Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 30 marca 2009

Porażka.

Po takich meczach, jak ten z Irlandią Północną, w kibicu wzrasta tęsknota za selekcjonerską kadencją Pawła Janasa. Różnie powodziło się prowadzonej przez niego reprezentacji, ale z czasem posiadła ona bezcenną umiejętność - przestała trwonić punkty z niżej notowanymi rywalami. W eliminacjach do poprzednich mistrzostw świata biało-czerwoni wygrali z nimi wszystkie mecze, konsekwentnie zmierzając do awansu do turnieju finałowego.

Kadra Leo Beenhakkera całkowicie zatraciła tę zdolność - gubi punkty na własne życzenie, sama komplikując swój los. Owszem, zdarzają się jej nieoczekiwane i piękne wzloty, ale więcej jest dotkliwych upokorzeń. Coraz więcej.

Mecz z Irlandią Północną był kolejnym z nich. To następne stadium kryzysu, w którym już od roku - od klęski 0:3 z USA na krakowskim kartoflisku - znajdują się biało-czerwoni. Reprezentacja kompletnie zmarnowała te dwanaście miesięcy - nie tylko nie zrobiła kroku naprzód, ale wręcz cofnęła się w rozwoju. Sporo było w tym czasie bolesnych ciosów; jasne punkty ograniczają się do nadzwyczajnego zwycięstwa z Czechami i wygranej w testmeczu z Irlandią. 

Po dwóch i pół roku reprezentacja prowadzona przez Beenhakkera w zasadzie wróciła do punktu wyjścia. Dla Holendra był nim kompletnie nieudany mecz z Finlandią. Koszmar z Belfastu zdawał się być jego żałosną kontynuacją, choć przecież okoliczności jego rozegrania były zupełnie inne.

Bardziej od bolesnej porażki z Irlandią Północną przygnębia świadomość, że wydrukowany w gazetach wynik jest i tak znacznie lepszy od gry reprezentacji. Znów zobaczyliśmy bezradną zbieraninę, która miota się na boisku bez ładu i składu, a na dodatek sama strzela sobie gole. Na pewnym poziomie niektóre błędy po prostu nie mogą się zdarzać, nawet jeśli słońce razi, wiatr wieje w oczy, a boisko jest nierówne.

Zdumiewające, że grając aż tak źle, byliśmy w stanie dwa razy wcisnąć piłkę do bramki rywali. To też świadectwo klasy rywala. Ambitni i twardzi ludzie z Ulsteru nie mieli zbyt wielu atutów piłkarskich, za to z uporem maniaka przypominali o tym, że futbol to jednak prosta gra. Na Polaków to wystarczyło.

Eliminacji jeszcze - wbrew powszechnej opinii - nie przegraliśmy, ale na razie trudno z optymizmem spoglądać w przyszłość. Chyba, że ktoś ograniczy się do konstatacji, że gorzej być nie może… Zwycięstwo z hobbystami z San Marino może nieco poprawić nastroje, jednak w środę dużo ważniejsze będzie to, co będzie się działo na innych stadionach - w Belfaście i Pradze. To smutne, że już na półmetku eliminacji musimy ściskać kciuki za korzystne wyniki w innych meczach, zamiast po prostu robić swoje.

Nie ulega wątpliwości, że reprezentacja potrzebuje teraz świeżego spojrzenia i impulsu. Wiara w to, że Beenhakker będzie potrafił poprowadzić reprezentację na jasną stronę księżyca jest chwalebna, ale ma bardzo kruche podstawy. Skoro nie udało mu się tego zrobić po mistrzostwach Europy, trudno oczekiwać, że uda się to teraz.

Mimo wielu prasowych doniesień, nie należy spodziewać się rychłej zmiany trenera. Trudno podejrzewać Grzegorza Lato o odwagę w podejmowaniu niepopularnych decyzje, tym bardziej, że byłby za jej skutki osobiście odpowiedzialny. Co innego, gdyby trener sam zrezygnował… I tak od kilku miesięcy toczy się ta telenowela o szorstkiej przyjaźni: Lato chce, żeby Beenhakker podał się do dymisji, a Holender czeka aż zostanie wyrzucony z pracy. Niechęć między oboma jest tak duża, że nikt nie chce zrobić drugiej stronie przyjemności.