Na stadionach Polski i Świata.
wtorek, 18 marca 2014

Robert Warzycha kilka dni temu został przedstawiony jako nowy trener Górnika Zabrze, ale oficjalnie nie może nim być, bo nie posiada odpowiednich uprawnień. W Zabrzu zdecydowano się więc na dobrze znany wybieg – postawiono słupa. Formalnie trenerem jest Józef Dankowski, który ma wymaganą licencję, a Warzychę nazwano menedżerem drużyny. Górnik nie ukrywa, że to ściema; PZPN – jak zawsze w takich sytuacjach – najpierw stoi na straży przepisów, a później przymyka oko i udaje, że wszystko jest w porządku.

Fikcja trwa od wielu lat. Pod koniec lat 90-tych kilka klubów zatrudniło coachów – naprawdę tak ich wtedy nazywano – którzy prowadzili drużynę z tylnego siedzenia. Do meczowego protokołu wpisywano jednak kogoś innego, a ślad po tych swoistych nadtrenerach został tylko na stronicach starych gazet.

Rola figurantów wzrosła, gdy zaostrzono przepisy związane z licencjami trenerskimi. Kiedy trenerem Lecha został Czesław Michniewicz, PZPN chciał wysłać do Poznania specjalną komisję, która miała ustalić, kto faktycznie prowadzi drużynę. Michniewicz nie miał wtedy wymaganej licencji, więc oficjalnie drużynę prowadził mający wszystkie papiery Ryszard Łukasik. Taki model działania powtarzał się w wielu klubach. To było jak puszczanie oka w reklamie piwa bezalkoholowego. Niby wszystko było zgodne z przepisami, ale też każdy wiedział, co naprawdę jest grane.

PZPN w podobnych przypadkach powinien być bardziej elastyczny. Na razie sztywno trzyma się przepisów, ale nic to nie daje. Związkowe regulacje łatwo obejść, a ich realne skutki są komediowe. Z faktu, że Warzycha formalnie nie może być trenerem Górnika wynika tylko to, że na konferencje prasowe po meczach będzie musiał chodzić ktoś inny. Innych konsekwencji nie ma i nie będzie. PZPN nie może przecież zabronić Warzysze prowadzenia treningów, ustalania składu i dobierania taktyki. Raz, że na tym etapie nie ma do tego narzędzi, dwa – byłoby to nie do wyegzekwowania.

Można zarzucać klubom, że zatrudniają trenerów bez uprawnień, ale to ich zbójeckie prawo. Często pozwala to wyrwać się z kręgu ciągle tych samych nazwisk, otworzyć na nowe i dać szansę perspektywicznemu szkoleniowcowi. Warzycha – pozostańmy przy tym przykładnie – nie jest przypadkowym człowiekiem; to były reprezentant Polski, który wiele lat pracował jako trener w USA. Doświadczenia może mu pozazdrościć wielu trenerów, których jedynym atutem jest to, że pokończyli wszystkie kursy. Innych nie mają, bo przecież z posiadanie licencji UEFA Pro nie świadczy o umiejętnościach trenerskich.

Oczywiście PZPN może się tłumaczyć, że ma związane ręce, właściwie to nic nie może, bo takie wymagania narzuciła UEFA. Może i tak, ale w przeszłości znajdowano różne rozwiązania – niektórzy dostawali licencje warunkowe, niektórzy po prostu je kupowali. Prawdziwym problemem polskiej piłki nie jest jednak to, czy jakiś trener w Ekstraklasie ma odpowiednie papiery, czy musi jeszcze chodzić na kursy. Nawiasem: bezsensowne jest organizowanie zajęć w Szkole Trenerów PZPN w trakcie rozgrywek ligowych; to dezorganizuje pracę w wielu klubach. 

Najważniejszym zadaniem PZPN powinno być zadbanie o kwalifikacje trenerów dzieci i młodzieży. To jednak znacznie trudniejsze, wymaga systemowych rozwiązań i dużych nakładów. Łatwiej ścigać Warzychę i jemu podobnych, a potem wysyłać ich na kursy. Przynajmniej troszcząc się o poziom polskich trenerów można też trochę na nich zarobić.

 

piątek, 14 marca 2014

Robert Warzycha został nowym trenerem Górnika Zabrze. To bardzo zręczny ruch Zbigniewa Waśkiewicza, który jednym strzałem trafił do kilku celów.

Po pierwsze, nowy prezes Górnika spełnił medialny postulat, by lepiej wykorzystywać doświadczenie byłych reprezentantów Polski. Warzycha zapisał w kadrze niezłą kartę, bywał jej kapitanem, ma też niebagatelne doświadczenie wyniesione z gry w Anglii i USA. Poza tym wnosi do ligi świeże spojrzenie. Uczył się fachu w Stanach Zjednoczonych, jako jeden z niewielu Polaków prowadził zagraniczny klub i nie jest obciążony tym, co działo się w polskiej piłce po 1990 roku. Pod tym względem kandydatura Warzychy jest niemal idealna i dobrze trafiająca w preferencje mediów.

Po drugie, błyskawicznie poprawiła się atmosfera wokół Górnika. Kadencja Ryszarda Wieczorka od samego początku przypominała przygotowania do pogrzebu. Zmiana trenera podcięła skrzydła wyżyłowanej drużynie, kibice nie ufali nowemu szkoleniowcowi, a gra i wyniki – zwłaszcza wiosną – były katastrofalne. O Górniku mówiło się źle albo bardzo źle. Zatrudnienie Warzychy to zmieniło. Krótkie oczekiwanie na nowego trenera przykryło wiele problemów, także tych niezwiązanych z kopaniem piłki, a zaskakujący wybór spowodował, że na Górnika patrzy się teraz z życzliwym zainteresowaniem.

Istotne znaczenie dla atmosfery ma również piłkarska przeszłość Warzychy, który przez wiele lat z sukcesami grał w Górniku. Wielu kibiców marzy o takiej sytuacji, chce mieć na ławce – przy wszystkich zastrzeżeniach związanych z klasą szkoleniowca, jego stylem pracy i charakterem – swojego człowieka, a nie najemnika. W dużej mierze wynika to dbałości o tożsamość klubu i zwykłego sentymentu do przeszłości.

Po trzecie, Waśkiewicz dobrze zareklamował samego siebie. Nowy prezes Górnika już na początku urzędowania pokazał, że ma szerokie horyzonty i nie jest niewolnikiem utartych schematów. Dużo łatwiej byłoby zatrudnić jednego z objazdowych trenerów, którzy od lat kolędują od klubu do klubu, albo postawić na kogoś z listy wiecznych kandydatów do pracy w Zabrzu. Waśkiewicz podjął jednak niebanalną decyzję i trochę w ciemno ściągnął człowieka z końca świata. To brawurowy ruch, ale Górnik potrzebuje silnego wstrząsu, by stanąć na nogi po fatalnym początku roku.

Kolejne impulsy musi dać już sam Warzycha. Na razie jest trenerską zagadką. Z jego dossier każdy wyczyta dokładnie to, co będzie chciał. Opinie o jego pracy w Columbus Crew są bardzo różne. Powtarzają się w nich tylko słowa dotyczące dyscypliny i dobrej organizacji gry. Z jednej strony są tak ogólne, że niewiele znaczą; z drugiej – nawiązują do pryncypiów Adama Nawałki. To właśnie kadencja obecnego selekcjonera będzie dla Warzychy punktem odniesienia. O krótkim epizodzie Wieczorka nikt nie będzie chciał pamiętać.

Na razie Warzysze zafundowano przyspieszony kurs polskiej ligi. Drużynę przejmuje w biegu – musi ją szybko poznać, zdiagnozować problemy i natychmiast wyprowadzić na prostą. Należy wierzyć, że ma dobre rozeznanie, wyrobione poglądy na grę Górnika, ale przecież – czasami o tym zapominamy – przyczyny nie wszystkich problemów widać w telewizji. Poza tym będzie musiał odnaleźć się w trudnych warunkach. Wielu piłkarzy jest w słabej formie, drużynę gnębią kontuzje, nie ma szans na wzmocnienia, a bazą będzie przygotowanie fizyczne pozostawione w spadku przez Wieczorka. Szczęściem w tym wszystkim jest fakt, że tabela naturalnie pękła na pół i Górnik powinien wczołgać się do grupy mistrzowskiej. A może sobie jeszcze osłodzić życie Pucharem Polski, który wydaje się wygodną drogą do europejskich pucharów. Oczywiście jeśli w ogóle chce w nich zagrać.

Warzycha na początku będzie mógł się przedstawić jako specjalista od zarządzania kryzysowego. Jego prawdziwy trenerski portret poznamy dopiero w przyszłym sezonie, gdy będzie mógł działać bez obciążającego spadku po poprzednikach. O ile dostanie taką szansę. Waśkiewicz już zasugerował, że nie ma umów, których nie da się rozwiązać. Niby to oczywistość, ale chwilę po zatrudnieniu nowego trenera takie słowa można potraktować jako mało przyjemny prztyczek w ucho.

 

środa, 12 marca 2014

Manuel Arboleda został zgodnie uznany za głównego winowajcę rozczarowującego dla Lecha remisu z Widzewem. Kolumbijczyk zagrał słabo, po jego błędach Kolejorz stracił dwa gole – przy pierwszym maczał też palce skandalicznie wyprowadzający piłkę Maciej Gostomski – ale to nie jedyny powód łódzkiego niepowodzenia.

Arboleda to teraz łatwy cel. Po najlepszym kiedyś stoperze ligi pozostało mgliste wspomnienie. Od dłuższego czasu jest dla Lecha tylko ciężarem – na boisku, w szatni i klubowej kasie. Po meczu z Widzewem wypadnie ze składu, pewnie już nigdy nie zagra dla Lecha – w czerwcu wreszcie kończy się jego lukratywny kontrakt – ale to nie rozwiąże boiskowych problemów Kolejorza. Te przecież nie ograniczają się do kiepskiej formy podstarzałego Kolumbijczyka.

Remis z Widzewem to dla Lecha w rzeczywistości porażka. Większym rozczarowaniem jest jednak jego słaba gra, której nie można wytłumaczyć tylko i wyłącznie do błędami Arboledy. Kolejorz kolejny raz pokazał, że nie jest drużyną dojrzałą. Poprzeczka nie wisiała wysoko. Rywalem był ligowy outsider, zespół o znacznie skromniejszym potencjale, a gra układała się po myśli Lecha. To nie wystarczyło do zwycięstwa, bo Kolejorz nie potrafił kontrolować meczu, przypilnować dwubramkowego prowadzenia, ale dał się wciągnąć w bezmyślną szarpaninę z przyszłym spadkowiczem. Tak nie może grać drużyna, której aspiracje sięgają mistrzostwa kraju.

Rumak prowadzi Lecha od dwóch lat. Najlepiej sprawdził się w roli strażaka, który ugasił pożar po Jose Mari Bakero. Później było różnie – dobre wyniki przeplatały się z klęskami, niezła gra z padliną. Lech wciąż gra od przypadku do przypadku, nie potrafi ustabilizować formy i zalicza zdecydowanie zbyt wiele niewytłumaczalnych wpadek. Obserwowanie jego gry to ciągłe oczekiwanie na przełom i postęp. Coraz trudniej jednak uwierzyć, że na wyższy poziom drużynę może wprowadzić obecny trener.

 

czwartek, 06 marca 2014

Przed meczem ze Szkocją Adam Nawałka mówił, że chce zobaczyć postęp w grze reprezentacji. Nic dziwnego – każdy by chciał. Nie wiadomo tylko, w jaki sposób miałby się on nagle dokonać. Kadra spotkała się po raz pierwszy od ponad trzech miesięcy (nie liczę śmiesznych meczów w ligowym składzie), piłkarze pracowali z nowym trenerem mniej niż dwa tygodnie, a część tego czasu została zmarnowana na głupie eksperymenty. W dodatku Nawałka nie jest magikiem, który zaczaruje drużynę i szybko odmieni jej grę. To trenerski długodystansowiec. Na stanowisko selekcjonera nie wyniosły go błyskawiczne efekty i wyniki – te w końcu były mało spektakularne – ale mozolne dłubanie przy mechanizmie Górnika. Do tego potrzeba jednak czasu, którego w pracy z reprezentacją permanentnie brakuje.

Oczekiwanego przez Nawałkę postępu też nie ma. Mecz ze Szkocją był smutną kontynuacją kursu na dno. Statystyki są przerażające. Biorąc pod uwagę tylko mecze o stawkę i poważne sparingi, po Euro 2012 reprezentacja wygrała tylko z Mołdawią, RPA, San Marino, Liechtensteinem i Danią. Wszystko to albo słabe drużyny, albo średniak w kryzysie. Solidni europejscy przeciętniacy są już dla nas za mocni. Nie pozawalają nawet strzelić sobie gola – biało-czerwoni nie potrafią wcisnąć go od 465 minut.

Równie kiepskie jest wrażenie, które zostaje po grze kadry. Zupełnie nie widać po niej zmiany trenera. Nawałka pomieszał trochę w personaliach, wprowadził kilka zmian, ale wszystko okazało się niewiele warte i szybko musiał zrewidować swoje plany. Może to kwestia braku czasu, pewnych rzeczy nie da się zrobić od razu, ale nie widać też, by trener tchnął w drużynę nowego ducha. Nie ma w niej energii. Na razie to ciągle bardziej toporna i mdła reprezentacja Waldemara Fornalika, niż jakikolwiek zaczyn nowej jakości. A przecież trenera nie zmienia się po to, żeby było tak samo, tylko po to, żeby było lepiej.

Reprezentacja ma wiele słabych punktów, pewne problemy – choćby gra środkowych obrońców – ciągle pozostają nierozwiązane, a kandydaci na ważne postaci drużyny nie zawsze są odpowiednio wykorzystani. Pomysł na grę można wyłuskać tylko z wypowiedzi selekcjonera, bo na boisku wciąż go nie widać. Czasami wydaje się nawet, że Nawałka wiele próbuje dojść do celu metodą prób i błędów. Tomasz Brzyski zaczynał u obecnego selekcjonera na prawej pomocy, potem został przerzucony na lewą flankę, a w meczu ze Szkocją cofnięty do obrony. Wygląda to tak, jakby Nawałka uznał, że piłkarz Legii powinien grać w kadrze, ale sam jeszcze nie wie gdzie dokładnie. To detal, ale może też wskazówka, jak ta reprezentacja naprawdę się tworzy.

Zastrzeżenia budzi też sposób prowadzenia drużyny w trakcie meczu. Przeciwko Szkocji reprezentacja po zmianach zaczęła przypominać pospolite ruszenie. W końcówce na boisku było trzech napastników, czterech piłkarzy środka pola, ale za to żadnego skrzydłowego. Nie było planu, był przypadek. Można było odnieść wrażenie, że selekcjoner nagle sobie ubzdurał, że wystarczy wpuścić na boisko kilku napastników, a gole zaczną strzelać się same. Z takiego chaosu nie mogło urodzić się nic dobrego.

Mecz ze Szkocją miał być najważniejszym testem przed startem eliminacji mistrzostw Europy. Innych może już nie być, bo kolejne sprawdziany zaplanowano poza oficjalnymi terminami FIFA i kluby nie muszą puścić swoich zawodników na zgrupowanie kadry. Na razie Nawałka musi zatem prowadzić selekcję negatywną w oparciu o dotychczasowe mecze towarzyskie. Jeśli nadal będzie tak intensywna jak do tej pory, to na starcie eliminacji do Euro 2016 nie będzie komu grać w kadrze.

Na razie trudno o optymizm. Pocieszenia można szukać głównie w przeszłości. Jerzy Engel zaczynał swoją kadencję równie marnie, kadra długo zawodziła i przez wiele minut nie potrafiła strzelić gola, ale w końcu pięknie się rozwinęła i awansowała na azjatycki mundial. Rzecz w tym, że wtedy biało-czerwoni przegrywali z Hiszpanią, Francją i Holandią, a teraz dostają w łeb od Słowacji i Szkocji.

 

środa, 05 marca 2014

Reprezentacja Polski miała bardzo różnych kapitanów. Byli nimi wybitni piłkarze – Włodzimierz Lubański, Kazimierz Deyna, czy Zbigniew Boniek. Zdarzało się też, że opaskę na ramię zakładali przypadkowi ludzie – Paweł Kaczorowski, Adam Kokoszka, a nawet Mariusz Pawełek. Byli mądrzy i głupi, impulsywni i spokojni, krótko ostrzyżeni i tacy z długimi włosami. Nigdy jednak kapitanem reprezentacji był piłkarz, który wcześniej został skazany za korupcję. Aż do teraz. Jeśli nikt się nie zreflektuje, to Łukasz Piszczek będzie pierwszym i – miejmy nadzieję – ostatnim zawodnikiem na tej niechlubnej liście. Powierzenie mu kapitańskiej opaski to skandaliczna decyzja Adama Nawałki i cios w sukcesywnie ocieplany wizerunek PZPN.

Fakt, że reprezentacja nie miała jeszcze kapitana z wyrokiem za handlowanie meczami wcale nie musi być dowodem dawnej uczciwości i wysokich standardów. Meczami kupczono od zawsze, pozostało po tym wiele barwnych anegdot, ale bardzo długo można było to robić zupełnie bezkarnie. Przepisy wprowadzające odpowiedzialność karną za korupcję w sporcie weszły w życie dopiero w połowie 2003 roku. Nikt nie wie, ilu dawnych bohaterów może wznosić toasty za to, że prawo nie działa wstecz.

Teraz sytuacja jest klarowna – handlowanie meczami to przestępstwo, sporo wiadomo o skali tego procederu, a długa lista osób z wyrokami jest jawna. Problemem pozostają jednak standardy. Szanuję prawo skazanych do drugiej szansy. Jeśli dostają ją od państwa mordercy i złodzieje, a do sportu wracają byli dopingowicze, to po pierwszej wpadce powinni dostać ją również zamieszani w korupcję. Droga do niektórych zaszczytów musi dla nich jednak na zawsze pozostać zamknięta. Pewnych granic nie można przekraczać. Dariusz Wdowczyk może być trenerem w lidze, ale nigdy nie powinien zostać selekcjonerem reprezentacji. Piszczek może grać w kadrze, ale nie powinien być jej kapitanem. Proste. To nie jest kwestia wpisania zakazu do jakiegoś regulaminu, ale wyczucia, zasad i zwyczajnej przyzwoitości.

Adam Nawałka często opowiada, że wzoruje się na włoskich trenerach. Nie powinien jednak ograniczać się tylko do analizowania taktyki i metod treningowych, ale także przyjrzeć się wartościom, którymi kierują się niektórzy z nich. Kiedyś Cesare Prandelli powołał do reprezentacji drugoligowego piłkarza, który ujawnił otrzymaną propozycję ustawienia meczu. To miała być nagroda i promocja uczciwych postaw w trawionym przez korupcję włoskim futbolu.

Nie można powiedzieć, że Nawałka zrobił coś zupełnie przeciwnego i oddał Piszczkowi opaskę w uznaniu jego osiągnięć w kupowaniu meczów. Pamięć o nich nie miała niestety żadnego znaczenia. Szkoda, bo tej wstydliwej sytuacji można było uniknąć. A tak pozostanie tylko olbrzymi niesmak.