana akcja dołuje piłkarzy i pogrąża klub jeszcze bardziej. A że forma nie jest najwyższa, wyniki są beznadziejne, a doniesienia z klubu mają w sobie coś z apelu poległych.

Na pewno nie bez wpływu na grę zespołu pozostawały też kabaretowe wojenki i przepychanki między działaczami klubu a włodarzami kopalni oraz personalne roszady wewnątrz zarządu. Powrót starych upiorów, uosabianych przez Zdzisława Drobniewskiego, nie wróży klubowi nic dobrego.

GKS Bełchatów po spektakularnej wspinaczce w ligowej hierarchii wraca więc na miejsce, które odpowiada jego potencjałowi, czyli do środka tabeli. Kibice z Bełchatowa muszą na razie przełknąć gorzką pigułkę i tak pewnie wkrótce będą mieli spore powody do radości. Ale tym razem – jak ostatnio co roku – za sprawą siatkarzy Skry.

poniedziałek, 17 marca 2008
Było to tak: Marcin Kikut zauważył lecącą w jego kierunku piłkę, zwolnił kroku, popatrzył, przymierzył i będąc metr przed pustą bramką… trafił w słupek. Później mógł już tylko łapać się za głowę, kląć szpetnie i z wyrzutem zerkać w stronę swojego buta, tak jakby to w nim upatrywał winnego całego nieszczęścia. Nie przyglądałem się, w jakim obuwiu grał Kikut, ale całą sytuację doskonale puentuje slogan z reklamy Adidasa: „impossible is nothing”… Chwilę później Marek Zieńczuk strzelił gola dla Wisły Kraków, a cała sekwencja zdarzeń jest świetną ilustracją znanego porzekadła o tym, że niewykorzystane sytuacje się mszczą.

Nie potrafię szydzić z takich kiksów, błędów, partactwa czy – niech będzie - frajerstwa. Tak samo było wtedy, gdy Aneta Pastuszka na igrzyskach olimpijskich została zdyskwalifikowana z powodu zbyt lekkiego kajaka, bo wypadł z niego zegarek-amulet; tak samo było również, gdy Tomasz Kuszczak przepuszczał strzał kolumbijskiego bramkarza. Tak samo jest i w przypadku pudła Kikuta. Czuję tylko jakąś kibicowską bezsilność i gniew połączony ze smutkiem.

Piłka nożna to przecież nie tylko piękne gole, ale również fatalne kiksy. Pewnie każdy był kiedyś takim podwórkowym Marcinem Kikutem, okrutnie pudłując w najprostszej sytuacji. Ot, zdarza się.

(Wiem, wiem. Próbuję się jakoś pocieszać i usprawiedliwiać, choć wcale tego nie chce. Kikut powinien był strzelić do bramki, mecz potoczyłby się inaczej i…).

Tak fatalne pudło na Bułgarskiej widziałem bodaj po raz drugi. Kilka lat temu, w meczu o Superpuchar Polski z Wisłą Kraków (znów ta Wisła!), Michał Goliński znalazł się pięć metrów przed pustą bramką i… strzelił dwa metry obok niej. To była ta sama bramka, na którą nie trafił Marcin Kikut.
sobota, 15 marca 2008
Do rozpoczęcia finałów mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii pozostały już niespełna trzy miesiące, ale Leo Beenhakker i jego sztab nie próżnują i ciągle rozglądają się za kandydatami do gry w reprezentacji Polski na tym turnieju. Wciąż aktualny jest kontrowersyjny pomysł z naturalizacją Rogera, przebąkuje się o przyznaniu polskiego paszportu Hernaniego, mówi się o Robercie Acquafresce z Cagliari. Do tej wyliczanki należy dodać nazwisko kolejnego piłkarza, któremu z pewnością warto się przyjrzeć. To Johny Szlykowicz ze szwajcarskiego Neuchatel Xamax.

27-letni Szlykowicz jest czołowym lewym pomocnikiem szwajcarskiej ekstraklasy i - jak podkreślają znawcy – jest jednym z najlepiej wyszkolonych technicznie piłkarzy szwajcarskiej ekstraklasy. W tym sezonie rozegrał w barwach swojego klubu 20 meczów, w których strzelił 4 gole.

Historia Szlykowicza trochę przypomina losy Euzebiusza Smolarka. Ojciec Johny’ego, Zbigniew, również był piłkarzem. W Polsce bronił barw Zagłębia Wałbrzych, z którego wyjechał do Francji i trafił – jak wielu naszych rodaków – pod skrzydła Guy Rouxa w AJ Auxerre. Podobnie jak Smolarek junior, także młody Szlykowicz otrzymał imię na cześć słynnego piłkarza – Holendra Johny’ego Repa. Nie jest też - podobnie jak Ebi - skażony polską myślą szkoleniową, bowiem od urodzenia mieszka zagranicą. Więcej ciekawych faktów z życia Johny’ego i jego rodziny – w reportażu na stronach portalu e-boisko.pl, który wyśledził piłkarza.

Szlykowicz ma dwa paszporty – polski i francuski. W żadnej – nawet juniorskiej – reprezentacji Francji pomocnik Neuchatel Xamax nigdy nie wystąpił, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zagrał w koszulce z orłem na piersi. Trudno orzec, czy Szlykowicz wniósłby do kadry nową jakość, ale Leo Beenhakker powinien udać się na wycieczkę do Szwajcarii, by na własne oczy przekonać się o umiejętnościach Johny’ego. Nikomu to przecież nie zaszkodzi, a może – wręcz przeciwnie – wyjdzie na dobre reprezentacji.
 
1 , 2