Na stadionach Polski i Świata.
sobota, 30 maja 2015

Z obecnością Kataru w sportowym mainstreamie zdążyliśmy się oswoić, ale znosimy ją ze wstrętem. Dotychczas kojarzyła się głównie z inwestycjami w europejskie kluby, kaperowaniem sportowców z całego świata i kupowaniem kolejnych wielkich imprez. Teraz poznamy jej nowe oblicze, bo Katar przestaje być tylko importerem. Powoli staje się również producentem.

Pierwsze piłkarskie owoce wydaje akademia Aspire, zbudowana z rozmachem fabryka, która ma urzeczywistnić sny szejków o sportowej potędze. Kilku jej absolwentów znalazło się w kadrze Kataru już na tegorocznym Pucharze Azji, ale byli w niej jeszcze dodatkiem. Teraz będzie można dowiedzieć się trochę więcej o jakości katarskich produktów.

Prawdziwą próbą programu będzie rozpoczęty właśnie mały mundial w Nowej Zelandii, na który Katarczycy awansowali wygrywając młodzieżowe mistrzostwa Azji. To był pierwszy sukces z udziałem z wychowanków akademii Aspire. Część z nich pobiera już nauki w prowincjonalnych europejskich klubach, które są powiązane kapitałowo z katarskimi szejkami. Bramkarz Yousof Hassan Ali, obrońca Fahad Shanin, pomocnicy Ahmad Moein Doozandeh, Akram Afif, Ahmed Alsadi i napastnik Almoez Ali grają w belgijskim drugoligowcu z Eupen, którego właścicielem jest Aspire. W LASK Linz, to klub z zaplecza austriackiej ekstraklasy, zostali umieszczeni obrońca Jasem Mohamad, pomocnik Assim Madibo i napastnik Jassim Al Jalabi. I tylko napastnik Sultan Al-Kuwari może cieszyć się z obecności w markowej drużynie – terminuje w rezerwach Villareal.

Gra Kataru na turnieju w Nowej Zelandii da odpowiedź, czy jego sukces na azjatyckim podwórku można traktować poważnie. Zweryfikuje też umiejętności grającej w reprezentacji Kataru młodzieży, która sprawdzi się w ciekawej grupie z Kolumbią, Portugalią i Senegalem. Przecież nawet najlepiej przemyślany i dofinansowany program nie musi zamienić się w hodowlę klasowych piłkarzy. I, po prawdzie, choć sam występ Kataru na tym turnieju jest ciekawy, to biorąc powagę przynależność klubową jego piłkarzy, nie należy spodziewać się po nim niczego dobrego.

Być może kilku zawodników, którzy zagrają dla Kataru na mistrzostwach, awansuje do kadry na mundial w 2022 roku. To oczywiście szmat czasu, dzisiejsi młodzieżowcy mogą zostać w komplecie wyparci przez lepiej wytrenowane roczniki albo ustąpić miejsca ukształtowanym piłkarzom z zagranicy. W futbolu trudniej zbudować w ten sposób dobrą reprezentację, niż w piłce ręcznej, inne są w procedury, ale na pewno znajdzie się jeszcze kilka przyzwoitych lisów, które chętnie dadzą się przefarbować.

Grzegorz Krychowiak rozpoczął znajomość z polskimi kibicami od mocnego uderzenia. Sieknął z rzutu wolnego, młodzieżowa reprezentacja Polski wygrała z Brazylią na otwarcie mistrzostw świata w 2007 roku, a potem zaliczyła całkiem niezły turniej. Zakończyła go po porażce z Argentyną w drugiej rundzie. Polaków do domu odesłali golami Sergio Aguero i Angel Di Maria, którym nie dali rady Krzysztof Strugarek i Adrian Marek. Odpowiedział tylko dobry wtedy Dawid Janczyk, który dzięki temu zapracował na kontrakt życia w CSKA Moskwa.

Losy tych sześciu piłkarzy mogłyby posłużyć do opowiedzenia o mistrzostwach świata do lat 20, których kolejna edycja rozpoczęła się właśnie w Nowej Zelandii. To specyficzny turniej, tu wyniki drużyny są istotne, ale prawdziwej wartości nabierają dopiero dzięki przyszłym sukcesom tworzących ją indywidualności. Bez nich pozostaną nieskonsumowane. Zupełnie inaczej, niż w futbolu klubowym, w którym rekordy jednostki będą niekompletne, jeśli nie pójdą za nimi sukcesy drużyny.

Niektórzy, jak Aguero i Di Maria, byli gwiazdami wśród młodzieżowców, przerastali to towarzystwo i szybko zaczęli potwierdzać wybitne umiejętności na najwyższym poziomie. Droga innych na top, to o Krychowiaku, nie była tak oczywista. Byli też piłkarze, Janczyk będzie tu dobrym przykładem, którzy skończyli się zanim na dobre się zaczęli, narobili zamieszania, a zaraz potem się wszystko zmarnowali. Wielu na małym mundialu zagrało dzięki korzystnemu zbiegowi okoliczności, dobrej dacie urodzenia i nędznej konkurencji. W kategorii open, tak jak Strugarek i Marek, nie potrafili zaistnieć nawet w polskiej Ekstraklasie.

Intrygujące jest obserwowanie tych historii właśnie od najpoważniejszego turnieju w piłce młodzieżowej. Ale mały mundial – nie tylko dla młodszych piłkarzy, ale właśnie mniejszy, mniej rozdęty, słabiej opakowany od dużego – nie jest wyjątkowy tylko ze względu na moment w karierach zawodników. Wpływa na to również specyfika rozgrywek.

Po pierwsze, grają 24 drużyny, co powoduje, że po fazie grupowej trzeba tworzyć ranking drużyn z trzecich miejsc, by wyłonić uczestników kolejnej rundy. Taki system obowiązuje od lat, był na kilku seniorskich mundialach, będzie też na przyszłorocznych mistrzostwach Europy. To nie jest dobre rozwiązanie – niepotrzebnie komplikuje rozgrywkę, sprawia że jest mniej przejrzysta.

Po drugie, miejsca na mistrzostwach podzielono niemal równo między wszystkie strefy eliminacyjne. Zarzuty o załatwianiu w ten sposób interesów działacze FIFA wytłumaczą gładką gadką o chęci stworzenia różnorodnego turnieju i potrzebą zmniejszania różnic między kontynentami. W konsekwencji takiego podejścia poziom mistrzostw nie jest tak wysoki, jak mógłby być, gdyby lepiej oddano układ sił w światowym futbolu. Najwięcej straciła Europa, która może wystawić tylko sześć drużyn. Różnica w porównaniu z dorosłym mundialem jest znacząca. W zeszłym roku grało na nim trzynaście europejskich reprezentacji, a ogółem uczestników było tylko ośmiu więcej, niż w przypadku młodzieżowych mistrzostw.

Proporcjonalnie zyskały za to Azja oraz Ameryka Północna i Środkowa, które w Nowej Zelandii będą miały po czterech przedstawicieli. Dokładnie tyle samo, co przed rokiem w Brazylii. Wtedy komplet azjatyckich drużyn – łącznie z doklejoną do tej federacji Australią – zakończył udział w mistrzostwach na fazie grupowej i należał do najgorszych drużyn turnieju.

Po trzecie, na małym mundialu obok tradycyjnych potęg i nacji kojarzonych z piłką, regularnie pojawiają się drużyny z państw będących na peryferiach futbolu lub nawet światowego sportu. Tylko w XXI wieku epizody na nim odgrywały reprezentacje Syrii, Gambii, Konga, Kuby, czy Tahiti.

Na tegorocznym turnieju też nie zabraknie piłkarskiej egzotyki. Nowością jest drużyna Fidżi, która wykorzystała sprzyjające okoliczności w strefie Oceanii. Australia kilka lat temu uciekła do Azji, Nowa Zelandia zwolniła miejsce jako gospodarz finałów, a bez lokalnych liderów o awans było zdecydowanie łatwiej.

Ciekawsza jest obecność wśród uczestników reprezentacji Mjanmy, która do tej pory właściwie nie istniała na sportowej mapie świata. Owszem, na igrzyska olimpijskie – również pod nazwą Birma – wysyłała ekipę szesnaście razy, ale żaden z jej reprezentantów nie stanął na podium. Najbliżej sukcesu była sztangistka Win Kay Thi, która w 2000 roku w Sydney została sklasyfikowana na czwartym miejscu w kategorii do 48 kg.

Epizod na igrzyskach zaliczyła też piłkarska drużyna Birmy. Start w Monachium w 1972 roku – tak, tak, najlepszym również dla Polski – zakończyła po fazie grupowej. To był jedyny dotąd raz, gdy piłkarze z Birmy zagrali przed globalną publicznością. Jeszcze tylko raz, w 1968 roku, zajęli drugie miejsce w mistrzostwach Azji. I to wszystko.

Teraz, już jako Mjanma, zagra anonimowa drużyna złożona wyłącznie z graczy krajowych klubów. Prowadzący ją Gerd Zeise, mało znany niemiecki trener, twierdzi że zwycięstwo ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które dało awans na mistrzostwa, przez lata będzie najważniejszym meczem dla tamtejszego piłkarstwa. Ot, takie mjanmarskie Wembley. 

Nowi w towarzystwie zostaną zauważeni, ale scenie główne role będą grać inni. Jakie dokładnie – okaże się po latach. Mały mundial to przecież tylko początek opowieści, najciekawszy będzie jej ciąg dalszy.