Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
Tak się składa, że ostatnio zupełnie nie mam czasu, żeby tutaj pisać. A nawet jeśli znajdę kilka minut, to już niestety nie mam na to ani sił, ani ochoty.

Czas na przerwę. Potrwa ona - o dziwo - tak długo aż się nie skończy, co powinno nastąpić gdzieś w okolicach 18 maja. Nie sądzę, żeby była to jakąś szczególnie dotkliwa strata. Tym bardziej, że przecież prężnie działają Po Mundialu, Piłka zza klawiatury oraz kilka innych blogów o piłce i sporcie.

Do zobaczenia na Z pierwszej piłki po 18 maja. A tymczasem trzymajcie za mnie kciuki...
23:23, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (20) »
sobota, 28 kwietnia 2007

Krótko popucharowo.

Na podanie, którym Paul Scholes obsłużył Wayne Rooneya przy drugiej bramce dla Manchesteru United w meczu z Milanem można patrzeć bez końca. Coś pięknego. 


Mimo porażki 2:3, Milan przed rewanżem jest w bardzo dobrej sytuacji. Wystarczy mu zwycięstwo 1:0, by zagrać w finale w Atenach.
***

W letnim okienku transferowym Rafael Benitez powinien głęboko sięgnąć do sakiewki po fundusze na skrzydłowych, bo to jest w tej chwili chyba największy problem Liverpoolu.

Nie mam nic do Boudewijna Zendena, ale ten piłkarz do The Reds wybitnie mi nie pasuje. Kiedyś zapowiadał się znakomicie i kreowano go na następcę Marca Overmarsa. To było już całkiem dawno temu, bo przed dziewięcioma laty. Furory jednak Zenden nie zrobił i już raczej nie zrobi, a Overmars może być dla niego tylko niedościgłym wzorem.

***

W Pucharze UEFA ze świetnej strony zaprezentował się Espanyol Barcelona, który zdemolował Werder Brema. 3:0 to na tyle pokaźna zaliczka, że trudno sobie wyobrazić, żeby piłkarze Ernesto Valverde byli ją w stanie roztrwonić w rewanżu. Nie jest to oczywiście nie możliwe. Tu i ówdzie przypominany jest finał Pucharu UEFA 1987/1988. Espanyol wygrał wówczas na własnym stadionie 3:0 z Bayerem Leverkusen z Andrzejem Buncolem w składzie, by na wyjeździe przegrać w takim samym stosunku i ostatecznie polec w konkursie rzutów karnych. Powtórka z rozrywki?

W czwartkowym meczu z Werderem znów świetnie zaprezentował się Ivan De La Pena. Kiedy Mały Budda ma swój dzień, ociera się o geniusz, a na jego grę patrzy się z wielką przyjemnością.
czwartek, 19 kwietnia 2007

Kilka myśli dzień po.

1. Trochę dziwnie wyglądało, jak Michel Platini rozdzierał wielką kopertę... palcem. Wiem - czepiam się. Tym bardziej, że przecież jej zawartość była znakomita.

2. Najbardziej ekspresyjnie reagował w Cardiff Michał Listkiewicz. Prezes PZPN podskakiwał jak opętany Gabriel Janowski, krzyczał, wznosił ręce ku górze, ściskał kolejnych działaczy. Ruszył nawet w kierunku Tomasza Lipca i z radości potrząsał nim chwilę, klepał po plecach. Jednym słowem: odżył.

3. Z kolei minister chyba za bardzo nie wiedział co ma robić, jak się cieszyć. Chwilę stał na uboczu, później wyściskał się serdecznie z Ireną Szewińską. Widać też było, że za bardzo nie wie, czy wypada mu paść w ramiona Michała Listkiewicza. Ostatecznie do tego nie doszło, choć - jak wspomniałem wyżej - kontaktu z prezesem PZPN (z jego inicjatywy) nie uniknął.

4. Okazało się, że nawet Janusz Wójcik płacze. Tak, tak - autor zwrotu "rąbać, siekać i uciekać", specjalista od "golenia frajerów" po ogłoszeniu radosnej nowiny mocno się wzruszył. Lico jego poczerwieniało, a w oku zakręciła się łezka. Kto by pomyślał...

5. A później już się zaczęło na całego: Zyta Gilowska znalazła miliard na stadion, w TVP brylowali Przemysław Edgar Gosiewski i Zbigniew Ziobro. Pojawiali się też i inni. Jest sukces, więc każdy chce zostać jego już nawet nie ojcem czy matką, ale wujem albo niechby tylko dobrze życzącym przyjacielem...

6. Decyzja UEFA wytworzyła pozytywny ferment w narodzie. Idąc na mecz nie słyszało się rozważań o tym ile goli strzeli Piotr Reiss i czy Paweł Janas zluzuje Franza Smudę. Wszyscy dyskutowali o zupełnie innych rzeczach: co zbudować, zmodernizować, zburzyć, jak wytyczyć drogę...

7. Według Adama Godlewskiego ferment zapanował także wśród rodzimych szkoleniowców. Oto - jak orzekł we wczorajszej Lidze+ - już rozpoczyna się trenerska walka o to, kto poprowadzi biało-czerwonych na polsko-ukraińskim turnieju!

środa, 18 kwietnia 2007
Kiedy Hrihorij Surkis wyszedł z inicjatywą organizacji Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie, wydawało się to ledwie mrzonką. Dziś jest faktem. To wielki dzień w najnowszej historii obu państw.

To wielki dzień dla tych, którzy włożyli wiele serca, by marzenia mogły się przeistoczyć w rzeczywistość. O większości z nich nie mówi się, a jeśli już to tylko w negatywnych kontekstach. Warto więc pamiętać o olbrzymiej pracy, którą wykonali Adam Olkowicz, Piotr Gawron, Michał Nykowski, Jerzy Ciszewski, Michał Listkiewicz i wielu, wielu innych, którzy pracowali na ten sukces.

Teraz jest czas radości, ale już od jutra trzeba zacząć intensywnie pracować, aby nie najeść się wstydu. Gdzieś ciągle w głowie plącze mi się myśl, że ktoś czegoś nie dopilnuje, nie zdąży, nie zaksięguje, nie podpisze, nie zadecyduje, zapomni i pozostanie nam się tylko zarumienić ze wstydu przed całym sportowym światem. Warto pamiętać, że na trochę ponad pięć lat przed pierwszym meczem Euro, w Polsce istnieją tylko dwie trybuny (obie w Poznaniu), które przyjmą kibiców w trakcie mistrzostw.

Budowa nowych stadionów i baz treningowych to tylko jedna z korzyści, jaką uzyskamy na organizacji turnieju. Będą musiały powstać nowe autostrady, drogi, rozbudowane zostaną lotniska. Rozwiną się miasta, w których wiele miejsc zostanie gruntownie zmodernizowanych, a pojawią się także nowe restauracje, hotele, obiekty handlowe czy centra rozrywki, w których wiele pieniędzy zostawią przybysze z innych państw. Rozwinie się też przemysł turystyczny. Niewątpliwie Euro będzie też wspaniałą i bezpłatną reklamą Polski i Ukrainy na całym świecie. Wielu kibiców nie tylko obejrzy turniejowe spotkania, ale i zwiedzi jakiś kawałek naszego kraju. A może później ci ludzie jeszcze wrócą?  Wszystko to wspaniale napędzi koniunkturę. Na wiadomość o przyznaniu Polsce i Ukrainie mistrzostw, akcje firm budowlanych notowanych na GPW skoczyły gwałtownie w górę. I jeszcze jedno - możliwość uczestniczenia w wielkim sportowym święcie.

Są też minusy - wzrosną ceny usług i towarów, nie da się też odnowić wszystkiego, co tego wymaga. Korzyści jednak przeważają.

Polska i Ukraina dostały olbrzymią szansę od UEFA. Teraz trzeba ją jak najlepiej wykorzystać.
wtorek, 17 kwietnia 2007
Korona Kielce doszlusowała do GKS Bełchatów oraz Zagłębia Lubin. W grze o mistrzostwo Polski wciąż pozostają zatem trzy zespoły.

Z tego tercety w 21 kolejce zwyciężyła tylko Korona. Miała jednak zdecydowanie najsłabszego rywala - Górnika Łęczna. Zagłębie tylko zremisowało na własnym stadionie z Łódzkim KS. Natomiast Bełchatów, tak jak przypuszczałem, zgubił punkty w Krakowie. Czy w 22 serii gier zespoły czołówki powetują sobie te straty? Wydaje się, że tak, choć przeczucie podpowiada mi, że Zagłębie może zostawić jakieś punkty w Zabrzu.

Końcówka sezonu zapowiada się pasjonująco, bo czekają nas bezpośrednie mecze między tym tercetem. Najpierw Zagłębie podejmie Koronę, następnie kielczanie zagrają na własnym stadionie z Bełchatowem... Te mecze mogą mieć kolosalne znaczenie dla końcowego układu tabeli, choć niewykluczone, że języczkiem u wagi będą wyniki czołowego tercetu w meczach z Legią i Wisłą Kraków. Bełchatów i Korona w trzech spotkaniach z tymi drużynami zdobyły odpowiednio 9 i 4 punkty, Zagłębie w dwóch grach wywalczyło 4 oczka. Warto jednak pamiętać, że GKS zagra z Wisłą u siebie, Koronę czeka jeszcze wyjazd do Warszawy, zaś Zagłębie mecze zarówno w stolicy, jak i Krakowie...
poniedziałek, 16 kwietnia 2007
Autorem tytułowego, jakże zgrabnego zwrotu, jest Andrzej Twarowski z Canal+. Trudno lepiej podsumować decyzję zjazdu statutowego PZPN, w myśl której ukarane degradacją Arka Gdynia i Gónik Łęczna zostaną przesunięte na koniec tabeli. Dzięki temu żaden zespół nie spadnie z ekstraklasy bezpośrednio, a tylko jeden zagra w meczu barażowym z drugoligowcem. Wypaczony został tym samym sens sportowej rywalizacji.

Jakby tego było mało, decyzja została podjęta niezgodnie ze statutem związku i może być unieważniona przez ministerstwo sportu. Wprost nie mogę wyjść z podziwu, jak skompromitowany PZPN może się w ten sposób pogrążać. Dywersja czy głupota? W tym przypadku raczej to drugie. Działacze PZPN z radosnym uśmiechem ochoczo kładą głowę pod gilotynę.

Skandaliczne było już zawieszenie Arki Gdynia i Górnika Łęczna - o konsekwencjach takiego ruchu pisałem wcześniej. Największym beneficjentami tej decyzji są oczywiście Wisła Płock i Widzew Łódź. Tylko te dwa kluby otrzymały walkowery przy okazji zawieszenia Arki i Górnika - pozostałe zespoły z dołu tabeli o punkty z tymi drużynami będą musiały walczyć na boisku. Czy można mówić o sportowej rywalizacji, kiedy dwa kluby stawiane są urzędniczymi decyzjami w lepszej sytuacji od innych? Oczywiście, że nie. A teraz jeszcze to zapewnienie, że nikt z ligi bezpośrednio nie spadnie... Wisła Płock na zawieszeniu Arki skorzystała jeszcze w Pucharze Polski, w którym otrzymała za darmo awans do półfinału.

Przypadek? Nie chce się wierzyć. Raczej polityka Zbigniewa Bońka i Krzysztofa Dmoszyńskiego. Obaj zainteresowani na takie słowa się na pewno oburzą, ale trudno nie dostrzec związku między ich interesami, a postanowieniami PZPN. Boniek to zresztą mistrz takich gierek. Grzegorz Mielcarski w C+ przypomniał, że kiedy Widzew przekształcał się w spółkę akcyjną, decyzją PZPN, nie musiał przejmować zobowiązań po stowarzyszeniu. W przypadku Górnika Łęczna orzeczenie piłkarskiej centrali było diametralnie inne. Skutkiem tego Górnik zostanie zdegradowany o dwie klasy rozgrywkowe.

Można oczywiście spróbować zmazać tę hańbę. Propozycja Canal+ by rozgrywać trzy mecze barażowe jest bardzo sensowna. Czy jednak ktoś w PZPN pójdzie po rozum do głowy? Akurat na to liczyć nie można.
środa, 11 kwietnia 2007
Aż trzy kluby z Premiership zobaczymy w półfinałach Ligi Mistrzów. Chelsea i Manchester United już awansowały do tej fazy rywalizacji o Puchar Europy. Liverpool zrobi to dziś wieczorem.

Że tak się stanie można było podejrzewać już po meczach 1/8 finału Champions League. Sam zresztą o tym pisałem. Wiarę w realizację tego scenariusza trochę zachwiały pierwsze mecze ćwierćfinałowe, ale rewanże udowodniły, że najlepsze w tym sezonie Ligi Mistrzów są zespoły z Anglii.

W 2000 roku na podobną skalę w LM dominowały kluby z Primera Division. Do półfinałów dotarły Real Madryt, Barcelona i Valencia. W finale, na Stade de France, Królewscy nie dali szans Valencii i mogli cieszyć się z ósmego w historii klubu Pucharu Mistrzów. Trzy lata później do półfinałów awansowały trzy zespoły z Serie A: AC Milan, Juventus Turyn i Inter Mediolan. W finale na Old Trafford spotkały dwa pierwsze z nich. Po rzutach karnych zwyciężył Milan.

Prawdopodobnie teraz będzie podobnie i w finale Ligi Mistrzów zagrają dwie drużyny z Premiership. Zanim to jednak nastąpi, czekają nas bardzo ciekawe półfinały. Liverpool zagra z Chelsea - dokładnie tak samo jak dwa lata temu. Górą w tej parze był Liverpool. Zanim piłkarze tych drużyn wybiegną na boisko, z całą pewnością przypomniany zostanie gol Luisa Garcii, który wówczas przesądził o tym, że w pamiętnym finale w Stambule zagrali podopieczni Rafy Beniteza. I znów zadawane będzie pytanie, czy piłka na pewno całym obwodem przekroczyła linię bramkową... A drugi tegoroczny półfinał? Czyżby spotkanie Manchesteru United z Bayernu Monachium? Bardzo prawdopodobne. To też byłaby okazja do podróży w czasie i przypomnienia sobie finału Ligi Mistrzów z 1999 roku, a w szczególności jego mrożącej krew w żyłach końcówki. Ale przecież nadzieje na ten rewanż po latach może jeszcze zniweczyć AC Milan...
 
1 , 2