Na stadionach Polski i Świata.
piątek, 15 czerwca 2018

Gdy temperatura otwarcia mundialu zaczęła się zbliżać do wartości znanych z meczów towarzyskich, pomyślałem o Wojciechu Stawowym, który maniakalnie uczył swoje drużyny długiego tkania akcji ofensywnych. Zawsze odnosiłem wrażenie, że swoje pomysły wprowadza na siłę, że wychodzi to nienaturalnie, że to sztuka dla sztuki. Że pomysły muszą trafić jeszcze do odpowiednich wykonawców, bo inaczej może wyjść z tego karykatura.

Arabia Saudyjska zaczęła grę z Rosją nieźle; jej piłkarze byli ruchliwi, grali krótkimi podaniami, ale animuszu nie starczyło im nawet na kwadrans. Gdy gospodarze objęli prowadzenie, gdy je podwyższyli, Saudyjczycy zgaśli. Już nie było ich w grze.

Stawowy przypomniał mi się, gdy patrzyłem, jak Saudyjczycy usiłują budować swoje akcje. Próbowali rozgrywać piłkę od własnego pola karnego, ale większość zagrań była wymuszona, niepewna, zwiastowała katastrofę. Nawet jeśli nie gubili piłki pod własnym polem karnym, to w końcu rozbijali się o rosyjską drugą linię. Byli przez nią tłamszeni.

Materiał, z którego Pizzi chciał tkać taką grę, okazał się po prostu za cienki. Jego drużyna stanowiła większe zagrożenie dla siebie dla siebie niż dla rywali. Rosjanie całymi fragmentami mogli tylko czekać - na kolejne niedokładne podanie, stratę, nieporozumienie. A potem kontrować i strzelać gole.

Gospodarze nie mogli dostać lepszego rywala na początek mundialu, ale łomot spuszczony kandydatowi do tytułu najsłabszego uczestnika turnieju jeszcze nic nie oznacza. Mimo pięknego wyniku wciąż są niewiadomą - rywal w żaden sposób ich nie zweryfikował. A że i na jego tle gra nie była powalająca (ale też nie musiała), to nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli mundial dla Rosji skończy się na trzecim meczu.

Błysnął Aleksander Gołowin, pracowity w defensywie i produktywny w ataku. Ładną pamiątkę zdobył Dienis Czeryszew, najpierw tym zwodem, którym położył dwóch rywali, by strzelić gola, potem świetnym trafieniem fałszem. Tyle do zapamiętania. Reszta - niekoniecznie.

Czerczesow może triumfować, Pizzi musi poważnie obawiać się utraty stanowiska jeszcze przed końcem fazy grupowej. Saudyjczycy mają wprawę w gonieniu trenerów jeszcze w trakcie mundialu - w 1998 roku już po dwóch meczach wyrzucili Carlosa Alberto Parreierę. Teraz może być podobnie, bo przecież w kolejnym meczu tę defensywną słabiznę zaatakują wygłodniali Luis Suarez i Edinson Cavani.

A za osiem lat na mundialu będzie jeszcze więcej Arabii Saudyjskich. Azja, która od lat niewiele wnosi na mistrzostwa, będzie miała nie cztery, a osiem gwarantowanych miejsc. Pewnie, zawsze ktoś musi być najsłabszy, ale takie rozwadnianie mundialu to zwykła zbrodnia.