Na stadionach Polski i Świata.
sobota, 30 czerwca 2007
Dziś wieczorem reprezentacja Polski zagra w meczu otwarcia mistrzostw świata u-20 - najważniejszego turnieju w młodzieżowym futbolu. Premierowe spotkanie to olbrzymie wyzwanie i szansa dla "Orląt". Rywalem będzie bowiem wielka w każdej kategorii wiekowej Brazylia. A na trybunach zasiądzie 60 tysięcy ludzi!

Reprezentacja Polski w "małym mundialu" zagra poraz pierwszy od 24 lat. I właśnie na rok 1983 datuje się największy sukces biało-czerwonych w tej imprezie. Młodzi Polacy w Meksyku sięgnęli po trzecie, najwyższe z Europejczyków, miejsce. Spośród brązowych medalistów największą karierę zrobili Marek Leśniak oraz Józef Wandzik. Za to w niepamięć popadł Joachim Klemenz, który wrócił z turnieju z tytułem wicekróla strzelców. Trenerem tej ekipy był Mieczysław Broniszewski, który później zasłynął głównie tym, że "nie spuścił żadnej drużyny z ligi"...

Dużo większe kariery od medalistów z 1983 roku zrobili piłkarze, którzy zupełnie nie poradzili sobie na mundialu rozgrywanym dwa lata wcześniej. Dość powiedzieć, że wówczas barw Polski bronili Dariusz Dziekanowski, Dariusz Wdowczyk, Ryszard Tarasiewicz czy Jan Urban...

Wśród piłkarzy, których Michał Globisz zabrał do Kanady na tegoroczny mundial są piłkarze Realu Madryt, Arsenalu Londyn, Wigan Athletic, Bolton Wanderers, Southampton FC, Sheffield United czy Girondins Bordeaux. Co prawda w znakomitej większości młodzi Polacy w tych klubach terminują, jednak nie zmienia to faktu, że nigdy wcześniej młodzieżowi reprezentanci Polski nie byli zawodnikami takich klubów. Jeśli udanie zaprezentują się w tym turnieju, ich status może się szybko zmienić, bo na trybunach będzie się wprost roić do rozmaitych menedżerów. Poprzednie edycje mistrzostw wykreowały przecież wiele gwiazd, z Diego Maradoną, Marco van Bastenem, Luisem Figo i Leo Messim na czele.

Rywalami Polski w fazie grupowej będą, oprócz Brazylii, USA i Korea Południowa. Przy dobrych układach może się zdarzyć, że i trzecie miejsce będzie przepustką do dalszych gier. Nie mniej, żeby nie być zdanym na innych, należy zająć drugie miejsce. Głównym rywalem do tej pozycji będzie dla młodych Polaków zapewne reprezenacja Stanów Zjednoczonych, która będzie bardzo wymagającym rywalem.

Podopiecznym Michała Globisza wypada życzyć, by przynajmniej wyrównali osiągnięcie zespołu z 1983 roku. I żeby ten turniej dla większości - w przeciwieństwie do medalistów z Meksyku - był wstępem do wspaniałych karier i wielu sukcesów. W końcu bardzo prawdopodobne, że kilku z piłkarzy, którzy zagrają w Kanadzie, będzie reprezentować nasz kraj na mistrzostwach Europy w 2012 roku.
czwartek, 28 czerwca 2007
Przed startem rundy wiosennej Orange Ekstraklasy upatrywałem w Koronie Kielce jednego z głównych kandydatów do miejsca na podium na mecie sezonu. Tymczasem podopieczni Ryszarda Wieczorka (a pod koniec rozgrywek także Arkadiusza Kaliszana) zupełnie rozczarowali.

Na półmetku ligowych zmagań Korona traciła trzy punkty do liderującego GKS-u Bełchatów i miała taki sam dorobek jak Zagłębie Lubin. Wiosną było już dużo gorzej. Dość powiedzieć, że w trakcie rundy rewanżowej Korona zgromadziła aż o 15 punktów mniej od mistrzowskiego Zagłębia i straciła dalsze 11 oczek do podopiecznych Oresta Lenczyka. Ostatecznie kielczanie uplasowali się dopiero na siódmym miejscu. Wniosek jest prosty - w Koronie zawalono zimowe przygotowania. Informacja o suchych wynikach – był przecież jeszcze finał Pucharu Polski – nie mówi jak bardzo. Przecież wiosną Korona zatraciła wszystkie swoje atuty. Pisałem, że Koronie brakuje trochę piłkarskiej ogłady i wyrachowania, ale i tego nie było za bardzo widać.

To zdecydowanie obciąża konto Ryszarda Wieczorka. Obecny trener Górnika Zabrze musi poważnie przeanalizować swoje zimowe poczynania, ponieważ jego drużyny przeważnie wiosną grają dużo słabiej niż jesienią. Warto także zwrócić uwagę na pewną prawidłowość. Korona przegrywała za każdym razem, kiedy jako pierwsza traciła gola. To źle świadczy nie tylko o trenerze i jego umiejętnościach prowadzenia drużyny w trakcie meczu, ale również o piłkarzach. Na boisku zdecydowanie zabrakło lidera – człowieka, który mógłby poderwać zespół do gry w trudnych momentach. Dlatego dobrze się stało, że Korona postanowiła zakontraktować na przyszły sezon Piotra Świerczewskiego. To wciąż nie tylko dobry piłkarz, ale i postać mająca pozytywny wpływ na drużynę.

Choć ponad trzy miesiące temu z uznaniem pisałem o transferach Korony, dziś muszę tę opinię zweryfikować. To prawda, Piotr Burlikowski wyszukał i sprowadził do Kielc wielu bardzo interesujących piłkarzy ze słabszych klubów. Na ogół byli to piłkarze na dorobku. Czy da się zbudować liczący się zespół tylko i wyłącznie z takich, „niezmanierowanych” ligowym futbolem zawodników? Nie sądzę. Sytuacji nie zmieniły transfery, które ostatniej zimy przeprowadziła Korona. Zabrakło w nich jakości. Piłkarze, których sprowadzono do Kielc nie okazali się lepsi od tych, którzy byli już w klubie, tylko stanowili ich kalkę. Zarówno pod względem umiejętności, jak i stylu gry. A przecież większość graczy Korony, po świetnym początku w ekstraklasie, dotarła już chyba do kresu swoich możliwości i osiadła na średnim, ligowym poziomie.

Mimo wszystko zastanawia fatalna forma niektórych zawodników. Szczególnie bramkarzy. Maciej Mielcarz poprzedni rok miał bardzo udany, ten rozpoczął tragicznie. Nie był lepszy Radosław Cierzniak, który wyspecjalizował się we wpuszczaniu kuriozalnych bramek. Słabiutko, głównie z powodu kontuzji, było też w obronie. Naprawdę, Marek Szyndrowski to nie jest zawodnik, z którym można zawojować ligę. Kiepsko wyglądał też atak. Krzysztof Gajtkowski nie odzyskał jeszcze formy, a Maciej Kowalczyk jest zawodnikiem jednak przereklamowanym. Tę formację postanowiono wzmocnić pozyskując Ediego z Pogoni i wydaje się, że to dobry pomysł.

Ciekawe jak w Kielcach odnajdzie się duet Paweł Janas – Jacek Zieliński. Ta uwaga tyczy się szczególnie tego drugiego, który po 14 latach pobytu w Legii zdecydował się zmienić otoczenie. Praca w Koronie będzie dla niego poważnym wyzwaniem i egzaminem jego trenerskich umiejętności. Wydaje się jednak, że obsadzenie Zielińskiego w roli trenera to bardzo dobra decyzja.

Tylko czy to wystarczy, by Korona w przyszłym sezonie spełniła marzenia Krzysztofa Klickiego i awansowała do europejskich pucharów? Chyba nie. Chociaż czasami zmiana trenera może czynić cuda...
czwartek, 21 czerwca 2007
Marcin Możdżonek piętro wyżej od argentyńskiego bloku.

Od ponad czterech tygodni kibice reprezentacji Polski mogą emocjonować się występami biało-czerwonych w siatkarskiej Lidze Światowej. To nie są oczywiście najważniejsze rozgrywki dla drużyny Raula Lozano, a jedynie etap w przygotowaniach do najważniejszej imprezy sezonu – mistrzostw Europy i jedna z niezbyt wielu okazji do zaprezentowania się biało-czerwonych przed kibicami. Szacunek dla nich wymaga kolejnych zwycięstw i gry gwiazd, ale nie wyklucza niezbędnych eksperymentów w składzie. W tym roku wszystko dzieje się w wyjątkowo komfortowej sytuacji, bo reprezentacja Polski ma z urzędu zapewniony udział w turnieju finałowym Ligi Światowej jako jego gospodarz.

Eksperymenty, których dokonywał Raul Lozano, były w dużej mierze koniecznością, ale bardzo dobrze, że się odbyły. Wreszcie szansę dłuższego występu w meczu reprezentacji otrzymał Łukasz Żygadło, którego obecność na boisku w meczach reprezentacji po mistrzostwach Europy w 2005 roku ograniczała się ledwie do epizodów. W dwóch meczach z Argentyną w jego grze widać było kilka mankamentów, lecz na pewno nie zawiódł oczekiwań. Pozytywnie należy ocenić też to, że swoją szansę otrzymał Bartosz Kurek, który tak świetnie grał w minionych play-offach Polskiej Ligi Siatkówki. Doświadczenie, które zebrał w pierwszym kontakcie z kadrą powinno znakomicie zaprocentować w przyszłości. Może szkoda, że swojej szansy nie otrzymał też obecny w szerokiej kadrze Zbigniew Bartman? Dobrze też, że po długim niewidzeniu w meczu reprezentacji szansę otrzymał Robert Prygiel. Spisał się solidnie, ale jeśli tylko Mariuszowi Wlazłemu i Grzegorzowi Szymańskiemu będzie dopisywało zdrowie, to raczej nie ma szans wygryźć ich ze składu.

Najlepsze wrażenie z „nowych” zrobił jednak Marcin Możdżonek (w roli głównej na efektownym zdjęciu powyżej). Siatkarz PZU AZS Olsztyn zaprezentował się na tyle dobrze, że rywalizacja wśród środkowych nabrała rumieńców. Trener Lozano może mieć przed finałem LŚ spory ból głowy, z którego z nich zrezygnować.

Bieżąca edycja Ligi Światowej jest pierwszą, która gości na antenie stacji związanych z Polsatem. Nie posiadam Polsatu Sport, który transmituje najwięcej meczów, ale kontakt z tymi rozgrywkami mam o niebo lepszy niż za czasów obecności „światówki” w TVP. Co prawda w otwartym Polsacie transmitowane są tylko mecze reprezentacji Polski, ale sporo siatkówki pokazuje na swojej antenie także TV4. Do tego dochodzą jeszcze mecze pokazywane przez rosyjski RTR Sport oraz powtórki serwowane przez Eurosport, który dodatkowo uraczył widzów transmisjami z Ligi Europejskiej. Jest co oglądać.

Liga Światowa to podróż dookoła świata nie tylko dla zawodników, którym zdarzały się i 50 godzinne podróże, ale również dla kibiców i obserwatorów tych rozgrywek. Na mnie szczególne wrażenie zrobiły reprezentacji Kuby i to nie tylko dzięki jej grze. Za sprawą jakości przekazu telewizyjnego z tego kraju, człowiek czuje się jakby oglądał archiwalne nagrania mniej więcej z okresu Igrzysk Olimpijskich w Moskwie. Spore wrażenie robi olbrzymia flaga z podobizną Che Guevary, która wisi w hali w Hawanie. Ostatni raz coś podobnego widziałem, kiedy w 2003 roku w Turcji nasze siatkarki zdobywały mistrzostwo Europy. Wtedy hale były przyozdobione portretami Ataturka...

Pod względem siatkarskim Kubańczycy prezentują się bardzo obiecująco i wydaje się, że mogliby się włączyć do walki o medale na największych światowych imprezach. Mogliby, gdyby nie polityka. W reprezentacji Kuby grają tylko zawodnicy występujący na co dzień na wyspie. Siatkarze uciekający w poszukiwaniu lepszych warunków do najlepszych europejskich lig automatycznie są usuwani z kadry. Z punktu widzenia kibica reprezentacji Polski to dobrze, bo jeden rywal do największych zaszczytów mniej. Z drugiej strony, dzięki mocniejszej Kubie walka o nie byłaby jeszcze bardziej interesująca...

15:28, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 czerwca 2007

Podsumowując minione rozgrywki Orange Ekstraklasy, dochodzi się do momentu, w którym trzeba odpowiedzieć na pytanie, kto był najlepszym piłkarzem sezonu. Lista kandydatów do tego tytułu jest oczywista: Łukasz Garguła, Maciej Iwański i Piotr Reiss. Ale wybór tego najlepszego przysparza już pewnych trudności, bo stawka jest bardzo wyrównana.

Największy sukces osiągnął bez wątpienia Iwański, który był jednym z głównych architektów mistrzostwa Zagłębia Lubin. Bez niego tego tytułu by nie było. A przecież w sierpniu bardzo chciał wyjechać do Turcji... Inna sprawa, że indywidualnie Iwański raczej nie przewyższał Garguły i Reissa. Pomocnik Bełchatowa znakomicie spisywał się już wiosną ubiegłego roku. Wysoką dyspozycję podtrzymał i w tym sezonie, dzięki czemu jego zespół był największą rewelacją rozgrywek. Garguła znakomicie prowadził grę GKS. Kiedy był nie w pełni sił, Bełchatów tracił wiele ze swojej wartości. Może to właśnie kłopoty zdrowotne Garguły w końcówce sezonu zadecydowały o tym, że mistrzostwo zdobyło Zagłębie?

Zarówno Garguła, jak i Iwański trafili w minionym sezonie do reprezentacji. Więcej okazji do zaprezentowania się w biało-czerwonych barwach miał Garguła. I to chyba on ma większe predyspozycje, by spełniać w kadrze rolę rozgrywającego. Z Iwańskiego nie wolno jednak rezygnować, tylko należy dać mu szansę w poważnym meczu. Na razie jej nie otrzymał. Nawet wtedy, gdy niedysponowany był Garguła.

Reiss ma za sobą znakomity sezon pod względem indywidualnym. Zdobył tytuł króla strzelców i awansował do elitarnego "klubu stu", dzięki czemu stał się bodaj najbardziej rozpoznawalnym piłkarzem ligi. Zabrakło tylko sukcesów klubowych. W dobrej dyspozycji kapitan Lecha znajduje się już od dłuższego czasu - w poprzednim sezonie również należał do czołowych ligowych strzelców i asystentów.

Kto zasłużył na miano Piłkarza Sezonu? Zapraszam do głosowania (sonda dostępna tylko na stronie głównej bloga).

piątek, 15 czerwca 2007
Wczoraj pierwsze urodziny świętował serwis Z Czuba (gratulacje!), dzisiaj roczek kończy blog Z pierwszej piłki.

Blog zainaugurował swoją działalność dzień po dramatycznej porażce reprezentacji Polski z Niemcami. Jeśli dobrze pamiętam, miał działać tylko do końca Mundialu. Pisanie spodobało mi się jednak na tyle, że postanowiłem robić to dalej. Początkowo pisałem tylko o piłce, później zacząłem zajmować się także innymi dyscyplinami. Miałem to szczęście, że siatkarzom i piłkarzom ręcznym "towarzyszyłem" (duży cudzysłów) od początku ich drogi do wicemistrzostwa świata.

Przez 12 miesięcy powstało ponad 250 tekstów. Przeważały zapewne te słabe i nudne, pojawiały się też grafomańskie, a od czasu do czasu nawet niezłe i ciekawe. Chciałem wybrać i przypomnieć te najlepsze, ale... nie potrafię ich wybrać. :)

W oparciu o statystyki bloga, można wywnioskować, że najpopularniejszym polskim piłkarzem jest Łukasz Garguła. To właśnie nazwisko reprezentanta Polski jest najczęściej pojawiającym się słowem w wejściach z google. W dużej mierze to zasługa Dariusza Szpakowskiego, który podczas meczu z Serbią jak mantrę powtarzał, że Garguła wciąż się rozgrzewa. Od meczu minęło już sporo czasu, a ten zwrot wciąż króluje w wejściach z wyszukiwarek. Pierwszą dziesiątkę najczęściej występujących fraz, z olbrzymią stratą do Garguły, uzupełniają: Bogdan Wenta, bramkarze, Marcin Lijewski, Adam Małysz skoki film, lista Fryzjera, Ivan De La Pena, bramkarze Barcelony, Heysel i defensywni pomocnicy.

Bardzo ciekawie wygląda jedenastka złożona z piłkarzy, o których informacji szukacie na Z pierwszej piłki: Arkadiusz Onyszko - Grzegorz Fonfara, Alessandro Costacurta, Dariusz Pietrasiak, Seweryn Gancarczyk - Piotr Giza, Ivan De La Pena, Łukasz Garguła, Zinedine Zidane - Dennis Bergkamp, Euzebiusz Smolarek. Trenerem tego zespołu byłby... Jurgen Roeber.

Byli też tacy, co szukali tutaj gołych gwiazd polskiej telewizji, pięknych tyłków, treści lektury "Inny świat", ładnych dziewczyn z Chorzowa, lekcji dla klasy pierwszej a, piłkarzy ze szlaczkami na głowie czy motywacyjnych tekstów fighterów. Chyba nic nie znaleźli.

Bardzo dużo osób szuka na Z pierwszej piłki wiadomości o śpiewie kanarków. No cóż, w trakcie Mundialu napisałem, że kanarki śpiewają cienko...

Na koniec oczywiście podziękowania dla Czytelników. Szczególne wyrazy uznania dla tych osób, które odwiedzają i czytają Z pierwszej piłki niemal każdego dnia. Zapewne bez Was ten blog już dawno by nie istniał. Swoją drogą, ciekawe czy jest ktoś, kto śledzi Z pierwszej piłki od początku istnienia? 

15:37, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (10) »
czwartek, 14 czerwca 2007
Poprzednio było o pięciu najlepszych trenerach w minionym sezonie naszej ligi. Teraz pora pójść za ciosem i wziąć pod lupę pozostałą część tego trenerskiego towarzystwa. 

SPRAWDZILI SIĘ
Na plus miniony sezon może zaliczyć jeszcze tylko czterech trenerów. Największy może chyba przypisać sobie Wojciech Stawowy, który całkowicie odmienił oblicze Arki Gdynia. Drużyna zajęła co prawda miejsce w środku stawki, ale uczyniła niesamowity postęp i zdołała wypracować swój styl. Udany sezon ma za sobą także Marek Chojnacki, który z Łódzkiego KS wycisnął chyba wszystko co mógł. Szczególnie dobrze ŁKS grał jesienią. Wiosną było gorzej, ale zespół doznał zimą sporych osłabień.

Pozytywnie należy oceniać powrót na stanowisko pierwszego trenera Legii Warszawa Jacka Zielińskiego. Były reprezentant Polski objął zespół w poważnym kryzysie i zdołał doprowadzić go do trzeciego miejsca w lidze. Może szkoda, że nie postawiono na niego w Legii i musiał odejść z klubu? Jak najbardziej sprawdził się też trenerski nowicjusz w ekstraklasie – Michał Probierz (Widzew Łódź). A trzeba uczciwie przyznać, że dysponował kadrą złożoną w większości ze słabych i niedoświadczonych zawodników. Nie brakowało bolesnych porażek, ale plan zrealizował – Widzew utrzymał się w ekstraklasie.

PRZECIĘTNI
Pozostali szkoleniowcy mają sporo do przemyślenia. Zupełnie pogubił się w Kielcach Ryszard Wieczorek. Pierwsza połowa sezonu kazała przypuszczać, że Korona może bić się o mistrzostwo Polski. Jednak w przerwie zimowej zespół zatracił wszystkie swoje atuty. Konsekwencją tego była porażka w finale Pucharu Polski, kiepska postawa w lidze i strata posady przez Wieczorka. To jednak trener, na którego wciąż warto stawiać, musi tylko wyciągnąć wnioski ze swoich niepowodzeń.

W tej kategorii należy sklasyfikować aż trzech trenerów Wisły Kraków: Dana Petrescu, Dragomira Okukę i Kazimierza Moskala. Chyba najlepsze wrażenie z tego tercetu robiła praca byłego reprezentanta Rumunii, którego w Krakowie pożegnano stanowczo zbyt wcześnie. Okuka na plus może zapisać sobie szczęśliwy awans do fazy grupowej Pucharu UEFA. W lidze Serbowi szło dość przeciętnie. Najtrudniejsze zadanie miał Moskal, który objął rozbity zespół jako czwarty trener w sezonie i poradził sobie całkiem przyzwoicie.

Franciszek Smuda miał w tym sezonie momenty całkiem dobre i zupełnie beznadziejne. Tych drugich więcej było wiosną, bo Smuda kolejny raz zawalił zimowe przygotowania, po których zawodnicy długo nie mogli dojść do siebie. Odchodząc po ubiegłym sezonie z Zagłębia, Smuda zwolnił tam miejsce dla Edwarda Klejdinsta, który zdecydowanie za późno trafił do ligowej piłki. I już chyba do niej niej w roli trenera nie wróci. Nie osiągnął w Zagłębiu jakichś tragicznych wyników, ale – jak pokazały kolejne miesiące – ten zespół stać było na dużo więcej. Początkowo asystentem Klejdinsta był Krzysztof Chrobak, który uchronił Górnika Łęczna od spadku do... czwartej ligi. Nie było to łatwe zadanie, bo kiedy obejmował zespół grało w nim wielu mizernych piłkarzy z zaciągu Dariusza Kubickiego, a w końcówce rozgrywek na pewno niekorzystnie na zawodników wpływała decyzja o degradacji klubu o dwie klasy rozgrywkowe. Spadł za to Czesław Jakołcewicz, który Wisłę Płock obejmował w beznadziejnej sytuacji i udało mu się troszkę zmienić oblicze drużyny. Może gdyby zameldował się w Płocku wcześniej, to Wisła by nie spadła? Mariusz Kuras kolejny sezon nie może wybić się ponad przeciętność. O ile w Pogoni to wina raczej kogoś innego, to nie można zapominać, że w zeszłym sezonie bezbarwnie pod jego wodzą grał GKS Bełchatów.

Na pograniczu tej i następnej kategorii Stefan Białas (Cracovia) i Marek Motyka (Górnik Zabrze). Cracovia Białasa grała bardzo niechlujnie i nieefektywnie, w dodatku trener nie potrafił wypracować jednej koncepcji gry. Efekt – przeciętne wyniki. Motyka dysponował kiepską kadrą, ale wycisnął z niej całkiem sporo, szczególnie jesienią. Wiosną było już zdecydowanie gorzej i szkoleniowiec – „dla dobra Górnika” – postanowił odejść.

NIEUDACZNICY
Kategoria to oczywiście umowna, bo przecież w kolejnych sezonach niżej wymienieni szkoleniowcy mogą udowodnić, że nieudacznikam jednak nie są i do ekstraklasy jednak się nadają. Tak jak zapewne w przyszłości zrobi to Waldemar Fornalik, który po fatalnym początku sezonu w Odrze Wodzisław, potem dobrze radził sobie w drugoligowej Polonii Warszawa. Wątpliwe jednak, żeby niektórzy dostali kolejne szanse. Marcin Bochynek (Odra Wodzisław) powrócił do ligi niespodziewanie, a po wynikach jakie osiągnął, trudno się spodziewać, by wrócił jeszcze raz. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrudni raczej Dariusza Kubickiego, który w Górniku Łęczna potwierdził, że trenerem jest żadnym. A do tego prawdopodobnie tkwi w jakichś niejasnych układach. Doprawdy ciężko inaczej wytłumaczyć to, że do klubów, w których pracuje sprowadza wiele osób, które nie potrafią grać w piłkę.

„Dobry trener, ale nie ma wyników” – to powiedzonko jak ulał pasuje do Wernera Liczki, który marnie poczynał sobie w Dyskobolii. Podobnie inny Czech – Josef Csaplar. Nie dość, że dzięki jego pracy Wisła zameldowała się na dnie ligowej tabeli, to jeszcze sprowadził do ligi cały tabun słabych obcokrajowców. Krótko pracował w Koronie Arkadiusz Kaliszan, ale absolutnie nie spowodował żadnej zmiany w grze drużyny, a jedynie zaczął przesuwać zawodników z pierwszego zespołu do rezerw i odwrotnie, co świadczy tylko o jego bezsilności. Znów nie poradził sobie w ekstraklasie Adam Nawałka (Wisła Kraków), który najpierw krążył wokół zespołu jako dyrektor sportowy, a potem kiepsko wiodło mu się w roli trenera „Białej Gwiazdy”. W „nagrodę” awansował do sztabu szkoleniowego Leo Beenhakkera... Kompromitujące wyniki w Pogoni Szczecin osiągał Bogusław Baniak, choć odpowiedzialność za nie w dużej mierze spada na Antoniego Ptaka i jego doradców. Nie mniej, jeden punkt w trzynastu meczach to wynik niegodny pierwszoligowego trenera.

EPIZODY
Ciężko ocenić Zdzisława Podedwornego, który prowadził Górnika Zabrze w ledwie dwóch kolejkach i zniknął tak niespodziewanie, jak się pojawił. Także przez dwa mecze w Zabrzu pracował duet Marek Kostrzewa – Marek Piotrowicz. Pod ich wodzą Górnik zdobył brakujące punkty do utrzymania w ekstraklasie. Libor Pala (Pogoń Szczecin) w naszej lidze zalicza same, nieudane zresztą, epizody i oby już ich więcej nie było... Rekordzistami są Artur Płatek (Górnik Łęczna) i Przemysław Cecherz (Wisła Płock), którzy stanowisko pierwszego trenera pełnili tylko w jednym meczu. Płatek ten wynik zapewne poprawi w następnym sezonie, bowiem awansował do ekstraklasy z Jagiellonią Białystok.

PRZYPADEK SZCZEGÓLNY
Trudno jednoznacznie ocenić Dariusza Wdowczyka (Legia Warszawa). Z jednej strony przeciętne wyniki, ale z drugiej fatalna atmosfera w drużynie, niezrozumiałe decyzje personalne i w większości beznadziejne transfery, na które wydano olbrzymie, jak na naszą ligę, środki. Kiedyś, by określić styl gry drużyn Wdowczyka używano przymiotnika „angielski”. Niestety, „angielski” niezbyt wysokich lotów, bo Legia często zarzynała futbol, a na jej grę momentami ciężko było patrzeć. Czasami można było wręcz odnieść wrażenie, że Wdowczyk nie ma koncepcji na to, jak Legia ma grać...

Wdowczykowi można zarzucić wiele, ale bardzo możliwe, że stał się ofiarą swoich podopiecznych, który po jego odejściu zaczęli nagle grać o niebo lepiej... Jest to o tyle prawdopodobne, że dowód swojego „profesjonalizmu” piłkarze Legii dali odpuszczając mecz z Górnikiem Łęczna w Pucharze Ekstraklasy.

*** 

W przyszłym sezonie pojawi się w ekstraklasie trochę trenerskiej świeżej krwi, zapewne także kilku szkoleniowców wróci z długiego i nie do końca planowanego urlopu. Karuzela nie zwolni...
W minionym sezonie w Orange Ekstraklasie pracowało aż 35 trenerów. Najwyższy czas bliżej przyjrzeć się ich osiągnięciom i spróbować ocenić to, czego dokonali w ciągu ostatniego sezonu. Za podstawę tej analizy posłużą nie tylko wyniki i styl gry, ale także potencjał kadrowy i warunki pracy. Z uwagi na potężną liczbę szkoleniowców, którzy przewinęli się przez naszą ligę, całe to towarzystwo zostanie zaprezentowane w dwóch częściach: najpierw pięciu najlepszych, a następnie luźne rozważania wokół pozostałych, podzielonych na grupy, trenerów.

Statystyczny klub w minionym sezonie zatrudniał ponad dwóch trenerów. Tak więc gdyby przyszło mi wręczać nagrodę bloga Z pierwszej piłki dla najlepszego trenera sezonu musiałaby to być chyba... „Złota Karuzela”. A otrzymałby ją... 

 

Czesław Michniewicz.
Czesław Michniewicz pokazuje swoją pozycję w rankingu trenerów.


1. Czesław Michniewicz (Zagłębie Lubin).
Trener sezonu. Potrzebował tylko 21 spotkań, by doprowadzić Zagłębie do mistrzostwa Polski i po czterech sezonach pracy w ekstraklasie ma już na swoim koncie najważniejsze trofea – z Lechem zdobył przecież Puchar i Superpuchar Polski.. Kiedy Michniewicz 9 kolejce obejmował zespół, tracił on do liderującego Bełchatowa już siedem punktów! Zagłębie potrafiło jednak tę przewagę odrobić i wyprzedzić GKS. Zespół był znakomicie przygotowany taktycznie i być może to zadecydowało o ostatecznym triumfie. Teraz przed Michniewiczem wielkie wyzwanie – europejskie puchary.

2. Orest Lenczyk (GKS Bełchatów).
Znakomita robota w Bełchatowie. GKS znakomicie grał już w rundzie wiosennej ubiegłego sezonu, lecz nikt nie przypuszczał, że w nowych rozgrywkach może się włączyć do walki o tytuł mistrzowski. Lenczyk stworzył zespół, który grał bardzo przyjemnie dla oka, w którym brylowali zawodnicy odkryci bądź stworzeni przez niego samego. Niektórzy uważają, że GKS przegrał tytuł, bo Lenczyk przekombinował w końcówce sezonu. Prawda jest chyba nieco inna: zadecydowały kontuzje i spadek formy wiodących zawodników.

3. Maciej Skorża (Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski).
Początki Skorży w Grodzisku były trudne. Zespół remisował i grał nieciekawie. W rundzie wiosennej to była jednak zupełnie inna Dyskobolia: znakomicie przygotowana taktycznie i grająca bardzo ciekawy sposób. Głównym celem Skorży było wywalczenie Pucharu Polski i ten cel osiągnął, dokładając jeszcze Puchar Ekstraklasy. Znawcy twierdzą, że gdyby liga trwała dłużej, Dyskobolia mogłaby zająć miejsce na podium. Coś w tym jest, bo drużyna Skorży grała z meczu na mecz coraz lepiej. W nagrodę trener dostał angaż w Wiśle Kraków.

4. Jacek Zieliński (Odra Wodzisław).
Zieliński objął rozbity zespół, który na półmetku zajmował 15 miejsce. Nie rozpaczał, ale wziął się do ciężkiej pracy i radykalnie zmienił jego oblicze. Odra zaczęła całkiem nieźle grać w piłkę, a przede wszystkim wygrywać. Kilku zawodników Odry trafiło na listy życzeń innych klubów, a sam Zieliński będzie trenerem w Grodzisku. To dla niego wielka szansa, na którą sumiennie zapracował w Odrze. Patrząc na to czego dokonał w Wodzisławiu, wydaje się, że w Dyskobolii nie zawiedzie.

5. Stefan Majewski (Cracovia).
Od początku pracy Stefana Majewskiego zespół niepostrzeżenie piął się w górę ligowej tabeli, co zaowocowało najwyższym miejscem Pasów w lidze od 1952 roku. A warto pamiętać, że Majewski przejmował zespół w trakcie sezonu i dokonał wielu zmian: począwszy od ustawienia, a na pozycjach niektórych zawodników skończywszy. Wszystkie te roszady przyniosły bardzo pozytywny skutek dla wyników Cracovii.

Pozostali trenerzy tutaj.

 
1 , 2