Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Napomknąłem kiedyś półsłówkiem o tym, że mój estetyczny sprzeciw budzą gwałty dokonywane przez rozmaitych sponsorów na nazwach klubów sportowych. W piłce nożnej, choć w ligowej tabeli można znaleźć różne Grocliny czy Kolportery, moda na takie zabiegi zdaje się na szczęście mijać. W innych, znacznie biedniejszych dyscyplinach zjawisko wciąż jest jednak powszechne i nazwy klubów zmieniają się prawie tak często jak pory roku, bo tylko na doklejaniu do nich innych członów można zarobić parę złotówek i przetrwać.

Choć mi się to nie podoba, rozumiem względu ekonomiczne i to, że reklamodawcy mogą pozwolić sobie na więcej, kiedy jakiś klub ledwo zipie. Dobrze by było, gdyby obie strony zachowały rozsądek i nie przekraczały granic, po minięciu których wzajemnie się ośmieszają. Czasami zerkając na potworne nazwy niektórych klubów, można się zastanawiać, czy to jeszcze niezgrabność, czy już coś w rodzaju sado-maso.

Dzisiaj rano, przeglądając przy śniadaniu Gazetę Sport, natrafiłem na krótką notkę, informującą o tym, że w barażu o awans do siatkarskiej PlusLigi KS Poznań zagra z klubem o dźwięcznej nazwie J.W. Construction Osram AZS Politechnika Warszawa. Mocne. Z wrażenia prawie oblałem się herbatą.

Sprawa nie jest nowa, ale do tej pory stołeczny zespół funkcjonował w mojej świadomości jako Politechnika, bez tych wszystkich reklamowych dopełnień. Tak też pozostanie, choć muszę przyznać, że dodanie słowa „Osram” do nazwy klubu sportowego to nowa jakość, przy której jakoś blednie nawet Swornica Ciurex Czarnowąsy i Resovia Cenowa Bomba Resgraph Rzeszów.

„Osram” do tej pory zasłynął w Polsce z reklamy żarówek opatrzonej wbijającym się w pamięć sloganem „i wszystko jasne”, ale tym razem chyba przesadziła. Cel jednak pewnie osiągnęła - nazwa rzuca się w oczy, czego dowodem jest choćby ten tekst. Ciekawe, czy równie zadowolona jest teraz firma J.W. Construction i sama Politechnika Warszawska…

Swoją drogą, interesująca jest jeszcze jedna sprawa: ilu chętnych znalazłoby się, by za odpowiednią opłatą do nazwy swojego klubu wkomponować słowo „dupa”?
22:27, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (7) »
sobota, 26 kwietnia 2008

Pierwsze mecze półfinałowe w europejskich pucharach stały pod znakiem goli samobójczych. We wtorek John Arne Riise wyręczył napastników Chelsea i pokonał własnego bramkarza. W czwartek jego wyczyn powtórzył Lucio, który ku zaskoczeniu Olivera Kahna, ładnym strzałem głową wpakował piłę do swojej bramki.

Samobóje to, podobnie jak przestrzelone rzuty karne i fatalne kiksy przed pustą bramką, nieodłączny, ale wyjątkowo paskudny element futbolu. O niektórych z nich szybko się zapomina, o innych – wręcz przeciwnie. Chyba wszyscy pamiętają boską rękę Janusza Jojko – jeden z niewielu goli w historii piłki nożnej, które choć strzelone ręką, to jednak w zgodzie z przepisami. O ile ta bramka była kuriozalna, o tyle łzy smutku wywołał tragiczny – o ironio! – złoty gol Delfiego Geli z Alaves w niesamowitym finale Pucharu UEFA z Liverpoolem w 2001 roku.

Są też swojaki wyjątkowo mało znane, ale godne wzmianki, bo nie dość, że… piękne, to jeszcze mogą się stać podstawą ciekawej – mam nadzieję – opowieści. Dawno, dawno temu, na jednej z wielu stron z piłkarskimi osobliwościami wygrzebałem niezwykłego, jak słusznie zapewniano, samobója Lee Dixona – opoki defensywy Arsenalu z lat 90. Niedawno przypomniałem sobie o tym niecodziennym golu, wrzuciłem go na YouTube i… chyba dobrze zrobiłem. 

Lee Dixon był wyjątkowo solidnym obrońcą, ale finezyjnych zagrań i innych tego typu zagrań nikt od niego nie oczekiwał – walory i zadania obrońca Arsenalu miał przecież inne. Tym większe musiało być zdziwienie wszystkich obecnych na Highbury, kiedy świetnie uderzona przez niego piłka wpadała nad rozpaczliwie interweniującym bramkarzem. Wspaniały lob!

Postacią wartą osobnej wzmianki jest ten nieszczęśliwy bramkarz. Wyciągając piłkę z siatki, musiał być nieźle zaszokowany całą sytuacją, a gdy już doszedł do siebie, zapewne klął na czym świat stoi, że własny obrońca robi mu takie świństwa. Nie mógł wiedzieć, że takie loby staną się jego przekleństwem. Tak, tak – ten młody człowiek w zielonej bluzie to David Seaman.

W maju 1995 roku na Parc des Princes w Paryżu w finale nieistniejącego już Pucharu Zdobywców Pucharów spotkały się Real Saragossa i Arsenal Londyn. Po golu Juana Esnaidera prowadziła Saragossa, ale radość Hiszpanów nie trwała długo. Kilka minut później wyrównał John Hartson i trzeba było rozegrać dogrywkę. Po 120 minutach gry remis wciąż się utrzymywał i wydawało się, że do wyłonienia zwycięzcy niezbędny będzie konkurs rzutów karnych. Wtedy to, gdzieś przy bocznej linii boiska, do piłki dopadł Marokańczyk Nayim i…

Nieporadną interwencję po szalonym strzale Nayima wypominano Seamanowi przy każdej okazji. Zmieniło się to dopiero po mistrzostwach świata w 2002 roku, choć nie z takiego powodu, z jakiego chciałby tego angielski bramkarz.

W ćwierćfinale Mundialu Anglia grała z Brazylią. Było 1:1, kiedy z boku boiska Paul Scholes sfaulował Klebersona. Za wykonanie rzutu wolnego zabrał się Ronaldinho. Brazylijczyk ustawił piłkę, nie robiąc jeszcze z tej czynności takiego misterium jak obecnie, wziął rozbieg, kopnął…


Dlaczego napisałem, że coś się zmieniło po koreańsko-japońskich mistrzostwach? Bo od tego czasu kpiono zachowania Seamana nie tylko przy golu Nayima, ale także przy strzale Ronaldinho.

Złośliwi powiedzą, że to nie był dla Seamana koniec nieszczęść – kilkanaście miesięcy później strzelił mu gola nawet Sebastian Mila. Ale to już historia na osobne opowiadanie…
poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Mistrz Polski.

Stało się to, co stać się musiało: Wisła Kraków, przy pomocy Lecha Poznań, postawiła kropkę nad „i” i przypieczętowała pewny od kilku miesięcy tytuł mistrzowski. Teraz czas poważnie powalczyć w europejskich pucharach.

Po jesiennej części rozgrywek zachwycałem się Wisłą. Maciej Skorża odbudował popadającą w ruinę drużynę, tworząc pod Wawelem nową jakość w naszych ligowych realiach: zespół grający mądrze, dojrzale, ale i ładnie. I co najważniejsze: tchnął we wszystkich wiarę, że może tym razem uda się poważnie zawalczyć o udział w Lidze Mistrzów. Wiosną spodziewano się po Wiśle kolejnego kroku do przodu i wyraźnego postępu, tymczasem trzeba było przełknąć gorzką pigułkę, bo Biała Gwiazda rozczarowała. Fakt, wygrywała regularnie, powiększając przy okazji swoją punktową przewagę nad resztą stawki do monstrualnych rozmiarów, ale męczyła się przy tym okrutnie, grając mdło, nijako, zupełnie bez błysku. Kiepskich na ogół rywali ogrywała głównie dzięki swojej cierpliwości, skuteczności i indywidualnym umiejętnościom poszczególnych piłkarzy. Od drużyny, która ma międzynarodowe aspiracje, uwzględniające występy w Lidze Mistrzów, należy wymagać znacznie więcej.

To, że Wisła wiosną nie wykonała wyrazistego kroku do przodu, trzeba łączyć z odejściem Kamila Kosowskiego do Segunda Division. Maciej Skorża może zaklinać rzeczywistość i mówić, że przybycie pod Wawel Wojciecha Łobodzińskiego wyrównało tę stratę, ale nie ma racji – ta zamiana negatywnie odbiła się na grze Wisły. Łobodziński jest piłkarzem znacznie mniej wartościowym niż Kosowski; grającym od niego bardziej schematycznie, mniej finezyjnie, gorzej współpracuje i uzupełnia się z Markiem Zieńczukiem. Trudno się temu wszystkiemu dziwić, bo i możliwości ma skromniejsze.

Jeszcze słówko o wiślackich personaliach: wszyscy trąbią o strzeleckich osiągnięciach Zieńczuka i Brożka, względnie poświęcają czas krakowskim kadrowiczom. W ich cieniu, kompletnie niesłusznie, pozostaje Rafał Boguski, który jest obecnie chyba najbardziej niedocenianym piłkarzem w całej lidze. Tymczasem w ciągu obecnego sezonu zanotował wyraźny postęp i wniósł znacznie więcej do mistrzowskiego tytułu Wisły niż pokazuje statystyka.

Teraz przed Wisłą wyzwanie o wiele trudniejsze niż zdobycie mistrzostwa Polski – walka w europejskich pucharach. Choć Biała Gwiazda ma zdecydowanie najsilniejszy skład w Polsce, by myśleć o zwycięstwach na międzynarodowej arenie musi się poważnie wzmocnić – to oczywista oczywistość. Jednak nawet jeśli Bogusław Cupiał mocno napręży muskuły i głęboko sięgnie do sakiewki po grube miliony euro na transfery i wynagrodzenia nowych piłkarzy, wszystko zepsuć może złośliwy los, każąc Wiśle o Ligę Mistrzów rywalizować z Arsenalem czy Juventusem. Dlatego jedyne, czego wymagam od Wisły, to poważne potraktowanie przygotowań do eliminacji Ligi Mistrzów i twarda walka o udział w niej oraz… wyraźnie zaznaczenie swojej obecności w Pucharze UEFA. Więcej oczekiwać raczej trudno.

Zastanawiam się wręcz, czy droga do fazy grupowej LM dla polskiego zespołu nie musi wieść przez dobry występ w Pucharze UEFA. Bezpośredni przeskok z polskiej ekstraklasy obecnie uzależniony jest od zbyt wielu czynników. Żeby polski zespół mógł wyeliminować rywala wysokiej półki, a nawet tylko z tej średniej, potrzebna jest nie tylko wysoka forma, dobrzy piłkarze, świetny trener, wiara i ambicja, ale też mnóstwo szczęścia i kilka podarunków od losu. A nawet jeśli się uda, to czeka go bezprecedensowe lanie już w fazie grupowej.

Mimo, że większość piłkarzy Wisły grała już europejskich pucharach, a kilku nawet pamięta piękną przygodę z Pucharem UEFA za kadencji Henryka Kasperczaka, wydaje się, że wciąż doświadczenia i obycia na międzynarodowej arenie mają tyle, co kot napłakał. W dodatku – może to ryzykowna teza – są nienawykli do ostrej walki i trudnych wyzwań, a to czeka na nich w pucharach. W kraju są przecież bezkonkurencyjni – to mecz mecze Wisły są wyzwaniem, ale tylko dla jej rywali. Wiślacy muszą zasmakować prawdziwej rywalizacji, a nie tylko jej namiastki w zimowych sparingach na Cyprze. Puchar UEFA jest ku temu doskonałą okazją – podopieczni Skorży mogą się zmierzyć z drużynami lepszymi, ale mimo wszystko pozostającymi w ich zasięgu. Takie przetarcie będzie niezbędne w grze o Ligę Mistrzów.

I jeszcze jedno: Puchar UEFA nie gwarantuje takich pieniędzy jak Liga Mistrzów, ale jest okazją do wyrobienia sobie niezłej marki. A to, przy kaperowaniu poważniejszych piłkarzy z zagranicy niż tylko król strzelców ligi indyjskiej, rzecz chyba dość istotna.

Wskazywanie mistrzowi Polski drogi do Ligi Mistrzów przez dobry występ Pucharze UEFA nie jest popularne – wszak na awans naszej drużyny do fazy grupowej LM czekamy już mnóstwo czasu – ale chyba dość racjonalne w sytuacji, w której polskie kluby grają w europejskich pucharach zawstydzająco. Można oczywiście krzepić się przykładami Artmedii Petrzałka i innych słabeuszy, którzy do fazy grupowej Champions League jakoś się dostali, ale lepiej twardo stąpać po ziemi. Krok po kroku, jak to mówią…

niedziela, 20 kwietnia 2008

W środku Rafał Murawski.

Po meczu Górnika z Lechem w kolejce otwierającej wiosenną część ligowych zmagań, miałem olbrzymią ochotę, by postawić tezę, że Rafał Murawski nie tylko znajdzie się w kadrze na Euro 2008, ale również wygryzie ze składu Dariusza Dudkę i podczas turnieju będzie grał w pierwszej jedenastce biało-czerwonych. Postanowiłem jednak wstrzymać się z tą opinią i zobaczyć grę Murawskiego z wysokości trybun w spotkaniu z Zagłębiem Lubin. Zobaczyłem i… mój entuzjazm znacznie osłabł.

Później Murawski tak źle już nie zagrał. Ustabilizował formę na dobrym poziomie, w każdym meczu był liderem drugiej linii Lecha i jednym z jego najbardziej wartościowych zawodników. Niesmak i wątpliwości po partii z Zagłębiem jednak pozostały. Do czasu.

W meczu z Dyskobolią Murawski zagrał kapitalnie i ostatecznie przekonał mnie, że może do gry reprezentacji wnieść znacznie więcej niż Dudka czy Arkadiusz Radomski. Rozpoczął bardzo ładnym golem, a później było już tylko lepiej. Rządził i dzielił w środku pola, pracował na całej długości i szerokości boiska, świetnie konstruował kolejne akcje, a piłkarzy gości wręcz ośmieszał dryblingiem, mijając ich z niebywałą lekkością i wdziękiem. Patrząc na jego grę można było się zacząć poważnie zastanawiać, czy przed meczem Franz Smuda nie sklonował swojego rozgrywającego w zaciszu klubowych pomieszczeń. Wydawało się, że na boisku musi być z trzech takich samych zawodników, bo przecież jeden nie dałby rady przemieszczać się w tak nieprawdopodobnym tempie i być na boisku dosłownie wszędzie. Jeśli mecz Lecha z Dyskobolią rozpatrywać jako pojedynek dwóch kadrowiczów: Murawskiego i Radosława Majewskiego, to zdecydowanie górą był lechita.

Czytelnik moje zachwyty nad Murawskim powinien brać – z pewnych oczywistych dla stałych bywalców względów – z lekką rezerwą. Ale powinien się też spodziewać tego, że na mistrzostwach Europy w środku pomocy obok Mariusza Lewandowskiego będzie grał właśnie Rafał Murawski.

piątek, 18 kwietnia 2008

Ludzie wszechstronni.

W środowe popołudnie pół Polski wstrzymało oddech, zastanawiając się, czy i tym razem Leo Beenhakker wyciągnie królika z kapelusza i zadziwi powołaniami do szerokiej kadry na zbliżające się coraz większymi krokami mistrzostwa Europy. Holender jednak specjalnie nie zaskoczył, a jego wybory można skwitować znanym z przeszłości hasłem – selekcja była prosta! Oby tylko jej efekty były inne niż wtedy…

Można się oczywiście zastanawiać, czy podanie szerokiego składu kadry już teraz miało jakikolwiek sens. Raczej nie – głównym motywem, którzy przyświecał Beenhakkerowi, było chyba zaspokojenie ciekawości kibiców i mediów. Przy okazji stało się też dość nietypowym ukłonem wobec pominiętych przez piłkarzy, tak by w spokoju mogli planować wakacyjne wojaże po ciepłych krajach i wygrzewać obolałe kości na plaży, a nie nerwowo czekać na telefon z wesołą nowiną od selekcjonera.

Najbardziej niespodziewanym członkiem kadry jest oczywiście Marek Saganowski, który chociaż był w kręgu zainteresowań selekcjonera, od dawna robił wszystko, by Beenhakker o nim zapomniał. Nie udało się, ale i tak trudno przypuszczać, żeby napastnik Southampton znalazł się w ostatecznym składzie na Euro. To byłaby dopiero sensacja!

Leo Beenhakker zapowiedział, że na Euro 2008 pojedzie trzech bramkarzy, siedmiu obrońców, czterech defensywnych pomocników, sześciu ofensywnych piłkarzy drugiej linii i trzech napastników. Taka liczbowa wskazówka, nawet poparta stosownym schematem, rozjaśnia mi niewiele i to wcale nie dlatego, że jestem matematycznym głupcem. Holender dysponuje na tyle wszechstronnymi piłkarzami, że ostateczny kształt kadry – nawet pamiętając o podanych przez siebie proporcjach – może formować i wyrabiać tak dowolnie jak ciasto na pierogi.

Co więcej, gdyby bliżej przyjrzeć się wybrańcom Beenhakkera, widać jak ułomny i niepraktyczny jest standardowy podział na obrońców, pomocników i napastników.

Bardzo trudno się zdecydować, czy Arkadiusza Radomskiego zakwalifikować do środkowych obrońców, czy wrzucić do szufladki z defensywnymi pomocnikami. Piłkarz Austrii Wiedeń może grać na obu tych pozycjach, co pokazał choćby w tym nieszczęsnym sparingu z USA, przed przerwą grając w obronie, a po zmianie stron przesuwając się do drugiej linii. W odwrotnym kierunku powędrował Dariusz Dudka, który nad Radomskim ma tę przewagę, że w obronie, podobnie zresztą jak Michał Żewłakow, może grać na każdej pozycji. W obronie z powodzeniem mogliby też zagrać piłkarze zwykle grający w drugiej linii: Mariusz Lewandowski, Jakub Błaszczykowski i Michał Pazdan.

Problemem jest też jednoznaczne określenie, czy Maciej Żurawski to dla Beenhakkera bardziej striker, czy też piłkarz przeznaczony do grania za strikerowymi plecami, czyli ofensywny pomocnik. U Holendra występował już na obu pozycjach. Podobnie jest z Euzebiuszem Smolarkiem – u Beenhakkera gra na lewym skrzydle, ale z powodzeniem mógłby grać też na przeciwległej flance oraz – rzecz jasna – na szpicy. Trzeba też koniecznie dodać, że uznawani za napastników Łukasz Piszczek i Tomasz Zahorski często występują w roli bocznych pomocników.

Długie rozważania można by też prowadzić o piłkarzach, którzy mogą być ustawiani na kilku pozycjach w obrębie jednej formacji. Najlepszym przykładem jest tutaj wspomniany Żewłakow, nieznacznie ustępuje mu Jacek Krzynówek, który w reprezentacji krąży między lewą flanką, a środkiem pomocy. Różnie można także ustawiać Jakuba Wawrzyniaka, Grzegorza Bronowickiego, Michała Golińskiego, Łukasza Gargułę i Rogera, który niemal na pewno pojedzie na Euro.

Przymiotnik „wszechstronny” to raczej nie jest słowo, jakie chcieliby pod swoim adresem usłyszeć piłkarze. Nie zawsze idzie w parze z wysokimi umiejętnościami, częściej charakteryzuje przeciętnych rzemieślników łatających na boisku dziury, ale… na bezrybiu i rak ryba. Czy wszechstronność biało-czerwonych okaże się dla nich (i również dla nas) błogosławieństwem, czy przekleństwem okaże się podczas mistrzostw Europy.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
„Nazywają nas leśnymi dziadkami, a bez tych leśnych dziadków to będzie dupa blada!”
Zbigniew Lach, piłkarski delegat z Krakowa. (Warszawa, 27.10.2006)

Owszem, będzie dupa blada, bo żadnych istotnych zmian w funkcjonowaniu PZPN nie da się przeprowadzić bez dobrej woli tychże leśnych dziadków, którzy musieliby sami pozbawić się wpływów. Trudno w to uwierzyć, bo jak chciwe jest to towarzystwo, można było się przekonać po kuriozalnym pomyśle reformy rozgrywek firmowanym ponoć przez szefów okręgowych ZPN-ów. Projekt co prawda jest nonsensowny i kompletnie głupi, ale zakłada atak na piłkarskie konfitury. Całe szczęście, że z odsieczą pospieszył Michał Listkiewicz i przerwał ten pokaz żenady.

Jeszcze raz okazało się zatem, że prezes, choć jest skompromitowany i jego czas już bardzo dawno minął, nie jest największym nieszczęściem, które spotkało polski futbol. Co więcej – epoka postlistkiewiczowska może być jeszcze straszniejsza. Pisze o tym Rafał Stec; ja też wielokrotnie – pierwszy raz ponad półtora roku temu – dawałem na Z pierwszej piłki upust swojemu przerażeniu związanemu z wyborem następcy Listkiewicza.

Wiemy już, że związkowe wybory odbędą się 14 września, ale nie wiemy, którego roku. Pisałem już o tym – w ustąpienie Listkiewicza nie wierzę i nie uwierzę, dopóki tego nie zobaczę. Prezes może się zarzekać, przysięgać, potwierdzać, robić przekonujące miny, ale tyle razy już wszystkich zwodził, że zwyczajnie stracił wiarygodność. Trudno wykluczyć, że po dobrym, albo nawet tylko niezłym, występie reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy, delegaci poproszą Listkiewicza o to by jeszcze raz wystartował w wyborach na szefa związku, albo przynajmniej namaścił swojego następcę, dobrego kontynuatora prezesowskich poczynań. A prezes – no cóż – dla dobra polskiej piłki…

Urok nadzwyczajnych zjazdów PZPN polega na tym, że zorganizowano ich już tyle, że zupełnie spowszedniały, a co za tym idzie – straciły na randze. To z kolei poddaje pod wątpliwość sens ich organizowania, tym bardziej, że cudu nie było i nic mądrego nie uradzono. Ale przynajmniej, jak widziałem w telewizji i na zdjęciach, delegaci mogli przynajmniej dobrze zjeść, a więc czas spędzony w Sheratonie nie był do końca stracony.

Choć nie dla wszystkich. Szczerze współczułem Leo Beenhakkerowi, że musi tam siedzieć.
niedziela, 13 kwietnia 2008
Po dzisiejszym nadzwyczajnym zjeździe PZPN, który pieszczotliwie nazywany jest „korupcyjnym”, trudno spodziewać się czegoś… nadzwyczajnego.

Jego scenariusz jest – zdaje się – dość prosty do przewidzenia. Michał Listkiewicz będzie się kreował na ofiarę losu, która co prawda zupełnie nic nie wiedziała o skali korupcji, ale jest nią zaskoczona, porażona i zmartwiona. Pan prezes przeprosi, może nawet uroni łezkę i zaszlocha trochę do mikrofonu, ale zaraz zostanie pocieszony przez swoich wiernych związkowych towarzyszy. Ci – choć strapieni i niewątpliwie przygniecieni ciężarem afer – znajdą też promyk nadziei na lepsze jutro, opowiadając o Euro 2008 i Euro 2012. Ot, taki zjazd do kombinacji, prawie jak w narciarstwie alpejskim…

Nikt też oczywiście nie poda się do dymisji. Wszyscy, którzy nawołują do tego skompromitowane władze PZPN naiwnie wierząc, że ustąpienie prezesa i zarządu automatycznie przyniesie jakąkolwiek zmianę, zdają się nie dostrzegać pewnego dość istotnego niuansu – problemu z wyborem następnych sterników związku. W zjeździe wyborczym wezmą przecież udział i zagłosują w znakomitej większości skompromitowani ludzie, który przez lata kładli podwaliny pod chory system, pielęgnowali go, bądź – w najlepszym razie – tolerowali. Skoro tak, to trudno wierzyć w radykalne zmiany (tym bardziej, że wielu z nich zostało ostatnio dopieszczonych w ramach wynagradzania tak zwanej rodziny), rozsądek podpowiada raczej kolejne lata konserwowania skostniałego układu. Żadnym przełomem nie będzie przecież wybór Grzegorza Lato, a w inny – póki co – trudno uwierzyć.

Zresztą, Michał Listkiewicz już wiele razy obiecywał, że poda się do dymisji, nęcił wizją wyborów, podawał ich terminy, a jednak wciąż urzęduje. W takiej sytuacji trudno mi uwierzyć nie tylko w zmianę ekipy zarządzającej związkiem, ale nawet w zorganizowanie zjazdu wyborczego. Uwierzę, kiedy zobaczę.

Większe nadzieje – choć zdaje się, że nadzieja matką głupich – pokładam w tym, że delegaci uznają za stosowne, by wreszcie ustalić kształt ekstraklasy na następny sezon, spróbują opanować wszechobecny chaos i podejmą jakieś decyzje dotyczące dalszego karania klubów i ludzi zamieszanych w aferę korupcyjną.

Nadchodzi moment, w którym – moim zdaniem – trzeba będzie skończyć z degradowaniem klubów w związku z ich korupcyjną aktywnością. Oczywiście jest to rozwiązanie niesprawiedliwe i złe, ale w sytuacji, w której znalazła się nasza ligowa piłka, oprócz wyjść złych są tylko… jeszcze gorsze. Celowo nie używam słowa abolicja, bo – odnoszę wrażenie – często jest rozumiane opacznie. Zaprzestanie karania klubów degradacją nie ma przecież wiązać się z całkowitą amnestią, zapomnieniem win i zakończeniem śledztwa wrocławskich prokuratorów.

Kluby powinny być karane nadal, ale już nie degradacją, tylko finansowo (pieniądze z kar powinny przy tym jak najszerszym łukiem omijać PZPN) – jeśli grzywny będą odpowiedniej wysokości, może to się okazać nawet znacznie bardziej dotkliwą sankcją niż proste relegowanie z ligi. Przyznaję – karanie degradacjami należy zakończyć ze względów praktycznych. Minister Zbigniew Ćwiąkalski wspominał o tym, że w aktach afery korupcyjnej przewijają się nazwy 29 klubów. Przy dotychczasowym tempie śledztwa i zapewnieniach, że sprawa jest rozwojowa, a sytuacja – a jakże – dynamiczna, kolejne degradacje skończą się kompletnym paraliżem i demolką rozgrywek ligowych na kilka sezonów. Zresztą nikt chyba nie ma wątpliwości, że okropna liczba 119 zatrzymanych przez policję i CBA oraz 29 umoczonych klubów to dopiero wierzchołek góry lodowej. Kolejne degradacje nie byłyby raczej żadnym rozwiązaniem. Wyrzucenie – powiedzmy – 10 klubów z ekstraklasy przeniesie ją de facto o szczebel niżej, tak samo jak zdegradowanie – dajmy na to – 12 zespołów z II ligi skończy się tylko odtworzeniem jej w III lidze…

Oczywiście od każdej reguły jest wyjątek – każdy klub, który dopuściłby się recydywy po zakończeniu karnych degradacji (po wprowadzeniu opcji zerowej, grubej lub cienkiej kreski, abolicji itd. – jak kto woli), winien być wyrzucany z ligi na zbity pysk, na samo dno, albo wręcz wyeliminowany ze struktur PZPN.

Znacznie większy nacisk powinien zostać położony na karanie konkretnych osób. Z pomocą związkowi z bardzo dobrym pomysłem przychodzi minister sportu Mirosława Drzewieckiego, który postuluje, by zamieszanych w korupcyjny proceder pociągać nie tylko do odpowiedzialności karnej, ale również dożywotnio zakazywać im działalności w sporcie. Oczywiście sam PZPN nie przyjmie uchwały dożywotnio eliminującej z futbolu wszystkich skazanych prawomocnymi wyrokami za udział w korupcji, bo – jak ładnie można to określić – nie ma do tego woli politycznej.

Najgorsze, co mogłoby się przydarzyć na zjeździe, to brak zdecydowanych ruchów, utrzymanie panującej tymczasowości i zamętu. I to jest niestety najbardziej prawdopodobne rozwiązanie, bo wykazywanie aktywności nie leży w naturze piłkarskich działaczy, a teraz jest również trochę niewygodne. Delegaci spotkają się, pogadają, najedzą, napoją, a jedyną konkluzją płynącą z całego spędu, będzie ta, że z naszą piłką wcale nie jest tak najgorzej, jak ciemnemu ludowi wmawiają dziennikarze.
 
1 , 2