Na stadionach Polski i Świata.
środa, 30 maja 2007
O sędziowskich kulisach meczu Legia - Zagłębie powiedziano i napisano już chyba wszystko, największy akcent kładąc na kontrowersyjne decyzje Huberta Siejewicza. Pośród niekończących się pytań o werdykty arbitra, gdzieś na bok ucieka nawet to, co najważniejsze, czyli fakt, że sędzia się nie mylił. Odnoszę wręcz wrażenie, że Siejewiczowi łatwiej byłoby o rozgrzeszenie, gdyby np. niesłusznie uznał gola dla Legii, niż o uznanie po dobrej, a przecież niełatwej, decyzji, którą podjął.

Ciekawą opinię na podobny temat można znaleźć w blogu Piłka zza klawiatury.

Gorąco polecam także wysłuchanie relacji z meczu, którą przekazywała jakaś internetowa stacja radiowa. W ciągu kilku minut "komentator" to co widzi określa "cyrkiem", "parodią", "zarzynaniem polskiej piłki" i "kurestwem", krzyczy, że "to było wydrukowane!", a sędziego nazywa "szefem złodziejskiej mafii". Poważne zarzuty. Ciekaw jestem, co sobie pomyślał sobie, gdy obejrzał telewizyjne powtórki i przeczytał, jak Roger mówi, że faulował? Nie mniej ciekawe jest to, co ryczałby do mikrofonu, gdyby to Legia została beneficjentem kontrowersyjnych decyzji albo pomyłek. Pewnie piałby z zachwytu... O tej zmienności u kibica pisze Bloger z Krytej.

Mimo ostatniego meczu i wielu emocji z nim związanych, chyba nikt nie ma specjalnych wątpliwości, że Zagłębie mistrzostwo zdobyło w uczciwy sposób. Ciężko bowiem uwierzyć w to, że włodarze klubu z Lubina są niepoczytalni. Dziś tylko tacy mogliby się bawić w handel punktami. Szczególnie, że po aresztowaniu byłego prezesa Zagłębia Jerzego F., klub stał się naturalnym obiektem zainteresowań wrocławskiej prokuratury.

niedziela, 27 maja 2007
Czesław Michniewicz.

Czesław Michniewicz jako trener wygrał z Legią w Warszawie dopiero po raz pierwszy, ale stadion przy ulicy Łazienkowskiej to dla niego jedno z najszczęśliwszych miejsc. W sobotę świętował tam wraz z piłkarzami Zagłębia tytuł mistrza Polski, a niemal dokładnie trzy lata temu jako trener Lecha mógł się cieszyć z triumfu w Pucharze Polski. Ciekawe, czy przy goleniu będzie sobie nucić, że "Warszawa da się lubić"...

Czesław Michniewicz swoją trenerską pracę w ekstraklasie rozpoczął jesienią 2003 roku w Lechu. Dziś ma już na swoim koncie wszystkie znaczące trofea w naszym futbolu: Puchar i Superpuchar Polski z Kolejorzem oraz mistrzostwo z Zagłębiem. Do zdobycia w tym sezonie pozostał jeszcze tylko Puchar Ekstraklasy i Michniewicz z Zagłębiem wciąż mają na to szanse.

Gratulacje za mistrzostwo, Trenerze. Tylko szkoda, że nie z Lechem...

sobota, 26 maja 2007
Przed nami ostatnia kolejka sezonu 2006/2007. Została już tylko jedna, ale za to najważniejsza, niewiadoma do rozwiązania: kto będzie mistrzem Polski? Zagłębie Lubin czy GKS Bełchatów? Atmosfera ostatnich kolejek jest naprawdę gorąca. Oba kluby przerzucają się oskarżeniami, wzajemnie się podszczypują, wbijają sobie nawzajem szpile... Prawie jak w Anglii. Prawie...

Paradoksalnie wydaje się, że w lepszej sytuacji jest wicelider z Bełchatowa, który w ostatniej kolejce zagra w Szczecinie ze zdegradowaną już Pogonią. Jednak wbrew pozorom to nie będzie dla podopiecznych Oresta Lenczyka łatwy mecz. GKS przegrał w dwóch ostatnich meczach i widać było znaczącą obniżkę formy całego zespołu. Nie widać też w boiskowych poczynaniach Bełchatowa jakiejś nadzwyczajnej determinacji. To dziwne, bo większość jego piłkarzy rozgrywa teraz swoje najważniejsze mecze w karierze. Co prawda Lenczyk powtarza, że jego zespół jest od gry w piłkę, a nie walki. Ale przydałoby się również, żeby GKS na boisku gryzł trawę świadom wielkiej szansy na tak niespodziewany sukces. Inna sprawa czy jego bliskość nie paraliżuje poczynań zawodników GKS. W meczach z Koroną i Wisłą można było odnieść wrażenie, że tak.

Wydaje się, że obecnie nie ma nic prostszego niż wygrać z Pogonią. To nie do końca prawda, głównie ze względu na ostatnie występy tragikomicznego prezesa Miedziaka, który zarzucił polskim piłkarzom Pogoni sprzedanie meczu z Bełchatowem. W tej sytuacji nie ma wątpliwości, że Portowcy zrobią wszystko, by skompromitować słowa swojego prezesa. Przypuszczam też, że Pogoń będzie także chciała godnie pożegnać się z ekstraklasą. Tak więc GKS nie może liczyć na to, że gospodarze położą się na boisku, a bramki będą się strzelały same. Będzie trzeba swoje wywalczyć w twardej grze.

Liderujące Zagłębie zagra w Warszawie z Legią i to będzie prawdziwa próba dla podopiecznych Czesława Michniewicza. Jeśli wygrają, będzie to oznaczać, że zasługują na tytuł mistrzowski. Będzie to o tyle trudne, że Legia w ostatnim czasie spisuje się całkiem dobrze. Ponadto piłkarze ze stolicy, po w sumie nieudanym sezonie, będą chcieli zrobić wszystko, by na ich stadionie mistrzostwa nie świętował ktoś inny. Byłaby to bardzo gorzka pigułka dla wszystkich związanych z Legią. A warto wspomnieć, że w ostatnich latach musiano ją w Warszawie przełykać dość często - tytuł na Łazienkowskiej całkiem niedawno zdobywały Widzew, Wisła i Polonia.

Pewien jestem, że Zagłębiu na pewno nie zabraknie determinacji, żeby osiągnąć w stolicy upragniony cel. Widać to było już w meczu z Widzewem, kiedy podopieczni Michniewicza grali z olbrzymim entuzjazmem i zaangażowaniem. Można się tylko zastanawiać, czy wystarczy im umiejętności, by wygrać w stolicy... A o to nie jest wcale łatwo. Legia przegrała w tym sezonie na własnym boisku tylko dwa mecze: z Dyskobolią i... GKS Bełchatów.

Osobiście wolałbym, żeby mistrzostwo zdobyło Zagłębie. Głównie ze względu na świetnego trenera, choć nie tylko. Wydaje mi się, że obecnie przed tym klubem - odsuwając na chwilę na bok zamieszanie w aferę korupcyjną - rysują się po prostu większe i ciekawsze perspektywy niż przed GKS. Ale to Bełchatowianie mają obecnie większe szanse na tytuł.
piątek, 25 maja 2007
Silvio Berlusconi i piłkarze cieszą się po zdobyciu Pucharu Mistrzów.

Podoba mi się to zdjęcie. Jest bardzo wymowne. Milaniści cieszą się po zwycięstwie w finale Ligi Mistrzów, a w centrum, wznosząc Puchar Mistrzów, stoi twórca potęgi rosso-nerrich - Silvio Berlusconi. Wiadomo, kto w klubie pociąga za wszystkie sznurki...

Berlusconi przejął klub w 1986 roku. Od tego momentu datuje się najlepszy okres w historii Milanu. W tym czasie rosso-nerri 5 razy zdobyli Puchar Mistrzów, 7 razy wygrali Serie A, 4 razy zwyciężyli w Superpucharze Europy, 2 razy wznieśli w górę Puchar Interkontynentalny, raz Puchar Włoch i 5 razy Superpuchar Italii. W klubie pracowali wybitni trenerzy: Arrigo Sacchi, Fabio Capello czy Carlo Ancelotti. Po boisku też w ciągu minionych 21 lat biegało (i biega) mnóstwo sław: Marco van Basten, Frank Rijkaard, Ruud Gulit, Franco Baresi, Roberto Baggio, Paolo Maldini, Alesandro Costacurta, Roberto Donadoni, Marcel Desailly, Dejan Savicević, George Weah, Zvonimir Boban, Jean-Pierre Papin, Brian Laudrup, Daniele Massaro, Marco Simone, Kaka, Clarence Seedorf, Andriej Szewczenko, Ronaldo czy Ancelotti...

Berlusconi to postać kontrowersyjna w każdym calu - jako człowiek, polityk i właściciel wielkiego klubu. Słynne były jego niefortunne wypowiedzi i liczne wpadki w czasie sprawowania funkcji premiera Włoch. W jego piłkarskiej działalności podobnych smaczków również nie brakowało. Berlusconi lubił (i pewnie nadal lubi) sugerować trenerom, jaki skład mają wystawić. Podobno zdarzało się też, że w przerwach meczów wchodził, albo choćby dzwonił do szatni swojego zespołu. Na szczęście dla Milanu, Carlo Ancelotti nie posłuchał sugestii swojego szefa i w finale nie wystawił Alberto Gilardino, a Filippo Inzaghiego. Nie wyjaśniona pozostaje też rola Berlusconiego w aferze Calciopoli. Klub ówczesnego premiera został potraktowany stosunkowo łagodnie i w efekcie mógł wystartować w eliminacjach Ligi Mistrzów. Jej finał wszyscy znają.

Era Berlusconiego trwa w najlepsze i nie wygląda, by miała się rychło skończyć. Za to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nadal będzie obfitować w sukcesy tak jak do tej pory.
Radość Milanu.
Brazylijskie trio z Pucharem Mistrzów: Dida, Cafu i Serginho.
 
W finale Ligi Mistrzów 2005 sygnał do walki dał Liverpoolowi golem, jak na kapitana przystało, Steven Gerrard. Teraz też mógł to zrobić - wystarczyłoby, gdyby w sytuacji sam na sam z Didą trafił do siatki. Strzelił źle i bramkarz Milanu złapał piłkę. To był przełomowy moment tego spotkania. Byłoby 1:1, gra zaczęłaby się w zasadzie od początku. Kto wie, co stałoby się później?

Tym bardziej, że zaskakująco to właśnie Liverpool miał więcej z gry. To też coś charakterystycznego dla finałów pomiędzy Milanem a Liverpoolem. Dwa lata temu przez niemal cały mecz przeważał Milan. I przegrał. Teraz oba zespoły zamieniły się rolami.

Przed meczem zwracałem uwagę na przeciętnych skrzydłowych The Reds. Tymczasem Jermaine Penannt zagrał nadspodziewanie dobrze. Gorzej było na lewej stronie boiska, bo ani Boudewijn Zenden, ani Harry Kewell nie wnieśli do gry nic ciekawego. Za późno też na boisko wszedł Peter Crouch. Ta zmiana wydawała się wręcz oczywista. Obaj środkowi obrońcy Milanu, Paolo Maldini i Alessandro Nesta, grali bardzo przeciętnie, a gdyby dłużej musieli rywalizować z takim gigantem, mogłoby to się dla Milanu skończyć bardzo źle.
 
A Milan? Nie zagrał tak porywająco jak w półfinale z MU, ale podobno zwycięzców się nie sądzi. Słabiej zagrali Kaka i Clarence Seedorf. Ale na boisku był Filppo Inzaghi. Sposobu na jego strzelcki instynkt Rafael Benitez jeszcze nie znalazł... Miał wyczucie Carlo Ancelotti, że posłał go na boisku. W końcu Silvio Berlusconi wolał widzieć na nim od pierwszej minuty Alberto Gilardino.

Piąty Puchar Mistrzów do swojej kolekcji dołożyli Paolo Maldini i Alessandro Costacurta, czwarty Carlo Ancelotti (dwa jako zawodnik, dwa jako trener) i Clarence Seedorf (jako jedyny w trzech różnych klubach!). Tylko pozazdrościć... 
czwartek, 24 maja 2007
Filippo Inzaghi.
Filippo Inzaghi strzela drugiego gola dla Milanu. 
 
Filippo Inzaghiego, mówiąc delikatnie, nie darzę sympatią. Swoimi golami budzi we mnie irytację, ale i coś, co z braku lepszego słowa można nazwać podziwem.

Można marudzić, że Inzaghiemu brakuje polotu, fantazji w grze, że nie zachwyca swoim dryblingiem i techniką, wynajdywać mu tysiące innych braków. Cóż z tego, skoro jest piekielnie skuteczny? W końcu gole w piłce nożnej liczą się najbardziej. A Inzaghi strzelił ich w Lidze Mistrzów już 58.

Inzaghi nie strzela jakichś szczególnie pięknych goli. Pewnie większość z nich wyglądała tak druga bramka w meczu z Liverpoolem. Superpippo czai się w linii z obrońcami, by idealnie w tempo wystartować do prostopadłego podania, z zimną krwią minąć bramkarza i kulnąć piłkę do siatki. Wydaje się proste, ale aż tak wielu naśladowców Inzaghi nie znajduje. A pierwszy gol? No cóż, piłka ponoć szuka najlepszych snajperów... Przecież Superpippo strzelił mnóstwo goli po tym, jak piłka spadła mu na nogę gdzieś w tłoku, albo bramkarz odbił mu ją prosto pod nogi, a on kopnął ją do siatki.

Mówi się o nim, że mistrzem gry w linii z obrońcami drużyny przeciwnej i najlepiej unikającym spalonego piłkarzem. Wydaje się więc, że Inzaghi stoi gdzieś między środkowymi obrońcami rywali i tylko czeka na podanie. Nic bardziej mylnego, o czym najlepiej świadczy to, że w meczu z Liverpoolem przebiegł ponad 10 kilometrów.

Inzaghiego można nie lubić, ale trzeba cenić. Bo to wybitny napastnik. Pewnie wiele zespołów chciałoby mieć tak skutecznego i bezwzględnego snajpera w swoim składzie. Taki skarb ma Milan.
środa, 23 maja 2007

Stambuł, 25 maja 2005, AC Milan - Liverpool FC 3:3 (3:3, 3:0), k. 2:3. To był niesamowity mecz. To banalne stwierdzenie, ale trudno znaleźć inne słowa, które lepiej nazwą to, co działo się w Stambule.

Było jak u Hitchcocka: zaczęło się od trzęsienia ziemi (gol Paolo Maldiniego w 1 minucie), a potem było jeszcze straszniej. Kiedy po dwóch golach Hernana Crespo i jednym Maldiniego Milan schodził na przerwę prowadząc 3:0, wydawało się, że znokautowany Liverpool już się nie podniesie. Nie z tym rywalem, nie w meczu o taką stawkę. Właśnie, wydawało się... To co zdarzyło się później, ciężko racjonalnie wytłumaczyć. W 54 minucie trafił Steven Gerrard, w 56 Vladimir Smicer, a w 60 Xabi Alonso. 3:3! Co w ciągu tych sześciu minut stało się z Milanem?

A potem dogrywka i rzuty karne okraszone popisem Jerzego Dudka... 

Teraz można się tylko spierać, czy to był najbardziej dramatyczny finał w historii Ligi Mistrzów? Jedno jest pewne - o to miano może z tym spotkaniem rywalizować tylko mecz Bayernu z Manchesterem United w 1999 roku.

AC Milan - FC Liverpool 3:3 (3:3, 3:0), karne 2:3
Paolo Maldini 1 min, Hernan Crespo 39 i 44 - Steven Gerrard 54, Vladimir Smicer 56, Xabi Alonso 60

Karne: 0:0 - Serginho - nie trafił w bramkę; 0:1 - Dietmar Hamann; 0:1 - Andrea Pirlo - broni Dudek; 0:2 - Djibril Cisse; 1:2 - Jon Dahl Tomasson; 1:2 - John Arne Riise - broni Dida; 2:2 - Kaka; 2:3 - Vladimir Smicer; 2:3 - Andrij Szewczenko - broni Dudek.

AC Milan: Dida - Cafu, Jaap Stam, Alessandro Nesta, Paolo Maldini - Gennaro Gattuso (112 Rui Costa), Andrea Pirlo, Clarence Seedorf (86 Serginho) - Kaka - Hernan Crespo (85 Jon Dahl Tomasson), Andrij Szewczenko; trener - Carlo Ancelotti.
Liverpool: Jerzy Dudek - Steve Finnan (46 Dietmar Hamann), Jamie Carragher, Sami Hyypia, Djimi Traore - Luis Garcia, Steven Gerrard, Xabi Alonso, John Arne Riise - Harry Kewell (23 Vladimir Smicer) - Milan Baros (85 Djibril Cisse); menedżer - Rafael Benitez.

Żółte kartki: Jamie Carragher, Milan Baros (Liverpool)
Sędziował: Manuel Enrique Mejuto Gonzalez (Hiszpania)
Widzów: 68 000.
 ***
 
Ateny, 23 maja 2007, AC Milan - Liverpool FC. Nie da się uciec od porównań z meczem z przed dwóch lat. Ostrzę sobie zęby na podobne widowisko i jednocześnie zastanawiam się, czy się nie zawiodę. Na zdrowy rozum, nic tak szalonego jak przed dwoma laty zdarzyć się już nie może.

Liverpool w Lidze Mistrzów to znakomicie funkcjonująca maszyna. Nie ma w składzie takich wirtuozów, jak Kaka, Clarence Seedorf czy Andrea Pirlo, ale ma kapitalnie współpracujący, zaprogramowany przez Rafaela Beniteza, i do bólu konsekwentny w grze kolektyw. Bo jeśli brać pod uwagę tylko nazwiska i indywidualne umiejętności zawodników, to Liverpool powinien odpaść już wcześniej. Kłopot Rafela Beniteza to bardzo przeciętni skrzydłowi, którzy wnoszą do gry dość niewiele. Najlepszy z nich to Harry Kewell, ale jego forma z powodu notorycznych, ciężkich kontuzji jest wielką niewiadomą. Siłą rzeczy z prawej strony musi grać Steven Gerrard, choć to raczej nie jest dla niego optymalna pozycja.

Największą siłą Milanu jest oczywiście druga linia. Nad jej grą w meczu z Manchesterem United można się było tylko rozpływać. W ogóle rosso-nerri zagrali wówczas w sposób perfekcyjny. Kto wie, może w ich barwach występują dwaj najlepszych obecnie piłkarzy świata? Kaka zachwyca każdym dotknięciem piłki. Bodaj najważniejsze w jego grze to świadomość, że nie uprawia sztuki dla sztuki, ale wszystko podporządkowane jest drużynie. Właśnie powstrzymanie Kaki będzie kluczem do sukcesu dla Liverpoolu. Zapewne będzie się to starał zrobić Javier Mascherano, więc zapowiada się arcyciekawy brazylijsko-argentyński pojedynek. W ostatnich tygodniach imponuje także Clarence Seedorf. Nie pamiętam, by Holender kiedykolwiek grał równie wyśmienicie jak teraz. A przecież pomoc Milanu to też Andrea Pirlo i Gennaro Gattuso, czyli także wielcy piłkarze.

Carlo Ancelotti to trener zupełnie niedoceniany, tymczasem w ciągu ostatnich czterech lat jego Milan grał w finale Ligi Mistrzów aż trzy razy! I niech ktoś teraz powie - a takie głosy się pojawiały - że to słaby trener. Pojawiały się też głosy, że Milan gra w sposób archaiczny, ale po tym, jak zdemolował MU na San Siro, ucichły...
 
John Arne Riise powiedział, że jeśli Milan strzeli gola jako pierwszy, wpadnie w panikę. W to raczej ciężko uwierzyć. Mętlik w głowach piłkarze z San Siro mogą mieć dopiero w przypadku rzutów karnych. Nie dość, że mają świadomość koszmaru sprzed dwóch lat, to jeszcze świadomość, że Jose Reina jest dużo lepszym fachowcem od bronienia jedenastek niż ich prześladowca ze Stambułu - Jerzy Dudek. 

Patrząc na indywidualności i nazwiska, Milan powinien zdobyć siódmy w historii Puchar Mistrzów. Ale przecież to samo można było powiedzieć dwa lata temu...
 
1 , 2