Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 30 czerwca 2008

Radość Hiszpanów.

Każdy finał kończy się tak samo: wybuchem szczerej, dziecięcej radości zwycięzców i rozpaczą pokonanych. Wygrani biegają, tańczą, podskakują i wymachują rękoma, niemal potykając się przy tym o rywali, którzy załamani leżą na murawie z twarzami skrytymi w dłoniach. Trenerzy wchodzą na boisko – jeden za chwilę zniknie w objęciach swoich podopiecznych, drugi będzie ich pocieszał. Widok uśmiechniętych twarzy kontrowany jest przez telewizyjnych realizatorów ujęciami zapłakanych mężczyzn. Zwycięzcy szaleją odbierając trofeum, pokonani obserwują to ze smutkiem w oczach.

Ten niesamowity, choć przecież oczywisty, kontrast robi na mnie niezmiennie olbrzymie wrażenie. Zawsze lubię oglądać te sceny, szczególnie gdy nie jestem zaangażowany emocjonalnie po żadnej ze stron, ciesząc się ze zwycięzcami i współczując przegranym.

Puchar Henri Delunaya wręczał Hiszpanom Michel Platini, który tak strasznie dał im się we znaki w finale mistrzostw Europy w 1984 roku. To przecież po jego strzale z rzutu wolnego Luis Arconada przepuścił piłkę pod brzuchem. Francja wygrała 2:0 i mogła się cieszyć ze swojego pierwszego mistrzowskiego tytułu, a Hiszpanie musieli zadowolić się srebrem.

Wczoraj hołd Arconadzie oddał Andres Palop, który złoty medal odbierał w bluzie do złudzenia przypominającą tą, w której przed laty hiszpańskiej bramki bronił jego wielki mistrz. Dekorujący piłkarzy Platini serdecznie uśmiechnął się na ten widok. Fascynująca jest ta hiszpańsko-francuska przeplatanka.

Sergio Ramos świętował w białej koszulce ze zdjęciem swojego tragicznie zmarłego przyjaciela Antonio Puerty. Pod fotografią zapisano przesłanie: „siempre con nosotros” – na zawsze z nami. Na zawsze pozostanie też pamięć o wspaniałym geście Ramosa, który mówi o nim znacznie więcej niż setki rozegranych meczów. Takie wydarzenia też składają się na piękno sportu.

15:49, bartoszewsky , Euroimpresje
Link Komentarze (10) »
niedziela, 29 czerwca 2008

Spodziewam się, że w finale…

…Jens Lehmann popełni fatalny błąd, ale będzie miał szczęście i Hiszpanie go nie wykorzystają.
…jedna z decyzji sędziego spowoduje olbrzymią awanturę.
…będziemy świadkami dramatu gwiazdy.
…Niemcy strzelą gola w najmniej oczekiwanym momencie.
…Hiszpanie trafią do siatki dopiero w drugiej połowie.
…rozstrzygnięcia zapadną w doliczonym czasie gry.
…bohaterem okaże się człowiek z drugiego planu.
…wygrają Niemcy.

*** 

23:29 Okazałem się profetą wyjątkowo marnych lotów - z moich spisanych w ostatniej chwili przeczuć nie sprawdziło się kompletnie nic. Specjalnie mnie to nie martwi, bo mistrzostwo Europy zdobyła drużyna, która w przekroju całego turnieju była najlepsza.

Chyba najbardziej żałuję tego, że... Hiszpanie nie strzelili gola w doliczonym czasie gry. Gdyby tuż przed końcem spotkania potrafili swoją koronkową akcję zakończyć celnym strzałem, byłoby to piękne ukoronowanie ich triumfu.

20:40, bartoszewsky , Euroimpresje
Link Komentarze (5) »
sobota, 28 czerwca 2008

Michael Ballack.

Przesądy, klątwy i amulety – niektórzy w ich sprawcze moce gorliwie wierzą, inni reagują na nie tylko pobłażliwym uśmieszkiem. Istotne znaczenie mają również w sporcie, w tym oczywiście w piłce nożnej. Wiemy to poniekąd z autopsji: stadiony na potrzeby reprezentacji Polski dzieli się na szczęśliwe i pechowe. Klasyfikacja jest trwała, a ruch między kategoriami praktycznie się nie zdarza. Aż strach więc pomyśleć, co będzie, gdy powstający w trudzie i znoju Stadion Narodowy okaże się obiektem nieszczęśliwym…

W nieodpowiedzialne rzucanie klątwami zabawiał się też w 1986 roku Zbigniew Boniek, przez co aż 16 lat czekaliśmy na kolejny awans do mistrzostw świata. A kiedy już go wywalczyliśmy, pojawiła się plotka, że wśród bagaży lecących z reprezentacją Polski na mundial w Korei Południowej i Japonii znajduje się również całkiem pokaźnych rozmiarów skrzynia z różnej maści amuletami. Szybko okazało się, że zamiast tych wszystkich maneli trzeba było wziąć na mundial po prostu lepiej przygotowaną drużynę. Amulety nie zdały egzaminu i – podobnie jak kilku zawodników i trener – poniosły konsekwencje. Płaszcz Jerzego Engela, który w toku eliminacji zyskał miano szczęśliwego i został uznany za jednego ze współtwórców sukcesu, po przegranych mistrzostwach zaczęto pogardliwie nazywać sfatygowaną jesionką, a właściciel nie był już w nim chyba publicznie widziany. Nawiasem mówiąc, to nie były udane mistrzostwa dla takich metafizycznych zagrywek. W 1/8 finału Giovanni Trapattoni pasjami polewał dłonie wodą święconą widząc w sędzim Byronie Moreno diabła wcielonego, ale boskiej pomocy się nie doczekał. Koreańczycy mieli chyba bardziej przekonywujące argumenty i wyrzucili Włochów za burtę turnieju.

Porażki i smutek zazwyczaj degradują amulety do roli niewiele znaczących przedmiotów; z drugiej strony pech związany z rzeczami lub zjawiskami często przemija, gdy zwiążą się one z wydarzeniem radosnym. To chyba ważna uwaga w kontekście reprezentacji Hiszpanii i jej perypetii z żółtymi koszulkami. Przed półfinałowym meczem z Rosją głośno było o tym, jak to Luis Aragones nienawidzi tego koloru, uznając go za nieszczęśliwy i zwiastujący tragedie. Nic takiego nie miało jednak miejsca – Hiszpanie gładko pokonali rywali i awansując do finału mistrzostw Europy osiągnęli największy sukces od 24 lat.

Mimo to, tuż przed końcowym gwizdkiem Aragones ze smętną miną siedział wtulony w kąt boksu dla rezerwowych. Może już obmyślał, jak wykonać ostatni szlif na największym dziele swojego życia? A może przeklinał w duchu żółte (a właściwie, jak się okazało, złote) koszulki za kontuzję, której nabawił się David Villa? Jakkolwiek by nie było, jeśli Aragones rzeczywiście chce po zakończeniu mistrzostw podjąć pracę w Fenerbahce Stambuł, to chyba dobrze byłoby, gdyby zapomniał o swoim kolorystycznym przesądzie. Turecki klub – ze względu na barwy – jest nazywany Żółtymi Kanarkami

Hiszpanie w finale na żółto nie zagrają, ale przecież miło byłoby, gdyby nad kimś ciążyło jakieś smakowite fatum, mała klątewka albo umysły spowijał jakiś przesąd. Przyczynę nieszczęścia znaleziono szybko – rzekoma klątwa dotyczy finałowych niepowodzeń Michaela Ballacka. Działa co prawda dość wybiórczo, ale ledwo zaczęto ją przypominać, a coś zabolało niemieckiego kapitana i w finale najprawdopodobniej nie zagra. (Prawdopodobnie, bo przecież różnie to może jeszcze być).

Ewentualna nieobecność Ballacka byłaby dla Niemców niepowetowaną stratą i w oczywisty sposób premiuje Hiszpanów. To oni są faworytami: nie dość, że grają dobrze i mają lepszych piłkarzy niż ich finałowi rywale, to jeszcze nie imają się ich żadne klątwy – przełamali już tą dotyczącą 22 czerwca, przezwyciężyli zespół nieszczęść występujący pod kryptonimem „gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”; pecha nie przyniosły im nawet wspomniane żółte koszulki.

Hiszpanie mają jednak pewien problem. Można go chyba zamknąć w dwóch słowach: „klątwa Linekera”. A reszta niech pozostanie milczeniem.

23:31, bartoszewsky , Euroimpresje
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 czerwca 2008

David Silva pieczętuje zwycięstwo Hiszpanii.

- Przysłano nam jesiotra drugiej świeżości - oznajmił bufetowy.
- Druga świeżość to nonsens. Świeżość bywa tylko jedna – pierwsza i tym samym ostatnia. A skoro jesiotr jest drugiej świeżości, to oznacza to po prostu, że jest zepsuty.

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

***

Ten fragment rozmowy profesora czarnej magii Wolanda i bufetowego z teatru Varietes przypomniał mi się podczas drugiej połowy hiszpańsko-rosyjskiego półfinału. Rosja zupełnie nie przypominała zespołu, który ledwie kilka dni wcześniej popisowo zdominował Holandię. W ciągu kilku dni z gry Sbornej uleciała radość z gry; nie było w jej natarciach rozmachu, dynamiki i precyzji, a z czasem zabrakło również wiary w powodzenie ataków. Próby walki przeradzały się w przykrą bezsilność. To była po prostu – nawet jeśli to nonsens – druga świeżość. Czar prysł, coś się zepsuło.

Zastanawiające są przyczyny tego stanu rzeczy. Ogromny wysiłek włożony przez Rosjan w grę z Holandią nasuwa się na myśl jako pierwszy, ale przecież Hiszpanie też zmuszeni byli do gry w ćwierćfinale przez 120 minut, a w dodatku mieli jeden dzień mniej na odpoczynek. Czyżby więc aż tak wielka była różnica w wytrenowaniu graczy między Primera Division a ligą rosyjską?

Nie można też wykluczyć, że Rosjanie nasycili się już samym awansem do półfinału – brązowy medal mistrzostw Europy to przecież nie byle co. Nie było już w nich tej determinacji i pasji, co w poprzednich meczach; nie było tego ognia walki, który w środę palił się w oczach zdziesiątkowanych Turków.

Zbrodnią byłoby zapomnieć o tym, z kim Rosjanie grali – za rywali mieli plejadę znakomitych piłkarzy, którzy tym razem grają jak zawsze, ale wygrywają jak nigdy. Na razie tyle – będzie jeszcze okazja o Hiszpanach podyskutować dłużej i bardziej szczegółowo.

Wszystkie oczy zwrócone były w stronę Andrieja Arszawina, wcześniej wspaniale radzącego sobie ze szwedzkimi i holenderskimi obrońcami. Piłkarz Zenitu St. Petersburg biegał jednak po boisku zupełnie przygaszony. Zaczął słabo – jego próby nie przynosiły żadnych korzyści. W końcu zniknął z pola widzenia, jakby zniechęcony własną nieporadnością i dobrą grą jego hiszpańskich opiekunów. Ciekawe, że Arszawin kompletnie rozczarował kilka godzin po tym, jak gruchnęła wiadomość, iż FC Barcelona wykłada za niego na stół grube miliony… Może zaszkodziło mu właśnie to całe zamieszanie – kręcąca się karuzela chcących go pozyskać klubów, miliony euro i świadomość, że to właśnie wobec jego gry są największe oczekiwania.

Pastwienie się nad Arszawinem byłoby nieuczciwe; to oczywiście gwiazda reprezentacji Rosji, ale słabiej niż w poprzednich grach grali niemal wszyscy jego partnerzy. (Uwaga ta nie dotyczy Igora Akinfiejewa, któremu trudno chyba cokolwiek zarzucić).

Guus Hiddink po raz trzeci zatrzymał się na półfinale wielkiej imprezy. To granica, której na razie nie potrafił przekroczyć. Prowadząc Holandię na mundialu w 1998 roku mecz o finał przegrał w rzutach karnych z Brazylią; cztery lata później – już jako trener Korei Południowej – przeżywał półfinałową porażkę z Niemcami. W obu przypadkach jego drużyny przegrywały także w meczu o trzecie miejsce. Tym razem na otarcie łez Hiddink ma chociaż brązowy medal – mistrzostwach Europy od wielu lat przyznaje się je obu przegranym półfinalistom. To pierwszy krążek tego świetnego fachowca w roli trenera reprezentacji.

Może drugiego doczeka się na mundialu w RPA?

01:10, bartoszewsky , Euroimpresje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 czerwca 2008

Holandia na kolanach.

Jeśli ktoś miałby jeszcze wątpliwości, o czym właściwie jest to oklepane powiedzenie z tytułu, to spieszę z odpowiedzią: o dobrej grze reprezentacji Holandii na Euro 2008. Skończyła się już po trzech meczach, tak jak przygoda Oranje z turniejem.

Po meczu chodziłem podtruty, jakbym zjadł jakąś – nie przymierzając – nieświeżą i nadgnitą pomarańczę. Holandii kibicuje, jeśli tylko nie gra z Polską, od mundialu w 1998 roku. I sam nie wiem, co właściwie o tym zadecydowało. Urzekająca gra? Dennis Bergkamp i Marc Overmars? A może po prostu pomarańczowe koszulki? Po latach trudno odtworzyć motywy takich emocjonalnych wyborów.

Łatwiej wspominać piękne chwile. O tym, w jaki sposób Dennis Bergkamp strzelił gola Argentynie w ćwierćfinale tamtego mundialu jestem w stanie opowiadać z entuzjazmem nawet wyrwany ze snu w środku nocy. Poezja!

Ściskanie kciuków za Holandią przez te wszystkie lata nauczyło mnie jednego – zawsze przychodzi faza turnieju, w której wszystko się wali. Przed meczem z Rosją zaczęły mi się przypominać te wszystkie upiory z przeszłości. Okazało się, że nie bezpodstawnie…

Męczył półfinał z Brazylią z 1998 roku. Nieszczęściem była kontuzja Dennisa Bergkampa, ostatecznie postawionego na nogi; dramatu dopełniły przestrzelone rzuty karne przez Phillipa Cocu i Ronalda De Boera.

Niczym koszmar powracał półfinał Euro 2000 z Włochami. To był prawdziwy holenderski festiwal przestrzelonych rzutów karnych. W regulaminowym czasie gry pudłowali Frank De Boer i Patrick Kluivert. De Boer nie trafił też w konkursie jedenastek, podobnie jak Jaap Stam i Paul Bosvelt. Mecz życia rozgrywał wspaniały tego dnia Francesco Toldo.

Euro 2004 przyniosło traumę już w fazie grupowej. Po 19 minutach Holandia prowadziła z Czechami już 2:0 i wydawało się, że spokojnie będzie kontrolowała przebieg gry. Wkrótce wszystko się rozpadło. Karel Bruckner trafiał ze zmianami, Dick Advocaat wręcz przeciwnie. Natchnione ataki Czechów sunęły na bramkę van der Sara i pozwoliły wygrać im to porywające spotkanie 3:2.

Nie dawał spokoju występ Holandii na niemieckim mundialu. Oranje sprawiali wyzuci z całej swojej naturalnej finezji i polotu. Długimi momentami okrutnie męczyli swoją grą, a ponadto sprawiali wrażenie, jakby do przeprowadzania skutecznych ataków potrzebowali trzech piłek – po jednej dla Arjena Robbena, Robina van Persiego i reszty zespołu.

W trakcie mistrzostw świata w RPA powróci również niechciane wspomnienie wczorajszego meczu z Rosją. Męczyć będą dziwne decyzje Marco van Bastena. Powtarzać będą się pytania: jaki wpływ na grę Holendrów miały dramatyczne okoliczności meczu oraz gdzie uleciała finezja i radość z gry. Wciąż zachwycać będzie za to mistrzostwo Guusa Hiddinka – Holendra w służbie Rosji – i jego drużyny, która wytrąciła Pomarańczowym wszystkie atuty z rąk (a może raczej: nóg), czyniąc ich zupełnie bezradnymi.

Mimo bardzo dobrej gry i przede wszystkim cudownych goli, które były jak pigułki zawierające to co w futbolu najwspanialsze, chyba nikt nie wierzył, że tak grający Holendrzy mogą zdobyć mistrzostwo Europy. To przecież byłoby zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.

13:34, bartoszewsky , Euroimpresje
Link Komentarze (7) »
piątek, 20 czerwca 2008

Schweinsteiger i Deco - dwaj najlepsi w swoich drużynach.

Bundestrainer Joachim Loew solidnie, ale na szczęście tylko słownie, narozrabiał podczas meczu z Austrią i za karę spotkanie z Portugalią musiał oglądać z loży stadionu w Bazylei. Wielu taką karę przyjęłoby z pocałowaniem ręki: zamiast gnieść się na ciasnej ławce rezerwowych można nonszalancko rozwalić się w wygodnym fotelu, skorzystać z bogactwa dostępnych zakąsek i napitków, a nawet – jeśli ktoś lubi – zapalić niedozwolonego przy boisku papierosa. Nie można tam robić chyba tylko jednego – kontaktować się telefonicznie z asystentem prowadzącym w zastępstwie drużynę.

Zastanawiam się, czy to ograniczenie stanowiło dla Loewa jakiś specjalny problem. Niemal przez cały mecz niemiecki trener sprawiał wrażenie niespotykanie spokojnego człowieka, zupełnie jakby nie oglądał najważniejszego meczu w swojej trenerskiej karierze, tylko jakiś nudnawy film. Nie wiem, czy to efekt mistrzowskiego dławienia emocji, czy precyzyjnego planu gry, który sprawdzał się co do joty, ale napięcie na jego twarzy pojawiło się dopiero w ostatnim fragmencie gry.

Loew spoglądał zza szyby, a na ławce rezerwowych dzielnie radzili sobie jego asystenci. Wiadomość, że Niemców w tym meczu poprowadzi Herr Flick musiała wywołać szeroki uśmiech u wielbicieli kultowego serialu 'Allo 'Allo!.

***

Po wczorajszym popisie Bastiana Schweinsteigera chciałoby się użyć oklepanego zwrotu i napisać, że Niemiec ma patent na reprezentację Portugalii. Nie bardzo wiadomo, jak nabywa się ten patent, ale wiadomo czym się objawia: jego posiadacz wyjątkowo często i boleśnie gnębi określonego rywala.

Dwa lata temu Schweinsteiger niemal w pojedynkę pokonał Portugalczyków w meczu o brązowy medal niemieckiego mundialu. Strzelił dwa gole i przyczynił się do samobójczego trafienia Petita. Wczoraj proporcje się odwróciły: Schweinsteiger trafił raz, ale dwa razy świetnie dośrodkowując z rzutów wolnych wypracował gole kolegom.

I na koniec uwaga porządkowa: Basti Fantasti to nie Schweinsteiger, jak chcą od jakiegoś czasu komentatorzy Polsatu, lecz Sebastian Deisler. Pseudonim taki sobie, ale postać warta wzmianki – cudowne dziecko niemieckiej piłki, które przemieniło się w jej bohatera tragicznego. Depresja i kłopoty z kolanami nie pozwoliły Deislerowi rozwijać niewątpliwego talentu. Gdyby nie one, dziś razem z kolegami z reprezentacji szykowałoby się do półfinału Euro 2008.

***

Nazwanie bohaterem tragicznym Cristiano Ronaldo byłoby sporą przesadą, ale faktem jest, że znów zawiódł, gdy miał błyszczeć i drużyna potrzebowała jego popisów. Dwie akcje, w tym jedna bramkowa, to zdecydowanie za mało jak na kogoś, o kim mówi się, że jest najlepszym piłkarzem świata.

Cienką granicę oddzielającą gwiazdy od grona futbolowych geniuszy, do których Ronaldo aspiruje, można przebyć tylko w wielkich meczach. W ostatnich latach dla swoich drużyn potrafili w nich błyszczeć i wygrywać niemal w pojedynkę brazylijski Ronaldo i zwłaszcza Zinedine Zidane. (I nie mogą tej opinii zmienić ich czarne wspomnienia z finałów MŚ w 1998 i 2006 roku). Portugalczyk jeszcze tego nie potrafi. Nikt nie jest doskonały, szczególnie jeśli ma ledwie 23 lata.

Potwierdziło się chyba to, o czym pisałem tuż przed rozpoczęciem finałów: gra Portugalii była nadmiernie podporządkowana Ronaldo. Okazało się, że nie ma w drużynie nikogo, kto mógłby go zastąpić w roli lidera i zadawać najważniejsze ciosy. Podobał się Deco, odbudowujący formę po marnym sezonie w Barcelonie; podobał się również Jose Bosingwa, mimo że po akcji jego stroną boiska Niemcy strzelili pierwszego gola. To jednak było za mało na Niemców.

***

Pisałem wczoraj, że kluczowa dla losów meczu może okazać się rywalizacja bramkarzy. Rzeczywiście tak było – Jens Lehmann bronił nadzwyczaj pewnie, za to Ricardo przyczynił się do zdobycia przynajmniej jednego gola dla reprezentacji Niemiec. Fakt – przed dojściem do piłki Michael Ballack cwaniacko odepchnął obrońcę, ale gdyby portugalski bramkarz został w bramce, a nie błąkał się na własnym przedpolu, gola pewnie by nie było…

***

Chorwaci są groźni, Holendrzy grają pięknie, a Hiszpanie muszą , do licha, kiedyś wreszcie coś ugrać. A jednak gdyby miał ustalać skład finału Euro 2008 na podstawie swoich przeczuć, zagraliby w nim Niemcy z Włochami. Dręczy mnie taka wizja, ale życie może ją szybko wyśmiać. I wcale bym się nie pogniewał, gdyby tak się stało.
13:57, bartoszewsky , Euroimpresje
Link Komentarze (7) »
czwartek, 19 czerwca 2008
Przed meczem Portugalii z Niemcami wszyscy koncentrują się na pojedynku Cristiano Ronaldo i Michaela Ballacka. To zdecydowanie najbardziej medialni piłkarze obu drużyn, gwiazdy światowego formatu, a w dodatku gracze dwóch drużyn, które w ubiegłym sezonie zaciekle walczyły o największe zaszczyty. Dwa razy w tej rywalizacji Ronaldo i jego Manchester United okazali się lepsi od Ballacka i Chelsea Londyn. Czas na rewanż? Niewykluczone.

Odnoszę wrażenie, że kluczowy dla losów tego meczu może być pojedynek zupełnie innego duetu – Ricardo i Jensa Lehmanna. Obaj nie są najmocniejszymi punktami swoich zespołów i kto wie, czy dzisiaj nie palną jakiegoś bramkarskiego głupstwa. Tyle się przecież mówi o tej figlarnej piłce… Leciwy Niemiec, który niemal cały sezon był ledwie rezerwowym w Arsenalu Londyn, ma już zresztą na tych mistrzostwach jednego paskudnego babola na koncie. Ricardo też nie jest bramkarskim cyborgiem – chwile wielkie przeplata z kompromitującymi wpadkami. Ma jednak tę przewagę nad Lehmannem, że grają przed nim znacznie bardziej klasowi obrońcy.

Uwaga na bramkarzy!

***

Tak się te mistrzostwa ułożyły, że kolejny francusko-włoski rewanż za finał ostatniego mundialu zadecydował o tym, która z tych drużyn zagra w ćwierćfinale, a która pożegna się z turniejem już po fazie grupowej. Skończyło się dokładnie tak samo jak przed dwoma laty – Włosi mogli się cieszyć, a Francuzi musieli przeżywać gorycz porażki.

Dziś też jest okazja do wyrównania rachunków z ostatnich mistrzostw świata – tym razem za „mały finał”. Wtedy Niemcy wygrali z Portugalią 3:1…

Dziś za Portugalczykami przemawia niemal wszystko, za Niemcami bardzo niewiele. Nie wolno ich jednak nigdy i pod żadnym pozorem lekceważyć, bo można się na tym nieźle oszukać.
19:08, bartoszewsky , Euroimpresje
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3