Na stadionach Polski i Świata.
sobota, 17 maja 2014

Jorge Jesus / fot. Alface (Wikimedia Commons)

Jorge Jesus drugi rok z rzędu był blisko triumfu w Lidze Europy, ale w finale jego Benfica przegrała z Sevillą w rzutach karnych. Dla portugalskiego szkoleniowca to nie pierwszyzna – dawno temu w podobnych okolicznościach zakończył swoją pierwszą przygodę z europejskimi pucharami. Rozgrywki cieszyły się dużo mniejszym prestiżem, grano na zgrzebnym stadionie ze słabszym rywalem, lecz końcowy efekt był taki sam.

Latem 1998 roku Jesus zmienił odchodzącego do FC Porto Fernando Santosa (ten dzisiaj szykuje się do wyjazdu na mundial z reprezentacją Grecji) i rozpoczął pracę w skromnej Estrelii Amadora, która reprezentowała Portugalię w Pucharze Intertoto. Jej pierwszym i – jak się później okazało – ostatnim rywalem w tych rozgrywkach był Ruch Chorzów, prowadzony wówczas przez Oresta Lenczyka.

Areną podwójnego debiutu Jesusa – pierwszy oficjalny mecz w roli trenera Estrelii i w europejskich pucharach – był stadion przy Cichej w Chorzowie. Od początku grę prowadził Ruch, ale nie potrafił wykorzystać przewagi. Rzut karny zmarnował Mariusz Śrutwa, jego koledzy pudłowali w dobrych okazjach (Lenczyk naliczył ich osiemnaście), a długo grający w dziesiątkę Portugalczycy szczęśliwie się bronili. Jedynego gola dla gospodarzy strzelił Krzysztof Bizacki, ale grająca w osłabieniu Estrela szybko wyrównała po samobójczym trafieniu Janusza Nawrockiego i mecz zakończył się remisem 1:1.

W rewanżu drużyny zamieniły się rolami. Estrela atakowała, miała wiele sytuacji do zdobycia gola, ale tylko raz potrafiła pokonać świetnie broniącego Piotra Lecha. Ruch odpowiedział kilkanaście minut później golem Bizackiego i nieco rozpaczliwie bronił remisu do końca meczu. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i o wszystkim miał zdecydować konkurs jedenastek. W nich sprawy toczyły się szybko. Pierwszy strzał Portugalczyków obronił Lech, drugi poleciał w maliny, a „Niebiescy” byli bezbłędni. Ruch wygrał w rzutach karnych 4:2 i awansował do IV rundy Pucharu Intertoto.

Po meczu – jak relacjonował Leszek Orłowski z „Piłki Nożnej” – Jesus powiedział, że rzuty karne nigdy nie były silną stroną Estrelii i liczył się w nich z porażką...

Czego spodziewał się po rzutach karnych w meczu z Sevillą?

 

czwartek, 15 maja 2014

Jeden z kibiców Benfiki miał na szyi różaniec. Jeśli modlił się na nim, to koraliki wytarły się od kolejnych zdrowasiek odmówionych w intencji następnego triumfu jego klubu w europejskich pucharach.

Od poprzedniego minęły długie 52 lata. W tym czasie Benfica siedem razy grała w finale jednego z europejskich pucharów – mecz z Sevillą był ósmy – i za każdym razem przeżywała porażkę. Mogła tylko patrzeć, jak pod bokiem wyrasta jej FC Porto, któremu dwukrotnie udało się wygrać Puchar Mistrzów, a po razie Puchar UEFA i Ligę Europy. Mogła tylko patrzeć jak dawni rywale budują sportowe i finansowe imperia, powstają nowe europejskie potęgi i znosić kolejne upokorzenia, bo okazało się, że dumny klub jest za mały na wygrywanie z najlepszymi.

Pozostało tylko wycierać kurz ze starych pucharów i oglądać coraz gorsze filmy z dawnych zwycięstw. Jasne, w tym czasie Benfica wygrywała w lidze, miewała wielkie chwile w europejskich pucharach, ale po wszystkim pozostawał niedosyt. Finał z Sevillą miał przynieść ulgę, ale dostarczył kolejnych rozczarowań.

Przegrani często są bardziej interesujący od zwycięzców. Tak jest w tym przypadku – losy Benfiki, historia jej finałowych dramatów i nieszczęśliwych porażek oraz klątwa Beli Guttmanna są przecież tematami na pasjonujące opowiadanie. Wielkiego klubu nie da się sprowadzić wyłącznie do wielkich porażek, ale te są istotną częścią jego tożsamości. Znienawidzoną przez wszystkich, którzy są z nim związani zawodowo i emocjonalnie.

*

W poprzednim sezonie Jesus cierpiał w doliczonym czasie gry.

Właśnie wtedy Benfica traciła gole, które zabierały jej mistrzostwo Portugalii i szanse na zwycięstwo w Lidze Europy. Rozmiar tragedii był jeszcze większy, bo również w końcówce meczu piłkarze z Lizbony wypuścili trzymany już jedną ręką Puchar Portugalii.

Każda porażka boli, ale odniesiona w takich okolicznościach musi być szczególnie trudna do zniesienia. Jeśli zdarza się trzykrotnie w tak krótkim czasie, to musi być odbierana jak wyjątkowo brutalne tortury.

Benfica miała odgryźć się w tym sezonie. Mistrzostwo wywalczyła szybko – już w niedzielę wielkanocną – i w efektownym stylu. Przygoda w Lidze Mistrzów była rozczarowująca, bo Benfica odpadła już w fazie grupowej. Gra w finale rozgrywanym na Estadio da Luz była mrzonką, ale awans do części pucharowej wydawał się być obowiązkiem sportowym i finansowym. Na pocieszenie pozostał finał Ligi Europy.

Chciało się w nim kibicować Benfice. Historia, pozycja w europejskiej piłce, długie lata bez trofeum i zeszłoroczne – to wszystko kazało lokować sympatię w drużynie z Lizbony. Pomnikowy klub zasłużył w końcu na trofeum.

Pocieszenie okazało się udręką. Benfica – nawet jeśli na początku wydawała się sparaliżowana długimi latami bez triumfu w Europie – była blisko zwycięstwa, ale znowu przegrała we wredny sposób. Rok temu w ostatniej chwili, teraz po jedenastkach. Można odnieść wrażenie, tak paskudnie układa się ta historia, że za rok Benfica znowu zagra w finale, by przegrać po golu samobójczym.

Na razie zatrzymała się na drugiej stacji – Jesus cierpiał w rzutach karnych. A czerwona część Lizbony razem z nim.

*

Przed dogrywką przy piłkarzach Benfiki krzątał się Rui Costa – tego poklepał po plecach, tamtego pokrzepił dobrym słowem, a jeszcze innemu podał picie. Gdyby był dziesięć lat młodszy, to bardzo przydałby się na boisku.

Benfica długo grała nerwowo, nie potrafiła zawiązać ataków i złapać rytmu gry. Poźniej szukała szczęścia w nieco podwórkowym graniu, opartych na na żywiołowych, ale często nieuporządkowanych atakach. Niewiele brakowało, żeby w tym szaleństwie Benfica znalazła metodę, ale za każdym razem sprawa rozbijała się niuanse – kiepskie przyjęcie, przeciętny strzał, imponujące bloki piłkarzy Sevilli.

Czasami brakowało też zmyślniejszego prowadzenia gry. Nie było w Benfice reżysera, który dyktowałby warunki gry, zmyślnie obsłużył partnerów i dał tej drużynie nutkę finezji. Próbował tej sztuki Ruben Amorim – jego podanie do Maxiego Pereiry było dziełem sztuki – ale nie jest do piłkarz o odpowiednich predyspozycjach. Nie jest nim również szeroko reklamowany Andre Gomes, na którym w przyszłości Benfica zarobi grube miliony.

Benfica było blisko zwycięstwa, ale poza wszystkimi osłabieniami i niedostatkami w jej grze, zabrakło też człowieka, który może biegałby mniej i wolniej, ale szybciej i mądrzej myślał.

*

Rzuty karne to loteria – przynajmniej zgodnie z bezrefleksyjnie powtarzanym powiedzeniem.

To bzdura, bo rzuty karne to normalny element gry. Bardziej przypadkowy od regularnego meczu, ale wciąż jeszcze za mało, by nazywać go loterią. Nie decyduje przecież ślepy los, lecz umiejętności, odporność psychiczna i małe sztuczki – zobaczmy jak daleko od linii bramkowej Beto odbijał piłkę po strzałach zawodników Benfiki – z obu stron. Na sukces składają się talent i osobowość, ale byłoby to niewiele warte bez rzeczy, które można wytrenować i wymyślić.

Szczęście jest ważne, ale samo w sobie nic nie da. Tak jak podczas gry, bo rzuty karne to właściwie mecz w pigułce. Tutaj też zdarza się, że przegrywa ten, który gra lepiej i ma lepszych piłkarzy.

*

Oscar Cardozo strzelił sporo goli z rzutów karnych, ale niewykorzystał dwóch, które mogły mu dać sportową nieśmiertelność. Nie został okrzyknięty głównym winowajcą, odpowiedzialność rozmyła się na całą drużynę, lecz bohaterem został ktoś inny.

W ćwierćfinale mundialu w RPA Cardozo mógł bardzo skomplikować życie Hiszpanii, ale jego strzał z jedenastki obronił Iker Casillas. Być może gdyby strzelił gola, to historia futbolu potoczyłaby się inaczej. Hiszpanie w tamtym turnieju tylko raz stracili pierwsi gola i od razu przegrali mecz – lepsi na inaugurację mistrzostw byli Szwajcarzy. Niewykluczone, że podobny byłby scenariusz meczu z Paragwajem, bo piłkarze z Ameryki Południowej – jedna z najnudniejszych drużyn ostatnich mundiali – już na początku meczu zaparkowali autobus przed własną bramką i skutecznie bronili się przed misternie tkanymi atakami Hiszpanów.

W finale Ligi Europy odpowiedzialność Cardozo była nieco mniejsza, bo w konkursie rzutów karnych nie trafił też Rodrigo. Paragwajczyk spudłował jednak jako pierwszy i to był przełomowy moment całej serii. Od tego momentu warunki, na których strzelano jedenastki były już inne.

Podczas rzutów karnych kibic z różańcem na szyi pewnie nerwowo obracał w dłoniach kolejne koraliki, ale modlitwy jeszcze raz zdały się na nic. Można zwątpić, przynajmniej na chwilę.

 

środa, 14 maja 2014

Największym beneficjentem meczu reprezentacji Polski z Niemcami był PZPN, który na całej imprezie zarobił kilkaset tysięcy euro. Dla kadry wycieczka do Hamburga nie miała większego znaczenia – ani jej nie zaszkodziła, bo trudno już to zrobić, ani specjalnie nie pomogła. 

Adam Nawałka będzie oczywiście przekonywał, że gra z niemiecką drużyną przyszłości miała głęboki sens, była niezbędna w kontekście nadchodzących eliminacji do mistrzostw Europy – taki już los selekcjonera – ale trudno ten mecz traktować poważnie. Swoim charakterem przypominał zimowe sparingi kadry w ciepłych krajach, które przez lata służyły przede wszystkim do zarabiania pieniędzy i produkcji coraz bardziej niedorzecznych reprezentantów kraju. PZPN zapowiedział, że zerwie z takimi wyprawami, ale przecież nic nie szkodzi, by od czasu do czasu podobne wyjazdy opakować atrakcyjniej i zorganizować w innym terminie. Tak było tym razem – rywal był znacznie bardziej markowy niż podczas zwykłych zgrupowań, mecz rozegrano na porządnym stadionie, a biało-czerwoni zagrali w silniejszym składzie niż w podobnych przypadkach. Wartość tego sprawdzianu była jednak podobna do gierek rozgrywanych dawniej na tureckiej prowincji. Można się tylko zastanawiać, czy większego pożytku reprezentacji nie przyniosłaby konsultacja składająca się wyłącznie z treningów i krótkiej gry wewnętrznej. Niewykluczone, ale przecież na takim obozie nie dałoby się nic zarobić.

Mecz z Niemcami dał kilka odpowiedzi, ale raz, że większość z nich od dawna wszyscy mieli na końcu języka, dwa – pytania były raczej trzeciorzędne.

Najwięcej emocji budziło powołanie Thiago Cionka. W debiucie w reprezentacji Polski wypadł przyzwoicie, ale też potwierdził opinię, którą pozostawił po sobie w Ekstraklasie. To wciąż przecina, prosty piłkarz, który potrafi grać twardo, czasami – jak pamiętamy – brutalnie i nieźle radzi sobie w kryciu. Cionek może znaleźć swoje miejsce na zapleczu reprezentacji, jako kolejny stoper do gry w kryzysowych sytuacjach, ale w żadnym razie nie odmieni jej gry. Inwestowanie w niego byłoby niezrozumiałe.

Kadry nie zbawi też Marcin Robak, który i tak walczy tylko o pozycję zmiennika Roberta Lewandowskiego. To bardzo dobry napastnik w warunkach ligowych i tylko w nich. Poziom międzynarodowy to dla Robaka zbyt wysokie progi – nie przekonał w Turcji, nie potrafi też odnaleźć się w reprezentacyjnych epizodach nawet z kiepskimi rywalami.

Próbowanie Robaka w kadrze to strata czasu, być może rozpaczliwa konieczność, ale w ten sposób Nawałka kupuje sobie spokój. Nikt nie może mu zarzucić, że pomija napastnika, który w Ekstraklasie nastrzelał tyle goli. Selekcjoner powinien jednak patrzeć w perspektywie kilkunastu miesięcy. A Robak ma już przecież 32 lata, dopiero teraz rozgrywa swój życiowy sezon i wiele wskazuje, że już nigdy nie zbliży się do tego poziomu.

Kiepska gra Robaka w Hamburgu w dużym stopniu wynikała też z marnej gry centrum drugiej linii. To poważny problem, bo akurat te pozycje były obsadzone optymalnie. Grzegorz Krychowiak i Mateusz Klich są pewniakami na mecze eliminacyjne, wysokie notowania – choć najwyższe akurat kiedy nie ma go w kadrze – ma Ludovic Obraniak. Z Niemcami cała trójka raczej skupiała się na przeszkadzaniu, miała problemy z prowadzeniem akcji biało-czerwonych, nie potrafiła przejąć inicjatywy na boisku i utrzymać piłki. Lepiej w tych elementach prezentowała się niemiecka młodzież, która przecież w takim składzie grała po raz pierwszy.

Skoro tak było teraz, to strach pomyśleć, co będzie, gdy z Krychowiakiem, Klichem i Obraniakiem będzie rywalizował pierwszy garnitur Niemiec albo twardzi Irlandczycy i Szkoci. Reprezentacja Polski to dzisiaj wyjątkowo ciężki przypadek. Kadra od dawna tkwi w marazmie, nadal nie gra w piłkę i nie daje żadnych powodów do optymizmu.

 

wtorek, 06 maja 2014

Marcin Brosz został zwolniony z Piasta Gliwice. Sam ukręcił na siebie bicz – w zeszłym sezonie ze skromną drużyną ugrał zbyt wiele.

Czwarte miejsce Piasta na mecie poprzednich rozgrywek było wynikiem równie sensacyjnym, co osiągniętym ponad stan. Brosz potrafił doprowadzić do życiowej formy kilku zawodników, umiejętnie dopasować sposób gry do posiadanych piłkarzy i regularnie punktować w meczach z ligowymi średniakami. W wyrównanej i nieprzewidywalnej lidze pozwoliło to osiągnąć jednorazowy sukces, ale trudno było się spodziewać, że Piast będzie potrafił utrzymać dyspozycję także w kolejnym sezonie.

Historia uczy, że polskie kluby muszą odchorować tak niespodziewane wyskoki. Najlepszym przykładem jest Ruch Chorzów, który w ostatnich latach popada w skrajności. „Niebiescy” w jednym sezonie potrafią zameldować się na podium, by w następnym do końca walczyć o utrzymanie. W bieżących rozgrywkach obserwujemy piąty etap tego cyklu – Ruch akurat zakręcił się w czołówce. Czasami trudno to racjonalnie wyjaśnić; widocznie siła drużyny, jej poziom organizacyjny, chimeryczni przeciwnicy i suma innych okoliczności pozwalają danemu klubowi dobrze punktować tylko raz na dwa sezony.

Dzisiaj Piast jest czternasty i do końca będzie zamieszany w walkę o utrzymanie. Sytuacja drużyny jest kiepska, ale obecne miejsce w tabeli lepiej odzwierciedla potencjał gliwiczan, niż ubiegłoroczny wzlot. Inaczej byłaby też oceniana, gdyby zeszły sezon Piast zakończył na – powiedzmy – dziewiątym miejscu. Nadal byłoby to dobre osiągnięcie ówczesnego beniaminka i jego trenera, a przy okazji pozwoliłoby twardo stąpać po ziemi i znać swoje miejsce w szeregu. A tak jest kłopot – działaczom z Gliwic zaburzyły się proporcje; pewnie nie bez znaczenia jest też fakt, że w klubie zachodzą nowe porządki.

Niektórzy błędnie postrzegają dzisiejszego Piasta przez pryzmat czwartego miejsca w zeszłym sezonie, a nie tak jak powinni – potencjału piłkarzy i siły drużyny. Ten jest bardzo średni – niektóre pozycje nie są odpowiednio obsadzone, a przeprowadzone przed i w trakcie sezonu transfery były pudrowaniem, a nie rzeczywistym wzmocnieniem drużyny. Gdy dodamy do tego jeszcze szok wywołany startem w Lidze Europy, który nie wiedzieć czemu jest strasznym problemem dla polskich klubów, oraz kilka pechowo straconych punktów, otrzymamy wcale niezłą paletę czynników wpływających na miejsce Piasta w tabeli.

Brosz oczywiście popełnił błędy. Można mieć zastrzeżenia dotyczące wyborów personalnych, słabej gry w obronie, pytać o odpowiedzialność za transfery. Tradycyjne można też zrzucić winę na złe przygotowanie drużyny, które zawsze jest pałką, którą da się uderzyć trenera, kiedy ten osiąga słabsze od oczekiwań wyniki. Pewnie w innych warunkach dałoby się to przeżyć, a Brosz miałby szansę doprowadzić swoją misję do szczęśliwego końca. 

Z przypadku Brosza prowadzi do wniosku, że nie zawsze opłaca się odnosić sukcesy, bo to kręcenie bicza na samego siebie. Nie wszędzie dobre wyniki da się powtarzać, a rozbudzone apetyty i błędna ocena rzeczywistości może zaowocować utratą pracy. Może nie warto się wychylać? Pozmieniajmy trochę w znanym powiedzeniu: ciszej jedziesz, dłużej pojedziesz.

 

poniedziałek, 05 maja 2014

Dortmund miał wystarczająco dużo powodów, żeby oschle pożegnać Roberta Lewandowskiego. Kibice mogli czuć się urażeni, że Polak tak bardzo chciał odejść z Borussii. To normalna reakcja trybun, które nawet jeśli rozumieją motywy piłkarza, to w podobnych sytuacjach czują się przez niego zwyczajnie porzucone. Nieprzyjemne odczucia potęgował jeszcze irytująco długi serial transferowy, który zakończył się podpisaniem kontraktu ze znienawidzonym rywalem.

Również szefostwo Borussii znalazłoby kilka powodów, żeby zamiast wręczać Lewandowskiemu kwiaty, na odchodnym wbić mu szpilkę w tyłek. Najważniejszym wcale nie musiałoby być odejście Polaka do Bayernu. To kwestia prestiżu, ale przecież w Dortmundzie mają świadomość, że startują w innej wadze i nie mają środków, by rywalizować z Bawarczykami o piłkarzy. W dodatku Borussia niejako sama zadecydowała, że na odejściu Polaka nie zarobi ani centa. Latem – tak informowały media – odrzuciła wielomilionową ofertę za Lewandowskiego, a przecież od dawna nie było klimatu, żeby podpisać z nim nową umowę.

Nie było, bo współpraca między klubem a agentem piłkarza była trudna i chyba nikt nie miał ochoty jej kontynuować. Cezary Kucharski nie przebierał w słowach, ostro krytykował posunięcia Borussii, a media regularnie informowały o tarciach między stronami. To jedna z twarzy piłkarskiego agenta, który chce jak najwięcej ugrać dla klienta i siebie, ale jednocześnie zachowanie, które wyjątkowo drażni kierownictwo klubu i kibiców. Nikt nie lubi być w ten sposób podszczypywany i stawiany w niewygodnej pozycji

A mimo wszystko Dortmund pożegnał Lewandowskiego z honorami. Niby to oczywiste, bo Polak był ważną figurą w drużynie, strzelił dla niej wiele goli, miał duży udział w ostatnich sukcesach Borussii, a grę na Stadionie Westfalskim kończył dowodząc swojego profesjonalizmu. Z polskiej perspektywy, mocno skażonej ligową rzeczywistością, to wydarzenie było jednak niezwykłe. Nie chodzi tylko o to, że doceniono Polaka, co zawsze jest z lubością podkreślane, bo wszyscy lubią się ogrzać w takim cieple. Przede wszystkim wzniesiono się ponad dawne urazy, nie szukano okazji do rewanżu i realizacji małych ambicyjek.

Dla polskich klubów to dobra lekcja savoir-vivre'u. Czasami niezależnie od okoliczności rozstania potrafią zachować się przyzwoicie, dać odchodzącemu piłkarzowi pamiątkową koszulkę i szepnąć dobre słowo na nową drogę życia. Zdarza się też, że po prostu mszczą się zawodnikach, którzy mieli czelność wcześnie podpisać umowę z nowym klubem. Już chwilę po zawarciu kontraktu zsyła się ich do rezerw, gdzie marnują czas i muszą znosić prostackie szykany. Są zgniłymi jabłkami, zdrajcami i niewdzięcznikami, których trzeba ukarać za – w rozumieniu działaczy i trenerów – śmiertelny grzech nielojalności.

Często komentatorzy wzywają, by przenosić do Polski wzorce z państw o bardziej rozwiniętej kulturze piłkarskiej. Warto też zwrócić uwagę na podobne gesty i wyciągnąć z nich gesty. Poziom od nich nie wzrośnie, to oczywiste, ale może być godniej, poważniej i profesjonalniej. A to też wartość.