Na stadionach Polski i Świata.
sobota, 31 maja 2008
Kiedy w większości europejskich lig od dawna nic się nie dzieje i w najlepsze trwa sezon ogórkowy, u nas wciąż tabela tasuje się intensywnie, tempo zmian jest niebywale dynamiczne, napięcie sięga zenitu, a radość miesza się ze smutkiem. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że sezon skończył się jakiś czas temu i wszystkie decyzje zapadają z dala od boiska.

Najbardziej zdezorientowani muszą się czuć kibice Piasta Gliwice, którzy obserwują jak ich klub porusza się I a II ligą niczym jojo. Po ostatnim meczu sezonu gliwiczanie radowali się z awansu do baraży, by kilka minut później dowiedzieć się, że w nich nie zagrają, bo… wywalczyli bezpośrednią promocję do ekstaklasy. Gdy już się z tego powodu nacieszyli i poczuli pierwszoligowcami pełną gębą, zostali z powrotem spieszeni do baraży. Nie na długo jednak – niebawem znów okazało się, że Piast w I lidze zagra bez dodatkowych meczów.

Przez chwilę, zamiast Piasta, w barażu miała grać też Arka Gdynia, ale nie będzie w skutek decyzji… wrocławskich radnych, którzy postawili veto w sprawie przejęcia Śląska przez Zbigniewa Drzymałę. Zrobili to niemal w ostatniej chwili, bo na dzień przed meczem Arki z Jagiellonią Białystok. Łatwo wyobrazić sobie, co stałoby się, gdyby głosowanie odbyło się kilkanaście godzin później – tuż przed meczem, albo już po jego rozegraniu.

Co więcej, baraży nie będzie wcale. Cieszyć się z pozostania w ekstraklasie może więc także przygotowująca się od trzech tygodni do dodatkowych gier Jagiellonia. Zawdzięcza to PZPN, którzy nie przyznał licencji na grę w I lidze Polonii Bytom. Jest to co prawda decyzja ostateczna, ale jak pokazuje wieloletnia praktyka w takich przypadkach, chyba jeszcze sporo może się zmienić i nie wykluczone, że Polonia do ligi jednak wróci.

Decyzja o nie przyznaniu licencji Polonii spowodowała również kilka zmian na zapleczu ekstraklasy. Widzew Łódź, mający od nowego sezonu grać w III lidze, zagra najpewniej na zapleczu ekstraklasy. W odwrotnym kierunku ma powędrować Tur Turek, który mimo że utrzymał się w II lidze, to jednak z niej spadł. Nie należy się jednak do tych werdyktów zanadto przywiązywać, ponieważ jeszcze naprawdę wszystko może się zdarzyć.

Przy okazji wyraźnie widać, jak bardzo kulawy jest system degradowania z ligi klubów, które nie spełniają warunków licencyjnych. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego drużyna, która nie dostała licencji na sezon 2008/2009, karana jest ostatnim miejscem w sezonie 2007/2008, czyli tym, którego postępowanie nie dotyczy. Gdyby przepisy były sformułowane inaczej, nie byłoby całego zamieszania z Widzewem i Turem.

Prawo gry w Pucharze UEFA wywalczyła Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, miał w nim grać Śląsk Wrocław, a wystąpi… Lech Poznań. Kolejorz stał się tym samym bodaj pierwszym klubem w Europie, który z Pucharu Intertoto przedostał się do Pucharu UEFA nie wychodząc na boisko. Opuszczone przez Lecha miejsce w Intertoto zajęła Cracovia, która zajęła w tabeli 7. miejsce. Ciekawe, czy jej piłkarze upomną się o premie za awans do europejskich pucharów?

Po przetasowaniach w czołówce najbardziej zestresowanym człowiekiem jest Zbigniew Drzymała – wciąż niepewny swojego miejsca we Wrocławiu, ale już pozbawiony szans gry w pucharach, jeśli zostałby ostatecznie w Grodzisku Wielkopolskim.

W I i II lidze (czy może raczej: w ekstraklasie i I lidze) grają łącznie 34 kluby. Kibicom, piłkarzom, trenerom i działaczom aż dziesięciu z nich po sezonie robiono (i robi się nadal) wodę z mózgów, wikłając je w potężne zamieszanie. Ten chaos potrwa jeszcze zapewne kilka tygodni i wiele wskazuje, że może się jeszcze sporo wydarzyć. Pozostaje mieć już tylko nadzieję, że w tym czasie nie zmieni się mistrz Polski…
piątek, 30 maja 2008
Podczas przygotowań do ostatnich finałów mistrzostw świata Paweł Janas postanowił, że lepiej się stanie, jeśli prowadzona przez niego reprezentacja będzie trenowała przed nadchodzącym mundialem w ciszy oraz spokoju i… zamknął treningi dla osób postronnych. Kibice chcący popatrzeć jak nasi piłkarze biegają między tyczkami i grają w dziada, wściekali się, że trener zawłaszcza dobro ogólnonarodowe. Rozdrażniło to również dziennikarzy, którzy w przeważającej większości krytykowali Janasa za jego decyzję, kpiąc, że biedak najwyraźniej ze stresu postradał zmysły.

Podobnie jak Janas dwa lata temu postępuje dziś Leo Beenhakker. Holender na ostatnim zgrupowaniu przed rozpoczęciem Euro 2008 zamknął treningi, wszystkie dziury w płocie okalającym boisko nakazał zasłonić ciemną płachtą i – jakby tego wszystkiego było mało – na straży reprezentacyjnego spokoju ustawił ochroniarzy. Nikt poważny Beenhakkera rabanu nie wszczyna, traktuje się te decyzje jako coś normalnego, a nieliczne głosy rozczarowania formułowane były z pewną taką nieśmiałością i zrozumieniem.

I słusznie. Krytykowanie trenera za to, że zamyka trening jest nonsensowne i po prostu głupie. Na ostatniej prostej przed wielką imprezą reprezentacja potrzebuje ciszy, skupienia podczas zajęć i możliwości przećwiczenia nowych rozwiązań, a nie odpustowej atmosfery dookoła boiska, która koncentracji i ciężkiej pracy wybitnie nie sprzyja. Wiedzą coś o tym Brazylijczycy, których treningi przed niemieckim mundialem przypominały bardziej występy kuglarskiej trupy na jakimś festynie niż zajęcia drużyny piłkarskiej z prawdziwego zdarzenia. Takie podejście – jak pamiętamy – skończyło się kompletną klapą.

Jakie będą efekty zasłon Beenhakkera i jego sztabu dowiemy się już niebawem. Wyrokowanie o czymkolwiek na podstawie gier z Macedonią oraz Albanią jest prawie niemożliwe, ponieważ niezwykle trudno spojrzeć z dystansu i bez emocji na grę reprezentacji w tak trudnym okresie. Na kilka dni przed mistrzostwami udowodnić można dosłownie wszystko – wystarczy chcieć.

Tłumaczenia i wymówki są znane od dawna. Skoro gra biało-czerwonych wyglądała niewyraźnie, musi to oznaczać, że treningi były ciężkie, brakuje świeżości i zgrania, trzeba uważać na zdrowie, forma przyjdzie dopiero na najważniejsze mecze, wszystko jest pod kontrolą i mamy jeszcze sporo czasu, a w Europie nie ma już słabych drużyn, a na dodatek to była tylko zasłona dymna. I nic to, że tak pocieszaliśmy się przed każdym z dwóch ostatnich mundiali… A przecież jest jeszcze krzepiący przykład z historii: cztery lata temu w przededniu mistrzostw Grecy przegrali z nami 0:1, by miesiąc później zostać mistrzami Starego Kontynentu.

Jeśli reprezentacja rozbiłaby bałkańskich rywali w proch i pył strzelając im tuzin goli, zachwytom nie byłoby końca (tym bardziej, że nie ma już w Europie słabych drużyn): optymiści widzieliby już kadrę w finale mistrzostw Europy; bardziej powściągliwi tonowaliby nastroje, twierdząc, że medal pewny, wszelako z finałem trzeba się jeszcze trochę wstrzymać. Piłkarze opowiadaliby, że co prawda już czują się mocni, ale będą jeszcze lepsi – forma nie zając, nie ucieknie. I tak dalej, i tak dalej.

Jeżeli Beenhakker nie poprzestałby na zamykaniu dla widowni treningów, ale postanowił także zasłonić jakąś kurtyną mecze z Macedonią i Alboanią, wiedzielibyśmy niewiele mniej niż po ich obejrzeniu. Bo nawet jeśli wszyscy widzieli, że Maciej Żurawski odzyskał lekkość, z której słynął przed laty, to na razie zaprezentował ją tylko na tle albańskich obrońców. Z całym szacunkiem, ale na Euro będziemy grać z lepszymi.
sobota, 17 maja 2008

Złotka.

Polskie siatkarki stają przed trzecią szansą wywalczenia olimpijskich paszportów. Nie udało się ich zdobyć na Pucharze Świata i w europejskich kwalifikacjach w Halle, ale uda się w Tokio. Krótko mówiąc: do trzech razy sztuka. 

Awansu Polek do igrzysk olimpijskich w Pekinie jestem pewien, mimo że w sporcie, a zwłaszcza w kobiecej siatkówce, możliwe jest absolutnie wszystko. Jednak mając w pamięci bardzo dobrą (choć również wyjątkowo nierówną) grę reprezentacji na styczniowym turnieju w Halle, trudno wyobrazić sobie inny scenariusz niż wywalczenie w Japonii olimpijskich paszportów. Tym bardziej, że rywalki – poza reprezentacją Serbii – nie są ze światowego topu, a kwalifikacje wywalczą aż trzy zespoły. Co prawda Polki w ostatnich latach w meczach z Japonią, Koreą Południową czy Dominikaną przeszły bardzo wiele i nie wszystkie z tych spotkań wspominają z uśmiechem, ale to była inna gra, inna stawka, inne zaangażowanie i kompletnie inne okoliczności (by przypomnieć tylko te nieszczęsne mistrzostwa świata sprzed dwóch lat i całą tę fatalną zawieruchę, która je poprzedziła). Teraz, kiedy wszystko jest podporządkowane olimpijskiemu awansowi, porażki z zespołami tej klasy i brak reprezentacji na igrzyskach w Pekinie byłyby prawdziwą katastrofą i – nie będzie w tym chyba przesady – wyjątkowo brzydką plamą w historii polskiej siatkówki.

Marco Bonitta, myśląc już zapewne o turnieju olimpijskim i kształcie kadry po nim, zwolnił z udziału w cyklu Grand Prix Małgorzatę Glinkę, Katarzynę Skowrońską i Marię Liktoras. Chwila wytchnienia po morderczym sezonie w klubach i reprezentacji może się dla nich (i dla kadry) okazać wprost nieoceniona. Szczególnie dla Glinki, która podczas meczów reprezentacji jest obciążana najmocniej i od jej dyspozycji gra drużyny jest uzależniona w największym stopniu. Wiele zresztą wskazuje na to, że cykl Grand Prix będzie podporządkowany głównie szukaniu ostatnich ogniw do reprezentacyjnej dwunastki. Znaki zapytania w kadrze są już chyba tylko dwa – najmniej pewne wydają się pozycje Karoliny Ciaszkiewicz i Agnieszki Bednarek.

Dobrze by było, by przykład z kolegi po fachu wziął Raul Lozano i nie obciążał organizmów swoich największych asów w Lidze Światowej. Szansę w tych rozgrywkach powinni dostać zmiennicy i mniej obyci na reprezentacyjnym szczeblu zawodnicy, dla których takie przetarcie może okazać się bezcenne. W perspektywie igrzysk – nie wątpię, że również siatkarze się do nich zakwalifikują – trzeba chuchać i dmuchać na obolałe plecy Pawła Zagumnego, dbać o zdrowie Mariusza Wlazłego i dać porządnie odpocząć po morderczym sezonie w lidze włoskiej Michałowi Winiarskiemu, a nie fundować im męczące podróże po całej kuli ziemskiej i dodatkowe mecze. Zwłaszcza, że wynik w tegorocznej edycji Ligi Światowej jest kompletnie bez znaczenia – w tym roku liczy się tylko Pekin.

Podobno Marco Bonitta powiedział kiedyś, że na ostatniej konferencji prasowej przed wylotem na igrzyska olimpijskie będzie już mówił po polsku. To miło, ale tak naprawdę Bonitta może na niej mówić po polsku, włosku, chińsku, albo po prostu milczeć. Najważniejsze jest to, by jego zespół wywalczył w Tokio olimpijski awans i był powód, by tę konferencję zorganizować…

10:47, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 maja 2008

Zenit - Rangers 2:0

W finale Pucharu UEFA wygrał nie tylko Zenit St. Petersburg, ale również piłka nożna jako dyscyplina. Taka teza może na pierwszy rzut oka wydawać się niedorzeczna – w Manchestrze nie wydarzyło się przecież nic wielkiego i nijaki mecz wkrótce zatrze się w pamięci obserwatorów.

Wygrał futbol, bo w środowy wieczór tylko Zenit uprawiał ten sport. Rangersi woleli przeszkadzać i murować bramkę, bestialsko zarzynając całą radość płynąca z gry w piłkę nożną, licząc na to, że w ten sposób doczłapią do konkursu rzutów karnych. Udało im się w ten sposób wygrać z Fiorentiną, z Zenitem już na szczęcie nie. Można oczywiście opowiadać, że piłkarze Waltera Smitha dobrze przesuwali się po boisku, wzorowo asekurowali, ale do drużyn, które grają tak brzydko i zachowawczo trudno poczuć jakąkolwiek sympatię.

Dobrze się stało, że taka postawa nie została nagrodzona Pucharem UEFA.

***

Trudno było się zakochać w stylu gry Rangersów, ale można było polubić tę drużynę za to, jak zachowywała się po meczu. Przyjemnie było oglądać pokonanych, którzy gratulują rywalom, a po chwili biją im brawo, patrząc jak zwycięzcy wznoszą trofeum.

Przegrywać też trzeba umieć z klasą. Nie wszyscy to potrafią. Rangersi – tak.

***

Nie ma chyba takiego sportowego wydarzenia, w którym nie udałoby się odnaleźć mniej lub bardziej skrytego polskiego akcentu, mającego zwykle fundamentalne znaczenie dla losów rozgrywki. Takim polonikiem w finale Pucharu UEFA był oczywiście… Chorwat Ivica Kriżanac, który zanim zaczął osiągać sukcesy z Zenitem, kilka lat brylował na polskich boiskach w barwach Górnika Zabrze i Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski.

Niewielu zagranicznych piłkarzy po grze w naszej lidze potrafiło zaistnieć na wyższym szczeblu. Jimmy Conrad kilka lat po epizodzie w Lechu Poznań zagrał na mistrzostwach świata, Emmanuel Tetteh strzelał gole w Szwecji i Turcji, a Kalu Uche trafił do bramki Barcelony. Kriżanac bije wszystkich na głowie – po wyjeździe z Polski zdobył mistrzostwo Rosji i Puchar UEFA.

***

Jeśli za kilka lat Kriżanac będzie wspominał swoją karierę, City of Manchester Stadium będzie mu się kojarzył wyjątkowo miło. Głównie za sprawą Pucharu UEFA, ale nie tylko…

Pierwsze kroki na międzynarodowej arenie Kriżanac stawiał w barwach Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Jesienią 2003 roku piłkarze z Wielkopolski w II rundzie Pucharu UEFA mierzyli się z Manchesterem City. W pierwszym meczu – właśnie na City of Manchester Stadium – po pięknym golu Sebastiana Mili Dyskobolia zremisowała 1:1. W rewanżu było 0:0 i piłkarze z Grodziska mogli cieszyć się z awansu do kolejnej rundy Pucharu UEFA.

Kto wie, może gdyby nie pucharowa przygoda sprzed pięciu lat, Kriżanac grałby teraz nie w Zenicie, ale w Wiśle albo Lechu?

***

Dick Advocaat cztery lata pracował jako menedżer w Glasgow Rangers. Może dlatego po ostatnim gwizdku sędziego sprawiał wrażenie mocno stonowanego, a może po prostu nie do końca do niego docierało, że właśnie osiągnął największy sukces w swojej trenerskiej karierze. Choć Holender dwukrotnie był selekcjonerem Oranjes, prowadził również PSV Eindhoven, Glasgow Rangers i Koreę Południową, to wydaje się, że swoją ziemię obiecaną znalazł dopiero w Sankt Petersburgu.

Co ciekawe, Advocaat do Glasgow przybywał w 1998 roku jako następca… Waltera Smitha – swojego rywala z finału Pucharu UEFA 2008.
sobota, 10 maja 2008
Wczoraj, na dzień przed zakończeniem rozgrywek I ligi, ustalono wreszcie, że barażowy dwumecz o grę w ekstraklasie w przyszłym sezonie jednak się odbędzie. Malkontenci wprawdzie narzekają, że z podjęciem ostatecznej decyzji zwlekano skandalicznie długo, ale nie jest to chyba do końca prawdą. Nie wysilając się specjalnie można sobie przecież wyobrazić, że ostateczny system spadków i awansów wyłoniłby się tydzień przed kolejnych rozgrywek albo wcale. Co gorsza – w naszych realiach, nieustającego bałaganu i napięć między PZPN a Ekstraklasą SA, nie jest to tak absurdalne i niemożliwe, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.

Wypada mieć nadzieję, że to już ostatni sezon I ligi w naszym kraju, który kończy się barażami. To kompletnie idiotyczny i nienaturalny sposób na wydłużenie sezonu, który nie jest potrzebny nikomu, oprócz drugoligowców, którzy chcą wedrzeć się na ligowe – za przeproszeniem – salony.

O tym, jak kulawy jest pomysł rozgrywania baraży, świadczą też liczby – pierwszoligowiec pomiędzy swoim ostatnim spotkaniem w lidze a pierwszym meczem barażowym będzie miał aż 18 dni przerwy, drugoligowiec ledwie 3, co może okazać się kluczowe dla ostatecznego rozstrzygnięcia. W uprzywilejowanej pozycji będzie drugoligowiec, który do gry o miejsce w ekstraklasie przystąpi z marszu; z kolei trener pierwszoligowca będzie musiał się sporo nagimnastykować, by utrzymać formę swoich zawodników przez tak długi czas po zakończeniu rywalizacji w lidze.

Przeciwko barażom przemawia jeszcze jeden istotny fakt – w Polsce ich rozgrywanie sprzyja rozmaitym aferom i mętnym interesom. Rozpoczęło się od chryi o Branko Rasicia (pamięta go ktoś jeszcze?) ze Szczakowianki Jaworzno, który miał być rzekomo nieuprawiony do gry w barażach przeciwko RKS Radomsko. Rok później miały miejsce jeszcze bardziej gorszące wydarzenia – słynne baraże Szczakowianki ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki z handlem i korupcją w tle. Dość powiedzieć, że to po nich doprowadzono do nowelizacji kodeksu karnego, dopisując do niego art. 296b o przekupstwie w sporcie. Na tym nie koniec – podobno nieciekawie działo się też przy dwumeczu Arki Gdynia z Jagiellonią Białystok na mecie rozgrywek 2005/2006.

W ubiegłym sezonie do baraży nie doszło z powodu zamieszania związanego z karnymi degradacjami. Świat się z tego powodu nie skończył, polska piłka tego nie odczuła, a większość kibiców nawet nie zauważyła, że czegoś brakuje. Skoro tak – skończymy z tymi barażami raz na zawsze.
czwartek, 08 maja 2008

Kiedy Jerzy Engel konstruował kadrę na koreańsko-japoński mundial, przez kraj przechodziły pomruki niezadowolenia, a momentami wręcz oburzenia. Powiadano, że selekcjoner powołując piłkarzy do reprezentacji, kieruje się głównie zasługami, sentymentami, nazwiskami, osobistymi sympatiami, antypatiami, jakimiś mglistymi układami i układzikami, dobrych czasów wspomnieniami… Słowem: wszystkim, za wyjątkiem sportowej formy, czyli – było, nie było – rzeczą najważniejszą.

Dziś Leo Beenhakker ogłosił, że na ostatnie zgrupowanie przed mistrzostwami Europy (a co za tym idzie na finały do Austrii i Szwajcarii pewnie też) pojedzie Radosław Matusiak, ale zapewne mało kto zarzuci Leo Beenhakkerowi podobne motywacje jak Engelowi sześć lat temu. Nie wypada tego robić. Nie wypada. Krytykowanie Holendra, czy nawet dzielenie się wątpliwościami dotyczącymi jego decyzji, jest często uznawane za wściekły atak nieprzychylnego i zawistnego pseudoeksperta, który nie rozumie koncepcji trenera.

Selekcjoner reprezentacji może oczywiście dobierać piłkarzy jak mu się żywnie podoba, ale dobrze byłoby, gdyby jego decyzje miały jakieś sportowe podstawy, nawiązujące do aktualnej dyspozycji zawodnika. Tymczasem powołanie Matusiaka trudno wytłumaczyć czymś więcej niż zaufaniem, nadzieją, wspomnieniami i chęcią wynagrodzenia za zasługi - podobnie wyjaśniano, niektóre nominacje Jerzego Engela, za które ten zbierał zresztą cięgi.

Sportowych argumentów, które przemawiałyby za Matusiakiem, po prostu nie ma. Od ostatniego meczu, w którym rzeczywiście błysnął, minęło już mniej więcej półtora roku i niewykluczone, że to wydarzenie zacznie niedługo funkcjonować w formie legendy. Od tego czasu Matusiak gra tyle, co kot napłakał, zwiedzając kolejne kluby i ich ławki rezerwowych, całą energię poświęcając – momentami nieprzyzwoitej – autoprezentacji w mediach, podczas której nadyma się tak, iż zachodzi poważna obawa, że już za chwilę, dosłownie za sekundę, pęknie z hukiem jak przekłuty balon. Opowiadanie o tym, gdzie może siedzieć na ławce, a gdzie nie, czy wypowiadanie innych podobnych mądrości, jest po prostu niepoważne.

Swoją drogą, zastanawiam się, czy Matusiak wkrótce nie zostanie dopisany do bogatego katalogu piłkarskich meteorów, które błysnęły w naszej ekstraklasie i szybko zgasły po wyjeździe za granicę, nie sprawdzając się w żadnej, silniejszej niż polska, lidze.

W czasie, kiedy Matusiak miał okazję do porównania komfortu ławek rezerwowych w Palermo, Heerenveen i Krakowie, Artur Wichniarek regularnie grał w Bundeslidze, strzelając nawet od czasu do czasu bramki. Leo Beenhakker wszystkie te mecze i gole w chyba całkiem niezłej lidze niemieckiej wycenił ledwie na dwa dni zgrupowania i 45 minut w towarzyskiej grze z Czechami. Może jednak warto było się napastnikowi Arminii Bielefeld przyjrzeć nieco uważniej?

Leo uznał, że nie warto. Tak samo jak sześć lat temu Engel, który Wichniarkowi dał pograć dokładnie tyle samo – tylko jedną połowę sparingowego meczu z Kamerunem. Różnica jest jednak taka, że jeśli biało-czerwoni zaprezentują się w Austrii tak samo źle jak w Korei Południowej, brak Wichniarka, Radomskiego czy Głowackiego wypomną Beenhakkerowi tylko nieliczni, a już na pewno nikt nie będzie się domagał tak bezwzględnego rozliczenia Holendra, jak jego poprzedników.