Na stadionach Polski i Świata.
niedziela, 29 czerwca 2014

Ave Cezar. / fot. goal.com

Trzeba dużo dobrej woli, żeby dostrzec w reprezentacji Brazylii przyszłego mistrza świata. Drużyna Luisa Felipe Scolariego nie daje twardych dowodów, że może osiągnąć taki sukces, a jej wysokie notowania są pochodną rytualnych turniejowych banałów, intuicji i dowodów z historii. Mało, nawet malutko, jak na taką potęgę; zwłaszcza, że jeśli już znajdziemy punkt zaczepienia brazylijskich nadziei, to zaraz pojawia się jakieś ale, które każe spojrzeć na niego bardziej krytycznie.

Oczywiście, Brazylia gra u siebie, a gospodarzom pomagają ściany, tak przynajmniej powtarzamy, ale można się zastanawiać, czy to co uznajemy za atut, nie stanowi przekleństwa. Cały kontekst tego mundialu – od Maracanazo, przez olbrzymie oczekiwania związane z występem „Canarinhos” na każdym turnieju, aż po protesty wokół organizacji mistrzostw – musi być przecież wyjątkowo obciążające.

Oczywiście, Brazylię możemy nazywać drużynę turniejową, ale to jeden z tych banałów, które zrosły się z mundialami i są bezrefleksyjnie powtarzane przy okazji każdego turnieju. No bo co to właściwie znaczy? Może chodzi o reprezentację, która potrafi umiejętnie rozłożyć siły i na mistrzostwach rozkręca się z każdym meczem? Jeśli tak, to pudło, bo trudno uznać, by forma Brazylijczyków rosła wraz z rozwojem turnieju. A może to drużyna, która potrafi przełamywać własną niemoc, dobrą grę rywali i zwyciężać mimo niesprzyjających okoliczności? Być może, scenariusz meczu z Chile zbliżyłby Brazylię do takiego opisu, lecz należy przecież pamiętać, że nie udało się to jej na mistrzostwach w Niemczech i RPA, gdzie odpadali w ćwierćfinałach.

Nie ma więc reguły, a dyżurny argument o drużynach turniejowych to raczej pusta formuła. Być może trafniej byłoby mówić o doświadczeniu – tutaj może mieć znaczenie obycie i sukcesy Scolariego i pomagającego mu Carlosa Alberto Parreiry – oraz przede wszystkim o umiejętnościach. Tak się bowiem składa, że najbardziej turniejowe są akurat futbolowe potęgi, a nie kraje z piłkarskiej drugiej ligi.

Oczywiście, pozytywny impuls Brazylii mogą dać okoliczności wyeliminowania Chile, ale to nie pomoże, gdy na boisku zabraknie jakości. Na razie mamy w pamięci obraz drużyny nieprzekonującej, która na tym mundialu wyraźnie wygrała tylko z gnijącym Kamerunem. Po innych meczach pozostały wątpliwości.

Gra z Chile dostarczyła kolejnych. Niewykluczone, że ta charakterna drużyna okaże się najtrudniejszą przeszkodą Brazylii na tym turnieju. Właśnie, nie najlepszą, ale najtrudniejszą – wybieganą, ruchliwą, harującą na każdym centymetrze kwadratowym boiska. Ta drużyna ciągle się rozwija. Jeszcze cztery lata temu przegrała z Brazylią 0:3, większej historii w tamtym meczu nie było, teraz była o centymetry od wyrzucenia gospodarzy za burtę turnieju. A przecież przez te cztery lata na znaczeniu zyskało tylko dwóch chilijskich gwiazdorów, Alexis Sanchez i Arturo Vidal, pozostali nie mają takiej pozycji i z reguły (jeszcze poza Mauricio Islą) grają w Europie w przeciętnych klubach.

Chilijczycy zrobili to, czego nie udało się poprzednim rywalom Brazylii – w dużym stopniu ograniczyli pole liderom jej ofensywy. Neymar zaczął znakomicie, dobrze grała wtedy cała drużyna, ale wraz z upływem czasu zgasł. W drugiej połowie był mało widoczny, dostawał piłkę rzadko, przeważnie daleko od chilijskiej bramki. Jeszcze słabiej grał Oscar, który grał niedokładnie, tracił wiele piłek, a po przerwie nie wnosił nic dobrego, do gry drużyny i aż dziw bierze, że boisko opuścił dopiero w dogrywce.

Możliwe, że Scolari zmienił go tak późno, bo na ławce rezerwowych Brazylii nie ma osobowości. Na razie dublerzy nie wnoszą świeżości do jej gry, nie są w stanie jej natchnąć, lecz najwyżej utrzymać na dotychczasowym poziomie. Jeśli drużynie żre, to żre i zmiennikom; jeżeli wiedzie się jej kiepsko, to nie można się spodziewać, że wchodzący z ławki odmienią oblicze meczu. Ale też spójrzmy na tych rezerwowych: niewiele osobowości, bardzo ograniczone możliwości w ofensywie, raczej przeróżnej maści rzemieślnicy. Symbolem tego towarzystwa jest siermiężny Jo, który na razie wygląda, jakby uczył się piłki razem z brazylijskim zaciągiem Antoniego Ptaka. Inna rzecz, że Williana, który mógłby najwięcej wnieść do drużyny, Scolari wykorzystuje na razie bardzo oszczędnie.

Brazylia urwała się ze stryczka, co w dużej mierze zawdzięcza temu, o którego najbardziej się obawiano. Julio Cesar był bohaterem konkursu rzutów karnych, lecz świetnie bronił już w trakcie podstawowego czasu gry. W ćwierćfinale powinien mieć więcej pracy, bo z tak dobrą drużyną jak Kolumbia Brazylijczycy na mundialu jeszcze nie grali. Pierwszy raz na tym turnieju gospodarze nie będą faworytami, ich notowania tracą na wartości, a drużyna Pekermana idzie w górę.

fot. goal.com

piątek, 27 czerwca 2014

Robin van Persie / fot. goal.com

Neymar dzielnie dźwigał nadzieje całej Brazylii, Leo Messi ciągnął golami reprezentację Argentyny, Karim Benzema przygotował na mundial bodaj życiową formę, pięknie grał James Rodriguez, ale najlepszym piłkarzem fazy grupowej był Arjen Robben. Holenderski solista ośmieszył Hiszpanię, bardzo dobrze zagrał z Australią i prowadził ataki przeciwko Chile. Robben był regularny, grał w sposób bardziej urozmaicony i zespołowy, niż przyzwyczaił meczami, w których powinien na boisko zabierać swoją piłkę. No i – nie ma co ukrywać, w końcu to blog, a ten tekst będzie bardzo subiektywny – autor od lat ma do niego słabość.

Największe wrażenie wśród bramkarzy zrobił Guillerme Ochoa, który zatrzymał Brazylię. Bronił świetnie, trafiali w niego rywale i miał trochę szczęścia, czyli wydarzyło się wszystko, co jest potrzebne, by zrobić bohatera z zawodnika grającego na tej pozycji. Poza tym Ochoa był najdłużej niepokonanym bramkarzem mundialu, gola puścił dopiero na trzy minuty przed końcem fazy grupowej mistrzostw.

Najbardziej spektakularną asystę z najpiękniejszym golem połączyła jedna akcja. Wystąpił efekt synergii – podanie Daleya Blinda nie podobałoby się aż tak bardzo, gdyby padła po nim prozaiczna bramka, strzał Robina van Persiego też zrobiłby ciut mniejsze wrażenie, gdyby poprzedziłoby go inne zagranie. Holenderski duet zmajstrował coś wyjątkowego. Rzadko ogląda się gole strzelone głową z takiej odległości, jeszcze rzadziej główkujący lobuje bramkarza, a już prawie wcale nie obserwuje się tak zuchwałych, diablo trudnych i idealnie wykonanych prób. Wartość techniczna i artystyczna na najwyższe noty.

Wszystko to działo się w najbardziej niesamowitym meczu fazy grupowej. Celowo pomijam kryterium jakości – tu można zastanawiać się bez końca – bo trzęsienie ziemi w grze Hiszpanii z Holandią było czymś więcej. Wielka historia do opowiedzenia: zwrot akcji, grad pięknych goli, nadspodziewanie dobra gra odmienionych przez Louisa van Gaala Pomarańczowych i zmierzch sytych mistrzów świata. Słabość Hiszpanów w pierwszych dwóch meczach była największym rozczarowaniem dotychczasowych spotkań, chociaż mocno o to miano walczyli również Włosi, którzy postanowili wyjść z grupy spacerem, a nie grą w piłkę.

Osobną kategorię należy stworzyć dla Andrei Pirlo, który w meczu z Anglią popisał się najlepszą bezdotykową asystą fazy grupowej. Pewnie Włosi dobrze przećwiczyli taki sposób rozegrania rzutu rożnego, ale co innego zaplanować taką sztuczkę, a wykonać ją tak doskonale, że na jeden sugestywny ruch da się nabrać obrona rywali razem z całym oglądającym to wszystko światem.

Najlepszą kontrę wyprowadzili Francuzi, którzy przetransportowali piłkę z własnego pola karnego do bramki Szwajcarów w 14 sekund. Akcja bez fałszywego ruchu – każde dotknięcie piłki było idealne, dopieszczone i w znakomitym tempie. Zaczął Oliver Giroud, potem byli Karim Benzema, Raphael Varane i jeszcze raz Giroud, a wszystko golem zakończył Mathieu Valbuena. Skojarzenie ze sztafetą sprinterów jest jak najbardziej słuszne.

Największą sensacją był oczywiście awans do drugiej rundy Kostaryki, którą przed mundialem nikt nie zawracał sobie głowy, a jej szanse na odegranie ważnej roli w turnieju pogrzebano jeszcze zanim rozlosowano grupy. Najbardziej uderzające w jej wielkim sukcesie było poczucie, że zwycięstwa były takie zwyczajne, bez żadnego cudu, długich momentów rozpaczliwej obrony i heroicznych scen, jakie chcielibyśmy widzieć w grze maluczkich. Ot, Kostaryka wygrała grupę z Urugwajem, Włochami i Anglią, bo była w niej najlepsza. Tak po prostu.

Najlepszym trenerem fazy grupowej w tej sytuacji należy uznać Jose Luisa Pinto, który nie zmarnował niczego z potencjału piłkarzy Kostaryki. Dobrze przygotował ich fizycznie do turnieju, dobrze zorganizował drużynę i dostosował sposób jej gry do możliwości.

Kostaryki nikt nie typował na rewelację turnieju, tutaj najwyżej stały notowania Belgii, obok której wymieniano pół tuzina innych reprezentacji. Najlepszym z tzw. czarnych koni w fazie grupowej była Kolumbia, którą były taksówkarz Jose Nestor Pekerman szybko dowiózł do drugiej rundy mistrzostw. Znakomicie gra James Rodriguez, na tym turnieju zanotował największy skok w hierarchii i awansował do piłkarskiej pierwszej ligi, lecz atutów jest znacznie więcej – dobry boczni obrońcy, duży potencjał w ofensywie i świetnie przeprowadzane kontrataki.

Trudno wybrać najlepszą drużynę, która odpadła po fazie grupowej. Najmocniejszym kandydatem jest Chorwacja, której potencjał ograniczył selekcjoner Niko Kovac, choć nie wiadomo, czy lepiej wykorzystany wystarczyłby na Brazylię i Meksyk. Niezłe wrażenie zrobiła też energiczna Ghana, która w żadnym z trzech meczów nie potrafiła wykorzystać okazji na zwycięstwo.

Dla Hondurasu grali znani z naszej ligi Carlo Costly i Osman Chavez, był też nieco pocieszny Oscar Boniek Garcia, w reprezentacji Niemiec ciągle ważne role pełnią Miroslav Klose i Lukas Podolski, lecz największym polskim akcentem turnieju był występ Rosji. Toporna, zmęczona, grająca bez pomysłu drużyna zupełnie nie pasowała do pięknego mundialu. Najbardziej wyrazistym akcentem w smutnej rosyjskiej kadrze pozostał drapieżnie czerwony sweter Fabio Capello.

Najbardziej żenujące kłótnie oglądaliśmy w rozkładającej się reprezentacji Kamerunu. Pierwsza, o pieniądze, wybuchła jeszcze przed mundialem, gdy piłkarze odmówili wyjazdu do Brazylii w zaplanowanym terminie. Drugą, bardziej kuriozalną, oglądaliśmy w trakcie meczu z Chorwacją, gdy Benoit Assou-Ekotto zaczął się szarpać z Benjaminem Moukandjo. Te okoliczności mają też wpływ na nazwanie Kamerunu najsłabszą drużyną turnieju. Nieposkromione dawniej lwy stały się wyleniałym, pozbawionym, pardon, jaj kanapowcem.

Najsłabszym kontynentem była za to Azja. Bezbarwna Japonia kolejny raz nic nie wniosła do mistrzostw świata, niewiele dobrego pokazała Korea Południowa, a Iran wyglądał na drużynę, której marzeniem jest awans do drugiej rundy po trzech bezbramkowych remisach. Stosunkowo najlepiej wyglądała przyszyta do tej strefy eliminacyjnej Australia, lecz tak jak cała reszta zakończyła rozgrywki grupowe na ostatnim miejscu.

Najbardziej bulwersującym incydentem był zwierzęcy atak Luisa Suareza na Giorgio Chielliniego, który przypomniał, że po boiskach grasują szaleńcy. Innym był bandytą był Steven Defour, który chamsko zaatakował Koreańczyka Kim Shin-wooka i powinien uczęszczać na warsztaty panowania nad emocjami razem z kąsającym Urugwajczykiem.

Największym sędziowskim skandalem był chyba wymyślony rzut karny dla Brazylii w meczu z Chorwacją. Yuichi Nischimura swoją decyzją napisał tylko wstęp do całego serialu pomyłek. Meksykowi zabrano dwa prawidłowo zdobyte gole w meczu z Kamerunem, Bośniakom nie uznano bramki z Nigerią, a Szwajcarii z Ekwadorem. Zestaw można uzupełnić o karne, spalone, kartki...

Najbardziej w tym całym mundialowym karnawale szkoda, że do końca zostało już tylko szesnaście meczów. Niby przed nami same konkrety, wiele elektryzujących starć, ale jednak robi się przykro, że wszystko ulatuje tak szybko. Bo najmilszą niespodzianką mistrzostw jest ich poziom – to wspaniały, pasjonujący, kolorowy turniej. I niech będzie taki aż do finału.

Tekst dla portalu krotkapilka.pl.

fot. goal.com

czwartek, 26 czerwca 2014

Francja. / goal.com

Temat na niezłą, choć raczej akademicką, dyskusję: absencja największej gwiazdy na mistrzostwach – zagrożenie, czy szansa na lepszą grę reprezentacji.

Pewnie – jak zawsze – wszystko zależy od okoliczności. Na pierwszy rzut oka nie ma nad czym się rozwodzić, brak lidera powinien być osłabieniem, ale prostej reguły nie ma. Zdarzyło się przecież, że reprezentacja Danii wygrała mistrzostwo Europy akurat wtedy, gdy w kadrze nie zagrał Michael Laudrup, najlepszy piłkarz w jej historii, który pokłócił się z selekcjonerem Richardem Moellerem-Nielsenem.

Podobnych historii było więcej. Kiedyś Aime Jacquet zrezygnował z Jean-Pierre'a Papina, Davida Ginoli i Erica Cantony, a niedługo później zdobył brązowy medal mistrzostw Europy i wygrał mundial. Teraz w jego ślady idzie kapitan tamtej reprezentacji Didier Deschamps, który przed mistrzostwami świata w Brazylii odstawił od składu Samira Nasriego, bo bał się, że ten rozsadzi jego drużynę od środka.

Bardziej interesujący jest jednak przypadek, na który Deschamps nie miał specjalnego wpływu. Franck Ribery nie pojechał na mundial z powodu kontuzji, ale na razie jego nieobecność nie ma negatywnego wpływu na grę kadry. Być może jest dla niej dobrodziejstwem, bo piłkarz Bayernu wiosną zgasł, a jego absencja w kadrze pomogła uwolnić potencjał Trójkolorowych.

Francja bez Ribery'ego stała się bardziej nieprzewidywalna, akcenty w jej grze są rozłożone bardziej równomiernie, pojawiły się nowe warianty ustawienia drużyny. Na znaczeniu zyskał Karim Benzema, który dotychczas zawsze znajdował się w cieniu wielkich liderów swoich drużyn. W Realu wszystko podporządkowano Cristiano Ronaldo, w kadrze mocniejszą pozycję miał Ribery. Teraz to Benzema jest liderem – ma więcej swobody, ale też ponosi większą odpowiedzialność za grę drużyny. Nowa rola bardzo mu służy. Mundial zaczął znakomicie – strzelał, kreował partnerów, grał dla drużyny, a nie obok niej.

Niewykluczone – tego nie wiemy – że dzięki nieobecności Ribery'ego zgasło ognisko potencjalnego konfliktu o wpływy w reprezentacji. Francja ma teraz jednego piłkarza z pretensjami do rządzenia w ofensywie, nie ma zatem ryzyka, że gwiazdy będą sobie przeszkadzać, zamiast współpracować z korzyścią dla drużyny. Deschamps też nie musi już główkować, co się stanie, gdy zostawi piłkarza Bayernu w rezerwie.

Może się więc okazać, że z Riberym będzie tak jak kiedyś z Michaelem Ballackiem. Niemiec z powodu kontuzji wypadł z kadry przed poprzednim mundialem i już nigdy do niej nie powrócił. Uraz był dobrym pretekstem do odstawienia Ballacka. Na boisku był jej już niepotrzebny, drużynę przejęli młodsi i lepsi, a pozostawienie go w składzie w marginalnej roli groziło zepsuciem atmosfery w szatni. Dobry wynik na mistrzostwach świata może wykreować nowy ład – nowy, czyli bez Ribery'ego – również w reprezentacji Francji. Pamiętajmy o perspektywie: za dwa lata Trójkolorowi będą gospodarzami mistrzostw Europy. Trzon tej drużyny dojrzewa na mundialu. 

Na razie Francuzi robią znakomite wrażenie – atakują, chcą strzelać gole i są głodni sukcesu. Deschamps świetnie skomponował drużynę (świetny, wszechstronny tercet środkowych pomocników z nieco niedocenianym Blaisem Matuidim na czele), dobrze przygotował ją do mistrzostw świata, a ta w każdym ruchu manifestuje jedność, której tak zabrakło na poprzednich turniejach.

Było o nią łatwiej, bo Francja miała na mundialu miękkie lądowanie. Rozgrzewka z Hondurasem pozwoliła poprawić samopoczucie, dobrze wejść w turniej, a przy okazji nie wymęczyć się przed kolejnymi meczami. Należy jednak pamiętać, że otwierający gol padł z rzutu karnego, a miło i sympatycznie było także dlatego, że rywale całą drugą połowę grali w dziesiątkę.

Zwycięstwo ze Szwajcarią było już jednak demonstracją siły. Francuzi imponowali dynamiką, ruchliwością, swobodą. Kontra, po której strzelili trzeciego gola, była jedną z najpiękniejszych akcji turnieju – błyskawiczne przejście od własnego pola karnego do szwajcarskiej bramki przypominało trochę sztafetę sprinterów. Wszystko funkcjonowało jak w dobrze zaprogramowanej maszynie, nie było tam żadnego fałszywego ruchu, każdy odbywał się w znakomitym rytmie. 

W meczu z Ekwadorem Francuzi nieco wyhamowali. Gra nie była już tak płynna, więcej było niedokładności, a w kilku sytuacjach zabrakło lepszej decyzji pod bramką rywali. Duży wpływ miały na to zmiany Deschampsa, który dał odpocząć kilku zawodnikom przed kolejną fazą turnieju.

Tam Francja powinna w końcu zostać poważniej przeegzaminowana. Może jeszcze nie przez Nigeryjczyków – kolejny krok na stosunkowo łatwej ścieżce do ćwierćfinału – ale ewentualny mecz z Niemcami już teraz zapowiada się elektryzująco.

Tekst dla portalu krotkapilka.pl.

fot. goal.com

środa, 25 czerwca 2014

fot. goal.com

Włosi przerżnęli mundial na własne życzenie. Nie w meczu z Urugwajem – o nim później – ale już przeciwko Kostaryce, gdy postanowili przespacerować się do remisu, zamiast po prostu grać w piłkę.

Nie dało się tamtej senności wyjaśnić tylko kryzysem fizycznym po wizycie w tropikalnym Manaus. Raz, że Włosi przygotowywali się do niej bardzo sumiennie, więc powinni mieć też opracowany w każdym detalu program regeneracji organizmów. Dwa, że Cesare Prandelli słusznie pomieszał w składzie, wprowadził do niego świeżych zawodników, a kilku piłkarzy zmęczonych grą z Anglią zostawił w rezerwie. Trzy, no właśnie, to była kwestia podejścia do gry. Mecz z Kostaryką miał się wygrać sam, no, może zremisować, nawet jeśli drużyna włączyła tryb oszczędzania energii. Okazało się, że to za mało, że nadmierne kalkulacje mogą prowadzić do porażki, że do tej pory na mundialu nie dało się zwyciężać grając w chodzonego, że za grę w piłkę można dostać premię, co jest pozytywną wiedzą, która – miejmy nadzieję – pozostanie wszystkim w głowach po tych mistrzostwach.

Italia mogła z Kostaryką wyjść na swoje, Mario Balotelli miał dwie świetne okazje, żeby strzelić gola, ale w obu zachował się fatalnie. Praca z nim musi być bardzo frustrująca. Drażni ta wypisana na twarzy obojętność, męczą kolejne wybryki, ale najgorsza jest nieprzewidywalność. Balotellego stać na wszystko. Może dać drużynie zwycięstwo, ale może też pomóc jej przegrać, gdy znudzony snuje się po boisku i tylko przeszkadza.

Możliwe, że to właśnie niewykorzystane sytuacje Balotellego były najważniejszymi dla Włochów momentami tego mundialu. Filippo Inzaghi pewnie strzeliłby gola w jednej z tych sytuacji, a stereotypowa reprezentacja Italii szybko zabiłaby mecz, tam by uszczypnęła, a tam przycwaniakowała, i dowiozła cenne zwycięstwo do końca. Ta kadra tego nie potrafi – pod wodzą Prandellego wyszła z wprawy.

*

Mecz Włochów z Urugwajem okazał się walką kunktatorów. Słaba Italia chciała tylko przeczekać do końca meczu, nie potrzebowała niczego ponad ten remis i długo robiła tylko tyle, ile było potrzeba, żeby go osiągnąć. Mogło się to nie podobać, ale nie mogło dziwić. Bardziej zastanawiała ospała gra Urugwaju, który długo wyglądał na drużynę, która o jeden mecz za wcześnie zaczęła czekać na dogrywkę i rzuty karne, by tam poszukać szansy na zwycięstwo. Metoda okazała się nieatrakcyjna – nawet ten gol musiał być strzelony plecami – lecz skuteczna.

Inna rzecz, czy byłoby podobnie, gdyby sędzia zauważył wybryk chama Luisa Suareza i wyrzucił go z boiska wprost do gabinetu psychiatry. Pojedyncze momenty mają olbrzymie znaczenie dla losów meczów.

Nie pasował ten mecz do mundialu w Brazylii. Być może to brzydka zapowiedź fazy pucharowej. Na razie większość drużyn chciała grać w piłkę, atakować i strzelać gole, ale w rozgrywkach grupowych miała margines błędu, albo po prostu musiała to robić, by przedłużyć szansę na grę w drugiej rundzie mistrzostw. Teraz zmienią się warunki, nie będzie miejsca na pomyłki, stawka olbrzymia, więc może turniej wejdzie w bardziej fazę bardziej wyrachowanej gry.

*

Do tekstu o Cesare Prandellim trzeba dopisać kolejny akapit.

Mógłby być o tym, że Włosi znowu ciężko odchorowali sukces. Jeśli przyjrzymy się wynikom Italii z ostatniego dwudziestolecia, to zauważymy, że po wzlocie zawsze następował upadek. Włochy zdobywały medale na wielkich turniejach w 1994, 2000, 2006 i 2012 roku, ale na kolejnych mistrzostwach mocno rozczarowywali.

Mógłby też być o błędach Prandellego. Można było odnieść wrażenie, że faza grupowa skończyła się dla Włochów już po zwycięstwie z Anglią, które miało być kluczem do awansu do drugiej rundy. Prandelli nie potrafił wpłynąć na beznadziejną grę drużyny, można mieć zastrzeżenia do przygotowania mentalnego do meczów z Kostaryką i Urugwajem oraz słabą formę kliku ważnych piłkarzy. Możliwe też, że rotacja w składzie – choć założenia były rozsądne – wymknęła się spod kontroli. W trzech meczach Prandelli dał zagrać aż 21 zawodnikom. Z całej kadry na mundial murawy nie powąchali jedynie bramkarz Mattia Perrin i rozgrywający Alberto Aquilani.

Jednak chyba najlepiej byłoby tamten portret uzupełnić o konstatację, że Prandelli dążył do zwycięstwa po dżentelmeńsku, ładnie wygrywał, a po porażce honorowo zrezygnował z pracy z reprezentacją. Każdy przegrywający trener narzeka na decyzje sędziego, ale nie każdy potrafi w taki sposób przyjąć odpowiedzialność za słabe wyniki. Klasa.

fot. goal.com

wtorek, 24 czerwca 2014

Chorwacja. / fot. goal.com

Przed mundialem zastanawiano się nad wpływem turniejowego doświadczenia lub jego braku na wyniki niektórych reprezentacji. Koncentrowano się na piłkarzach, chociaż szczególne miejsce w tych rozważaniach powinni zajmować selekcjonerzy. Podczas mistrzostw zmienia się sposób ich funkcjonowania. Wciąż kluczowe są dobór piłkarzy, umiejętne dopasowanie ich do planu gry drużyny i analiza rywali, ale rośnie znaczenie elementów właściwych dla pracy trenerów klubowych. Selekcjoner reprezentacji jest w znacznie większym stopniu odpowiedzialny za doprowadzenie piłkarzy do optymalnej formy, utrzymanie dobrej atmosfery w szatni i musi zmierzyć się z codziennym zarządzaniem kadrą w warunkach długiego zgrupowania.

Niko Kovac nie ma doświadczenia w żadnej z tych specjalności. W klubie pracował tylko przez rok i to jako asystent Ricardo Moniza w Salzburgu, a jego reprezentacyjny bilans przed mundialem ograniczał się do dziesięciu gier uzbieranych podczas pracy z chorwacką młodzieżówką i dorosłą kadrą. Mieliśmy więc na mistrzostwach trenerską zagadkę – szkoleniowca nieukształtowanego i niesprawdzonego na dłuższym dystansie w samodzielnej pracy. Powierzenie mu misji prowadzenia Chorwacji na mundialu było szaleństwem, można było mieć poważne wątpliwości, czy zadanie go nie przerośnie, ale nie można było odsunąć od pracy człowieka, który wywalczył awans na mundial. Kadrę dostał, bo akurat był pod ręką (trenował młodzieżówkę), a jego awaryjna nominacja miała przede wszystkim poprawić atmosferę w kadrze, wnieść do niej nowego ducha, bo przecież nic innego nie mógł zrobić trener, który pierwszy raz ze swoją drużyną spotkał się na cztery dni przed początkiem najważniejszego dwumeczu w eliminacjach do mistrzostw świata.

Jasne, można wskazywać na bogate doświadczenia Kovaca z Bundesligi, ale przecież wiemy doskonale, że w tym fachu nie ma prostego przełożenia. Dobrzy piłkarze okazują się trenerskimi niedorajdami, a ludzie, którzy nigdy nie kopnęli piłki w poważnym meczu, nagle stają się wybitnymi szkoleniowcami.

Chorwaci zaczęli mundial obiecująco, duży wpływ na ich porażkę w otwarciu z Brazylią miał sędziowski skandal, ale już ten mecz wskazał na błędy w rozumowaniu Kovaca. Wystawienie środka pola złożonego z trzech kreatywnych pomocników był aktem odwagi, jednak skutkiem takiego posunięcia było przede wszystkim zablokowanie Luki Modricia i Ivana Rakiticia. Gra Chorwacji powinna maksymalnie wykorzystywać ich walory, obsadzać ich w rolach przećwiczonych w klubach, a nie być innowacyjnym na siłę. Obaj byli skrępowani, poświęceni przede wszystkim grze defensywnej i ostrożnie angażowali się w akcje ofensywne. W dużej mierze wynikało to z kontekstu, Brazylia miała piłkę i musiała atakować, lecz duży wpływ miało także ustawienie zaproponowane przez Kovaca. Być może lepszym rozwiązaniem byłoby zrezygnowanie z Mateo Kovacicia i postawienie na defensywnego pomocnika Ognjena Vukojevicia. Pozorny krok w tył mógłby być z korzyścią dla gry Chorwatów – obrona zyskałaby dodatkowe zabezpieczenie, a Rakitić i Modrić więcej swobody.

W meczu z Kamerunem Chorwaci funkcjonowali lepiej, dużo do gry wniósł Mario Mandżukić, ale wysoki wynik zaciemnił prawdziwy obraz meczu. Pamiętajmy: rywalem była być może najsłabsza reprezentacja na mundialu, drużyna w stanie rozkładu, która kończyła mecz w dziesiątkę, szarpiąc się między sobą i spacerując po boisku. Prawdę o Chorwatach miał pokazać dopiero mecz z Meksykiem.

Pomysł Kovaca na zwycięstwo był niedorzeczny. Znów źle wykorzystał Rakiticia, który grał bardzo głęboko, blisko swoich stoperów, koncentrując się na inicjowaniu akcji ofensywnych i asekurowaniu środka pola. Jeśli selekcjoner Chorwatów szukał swojego swojego Andrei Pirlo, to powinien zwrócić się w kierunku Modricia, któremu zdecydowanie bliżej stylem gry do Włocha. Też jest przyzwyczajony do rozpoczynania akcji z głębi pola, utrzymywania piłki w środku boiska i nadawania kierunku atakom. Tymczasem przeciwko Meksykowi grał jako najbardziej wysunięty z tercetu środkowych pomocników.

W tym miejscu boiska lepiej sprawdziłby się Rakitić, który na tej pozycji rozegrał świetny sezon w Sevilli. Trzeba było podobnie wykorzystać go w reprezentacji, ale Kovac zaczął kombinować. W konsekwencji Rakitić miał piłkę miał daleko od pola karnego Meksykanów, a tam brakowało piłkarza kreatywnego, ze zmysłem do gry kombinacyjnej i dużym ciągiem na bramkę. A kiedy już się pojawił, to od razu wymyślił gola dla Chorwacji, pięknie podając piętą do Ivana Perisicia.

Mundial to czas wielkich wynalazców, sukcesy odnosi Louis van Gaal, który skonstruował drużynę będącą zaprzeczeniem holenderskiej filozofii gry, ale często prawdziwą mądrością selekcjonera jest odtwarzanie rozwiązań wymyślonych przez trenerów klubowych. Czasami można odnieść wrażenie, że dla wielu szkoleniowców kopiowanie pomysłów innych jest gorsze od porażki. Kombinują więc na siłę, żeby wymyślić coś nowego, byle tylko ich było na wierzchu, ale często są to próby niedorzeczne. I to chyba jedna z przyczyn niepowodzenia misji Kovaca. Za dużo wymyślał, za mało kopiował.

Porażka Chorwatów na mundialu miała wiele przyczyn: od nieszczęsnego karnego w meczu z Brazylią, przez efekt Manaus – wycieńczenie i problemy z dynamiką po meczu w tropikach – po błędy Niko Kovaca. Jeśli uznamy jego nominację za szaleństwo, to nie było w nim metody na sukces. Można go rozliczać za zmarnowanie potencjału Modricia i przede wszystkim Rakiticia, ale przecież to nie wszystko. Chorwaci mieli problemy z konstruowaniem ataków, nie byli tak charakterni jak Meksykanie, a Kovac w trakcie meczu nie potrafił zmianami odmienić gry swojej drużyny.

Chorwaci od 1998 roku mają wysokie notowania przed kolejnymi mistrzostwami, ale już na nich kiepskie wyniki. Na trzech mundialach nie potrafili wyjść z grupy, a na jeden w ogóle nie pojechali. Na Euro też nie jest dużo lepiej – uzbierał się jeden ćwierćfinał, dwa razy trzecie miejsce w grupie i jeden opuszczony turniej. Potencjał na lepsze wyniki jest, może więc trzeba w końcu zatrudnić trenera spoza układów, a nie kolegę prezesa Davora Sukera z dawnych czasów gry w reprezentacji, albo gościa zainstalowanego na ławce reprezentacji przez wszechmocnego działacza Zdravko Mamicia.

Tekst dla portalu krotkapilka.pl.

Fot. goal.com.

czwartek, 19 czerwca 2014

Hiszpania. /fot. goal.com

W jednym dniu zakończyły się dwie hiszpańskie epoki – panowanie Juana Carlosa i złota era reprezentacji. Król abdykował, syta piłkarska kadra została brutalnie strącona z tronu przez wyposzczonych rywali.

I

Symbolem klęski Hiszpanii na mundialu będzie Iker Casillas. Bramkarz, który przez lata wydawał się niezniszczalny, nagle się rozsypał. Kryzys był gwałtowny i o wyjątkowym natężeniu. Owszem, każdemu bramkarzowi zdarzają się wpadki, Casillas był jednak z tych, którym słabe chwile zdarzają się rzadko, zupełnie jakby były potrzebne, żeby czasami przypomnieć, że w bramce stoi człowiek, a nie maszyna. Na mistrzostwach świata proporcje się odwróciły.

To był szybki przegląd bramkarskiej bezradności. Piłkę po zjawiskowym strzale Robina van Persiego mógł tylko – zaczerpnijmy z klasyki piłkarskich sprawozdawców – odprowadzać wzrokiem do bramki, co musiało być szczególnie bolesne, bo wpadała do niej bardzo długo. Później było już tylko gorzej – przegrywał z rykoszetem po strzale Arjena Robbena i był poniżany jego dryblingiem, fatalnie oddawał piłkę van Persiemu, a już w meczu z Chile niezgrabnie odbijał piłkę pod nogi Charlesa Aranguiza. Prawda, duży udział miała bierna obrona, lecz cały występ Casillasa był pisany błędami, nieporadnością i – już na końcu – kompletnym brakiem wiary.

Początku problemów należy upatrywać chyba w odniesionej w styczniu ubiegłego roku kontuzji, po której stracił miejsce w bramce Realu na rzecz awaryjnie ściągniętego z Sevilli Diego Lopeza. Ten grał na tyle dobrze, że Jose Mourinho i Carlo Ancelotti nie widzieli powodu do zrobienia zmiany powrotnej. Pierwszemu było to na rękę, doszukiwano się w tym nawet pacyfikowania kapitana, drugi postanowił nie zaogniać sytuacji, wybrał salomonowe rozwiązanie, stawiając na Lopeza w lidze, a Casillasowi dając bronić w pozostałych rozgrywkach.

Iker wypadł z rytmu, do którego przywykł przez lata, grał rzadziej, ale świetnie. Pierwsze oznaki spadku formy było widać już w końcówce sezonu klubowego. Fatalny błąd w finale Ligi Mistrzów skończył się golem dla Atletico, ale ostatecznie nie miał konsekwencji i rozmył się w sukcesie drużyny, bo Real po zabójczym finiszu sięgnął po Puchar Mistrzów.

Casillas, rzecz jasna, nie przerżnął mundialu sam, ta porażka miała wyjątkowo wielu ojców, ale w nim jak w soczewce skupiły się wszystkie problemy drużyny. Można obejrzeć ten turniej z perspektywy Casillasa, jego błędów, bezradności i braku energii, a zobaczy się w tych obrazach całą reprezentację Hiszpanii.

II

Hiszpanie pojechali na mundial syci, a to w sporcie zazwyczaj nawóz porażki. Liderzy kadry byli spełnieni sukcesami w reprezentacji i klubach, nie miało parcia na kolejny triumf, w dodatku wielu z nich szczytowy moment karier ma już za sobą. Vicente Del Bosque był za bardzo przywiązany do starych mistrzów, co niby nie dziwi, bo nie jest łatwo odstawić na boczny wielkich mistrzów, to raczej oni mają przywilej rezygnacji, lecz nie uwzględniało wypadków ostatnich dwóch lat. W tym czasie wraz z Barceloną zaczęli gasnąć jej piłkarze, kilku innych skostniało, świeża krew była dawkowana bardzo oszczędnie. Na mundialu w Brazylii w pierwszym składzie grało tylko dwóch piłkarzy, którzy nie byli obecni przy poprzednich triumfach Hiszpanów – Cesar Azpilicueta i Diego Costa. Poza nimi w kadrze pojawili się jeszcze tylko David De Gea i Koke. Pozostali grają ze sobą od lat. Stabilizacja w piłce jest potrzebna, ale trzeba uważnie zarządzać drużyną, by nie przerodziła się w zabójczą stagnację.

Nową energię miał wnieść Costa, który w Atletico wypromował się charakterem – to chyba ważniejsze – i golami, ale przeszczep z Brazylii się nie przyjął. Można się zastanawiać, czy przy tak grającej drużynie była na to szansa. Raczej nie, bo dobrze funkcjonowało w niej za mało trybów. Inna rzecz, że sam Costa był w słabej formie, wycieńczony intensywnym sezonem i wybity z rytmu niedawną kontuzją, że tak dobrze nie będzie grał już nigdy.

Del Bosque potrafił prowadzić reprezentację, gdy jej zawodnicy byli w wysokiej formie, jednak nie potrafił sobie poradzić z pełzającą porażką. Piłkarze byli rozkojarzeni, w słabszej formie, grali w przewidywalny sposób, na który rywale zdążyli już znaleźć wiele recept – nie tylko skład wymaga odświeżenia. Najlepiej pasuje mi do nich słowo „zmęczeni”. Tak grali i tak wyglądali. Skończyło się dwoma fatalnymi meczami i kompromitującym bilansem bramek.

Nie wyciągnął Del Bosque wniosków z przypadków poprzednich mistrzów, którzy broniąc tytułu, odpadali już po fazie grupowej. Podobny jest zwłaszcza przykład Francuzów, też wygrywających w jednym cyklu mundial i mistrzostwa Europy, którzy przeżyli klęskę w Korei Południowej. Zasłużeni piłkarze – wielu z nich już zdecydowanie po drugiej stronie góry – po ciężkim sezonie i kontuzjach nie byli w stanie poradzić sobie z kolejnym wyzwaniem.

Można się oczywiście zastanawiać, czy dzisiaj pisalibyśmy reprezentacji Hiszpanii nekrolog, gdyby nie jeden z wielu punktów zwrotnych na tym mundialu. David Silva nie wykorzystał świetnej okazji, żeby strzelić Holendrom gola na 2:0, a chwilę później wyrównał van Persie. Być może ten mecz toczyłby się inaczej, Hiszpania za chwilę byłaby w drugiej rundzie i pożegnałaby się z mundialem mniej boleśnie. To już jednak tylko kolejna historia alternatywna, którą można napisać przy okazji tych mistrzostw.

III

W jednym dniu zakończyły się dwie hiszpańskie epoki – wieloletnie panowanie Juana Carlosa i złota era reprezentacji. Król abdykował z własnej woli, piłkarska kadra została brutalnie strącona z tronu przez wyposzczonych rywali. Nic nie trwa wiecznie.

Rozmiary klęski Hiszpanów są wprost proporcjonalne do rozmiarów potęgi, którą zbudowali od 2008 roku. Bezwzględnej dominacji nie zakończyła spokojna porażka w ćwierćfinale, którą mogłaby być przyjęta ze zrozumieniem, ale spektakularny upadek. Hiszpanie potrafili wygrywać w efektowny sposób – jeszcze dwa lata temu rozbili Włochów 4:0 w finale Euro – i efektownie też polegli.

Finał sprzed dwóch lat kończył się apelami Casillasa do sędziego, żeby ten wreszcie skończył mecz i przestał męczyć tych biednych Włochów. Ten mundial mógłby się skończyć taki sam sposób dla Hiszpanii, bo aż przykro było patrzeć na cierpienia wielkich mistrzów. Niezależnie od sympatii, lepiej oglądać takich artystów żegnających się z tytułami łagodnie, a nie upokarzanych przez silnych rywali i własną niemoc.

To koniec reprezentacji Hiszpanii w tym formacie. Kilku piłkarzy zakończy reprezentacyjną karierę, paru będzie trzeba odstawić, a do głosu dopuścić nowych – młodych, utalentowanych i głodnych sukcesu. Nowa kadra będzie znaczyć wiele, ale ostatnie sukcesy są w najbliższych latach – a może już na zawsze? – niemożliwe do powtórzenia. Nie tylko dla ich spadkobierców, bo przegrana dzisiaj Hiszpania była drużyną stworzoną z przedstawicieli wybitnego pokolenia, kompletną i jedną z największych drużyn w historii futbolu. Po jej grze pozostaną medale, piękne wspomnienia i hiszpańska duma.

Teraz tak jak Brazylijczycy będą mieli swój dramat na Maracanie. Jeden stadion połączył dwie wielkie futbolowe nacje wspólnym cierpieniem.

Tekst dla portalu krotkapilka.pl.

Fot. goal.com.

środa, 18 czerwca 2014

Brazylia - Meksyk, fot. goal.com

Opowieść jeszcze raz trzeba zacząć od skandalicznego rzutu karnego dla Brazylii w meczu z Chorwacją. Tworzenie historii alternatywnych to intelektualna rozrywka, scenariusze można prowadzić w dowolnym kierunku, jednak wiele z nich podkreśla wagę tamtej jedenastki. Ot, wyobraźmy sobie, że Fred dostaje żółtą kartkę za próbę wyłudzenia faulu, mecz kończy się remisem, a po dwóch kolejkach Brazylia ma tylko dwa punkty... Tymczasem uzbierała cztery i za kilka dni pewnie wyjdzie z grupy na pierwszym miejscu. Teraz rozchodzi się o przyszłość, a ta na razie rysuje się przed gospodarzami dość niewyraźnie.

Nie idzie nawet o remis z Meksykiem – kac za chwilę minie. Krytykując Brazylię trzeba przecież pamiętać, że zwycięstwo miała w zasięgu ręki, choć może trafniej byłoby napisać, że poza zasięgiem rąk Guillerme Ochoi. Sytuacji było kilka, wystarczyło wykorzystać jedną, by nieco zamaskować niewyraźną grę.

Bardziej musi uwierać świadomość, że to znowu nie była drużyna gotowa na zdobycie mistrzostwa świata. Ten mecz oglądało się tak dobrze również dlatego, że walczyły dwie wyrównane drużyny. Podkreślmy, drużyny, a nie piłkarze. Suma umiejętności indywidualnych przemawiała za gospodarzami, ale przewaga rozmyła się po złożeniu jednostek w zespół. Meksyk był skomponowany lepiej, miał mniej słabych punktów i interesujący pomysł na grę.

Luis Felipe Scolari ma kilka problemów do rozwiązania. Poważnej rekonstrukcji wymaga ofensywa, która na razie funkcjonuje najwyżej przeciętnie. Brazylia jest mało kreatywna, gra mało płynnie, a grę napędzają indywidualne zrywy. Widać ograniczenia obu środkowych pomocników, którzy z Meksykiem mieli mizerny wkład w ataki Brazylijczyków i nie potrafili opanować środka pola. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie do gry Hernanesa, który mógłby wnieść do drugiej linii więcej, niż będący w przeciętnej formie Paulinho.

Problemem jest też obsada prawego skrzydła i klasa środkowych napastników. W pierwszym przypadku słabego z Chorwacją Hulka zastąpił Ramires, co było o tyle niezrozumiałe, że to piłkarz raczej do przeszkadzania, a nie atakowania. Defensywna zmiana nie mogła poprawić gry złamanego skrzydła, trudno uzasadnić ją też chęcią wzmocnienia defensywy, skoro piłkarz Chelsea opuścił boisko już w przerwie zmieniony przez chaotycznego napastnika Bernarda. Należy spodziewać się kolejnych prób, dążenia do powodzenia metodą eksperymentów, choćby z niewykorzystanym jeszcze Willianem w roli głównej.

Możliwości zmian w ataku są ograniczone, bo w kadrze nie ma poważnego środkowego napastnika. Fred, który był tak skuteczny na zeszłorocznym Pucharze Konfederacji, teraz gra słabo, jest mało aktywny i nieprzydatny dla drużyny. Z Meksykiem zmienił go Jo, ale wydaje się, że nie jest to piłkarz, który może wnieść do gry Brazylii nową jakość.

Szybko przekonaliśmy się o brakach w kadrze Scolariego. Można było się spodziewać, że na pewnym etapie turnieju ofensywna kołdra Brazylii okaże się zbyt krótka, ale zaskoczeniem jest fakt, że stało się to tak szybko. Cały ciężar atakowania, wymyślania gry i strzelania goli na razie dźwiga Neymar, pomaga mu Oscar, siły bardzo utalentowane, ale wątłe i przez to stosunkowo łatwe do unieszkodliwienia. Mogą nawet wyeliminować się same – Neymara od pauzy w meczu fazy pucharowej dzieli tylko jedna żółta kartka. Spiskowcy zauważą, że to nie możliwe, w Brazylii nawet deszcze padają na korzyść gospodarze, a sędziowie na pewno nie będą chcieli zrobić im takiej przykrości. Inna teoria – przyznajmy, kontrowersyjna – głosi, że Brazylijczycy bez Neymara zagraliby lepiej. Drużyna nie byłaby podporządkowana jednej gwieździe, gra musiałaby być bardziej urozmaicona, a akcenty rozłożone bardziej równomiernie. 

Tyle teorii, przed Brazylią tylko i aż mecz z Kamerunem. Tylko, bo na razie to najsłabsza drużyna – piszę ten tekst przed jej wieczornym meczem z Chorwacją – w tej grupie, na otwarcie afrykańskie lwy były wyleniałe i sprawiały wrażenie, że jeszcze liczą pieniądze za udział w mundialu. Aż, bo zdecydowane zwycięstwo może być dla Brazylii niezłym paliwem dalszą część turnieju. Efektowna wygrana może dodać pewności siebie przed fazą pucharową, poprawić nastroje, odblokować głowy. Psychologia, takie elementy też mogą mieć spore znaczenie dla dalszej fazy mistrzostw. Rzecz w tym, żeby to, co ma być paliwem, nie spowodowało samozapłonu.

fot. goal.com

 
1 , 2