Na stadionach Polski i Świata.
czwartek, 17 czerwca 2010

Chile!

Nareszcie na mundialu powiało świeżością i optymizmem - reprezentacja Chile przywróciła wiarę w to, że na mistrzostwach zobaczymy dobry, ofensywny futbol, a nie wyłącznie kunktatorstwo. Wcześniej tylko Niemcy zagrali tak efektownie.

Chilijczycy zagrali zupełnie inaczej niż większość drużyn na tym mundialu. Od razu ruszyli do frontalnych ataków, grali zdecydowanie, dynamicznie i wszędzie było ich pełno. Podobała się taka gra i nieustanne dążenie do zdobycia gola. Wcisnęli Hondurasowi tylko jednego; może byłoby ich więcej, gdyby zdrowy był Humberto Suazo i Marcelo Bielsa miał na boisku prawdziwego snajpera. Miałby wtedy kto skutecznie kończyć szarże najlepszego na boisku Alexisa Sancheza, którego szybkość i dryblingi na prawym skrzydle doprowadzały do rozpaczy obrońców rywali. W Udine już chyba przeliczają zyski - nie uda się już dłużej utrzymać takiego skrzydłowego w skromnym włoskim klubie.

W ogóle prawa strona Chile wypadła imponująco: podobał się też obrońca Mauricio Isla. Pewny w obronie i intensywny w ataku - pędził do przodu niemal za każdą akcją, a jedyny gol dla Chile padł po jego dośrodkowaniu. To kolejny już ciekawy prawy obrońca, który pokazał się na tym mundialu, na przeciwległej flance pusto...

Zachwycając się nad grą Chile trzeba jednak pamiętać o klasie rywala - to była najłatwiejsza przeszkoda. Honduras miał być w tej grupie dostarczycielem punktów i w istocie nim będzie. Honduranie pozwolili na wiele, nie mieli też zbyt wielu argumentów, by poważniej zagrozić bramce rywali. Ograni w Premiershim Winston Palacios i Maynor Figueroa, Egdar Alvarez z Bari, doświadczony kapitan Amado Guevara - trochę za mało, by zaistnieć na mistrzostwach.

Filozofia Chilijczyków jest nietypowa w dzisiejszym futbolu: przede wszystkim trzeba grać ładnie i ofensywnie, wynik jest mniej ważny. Z takim podejściem zdobędą serca wielu kibiców, kontrakty w lepszych klubach, ale chyba nie ugrają zbyt wiele na mundialu i trudno będzie im nawet wyjść z grupy. Każdy wie, że zwycięstwo często wymaga porzucenia ofensywnego stylu gry na rzecz żelaznej obrony, zamiany fantazji na mądrość i konsekwencję, a czasem nawet - piękna na brzydotę.
To byłoby wbrew naturze Chilijczyków, nie wiadomo nawet czy potrafią zagrać w obronie tak rzetelnie jak Szwajcarzy, ale może z obrzydzeniem przełamią się w ostatnim meczu fazy grupowej i chociaż spróbują. Spotkanie z Hiszpanią pewnie zadecyduje, która z tych drużyn odpadnie z turnieju...

Filozofia Chilijczyków jest nietypowa w dzisiejszym futbolu: przede wszystkim trzeba grać ładnie i ofensywnie, wynik jest mniej ważny. Z takim podejściem zdobędą serca wielu kibiców, kontrakty w lepszych klubach, ale chyba nie ugrają zbyt wiele na mundialu i mimo efektownego startu trudno będzie im nawet wyjść z grupy. Każdy wie, że zwycięstwo często wymaga porzucenia ofensywnego stylu gry na rzecz żelaznej obrony, zamiany fantazji na mądrość i konsekwencję, a czasem nawet - piękna na brzydotę.

To byłoby wbrew naturze Chilijczyków, nie wiadomo nawet czy potrafią zagrać w obronie tak rzetelnie jak Szwajcarzy, ale może z obrzydzeniem przełamią się w ostatnim meczu fazy grupowej i chociaż spróbują. Spotkanie z Hiszpanią pewnie zadecyduje, która z tych drużyn odpadnie z turnieju...

Podczas pierwszej kolejki mundialu w RPA strzelono zaledwie 25 bramek. Dla porównania cztery lata temu na tym etapie rozgrywek piłkarze na listę strzelców wpisywali się 39-krotnie, a podczas mistrzostw w Korei i Japonii w pierwszych szesnastu meczach padło aż 46 goli, czyli niemal dwukrotnie więcej niż w tym roku!

Tylko w dwóch meczach z szesnastu rozegranych, Niemcy - Australia oraz Brazylia - Korea Północna, padło więcej niż dwie bramki. Koreańczycy z północy byli zresztą jedyną drużyną pierwszej rundy spotkań, która nie przegrała do zera. Co więcej, w historii MŚ nie zdarzyło się jeszcze by po pierwszej serii spotkań nie było choćby jednego zawodnika z więcej niż jedną bramką na koncie.

Do tej pory najmniej bramek w przeliczeniu na mecz padło podczas mundialu we Włoszech w 1990. Wtedy w meczu strzelano średnio 2,21 gola. W tym roku, póki co, średnia ta wynosi 1,56 gola na mecz. Czyżby czekał nas najnudniejszy mundial w historii?

środa, 16 czerwca 2010

Powiedziało się "a", to trzeba powiedzieć "b", nawet jeśli minęło już trochę czasu od meczu.

To miało wyglądać trochę inaczej - Holendrzy nie musieli wcale chłostać Duńczyków, ale mieli pokazać futbol efektowny, zdecydowany i przekonywujący. Nic z tego. Grali ospale, bez wyrazu i być może pomarańcza wcale nie przekulałaby się po Duńczykach, gdyby Simon Poulsen nie popchnął jej głową, a Daniel Agger plecami. Holendrom ten kuriozalny samobój dał spokój, pełne panowanie na boisku, a ostatecznie zasłużone zwycięstwo; piłkarzom Olsena podciął skrzydła i obnażył ich braki w ofensywie. W pierwszej połowie próbowali jeszcze kąsać, po stracie gola nie mieli już pomysłu i środków, by to robić.

Pozytyw dla Holandii jest oczywisty: trzy punkty. Poza tym próbka umiejętności Gregorego van der Wiela i błysk Eljero Elii. Kusząca jest wizja wprowadzenia go do pierwszej jedenastki kosztem Rafaela van der Vaarta - rozruszałby lewe skrzydło i zdynamizował grę Holandii. Rozwiązanie do wypróbowania przeciwko Japonii i Kamerunowi; tym bardziej, że wciąż kuruje się Arjen Robben. Ktoś w końcu musi szarpać obroną rywali, może wtedy ocknie się też Robin van Persie i reszta towarzystwa.

* * *

Krótko o warunkach: dużo przed mundialem mówiono o specyficznej ponoć piłce, szeroko rozpisywano się o wuwuzelach, zwracano także uwagę na rozpoczynającą się wkrótce w RPA zimę. Bodaj zupełnie pominięto inny ważny czynnik - wysokość, na której położone są stadiony, i jej ewentualny wpływ na grę piłkarzy. Teraz się to trochę zmienia, choć wciąż temat traktowany jest powierzchownie.

Powyżej 1000 m n. p. m. są położone cztery miasta, w których odbywają się mecze mundialu - będący centrum mistrzostw Johannesburg (leży najwyżej, bo 1753 m n.p.m.), Bloemfontein, Polokwane i Rustenburg. Nie są to wysokości na miarę słynnych piłkarskich dachów Ameryki Południowej, o których kiedyś na Futbolinie pisał Sergiusz Bober; nawet finały mistrzostw świata odbywały się na większych wysokościach - miasto Meksyk leży przecież grubo ponad 2000 m n. p. m. Dla zawodników z Europy gra w takich warunkach jest nowością i może stanowić pewien problem. Wzięli to pod uwagę choćby Włosi, którzy przed mundialem byli na zgrupowaniu w alpejskim Sestierre, znanym z Pucharu Świata narciarstwie zjazdowym.

Holendrzy po wizycie w Johannesburgu schodzą na niziny, więc będą się czuli jak u siebie - kolejne mecze czekają ich w nadmorskich Durbanie i Kapsztadzie; może więc po wysiłku w górach będą biegać trochę żwawiej. Jeżeli wygrają swoją grupę, to na wybrzeżu (także w Port Elizabeth) zostaną dłużej i do Johannesburga będą mogli przyjechać już tylko na jeden mecz. Finał.

wtorek, 15 czerwca 2010

Cztery lata to szmat czasu, więc jestem trochę przerażony, że minęły tak szybko.

Zaczynałem pisać bloga dzień po meczu Polaków z Niemcami na poprzednim mundialu. Było już jasne, że dla biało-czerwonych mistrzostwa skończą się po trzech meczach, a po turnieju zwolniony zostanie Paweł Janas. Potem nadszedł czas na Leo Beenhakkera - od ciekawości, przez radość i rozczarowanie, aż po zmęczenie. O próbach Stefana Majewskiego aż nie chciało się pisać, powodów dostarczy wesoła kadencja Franciszka Smudy.

Zaczynałem pisać bloga dzień po meczu Polaków z Niemcami na poprzednim mundialu. Było już jasne, że dla biało-czerwonych mistrzostwa skończą się po trzech meczach, a po turnieju zwolniony zostanie Paweł Janas. Potem nadszedł czas na Leo Beenhakkera - od ciekawości, przez radość i rozczarowanie, aż po zmęczenie. O próbach Stefana Majewskiego aż nie chciało się pisać, mnóstwo powodów do tego dostarczy wesoła kadencja Franciszka Smudy.

Cztery lata, czterech selekcjonerów. Nieźle. Ponadto dwa mundiale, które klamrą spinają całą tę pisaninę, mistrzostwa Europy, igrzyska olimpijskie i sporo mniejszych wydarzeń, z których wielu już nikt nie pamięta. Dwóch najbardziej pamiętnych i szczęśliwych dla mnie - radości po golu Rafała Murawskiego w meczu z Austrią Wiedeń i mistrzostwie Lecha - nie opisałem, ale bez przesady z tym blogowym uzewnętrznianiem emocji. Czasami lepiej się po prostu cieszyć.

Chciałem grać z pierwszej piłki, ale - umówmy się - wychodziło mi to jak polskiemu piłkarzowi. Najczęściej kopałem w aut, czasami musiałem przyjąć piłkę i zrobić z nią kółeczko, od czasu do czasu zdarzało się też, że wychodziło dobrze i był to powód do pewnej satysfakcji.

Wszystkim blogowym Komentatorom i Czytelnikom, zwłaszcza tym stałym, dziękuję i gratuluję, że wytrzymują. Niech na Waszą cześć zagrają jutro wuwuzele! :)

23:15, bartoszewsky
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 czerwca 2010

Holandia - faworyt tradycyjny. Tym razem trochę się na to krzywię, bo moje kibicowskie przeczucie każe raczej mocno wypatrywać momentu, w którym Pomarańczowi się poślizgną i wypadną za burtę mistrzostw. To oczywiście nie przeszkadza, by jednocześnie mieć nadzieję, że tym razem będzie inaczej i Holendrzy w końcu zagrają w finale.

Wszystkie upiory z przeszłości już kiedyś wspominałem: przestrzelone karne, kontuzje kluczowych piłkarzy, błędy trenerów i trudne do wytłumaczenia zapaści całej drużyny. Rozczarowanie po tych porażkach, przychodzących po serii pięknych meczów, było tak duże, że kwaśny smak miały nawet półfinały mundialu i mistrzostw Europy.

Wszystkie upiory z przeszłości już kiedyś wspominałem: przestrzelone karne, kontuzje kluczowych piłkarzy, błędy trenerów i trudne do wytłumaczenia zapaści całej drużyny. Rozczarowanie po tych porażkach, przychodzących po serii pięknych meczów, było tak duże, że kwaśny smak miały nawet półfinały mundialu i mistrzostw Europy.

Mecz, w którym wszystko może się rozsypać można nawet już teraz zaznaczyć pisakiem w terminarzu mistrzostw. Turniejowa drabinka ułożyła się tak, że jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w ćwierćfinale Holandia wpadnie na Brazylię...

Ale jeśli chce się być wielkim, trzeba wygrywać z wielkimi. Proste i oczywiste.

Holenderską nadzieją na wielkość jest ofensywa: Arjen Robben, Wesley Sneijder, Robin van Persie, Rafael van der Vaart to postacie z pierwszego planu, a w odwodzie są przecież także Dirk Kuyt i przebojowiec Eljero Elia. Rzecz w tym, jak to całe towarzystwo podzieli się piłką i czy jedna na pewno im starczy. Wystarczyła kiedy niedawno rozjeżdżali Węgrów, ale na mundialu nie musi być wcale tak, jak w towarzyskiej przebieżce.

Nawiasem mówiąc: Bert van Marwijk niepotrzebnie ryzykował w niej zdrowie Robbena. To piłkarz tyleż znakomity, co kruchy i trzeba na niego chuchać i dmuchać. Już niedługo jego zdrowie i forma będą niezbędne do osięgnięcia poważniejszych celów niż zwycięstwo z Węgrami. Może to moje zwykłe czepialstwo, może tylko drobna ryska na wizerunku van Marwijka (u nas znanego jako piłkarski ojciec Euzebiusza Smolarka), a może szczegół tłumaczący, dlaczego mimo paru sukcesów, ten skądinąd dobry trener wciąż znajduje się w drugim szeregu holenderskich szkoleniowców.

Po Danii, Japonii i Kamerunie pomarańcza może (ale nie musi) przetoczyć się tylko dzięki ofensywie, ale żeby wygrać całą wojnę trzeba mieć też solidnie zabezpieczoną własną bramkę. Im bliżej niej, tym problem Holendrów jest większy - dysproporcja między atakiem i obroną jest olbrzymia.

Jako tako wygląda jeszcze środek pomocy z Nigelem de Jongiem i rzeźnikiem Markiem Gertrudą van Bommelem (który zawsze wyglądał mi na piłkarza z innej epoki), ale już pomarańczowa obrona zupełnie nie wzbudza zaufania. Joris Mathijsen ma za sobą kiepski sezon w Hamburger SV, John Heitinga i Andre Ooijer to przeciętniacy, po których trudno spodziewać się wiele dobrego, a kapitan Giovanni van Bronckhorst za chwilę kończy karierę. Jedynym jaśniejszym punktem jest Gregory van der Wiel, jeden z najciekawszych młodych bocznych obrońców w Europie. Zagadką pozostaje występ Maartena Stekelenburga w bramce.

Pisząc o Holendrach trzeba zadawać pytania nie tylko o tym, co może wydarzyć się na boisku, ale także o tym, co będzie się działo po za nim. Wybuchnie jakiś konflikt? Poprztykają się czy nie? Czy ktoś się obrazi i nie będzie chciał podawać innemu? Będą podziały? Zawsze był w tej drużynie silny gen autodestrukcji. Van Bommel twierdzi, że teraz jest inaczej i piłkarze tworzą kolektyw, ale co właściwie ma mówić piłkarz reprezentacji i zięć trenera?

niedziela, 13 czerwca 2010

Polscy trenerzy lubią się czasami dowartościować i opowiadają, że to właśnie oni kładli podwaliny pod sportowe sukcesy innych nacji. Jedna z tych dobrze znanych historii opowiada o wpływie tzw. polskiej myśli szkoleniowej na greckie piłkarstwo. W Helladzie z dużym powodzeniem pracowali przecież Kazimierz Górski i Jacek Gmoch, z mniejszym Andrzej Strejlau, a na chwilę wpadł nawet sam Grzegorz Lato.

Zwykle takie historie budzą tylko łagodny uśmieszek, bo są podatne na przesadę, a prawda z fałszem jest zmieszana w nieznanych proporcjach. W tej chyba jednak rzeczywiście coś jest na rzeczy, bo widać nawet pewne podobieństwo - im dłużej patrzyłem na męki Greków w meczu z Koreą Południową, tym bardziej przypominali mi Polaków z trzech ostatnich turniejów.

I to wcale nie przez skojarzenia z wydarzeniami sprzed ośmiu lat. Wtedy to my o 13:30 czasu warszawskiego rozpoczęliśmy mecz z Koreą. Też mogliśmy pierwsi strzelić gola, ale - jak Grecy - przegraliśmy 0:2. Styl był tak samo przygnębiający, więc szybko stało się jasne, że na tym mundialu już nic dobrego z tego nie będzie, choć przecież w teorii nie wszystko jeszcze przegrane. Już za chwilę przecież mecz o wszystko...

No właśnie, styl. To on najbardziej przypomina ostatnie turniejowe, ehm, harce biało-czerwonych - piłkarze Otto Rehhagela są równie nieporadni i toporni. Po boisku przesuwają się ślamazarnie, nieudolnie konstruują natarcia, wykonywane przez nich rzuty rożne i wolne to w zdecydowanej większości tylko strata czasu, a pod własną bramką grają tak, że można zacząć podejrzewać sabotaż. Oba gole w meczu z Koreą stracili w sposób przedziwny. Pierwszego przez nieruchawą strefę, ustawioną w polu bramkowym - tworzący ją piłkarze przypominali raczej wbite w boisko tyczki, a nie obrońców chcących przeszkodzić rywalowi w zdobyciu gola (pamiętacie pierwszą bramkę, którą strzelił nam Ekwador?). Drugi, po dziecinnej stracie Lukasa Vyntry, był równie absurdalny i na liście największych baboli tego mundialu będzie bardzo wysoko.

Wrażenie ogólne też takie jak po ostatnich występach Polaków - Grecy nie pasują do tego towarzystwa. Jeżeli mieli swoim występem poprawić humor mieszkańców pogrążonego w kryzysie państwa, to na razie stało się zupełnie inaczej - sprawili kolejną przykrość.

Zorba, gdyby w ogóle go to obchodziło, powiedziałby pewnie coś o katastrofie. Tylko że nie pięknej, a paskudnej.

sobota, 12 czerwca 2010
Franck Ribery przed meczem z Urugwajem miał wyjątkowo niewyraźną minę, tak jakby przeczuwał, że to nie będzie jego wieczór. I w istocie nie był - zaczął jeszcze z animuszem, ale z czasem zagrożenie z jego strony było coraz mniejsze, a w końcu zupełnie zniknął. Do końca meczu Ribery dotrwał chyba tylko dlatego, że Raymond Domenech miał nadzieję na jeden jego zwycięski błysk, a poza tym mógł przecież zrobić tylko trzy zmiany. Szamoczący się Nicolas Anelka, zagubiony Yoann Gourcuff, bezproduktywny Sidney Govou (który akurat miał najlepszą okazję do zdobycia gola) - nie można się przyczepić do nazwisk zdejmowanych z boiska piłkarzy. Inna sprawa, że byli na nim zbyt długo. To w komplecie gracze ofensywni, a Trójkolorowi mieli wyjątkowy problem z zawiązaniem i płynnym przeprowadzeniem akcji między urugwajskimi zasiekami.
Do bezbarwnej gry Francuzów nic dobrego nie wniósł Thierry Henry, o którego nieobecności w pierwszej jedenastce było tyle nieobecności przed meczem. Miał szansę udowodnić, że zamieszanie nie wynikało tylko z towarzyskich układów i pokazać, że wciąż jest tej reprezentacji potrzebny. Mógł też wyrównać rachunki z mundialu w Korei Południowej, kiedy w meczu z Urugwajem dostał czerwoną kartkę za faul na Paolo Montero. Wówczas też było 0:0, a Les Blues do kraju wracali już po trzech meczach.
I kiedy Henry wreszcie dostał szansę na to wszystko - rzut wolny w ostatniej minucie - kopnął piłkę od niechcenia w mur. Po prostu słabo - tak, jak grał przez cały sezon. Ale na boisku pewnie go jeszcze zobaczymy. Niewykluczone, że w parze z Anelką. Domenech będzie musiał szukać, może więc jeszcze raz zmieni ustawienie i Francja zagra dwoma napastnikami.
Urugwaj skupił się przede wszystkim na tym, by nie stracić gola, zupełnie tak, jakby Oscar Tabarez założył, że remis w pierwszym meczu będzie wystarczającym krokiem do wyjścia z grupy. Stąd wyjątkowa koncentracja na grze w obronie: pięciu obrońców oraz trzech pracowitych środkowych pomocników, z Egidio Arevalo Riosem na czele, którzy sprawnie przeszkadzali i odbierali Franzucom piłki.

Franck Ribery przed meczem z Urugwajem miał wyjątkowo niewyraźną minę, tak jakby przeczuwał, że to nie będzie jego wieczór. I w istocie nie był - zaczął jeszcze z animuszem, ale z czasem zagrożenie z jego strony było coraz mniejsze, a w końcu zupełnie zniknął. Do końca meczu Ribery dotrwał chyba tylko dlatego, że Raymond Domenech miał nadzieję na jeden jego zwycięski błysk, a poza tym mógł przecież zrobić tylko trzy zmiany. Szamoczący się Nicolas Anelka, zagubiony Yoann Gourcuff, bezproduktywny Sidney Govou (który akurat miał najlepszą okazję do zdobycia gola) - nie można się przyczepić do nazwisk zdejmowanych z boiska piłkarzy. Inna sprawa, że byli na nim zbyt długo. To w komplecie gracze ofensywni, a Trójkolorowi mieli wyjątkowy problem z zawiązaniem i płynnym przeprowadzeniem akcji między urugwajskimi zasiekami.

Do bezbarwnej gry Francuzów nic dobrego nie wniósł Thierry Henry, o którego nieobecności w pierwszej jedenastce było tyle hałasu przed meczem. Miał szansę udowodnić, że zamieszanie nie wynikało tylko z towarzyskich układów i pokazać, że wciąż jest tej reprezentacji potrzebny. Mógł też wyrównać rachunki z mundialu w Korei Południowej, kiedy w meczu z Urugwajem dostał czerwoną kartkę za faul na Paolo Montero. Wówczas też było 0:0, a Les Blues do kraju wracali już po trzech meczach.

I kiedy Henry wreszcie dostał szansę na to wszystko - rzut wolny w ostatniej minucie - kopnął piłkę od niechcenia w mur. Po prostu słabo - tak, jak grał przez cały sezon. Ale na boisku pewnie go jeszcze zobaczymy. Niewykluczone, że w parze z Anelką. Domenech będzie musiał szukać, może więc jeszcze raz zmieni ustawienie i Francja zagra dwoma napastnikami.

Urugwaj skupił się przede wszystkim na tym, by nie stracić gola, zupełnie tak, jakby Oscar Tabarez założył, że remis w pierwszym meczu będzie wystarczającym krokiem do wyjścia z grupy. Stąd wyjątkowa koncentracja na grze w obronie: pięciu obrońców oraz trzech pracowitych środkowych pomocników, z Egidio Arevalo Riosem na czele, którzy sprawnie przeszkadzali i odbierali Franzucom piłki.

Zawiódł Luis Suarez, który praktycznie nie zaistniał przy francuskich obrońcach. To fakt, że brakowało mu wsparcia z drugiej linii, ale Diego Forlan radził sobie w takich okolicznościach zupełnie dobrze. I już, mimo że to dopiero pierwsze próby Suareza na takim poziomie i w świetle tylu kamer, można powziąć pewne wątpliwości: worki goli z ligi holenderskiej wcale nie muszą oznaczać, że piłkarz poradzi grając przeciwko lepszym rywalom. Może mu coś o tym powiedzieć były kumpel z Ajaksu Amsterdam Klaas-Jan Huntelaar, któremu w Realu Madryt i Milanie wiodło się bardzo różnie.

 
1 , 2