Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 22 czerwca 2015

Barcelona / fot. goal.com

Obszerny przegląd sezonu klubowego w Europie. Subiektywny, w końcu obiektywizm w piłce ogranicza się do podania wyniku meczu, a w dodatku to tylko blog.


To był sezon Barcelony – najlepszej drużyny Europy w minionym roku. Wystarczająco dużo mówią zdobyte przez nią trofea, to przecież dopiero ósmy przypadek, gdy klub kończy sezon zwycięstwem w lidze, krajowym pucharze i Pucharze Mistrzów. W pełni te sukcesy pozwala docenić na listę pokonanych przez Barcelonę rywali. Nie ma mowy o przypadku, fuksie, słabej konkurencji. Z Ligi Mistrzów wyrzucała mistrzów najlepszych lig kontynentu. Na własnym podwórku wygrała w najtrudniejszym rozdaniu od lat. Była lepsza od znakomitego w pierwszej fazie rozgrywek Realu, który długo śrubował serię zwycięstw, stabilizującego się na wysokim poziomie Atletico oraz rosnących w siłę Valencii i Sevilli. Ten zestaw oraz wyniki hiszpańskich klubów w europejskich pucharach każą widzieć w Primera Division najmocniejszą krajową ligę minionego roku.

Barcelona zdominowała opowieść o tym sezonie. Najlepszym trenerem był przecież Luis Enrique, który przetrwał zawirowania w trudnej szatni, ułożył się z nią, a drużynie nadał nowy kształt. Odświeżona Barca grała porywająco, jej fetyszem nie było już długie posiadanie piłki, pokazywała futbol urozmaicony, intensywny, szybszy, niż w poprzednich latach. Krótko: najlepszy w Europie. Kto jest zdania, że kunsztu trenera wcale nie poznaje się w najbogatszych klubach, z pewnością doceni pracę Unaia Emerego w Sevilli, Nuno w Valencii, Silvio Piolego w Lazio, Luciena Favre'a w Borussii Moenchengladbach, czy Huberta Fourniera w Lyonie.

Luis Enrique przyłożył też rękę do powstania najlepszego tercetu sezonudo Neymara i przesuniętego na skrzydło Leo Messiego dokładając Luisa Suareza. Słusznie zastanawiano się, czy przyjście Urugwajczyka nie rozsadzi szatni na Camp Nou, ale okazało się, że jest wystarczająco duża, by pomieścić ego wszystkich artystów. Świetnie się dopasowali, grali ze sobą i dla siebie nawzajem, we trójkę strzelając w lidze więcej goli niż całe składy Chelsea, Bayernu, czy Juventusu. Dodać należy jeszcze oczywistość: najjaśniej świeciła gwiazda Messiego, najlepszego piłkarza sezonu, który wysłuchał już tylu komplementów, że może go już mdlić od tych słodyczy. Ale zasłużył, na boisku uprawiał sztukę, a w piłkę przez ostatni rok grał lepiej od Cristiano Ronaldo. A to już znak wybitnej jakości.

W Barcelonie oglądaliśmy też najważniejsze pożegnanie sezonu. Czy można wymyślić lepsze podsumowanie zmian w jej grze od odejścia Xaviego, może najlepszego piłkarza pierwszej dekady XXI wieku, ucieleśnienia tiki-taki i jej organizatora w dwóch wielkich drużynach? Zostało po nim piękne zdjęcie – panoramy miasta z wielką podobizną piłkarza na Camp Nou.

Ale Barcelona to też – wytrzymajmy z nią jeszcze kilka zdań – meteor Munir El Haddadi, który wpadł do składu na początku sezonu, narobił trochę szumu i szybko zniknął z pola widzenia. Po rozegraniu dwóch meczów w lidze trafił nawet do odświeżanej reprezentacji Hiszpanii. Nagły awans trudno wytłumaczyć, bo Vicente del Bosque ma przecież lepszych specjalistów, a palenie go dla kadry Maroka była przesadną pazernością. Jeśli zasłużyłby na grę dla Hiszpanii, to i tak by w niej zagrał. Jeśli, bo na razie to najwyżej kolejny Isaac Cuenca.

Niespodzianek w Hiszpanii było więcej – Real Sociedad zrobił z Davida Moyesa jednego z najlepiej zarabiających szkoleniowców świata. To najbardziej zaskakujący ruch trenerski minionego sezonu. Brytyjczycy nie cieszą się przesadną renomą nawet u siebie, na kontynent zjeżdżają rzadko, ostatnio pozostając bez większych sukcesów. Moyes na razie też jest na peryferiach – niepełny sezon pracy zakończył się dwunastym miejscem Realu.

Fernando Torres męczył się w Chelsea, nie mógł przebić się w kiepskim Milanie, ale stał się bohaterem najgłośniejszego powrotu minionego sezonu. Transfer Hiszpana do Atletico był zaskakujący, bo słabnący od kilku lat piłkarz zdawał się nie pasować do drużyny Diego Simeone. Rewelacji nie było, zbyt wielu goli też nie, jednak Torres swoje zrobił – wbił dwie szpile Realowi na Santiago Bernabeu w Pucharze Króla, wyzwolił euforię wśród kibiców i pozwolił zarobić klubowi na tysiącach sprzedanych koszulek.

Najwięcej w tym sezonie zyskał Massimiliano Allegri, którego na początku sezonu opluwano, a na koniec doceniono za utrzymanie dla Juventusu mistrzostwa Włoch i przede wszystkim przywrócenie klubu do czołówki Ligi Mistrzów. Z wyczuciem rozwijał drużynę zostawioną przez Antonio Conte, przećwiczony system 3-5-2 uzupełniając o 4-3-1-2, co pomogło osiągać sukcesy w Europie.

Juventus to w europejskiej czołówce nowe Atletico. Zapomnijmy na moment o dawnych sukcesach, skupmy się na ostatnich sezonach, które Stara Dama naznaczyła europejskim średniactwem. Awans z dalszego szeregu do finału Ligi Mistrzów, tak jak wcześniej Borussii i Atletico, było dużą niespodzianką. Każda z tych drużyn była inna, wszystkie dodały piłce świeżości, wszystkie też w finale przegrały. Niespodziewanych bohaterów miała też Liga Europy. Dnipro Dniepropietrowsk wychylił się zza pleców krajowych potentatów z Dynama Kijów i Szachtara Donieck, w pucharach eliminował Olympiakos, Ajax i Napoli, a do warszawskiego finału dotarł nie rozgrywając z powodu wojny na Ukrainie. ani jednego meczu na własnym stadionie. A jeszcze pięć lat temu i Juventus, i Dnipro z pucharów wyrzucił Lech Poznań.

We Włoszech za Juventusem ciągnęły się stare grzechy – październikowe zwycięstwo z Romą dały mu tak kontrowersyjne gole, że opinia publiczna zawyła, a decyzje sędziego Gianluki Rocchiego stały się przedmiotem debaty we włoskim parlamencie. Deputowani grzmieli, że cała sytuacja podważyła wiarygodność kraju i może mieć trudne do oszacowania skutki społeczne. Na ulicach Rzymu jeszcze długo po meczu można było zobaczyć nawiązujące do niego transparenty. Jeden z nich w biblijnym tonie głosił, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż całe towarzystwo z Juventusu wstąpi do królestwa niebieskiego. To była najlepsza włoska komedia tego sezonu.

Juventus - Roma

Najbardziej zdeklasowanym piłkarskim miastem stał się przyzwyczajony do wielkich gier Mediolan, który pierwszy raz w dziejach nie będzie miał reprezentanta w europejskich pucharach. I to najlepiej świadczy o tym, jak sprzeciętniały oba tamtejsze kluby. Milan zamienił się w zespół bez właściwości, zgraję przypadkowych piłkarzy, chwilowo trenowanych przez wyciągniętego z kapelusza Filippo Inzaghiego. Inter nie może dojść do siebie po zwycięstwie w Lidze Mistrzów, przerabia siódmego trenera w ciągu pięciu lat, a cegły porozrzucane po placu budowy wciąż czekają, by ktoś zaczął je fachowo układać. Odzyskiwanie utraconych pozycji zaczęło się pełną parą – w Milanie nastał nowy trener, tym razem pokrzepiony pracą w Sampdorii Sinisa Mihailović, a do obu klubów za chwilę zaczną przychodzić nowi zawodnicy.

Większa beznadzieja była chyba tylko w Parmie, tam oglądaliśmy organizacyjny chaos, który po kilku zmianach własnościowych zaowocował brakiem prądu, ciepłej wody, wielomilionowymi długami i najgłośniejszym upadkiem sezonu. Bankructwo klubu poprzedziło kilka lat zadziwiającej gospodarki transferowej, dokonywania kilkuset ruchów w jednym tylko oknie, patologicznej w piłce hurtowni zawodników. Nowy rozdział w swojej historii Parma rozpocznie od czwartej ligi. Takie katharsis może jej wyjść na zdrowie.

Mieliśmy też w Serie A okaz niezwykły, weterana sezonu Lukę Toniego, króla strzelców ligi. Wyczyn 38-letniego napastnika zasługuje na uznanie, grał przecież w średnim Hellas Werona, a nie w klubie z czołówki, którego stać na zapewnienie snajperowi dobrego serwisu.

Największym rozczarowaniem był nędzny występ angielskich klubów w europejskich pucharach. Najwięcej mówi o nim nie etap rozgrywek, na którym wypadały za burtę, ale wrażenie, że w czołówce Ligi Mistrzów zupełnie, ale to zupełnie ich nie brakowało.

W Anglii trwa jednak złoty wiek. Najlepszym dowodem jest sprzedaż praw telewizyjnych do Premier League na trzy lata za ponad 5 miliardów funtów – największy kontrakt tego sezonu. Kilka najpodlejszych nawet meczów będzie kosztowało tyle, co cały sezon polskiej Ekstraklasy. A przecież to tylko umowa na rynek krajowy, handlowanie z zagranicznymi nadawcami pozwoli jeszcze powiększyć tę kwotę.

Wielkie pieniądze, które wpadną do skarbców angielskich klubów, trzeba jeszcze umieć dobrze wydawać. Najgłupszym transferem roku było przecież kupienie Mario Balotellego przez Liverpool, człowieka-zagadki, którego nikomu nie udało się poskromić na dłuższą metę. Brendanowi Rogdersowi też nie. Ale sam prosił się o takie kłopoty. Nawiasem: jeśli szukać człowieka, który najgorzej wyciągał wnioski z transferowych niepowodzeń innych, to też znajdziemy go w Walijczyku. Nie dość, że naciął się na Balotellim, to pieniądze za Luisa Suareza roztrwonił na nieprzekonujących piłkarzy równie źle, jak rok wcześniej Tottenham wydał fortunę otrzymaną za Garetha Bale'a.

Zdarzyła się też w Anglii najładniejsza historia sezonu z najgorszym możliwym zakończeniem. Wracający do gry po walce z rakiem Jonas Gutierrez wygrał dla Newcastle decydujący mecz w walce o utrzymanie w Premier League, miał w nim asystę i strzelił gola, a niedługo po nim został telefonicznie odprawiony przez klub. Piłka to biznes, rządzi nim pieniądz, ale powinno być w nim miejsce na przyzwoitość i dobry gest. Zwłaszcza, że Newcastle na braku klasy wcale nie oszczędzi. Pieniądze, których nie wyda na Gutierreza, i tak zaraz zmarnuje na niepotrzebne transfery.

Największy kryzys dotknął Borussię Dortmund. Zapaść można było przewidzieć, przyczyny zdają się wyraźne – wyeksploatowanie po intensywnych sezonach, zmiany w kadrze, słabsza forma i kontuzje czołowych graczy – jednak szokowały jej rozmiary. Borussia w ciągu kilku miesięcy wyżyn tabeli zjechała na dno i grała tak nieporadnie, że zastanawiano się, czy po wyłączeniu heavy metalu nie będzie trzeba odegrać marszu żałobnego na okoliczność spadku do drugiej Bundesligi. Jurgen Klopp w porę pozbierał drużynę, wyprowadził ją na przyzwoite siódme miejsce i odszedł z klubu. Może nie była to najbardziej znacząca zmiana trenerska, która wydarzyła się w ostatnim roku, przecież dwóch pierwszoroczniaków poprowadziło drużyny w finale Ligi Mistrzów, ale z całą pewnością to jej najbardziej żal. Razem z rezygnacją wypalonego Kloppa zakończyła się najfajniejsza przygoda ostatnich lat. Szkoda, już tęskno.

Robert Lewandowski podpisał kontrakt z Bayernem Monachium półtora roku temu i okazał się bohaterem najlepszego bezgotówkowego transferu sezonu. Polak uczestniczył w największych pogromach tego sezonu. Bayern bezlitośnie obijał Romę i Porto, w dwóch meczach Ligi Mistrzów nastrzelał 13 goli, co w grach między tak klasowymi drużynami na wysokim szczeblu zdarza się rzadko. I tak Bawarczycy kończyli sezon rozczarowani, wymagania wobec nich były absurdalnie wysokie, a zdobyli tylko mistrzostwo Niemiec i dotarli do półfinału Ligi Mistrzów. Czyli, jak można było wyczuć, zaledwie ciut więcej niż nic.

I jeszcze migawka z Niemiec – najgorszym gadżetem sezonu był szalik Herthy Berlin z podobizną trenera Josa Luhukaya. Po zwolnieniu Holendra chyłkiem wycofano towar z klubowego sklepu, bo nadawał się tylko na przemiał. Nauka dla piłkarskich marketingowców – na wszelki wypadek nie wynosić trenerów na pamiątki.

Perfekcyjnego gola zespołowego wypracowali piłkarze Sportingu Braga w meczu z Rio Ave. W misternie tkanej akcji wzięło udział jedenastu ludzi, a kopnięcie ostatniego z nich zakończyło się zdobyciem bramki. Trening przeniesiony na mecz.

Polska piłka miała zagranicą kilku bohaterów. Był nim Grzegorz Krychowiak, który wszedł do składu Sevilli jak po swoje, błyskawicznie wkomponował się do nowej drużyny, a pod koniec sezonu można było odnieść wrażenie, że jego przygoda z Andaluzją nie jest liczona w miesiącach, lecz długich latach. Był też Łukasz Fabiański, który wreszcie na stałe podniósł się z ławki rezerwowych i stał się czołowym bramkarzem angielskiej ekstraklasy. Największym był jednak Kamil Glik, ostoja Torino i reprezentacji Polski, nie tylko przez wzgląd na piłkarską klasę, ale charakter, pracę i ścieżkę kariery. To przecież nie był cudowny chłopak, którym zachwycaliśmy się od małego, kilka lat temu prawie nikt nie dałby pięciu złotych, że wychyli się ponad polską Ekstraklasę. Teraz, po wielu zakrętach, jest docenianym w lidze włoskiej stoperem, kapitanem swojej drużyny i jest fanatycznie uwielbiany przez kibiców. Nasi piłkarze bywali gwiazdami zagranicznych drużyn, trzymali szatnię, lecz bodaj żaden z nich nie miał klubie i wśród kibiców takiej pozycji jak Glik.

Najbardziej wyczekiwanego polskiego gola strzelił Marcin Wasilewski – trafił dla Leicester w meczu z Manchesterem United i zatrzymał licznik niemocy. To pierwsza bramka Polaka w lidze angielskiej od 23 lat. Poprzednio dla Evertonu strzelił Robert Warzycha – też w meczu z Manchesterem United, też na Old Trafford, a nawet na tę samą stronę boiska.

Niestety, nie obyło się bez aktów barbarzyństwa, największym było ostrzelanie autokaru z piłkarzami Fenerbahce. Futbol rodzi pozytywne emocje, ale niestety również zło i prymitywną nienawiść prowadzącą do przemocy, dla której nie ma akceptacji i żadnych okoliczności łagodzących.