Na stadionach Polski i Świata.
środa, 13 czerwca 2012

W świetnej „Białej gorączce” Jacek Hugo-Bader opisuje jak wódka zabija ludy Azji Północnej. Ewenkowie, Buriaci czy Czukcy mają wyjątkowo słabą tolerancję na alkohol i zachowują się po nim, jak ładnie mówią Rosjanie, nieadekwatnie – ten rozebrał się na mrozie, tamten skoczył z mostu do zamarzniętej rzeki, a inny usiadł na torach i pociąg urżnął mu nogi. Przypomniała mi się ta opowieść, gdy patrzyłem jak w drugiej połowie Rosjanie robią biało-czerwonym sporo miejsca na boisku i umożliwiają im szybkie wypady. Zachowywali się nieadekwatnie, nie było w tym wszystkim wyrachowania, charakteryzującego drużyny, które chcą naprawdę dużo znaczyć na mistrzostwach.

Ich problem.

Dobrze, że udało się to wykorzystać; szkoda, że tylko raz (wszyscy to widzieli, ale trzeba napisać – prześliczna szarża Błaszczykowskiego, prześliczny gol). Mogło być lepiej.

Pewnie przesadą byłoby napisać, że Smuda jest wielkim zwycięzcą tego meczu, ale na pewno jego akcje wzrosły. Dobrze odpowiedział na atuty Rosjan – trzech defensywnych pomocników ograniczyło im luz w środku pola, cała drużyna rzetelnie pracowała w defensywie, a jednym z najlepszych na placu był bodaj franciszkowy wynalazek, czyli Eugen Polanski. Rzecz jasna do ideału sporo brakowało – długo z piłką wyglądaliśmy znacznie gorzej i niepewnie niż bez niej. Okazało się jednak, że Smuda ma różne możliwości i potrafi z nich skorzystać, kiedy jest potrzeba.

Teraz interesujące jest przede wszystkim to, jaki Smuda ma w głowie plan na mecz z Czechami. Trzymanie na boisku trzech defensywnych pomocników w sytuacji, gdy trzeba wygrać, wydaje się zupełnie bezcelowe. Ofensywnych wariantów jest całkiem sporo, łatwo sobie wyobrazić powrót do jedenastki Rybusa, ale też występ Mierzejewskiego, Grosickiego, a nawet Brożka.

Ciekawa jest też kwestia obsady bramki. To prawda – na tej pozycji powinna panować hierarchia, ale często burzy ją zwykły przypadek. Na początku kadencji Smudy miał przecież w niej grać Kuszczak, ale ugrzązł gdzieś w rezerwach Manchesteru United. Miał też grać Fabiański, ale zardzewiał na ławce Arsenalu. Miał grać Boruc, ale opił się winem. Miał grać Szczęsny, ale zawalił gola i dostał czerwoną kartkę. Niech więc dalej broni Tytoń, który przeciwko Rosji był pewny, solidny i spokojny. Posadzenie go na ławce byłoby w tej sytuacji po prostu nie w porządku. Poza tym wcale nie jest pewne, czy powrót Szczęsnego na boisko byłby uzasadniony kwestiami czysto sportowymi.

Polacy wytrzymali mecz taktycznie, wytrzymali też – jak się wydaje – kondycyjnie.  A przecież po meczu z Grecją różni mądrzy wskazywali, że reprezentacja znów jest źle przygotowana do wielkiego turnieju. To już dyżurny zarzut – nie udało się w końcu Engelowi, Janasowi i Beenhakkerowi do spółki z jakimś holenderskim magikiem, dlaczego miałoby się udać Smudzie i jego ekipie – ale jednocześnie tak łatwy do użycia, że aż nieznośny. Po meczu z Rosją nikt już go nie podnosi, bo wynik jest satysfakcjonujący. Oczywiście wszystko może się zmienić, w przypadku niepowodzenia z Czechami wszyscy znów będą gadać, że kadra była źle przygotowana, że piłkarze spuchli i to nawet w przypadku, gdyby tak nie było. Taki zwyczaj.

Dwa mecze, dwa remisy. Różne okoliczności i różne odczucia – po meczu z Grecją było wielkie rozczarowanie, teraz jest gorączka, trochę niezrozumiała euforia, jakby wyjście z grupy już zostało zaksięgowane. Jest i masa optymizmu, który wreszcie wynika z miarodajnego testu na boisku, a nie życzeń i flag w samochodach. Warto jednak pamiętać, że sytuacja specjalnie się nie zmieniła – ostatni mecz po prostu trzeba wygrać, żeby wyjść z grupy. Na razie jedynym naszym zwycięstwem w tym turnieju jest to, że w ostatnim meczu reprezentacja zależy tylko od siebie. To nowość, z którą trzeba się trochę oswoić.

wtorek, 12 czerwca 2012

Z trenerami piłkarskimi jest podobnie jak z muzykami – są wybitni twórcy, są też lepsi i gorsi odtwórcy dorobku innych. Specjalne miejsce w tej klasyfikacji zajmują selekcjonerzy reprezentacji, którzy ze względu na specyfikę swojej pracy w szczególny sposób opierają się na efektach pracy trenerów klubowych. Przykłady? Ot, choćby Vicente del Bosque i Cesare Prandelli.

1.

Trudno bardziej zdecydowanie wyrazić votum nieufności wobec napastników niż zrobił to Vicente del Bosque. Mecz z Włochami na ławce rezerwowych zaczęła cała czwórka, która przyjechała na mistrzostwa Europy, a wolne miejsce w pierwszej linii zajął Cesc Fabregas. Najbardziej fałszywy napastnik tego turnieju w końcu strzelił gola, ale wydawało się, że na boisku cały czas kogoś brakuje. Leo Messiego.

Messi zagrać oczywiście nie mógł, ale skojarzenia ze sposobem gry Barcelony są naturalne. To konsekwencja przenoszenia na reprezentacyjny grunt barcelońskiej idei Josepa Guardioli, która sprowadza się do znalezienia miejsca na boisku dla jak największej liczby świetnie operujących piłką pomocników. Piłkarze przednich formacji w zamyśle mają być mobilni, nieustannie zmieniać się pozycjami, by wykorzystać wolne przestrzenie i zaskakiwać rywali. Cel jest oczywisty – doprowadzenie do perfekcji rozegrania piłki i osiągnięcie pełnej kontroli nad przebiegiem gry.

Dla del Bosque mecz z Włochami był eksperymentem, być może wyjątkowym w całym turnieju, ale trudno nie odnieść wrażenia, że kroczy drogą Guardioli. Z Barcelony do kadry wziął sześciu piłkarzy z pola i reżysera gry; ważniejsze, że uczynił z nich szkielet zespołu, do którego – po drobnych korektach – zaadaptował resztę graczy. Nie było to trudne – takie rozwiązanie narzuca się samo, jest usprawiedliwione klasą i charakterystyką piłkarzy. Efekt: z Włochami zagrało sześciu pomocników (nawiasem: nazwy pozycji coraz mniej mówią o ich roli na boisku), którzy misternie dziergali akcje ofensywne. Bez szczególnych kombinacji mogło ich być na boisku razem nawet ośmiu i kto wie, czy to nie kolejny etap ewolucji reprezentacji Hiszpanii.

Na razie del Bosque broni się wynikami, więc trudno mu zarzucać, że podąża szlakiem wyznaczonym przez Guardiolę. Może to dać kolejny tytuł, bo Hiszpanie – jakkolwiek nażarci wszystkimi sukcesami z ostatnich lat – umiejętności i bogactwo możliwości mają niesłychane. Można jedynie rozważać, czy mimo wszystko więcej korzyści nie przyniosłoby Hiszpanom przełamanie barcelońskiego schematu, poszukanie w grze świeżych, zaskakujących elementów. To wkrótce może być konieczne i to nie tylko jako plan B w sytuacji kryzysowej. Również – a może przede wszystkim – dlatego, że w piłce wszystkie szlaki, nawet te najpiękniejsze i najbardziej podziwiane, kiedyś się kończą. Najczęściej na ścianie.

2.

Jeszcze niedawno ustawienie z trzema obrońcami było uznawane za przejaw piłkarskiego zacofania, dziś powoli wraca do łask. Zwłaszcza w Serie A – w Napoli oswoił je Walter Mazzarri, sukcesy w Udinese osiągnął Francesco Guidolin, ale z najlepszymi efektami rozwinął je w Juventusie charyzmatyczny Antonio Conte. Grając przez znaczną część sezonu trójką obrońców zdobył mistrzostwo, a system okazał się bardzo funkcjonalny – pozwolił bardzo dobrze bronić (najmniej straconych goli w Serie A) i ciekawie atakować.

Nie dziwi zatem, że przeciwko Hiszpanii te atuty postanowił wykorzystać Cesare Prandelli. Ustawiona w systemie 3-5-2 drużyna opierała się na sześciu zgranych i rozumiejących ten schemat piłkarzach Juventusu. Mogło być ich więcej, ale kontuzja wykluczyła z gry Andreę Barzagliego. I chyba nawet wyszło to Włochom na dobre, bo zastępujący go na środku obrony Daniele De Rossi zagrał świetnie; pewnie i twórczo wchodząc w swoją rolę. Niewykluczone, że jego występ stanie się kolejną inspiracją dla trenerów – powrotem do koncepcji z libero aktywniej włączającym się do ataków i bardziej ambitnego rozgrywania piłki.

Włosi dobrze radzili sobie w obronie, zdecydowanie ograniczając pole Hiszpanom; prowadzeni przez Andreę Pirlo potrafili też narobić dużo zamieszania pod ich bramką. Pomysł wykorzystywany przez Prandelliego wydaje się nowatorski, zaskakujący i zapewne będzie obowiązywał także w kolejnych meczach. Może wtedy zobaczymy w Italii jeszcze więcej Juventusu – drużyny lubiącej prowadzić grę, atakować i wymieniać dużo podań.

3.

Przypisywanie wszystkich zasług za ewentualne sukcesy Guardioli i Conte byłoby oczywiście nieuczciwe – to nie oni są z reprezentacjami na co dzień, nie prowadzą treningów, odpraw i drużyn w trakcie meczu. Mają bardzo duży wpływ na ich grę. 

Otwarte pozostaje pytanie, czy odtwarzanie pomysłów innych w reprezentacjach, to przejaw trenerskiej mądrości, efekt konieczności, czy po prostu braku pomysłów.

To mądrość, bo pozwala dostrzec i wykorzystać to, co funkcjonuje sprawnie i daje dobre efekty w klubach.

To konieczność, bo zgrupowania reprezentacji trwają na tyle krótko, że najrozsądniej optymalnie wykorzystać koncepcje wypracowane przez innych.

To brak pomysłu, bo mając różne klocki można zbudować coś ciekawszego, niż tylko to, co ktoś wymyślił już wcześniej. Wystarczy tylko kilka z nich zamienić miejscami, kilka wyrzucić (o to najtrudniej) i stworzyć całkiem nową budowlę. Tylko?!

Końcowa ocena i tak zależy od efektów tego naśladownictwa. Jeśli będzie zadowalający, będzie to świadczyło o mądrości trenera. Jeśli zły – o jego nieudolności. Zupełnie jak w muzyce. Bywają covery lepsze od oryginału, są neutralne, zdarzają się jednak i kompletnie nieudane…

niedziela, 10 czerwca 2012

Robin van Persie

Dobre zdjęcie przemówi lepiej niż tysiąc słów. Ta fotka, wyszperana przez Weszło! na stronie Daily Mail, najlepiej podsumowuje starania Holendrów pod duńską bramką - były po prostu niezdarne. Robin van Persie pudłował, plątał się sam w sobie, a na koniec już nawet nie trafiał w piłkę. Wyciąganie szybkich wniosków kusi, pisanie o następnym wielkim piłkarzu nieprzekonującym na wielkich turniejach wydaje się łatwe, ale na razie poprzestańmy na pytaniu - ile goli van Persie strzeliłby dla Arsenalu, gdyby miał takie sytuacje jak wczoraj? Tam jest niekwestionowaną gwiazdą, liderem i kapitanem, w reprezentacji musi się tym wszystkim dzielić z kolegami...

Holandia zagrała wolno, statycznie, niepewnie w obronie (kiepściutki duet stoperów, Heitinga przy straconym golu dał się minąć łatwiej niż plastikowa tyczka) i nieskutecznie - to dla niej złe wiadomości. Są, mimo porażki, i dobre. Na otarcie łez.

Można marudzić na grę Holendrów, gadać, że pod duńską bramką zachowywali się nieadekwatnie, ale mimo wszystko nie można zapomnieć, że ludzie van Marwijka wypracowali sobie wiele okazji do zdobycia gola. Nie jest więc tak, że Pomarańczowi bez pomysłu bili głową w duński mur - potrafili znaleźć na niego sposób, ale nie potrafili trafić do siatki.

Liczba mnoga nie jest może najszczęśliwsza, bo sposób na duńską obronę znajdował przede wszystkim Wesley Sneijder, który po trudnym sezonie w Interze, nawiązywał do swojej gry na mundialu w RPA. Jedno z jego podań będzie ozdobą tych mistrzostw, nawet mimo tego, że haniebnie zmarnował je Klaas-Jan Huntelaar.

Holendrzy zaczęli dokładnie tak samo jak Hiszpanie ostatnie mistrzostwa świata. To mogłoby być dla nich pocieszenie i całkiem niezła wróżba, ale jest jeden szczegół. Hiszpanie grali w grupie z Hondurasem i Chile i mieli trochę czasu, żeby się dotrzeć. Holendrzy takiego komfortu nie mają – o przetrwanie w turnieju zagrają z Niemcami i Portugalią.

* * *

Patrzę na Nikiego Zimlinga i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to kolejna zmiana sztefety duńskich defensywnych pomocników. A może wręcz kolejny stopień ewolucji? Pewnie przez fizyczne podobieństwo...

Pierwszy był Stig Tofting – człowiek o gabarytach komody, z który zderzenia były równie nieprzyjemne co z tym meblem. Na boisku głównie walczył, w piłkę grał stosunkowo mało. Chętniej boksował, kiedyś w dyskotekach, teraz na ringu.

Później nastał czas Thomasa Gravesena – piłkarza ciut subtelniejszego, ale znacznie lepszego niż Tofting. Solidność i waleczność zaowocowały nawet transferem do Realu Madryt, gdzie ściągnął go Vanderlei Luxemburgo. 

Teraz w reprezentacji gra Zimling, najdelikatniejszy z całej trójki. Z Holandią zagrał poprawnie, rzetelnie pracując w środku pola. Lepszy to piłkarz niż Tofting, słabszy niż Gravesen.

* * *

Za chwilę pojawią się opowieści o duńskim dynamicie, chociaż przecież żadnych wybuchów w grze ludzi Mortena Olsena nie było. No, poza wynikiem.

Najbardziej zadziwiał sposób, w jaki Duńczycy wyprowadzali piłkę spod własnej bramki - krótko, ryzykownie, momentami wręcz beztrosko. Skończyło się to bardzo szczęśliwie, Holendrzy nie potrafili wykorzystać błędów, ale na pewno dało sporo do myślenia Paulo Bento i Joachimowi Loewowi, o tym gdzie można szybko i efektywnie złapać rywali...

sobota, 09 czerwca 2012

Każdy moment na stratę gola jest zły, ale niektóre są gorsze. Przez lata wbijano wszystkim do głów, że najpaskudniejsze są bramki tracone tuż przed przerwą. Chyba nikt nigdy nie wyjaśnił dlaczego miałoby tak być, a już na pewno zupełnie nie zauważano, że z tym nieszczęściem związany jest atut – trener otrzymuje niemal natychmiastową okazję na bezpośrednią reakcję. Takiej możliwości nie ma w przypadku goli strzelanych zaraz po przerwie. Więcej – często tak bardzo zmieniają okoliczności, że wszystko co działo się w szatni w mig staje się nieważne, a piłkarze po prostu głupieją i długo nie mogą dojść do siebie.

Próbuję tę swoją teorię odnieść do meczu Polski z Grecją, ale pojawia się zasadniczy problem – nie wiadomo, czy gol Salpingidisa mógł cokolwiek przekreślić. Smuda podczas gry wydawał się nieobecny, więc prawdopodobne, że w przerwie nie działo się kompletnie nic. Reprezentacja na drugą połowę wyszła rozkojarzona, a stracona bramka kompletnie rozstroiła jej grę. Kadra stanęła, a momentami mogło się wydawać, że wręcz spanikowała. Trochę przypominało to mecz drużyny Smudy  sprzed lat. Lech zagrał świetną pierwszą połowę w Udine, po przerwie wszystko szlag trafił, a skończyło się tak, że komentator telewizyjny mógł jednym tchem wymieniać Kikuta i rany boskie.

Teraz też chciało się szukać pomocy w niebiosach, bo nikt nie chciał jej udzielić nikt z ławki, zupełnie jakby nie było na niej trenera. Reprezentacja prosiła o impuls, świeżość, zmiany. Efekt takich decyzji zawsze pozostaje zagadką, ale warto próbować. Smuda ze wszystkim czekał, czekał nie wiadomo na co, czekał, bo może nie wiedział, co robić, czekał w każdym razie tak długo, że aż mecz się skończył. Próbując wprowadzić Grosickiego na minutę przed końcem doliczonego czasu gry Franz ośmieszył sam siebie i zakpił z piłkarza.

Zawsze wydawało się, że dla Smudy liczy się tylko zwycięstwo i dąży do niego w każdych okolicznościach, zupełnie nie zwracając uwago na to z kim, gdzie i o co gra. To była cecha, która przez lata odróżniała go od licznej bandy minimalistów zasiadających na ławkach polskich klubów. Teraz sam się do tego towarzystwa dopisał. Zachował się jak nie on – zaczął kalkulować, w drugiej połowie nie chciał tego meczu wygrać, a po nim był dziwnie zadowolony z remisu, chociaż tak naprawdę nie było z czego. Smuda przestraszył się szansy, a kiedy człowiek się jej boi, to zwykle wszystko marnuje.

A przecież wydawało się, że zmarnować tego nie można. Początek był świetny, biało-czerwoni bardzo dobrze ułożyli sobie mecz (prawda – mogli jeszcze lepiej), w czym największa zasługa znakomitych Piszczka, Błaszczykowskiego i Lewandowskiego. Gra tej trójki porywa, a prawe skrzydło to największy atut i motor napędowy kadry – wszystko, co najlepsze w meczu z Grecją zaczynało się właśnie tam.

Dla równowagi jest jednak lewa flanka, która przeciwko Grecji funkcjonowała po prostu źle. Rybus, który przez wielu typowany był na odkrycie turnieju, chyba nie wytrzymał meczu psychicznie i nie zrobił na boisku nic godnego uwagi. Boenisch wyglądał niezdarnie i ciężko nawet na tle niepewnej i w sumie przypadkowej polskiej obrony. Smuda jest chyba jedną z niewielu osób, które wierzą w tego piłkarza w jego obecnej formie. Wygląda to trochę tak, jakby na siłę chciał wszystkich (w tym siebie) przekonać, że warto był długo o Boenischa walczyć. Tymczasem efekt z jego gry w mistrzostwach będzie taki, że trochę nadrobi czas stracony na leczenie kontuzji i przygotowania do nowego sezonu zacznie z wyższego pułapu.

Mógł być kop w górę, mógł też - pamiętajmy o karnym - być kop w dupę. Jest tak sobie, co nie zmienia faktu, że z tak bezbarwnym i przeciętnym rywalem w takich okolicznościach po prostu trzeba było wygrać i lepsza okazja może się nie trafić. Zeszło trochę powietrza z tego nabzdyczonego balona, zrobi się trochę luźniej, więc może będzie lepiej. Problem w tym, że ciosy wyprowadzane przez Rosjan mogą być dla naszych za mocne i za szybkie. A wtedy już naprawdę będzie źle.

piątek, 08 czerwca 2012

Gdyby poziom optymizmu przed meczem z Grecją mierzyć na podstawie wypowiedzi piłkarzy, byłby duży.

Gdyby poziom optymizmu przed meczem z Grecją mierzyć na podstawie ilości widzianych flag, chorągiewek i innych biało-czerwonych gadżetów, byłby bardzo duży i stale rósł.

Gdyby poziom optymizmu w powietrzu przed meczem z Grecją mierzyć jakąś specjalną aparaturą, zabrakłoby skali, a urządzenie od przegrzania niechybnie poszłoby z dymem.

Entuzjazm jest tak duży, że stał się przytłaczający. Powodów jest kilka: własny stadion i publika, kilku znakomitych piłkarzy, przeciętni w sumie rywale. Reprezentacja stała się faworytem, czyli znalazła się w położeniu od dawna nieznanym. I aż nie chce się wierzyć, że nie wywrze to żadnego wpływu na grę – żaden z kadrowiczów jeszcze nie mierzył się z takim ciśnieniem i odpowiedzialnością.

Grecy nie mają takich problemów. Oni mogą. Polacy muszą. Dwa słowa dobrze oddają, komu będzie się grało lżej.

To może powinniśmy ten optymizm zmierzyć inaczej?

* * *

Gdyby poziom optymizmu przed meczem z Grecją mierzyć na podstawie wcześniejszych meczów kadry, to… No właśnie – to co?

To prawda – reprezentacja nie przegrała sześciu kolejnych meczów, nie straciła w tym roku gola i kilka razy pokazała kawałki niezłej gry. I to wszystko co wiemy. Drużyna nadal jest wielką niewiadomą. Mecze towarzyskie były mało miarodajne, a kilka z nich mogłaby posłużyć jako oręż dla zwolenników zlikwidowania reprezentacyjnych sparingów. Część rywali była po prostu kiepska, w przypadku innych można się zastanawiać jak poważnie potraktowali gry z biało-czerwonymi. Wyciąganie daleko idących wniosków, zwłaszcza dotyczących siły reprezentacji, byłoby po prostu nierozsądne.

Pierwszym prawdziwym testem drużyny Smudy będzie zatem mecz Grecją i od razu będzie to gra o wszystko.

Pewnie będzie to mitręga. Z innymi rywalami moglibyśmy grać z kontry, co powinno być wielkim atutem, bo w tej reprezentacji ma się kto rozpędzić. Z Grekami najpewniej będzie trzeba prowadzić grę. Wielkie zadanie stoi zwłaszcza przed Murawskim i Polanskim, którzy będą musieli sprawnie i szybko zawiązywać kolejne ataki, tak by zrobić należyty pożytek z wszystkich biało-czerwonych atutów.

A Grecy będą czekać. Przecież oni mogą. Polacy muszą.

* * *

Osiem lat temu w meczu otwarcia Euro było podobnie. Grecy mogli, a gospodarze z Portugalii musieli.

Najpierw zimną wodą chlusnął Portugalczykom w twarz Karagounis, potem poprawił jeszcze Basinas i zaczęło się wielkie greckie wesele.

Tak, tak - osiem lat to szmat czasu. Mimo wszystko warto o tej historii pamiętać. Choćby dla orzeźwienia przed meczem.

czwartek, 07 czerwca 2012

Dziesięć lat temu o tej porze w najlepsze trwał koreańsko-japoński mundial i już było wiadomo, że coś jest nie tak. Diagnozę postawiono bardzo szybko – piłkarze ledwo zipią po męczącym sezonie w klubach. Wytłumaczenie było chyba zbyt łatwe i ogólne, ale przecież coś trzeba było gadać, żeby jakoś wyjaśnić taki sobie poziom meczów, wpadki faworytów i chociaż trochę przykryć sędziowskie skandale. Za słowami poszły czyny – FIFA zmodyfikowała przepisy, które wymogły szybsze zakończenie rozgrywek ligowych przed najważniejszymi turniejami. Piłkarze dostali trochę więcej czasu na odpoczynek, a trenerzy na grzebanie przy swoich reprezentacjach.

Piszę o tym wszystkim, bo skorzystali też kibice.

No dobrze, może nie wszyscy. Ja – tak.

Nigdy nie przypuszczałem, że to napiszę – sezon mnie zmęczył i pod koniec miałem go już po prostu dość. Tak bardzo, że zamiast oglądać kolejne Gran Derbi wolałem iść na spacer i posiedzieć kilka godzin nad rzeką. Gole zobaczyłem dopiero kilka dni po meczu. Przez przypadek.

To tylko jeden przykład, czerstwych historyjek o tym, że lepiej było robić cokolwiek niż oglądać mecz mogłoby być znacznie więcej. W telewizji piłka wylewa się z tak wielu miejsc, że zbyt często nie wiadomo na czym zawiesić oko, gazety produkują mnóstwo zupełnie niepotrzebnych informacji o niczym, które zdychają szybciej niż muszki owocówki, a w internecie piszą – oto żywy dowód – nawet ci, którzy nie potrafią. Człowiek stara się to wszystko śledzić, ale z biegiem czasu łapie się na tym, że robi to z przyzwyczajenia, całkiem mechanicznie i nawet nie wie po co. Przesyt zabił przyjemność.

Odpoczynek od piłki był niezbędny i, co ważniejsze, całkiem skuteczny – pojawiło się przedturniejowe napięcie i oczekiwanie, chociaż z wiadomych względów oddech nie mógł być pełny. Euro jest wszędzie - na półce w monopolowym, w zoo (bo zwierzyniec typuje wyniki), lodówce, cukierni, knajpie, tramwaju, ulicy i wszystkich miejscach, które można sobie wymyślić. Trudno to wszystko wytrzymać. I aż dziwne (i zarazem pocieszające), że w tym całym szaleństwie nikt nie wpadł na pomysł, żeby wetknąć chorągiewkę na Beskidzie w Tatrach i uczynić z niego oficjalny szczyt mistrzostw Europy. 2012 metrów nad poziomem morza – to przecież tak ładnie pasuje…

Zadziwiająco dobrze do tych mistrzostw pasują też flaki kibica, które podobno pojawiły się w sklepach. Właściwie żałosne to i głupie, nie wziąłbym tego do ust, ale – z drugiej strony - nazwa jest tak absurdalna, że aż mi się podoba. Dobrze też oddaje istotę problemu - w tym roku naprawdę będzie trzeba wypruć sobie flaki, żeby obejrzeć i skomentować mecze bez uszczerbku dla siebie i innych, przetrawić związane z mistrzostwami szaleństwo i na koniec nie zwariować od nadmiaru tego wszystkiego.

Da się?

Tagi: euro 2012
17:24, bartoszewsky
Link Dodaj komentarz »