Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 31 lipca 2006
Absolutnie niesamowity był niedzielny mecz Lecha z Wisłą Płock. Jakby na przekór tym wszystkim głosom, że nasza liga jest beznadziejnie nudna i mało ciekawa.

Oczywiście - poziom gry przez większą część spotkania może nie rzucał na kolana. Ale dramaturgią, emocjami, zaangażowaniem i ilością szaleńczych ataków można by obdzielić mecze z kilku kolejek.

Franciszek Smuda to prawdziwy specjalista, od wygrywania meczów w podobnych okolicznościach. Wystarczy przypomnieć sobie mecze Widzewa z Legią czy Broendby, żeby zrozumieć, że drużyny Franza zawsze grają do końca. Nawet wtedy, jak wynik jest fatalny.

Waleczność piłkarzy Lecha mogła zaimponować. Wydawałoby się, że po niewykorzystanym karnym i szybko straconej drugiej bramce zespół będzie myślał już o końcowym gwizdku sędziego. Nic bardziej mylnego. Piłkarze Kolejorza nie podłamali się, tylko ruszyli z furią na bramkę Wisły Płock. I dopięli swego, najpierw doprowadzając do wyrównania, a potem strzelając zwycięskiego gola i wprawiając w szał swoich kibiców, którzy - mimo złego wyniku i bardzo przeciętnej gry swoich ulubieńców - nie umilkli ani na moment i przez cały czas zdzierali gardła za swoich ulubieńców.

Zwycięstwo w takich okolicznościach to najlepsze, co mogło przydarzyć się przebudowanemu Lechowi na początku nowego sezonu. Zdecydowanie bardziej cenne niż wysokie zwycięstwo z kiepskim rywalem. W takich meczach jak ten z Wisłą Płock rodzi się prawdziwy zespół. I w Poznaniu najprawdopodobniej taki się narodził. Ku uciesze szalejących poznańskich kibiców i wszystkich osób, które dobrze życzą naszej piłce.
Wielkopolskie Mistrzostwa Europy do lat 19 należy uznać za bardzo udane. I trzeba się z tego cieszyć, bo ta impreza miała przecież pokazać, że nasz kraj jest w stanie zorganizować kolejne Euro - tym razem seniorów.

W finale Hiszpania pokonała Szkocję 2:1. Mecz był dość interesujący, a obie drużyny bardziej zaawansowane taktycznie niż - niestety! - spora część zespołów występujących w naszej pierwszej lidze. Także umiejętnościami technicznymi wielu uczestników finału mogłaby zawstydzić pokaźną rzeszę naszych ligowców.

Hiszpanie byli zdecydowanymi faworytami, ale napotkali na twardy opór dzielnych Szkotów, którzy walczyli bardzo ambitnie i po końcowym gwizdku było ich najzwyczajniej w świecie żal. Zespół z Półwyspu Iberyjskiego miał w swoich szeregach więcej indywidualności. Kto wie, czy już wkrótce tacy zawodnicy jak Juan Mata, Javi Garcia, Gerard Pique, Diego Capel czy Alberto Bueno nie dorównają poprzednim hiszpańskim mistrzom Europy w tej kategorii wiekowej - Sergio Ramosowi, Andresowi Inieście czy Fernando Torresowi...

Wspaniale naszą kandydaturę w walce o Euro 2012 wypromowała wielkopolska publiczność. Na mecze przychodziło bardzo dużo kibiców (jak na rozgrywki juniorskie), którzy świetnie bawili się na trybunach. W finale dopingowali obie drużyny, a po meczu starali się za wszelką cenę pocieszyć ambitnych Szkotów, którzy byli bardzo zaskoczeni okrzykami "Scotland" i rzęsistymi oklaskami. Podobnie zresztą jak Hiszpanie, którzy gorąco oklaskiwani po wzniesieniu trofeum za zwycięstwo, długo dziękowali poznańskiej publiczności.

Pewnie wszyscy - i Hiszpanie, i Szkoci - zapamietają wielkopolską imprezę na zawsze. Podobnie zresztą jak zauroczeni atmosferą na meczach w Poznaniu i okolicach działacze UEFA (co może poskutkować powierzeniem Polsce i Ukrainie Euro 2012). A to najlepsze dowody na to, że organizacja Mistrzostw Europy U-19 w Wielkopolsce była strzałem w dziesiątkę.
piątek, 28 lipca 2006
Kiedy liga gra, wciąż na nią narzekamy. Że słaba, nudna, skorumpowana... Ale kiedy jej nie ma, zaczynamy czuć, że czegoś jednak nam brakuje i z niecierpliwością oczekujemy na jej inaugurację. Sezon 2006/2007 Orange Ekstraklasy czas zacząć! Sezon, zapowiadający się bardzo interesująco.

W przerwie między rozgrywkami więcej niż o jakimkolwiek klubie mówiło się o wrocławskiej prokuraturze i jej zakrojonej na szeroką skalę akcji wyłapywania piłkarskich szkodników. Środowisko działaczy i sędziów zostało już nieco oczyszczone z różnych czarnych charakterów, choć sprawa jest rozwojowa i wciąż zachodzi ewentualność, że wkrótce nie będzie komu sędziować meczów I ligi.

A jaka będzie ta nasza ekstraklasa? Pozbawiona gwiazd, co jednak nie znaczy, że beznadziejnie nudna. Bodaj największymi polskimi gwiazdami Orange Ekstraklasy będą dwaj obrońcy – Bartosz Bosacki i Tomasz Hajto. Pierwszy głównie dzięki udanemu występowi na Mundialu. Drugi ze względu na swoją piłkarską przeszłość. Hajto ma ten problem, że w naszej lidze będzie pod wzmożoną obserwacją. Zawsze tak było, gdy do naszej ligi wracał po latach tułaczki zagranicą jakiś piłkarz. A Hajty dotyczy to w szczególności, bo jest postacią bardzo medialną, która nie boi się wygłaszać własnego zdania na różne tematy. Tak więc, jeśli nawet Hajto będzie grał znakomite spotkania, pojawią się głosy, że był to ledwie przęcietny występ. Błędy, które innym zawodnikom uchodziłyby na sucho, w przypadku obrońcy ŁKS będą rozdmuchiwane do olbrzymich rozmiarów. Jak spisze się Hajto, ciężko przewidzieć. Ja stoję jednak na stanowisku, że może to być jeden z najlepszych obrońców tego sezonu w lidze.

Spory wpływ na wizerunek ligi będą mieli też obcokrajowcy. Kiedyś traktowani byli raczej jako ciekawostki przyrodnicze, teraz aspirują do miana gwiazd ligi. Tacy piłkarze jak Edson, Roger czy Mauro Cantoro nie tylko dodają lidze kolorytu, ale zaliczają się do jej najlepszych piłkarzy.

Można się cieszyć, że w wielu klubach jest sporo względnie młodych zawodników, do których wciąż może należeć przyszłość – zarówno ta całkiem bliska, jak i ta odległa. Tacy piłkarze jak Dawid Janczyk, Jakub Błaszczykowski, Maciej Iwański, Wojciech Łobodziński, Łukasz Garguła, Mariusz Zganiacz czy Paweł Brożek mają wielką szansę już naprawdę niedługo być gwiazdami ligi i ważnymi ogniwami reprezentacji. Tylko muszą to szybko zrozumieć, bo za kilka lat mogą tylko pławić się w ligowej szarzyźnie z etykietką zmarnowanego talentu.

Napisałem, że ten sezon zapowiada się bardzo interesująco. I tak w istocie jest, bowiem liga stała się bardzo wyrównana i praktycznie w każdym meczu każdy będzie mógł wygrać z każdym. O ile w walce o mistrzostwo Legii i Wiśle Kraków raczej nikt nie powinien przeszkadzać, to wskazanie kolejności na dalszych miejscach jest zadaniem bardzo niewdzięcznym.

Dobrze się stało, że wreszcie do ekstraklasy wróciły Widzew i Łódzki KS. Te drużyny na pewno przyciągną na trybuny wielu widzów, a ligowej rywalizacji dodadzą kolorytu. Cieszy też to, że ligowa piłka wreszcie wraca do dużych miast.

Na atrakcyjność ligi może mieć też wpływ... nominacja dla Leo Beenhakkera. Przecież Holender naszych ligowców nie zna, a zatem wszyscy będą startowali u selekcjonera z tego samego poziomu. Powoływani zawodnicy będą więc rzeczywiście tymi najlepszymi - o nominacjach do kadry nie będą już decydowaly osobiste sympatie i antypatie czy przyzwyczajenie, a forma i umiejętności. Sam spodziewam się niespodziewanych powołań i wydaje mi się, że się nie zawiodę. Co powiecie na np. Macieja Iwańskiego, Pawła Golańskiego, Radosława Matusiaka, Zbigniewa Zakrzewskiego czy nawet... Pawła Kryszałowicza, Tomasza Hajto i Piotra Świerczewskiego w kadrze? Na razie wydaje się dość abstrakcyjne, ale czy na pewno takie samo będzie za miesiąc?

Głównym faworytem do mistrzostwa wydaje się być Legia. Drużyna Dariusza Wdowczyka co prawda wiosną nie grała olśniewająco, ale nauczyła się konsekwencji i walki od początku do końca meczu. Teraz, po przeprowadzeniu kilku ciekawych transferów, wydaje się jeszcze mocniejsza.

Wzmocniła się też Wisła Kraków. Ciekawym nabytkiem może się okazać Brazylijczyk Cleber, które przez ostatnie sezony występował w lidze portugalskiej. Dan Petrescu też jest już na pewno lepiej przygotowany do pracy w polskiej lidze – poznał specyfikę naszej ekstraklasy i mentalność polskich zawodników.

Pozostałe drużyny wydają się być na wyrównanym poziomie. Najwyżej z tego grona stoją akcje Lecha Poznań, ale raczej głównie w mniemaniu niektórych żurnalistów. Wiadomo przecież, że po zmianach jakie dokonały się w klubie, wszystko musi się ze sobą "dotrzeć". W każdym razie, Lech wreszcie zyskał stabilizacje finansową, co pozwoli wreszcie budować drużynę gotową do walki o najwyższe ligowe cele. Ale jeszcze nie w tym sezonie. Ciekawe jak w kolejnym klubie sprawdzi się Franciszek Smuda?

Z pewnością w walce o czołowe lokaty liczyć się będą też Korona Kielce, Zagłębie Lubin i Dyskobolia Grodzisk. Zespół z Kielc jest bardzo umiejętnie budowany z młodych piłkarzy przez Ryszarda Wieczorka i na pewno znów zawalczy o grę w europejskich pucharach. Kłopot może być jedynie z napastnikami – nie bardzo wiadomo kto, po odejściu Grzegorza Piechny i kontuzji Krzysztofa Gajtkowskiego, ma strzelać gole. W Zagłębiu zadebiutuje w tym sezonie w ligowej piłce Edward Klejndinst, który otrzymał w schedzie po Franciszku Smudzie praktycznie gotową do walki o czołowe lokaty drużynę. Oby pod okiem Klejndinsta dalsze postępy zrobili Łobodziński, Iwański i Michał Stasiak. Ciekawą drużynę zebrała odnowiona Dyskobolia, która po beznadziejnie słabym sezonie znów powinna namieszać w czołówce. Silne posiłki przyszły z Lecha Poznań, a najważniejszym transferem jest chyba pozyskanie Piotra Świerczewskiego, który poprzedni sezon w Lechu miał całkiem udany.

Kto może pozytywnie zaskoczyć? Ja stawiam na Arkę Gdynia i GKS Bełchatów. Do Gdyni przybył utalentowany trener Wojciech Stawowy, który z Cracovii z trzecioligowej drużyny zrobił czołowy klub pierwszej ligi. A ostatnio powiedział, że w Arce ma chyba jeszcze lepszych piłkarzy niż w Krakowie...W Gdyni na pewno nie powtórzy się scenariusz z zeszłego sezonu, czyli heroiczny bój o pozostanie w lidze.

GKS Bełchatów już w zeszłym sezonie pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Głównie dzięki pracy Oresta Lenczyka, który przybył w trakcie sezonu. Teraz, po tym jak udało się w klubie zatrzymać najlepszych piłkarzy, GKS może być groźny dla każdego.

Najsłabiej z całego pierwszoligowego grona zdają się wyglądać Widzew Łódź i Odra Wodzisław. Włodarze klubu z Łodzi postanowili budować zespół z młodych, niedoświadczonych zawodników, którzy do tej pory grali głównie na II- i III-ligowych boiskach. Taka strategia budowy klubu może działaczom... wyjść bokiem. Ciekawe jak odnajdzie się w pierwszej lidze młody i utalentowany szkoleniowiec, za jakiego uważany jest Michał Probierz.

Odra Wodzisław od lat stanowiła swego rodzaju trampolinę dla zawodników z niższych lig. Tam wyszukiwał ich Edward Socha, a potem ze sporym zyskiem sprzedawał do innych klubów. Szkopuł w tym, że teraz za bardzo nie widać, kogo można sprzedać. I nie wiadomo, kto ma dla Odry strzelać gole. Ale może to tylko pozory? Bo przecież podobne głosy słychać przed każdym sezonem... Tylko, że kiedyś muszą się wreszcie sprawdzić.

Oprócz Widzewa i Odry o pozostanie w lidze twardo walczyć będą musiały Górniki: z Zabrza (w szczególności) i z Łęcznej, a także – prawdopodobnie – egzotyczna Pogoń Szczecin (ciekawe, jak długo Antoni Ptak wytrzyma bez zmiany trenera?). Pozostałe zespoły: Łódzki KS, Cracovia i Wisła Płock raczej na stałe zadomowią się w bezpiecznym środku tabeli.

Powyżej spora garść dość ogólnych przemyśleń i wróżb z fusów, jak może wyglądać ten sezon. Ale przecież wszystko i tak zweryfikuje boisko i za kilka kolejek te prognozy mogą się okazać jeszcze mniej warte, niż są w tej chwili.
Dwóch wybitnych piłkarzy postanowiło w tym roku zawiesić na kołku piłkarskie buty. O końcu kariery Zinedine Zidane’a ze zrozumiałych względów było bardzo głośno. Dużo mniej mówiło się za to o Dennisie Bergkampie.

Może także dlatego, że Francuz był o wiele bardziej utytułowany? Bo przecież Zidane to mistrz i wicemistrz świata, mistrz Europy, zwycięzca Ligi Mistrzów. A najważniejsze piłkarskie zaszczyty, po jakie sięgnął Bergkamp kończą się na dwóch brązowych medalach Euro i dwukrotnym zdobyciu Pucharu UEFA.

Kto wie, jakby potoczyła się historia, gdyby na skutek intensywnej kuracji, Bergkampa nie opuściły siły w półfinałowym meczu z Brazylią na MŚ 1998? Może to Oranjes zagraliby w wielkim finale i to oni, a nie Francuzi sięgnęliby po Puchar Świata? I może Dennis Bergkamp, a nie Zidane, byłby uważany za najwybitniejszego piłkarza od czasów Diego Armando Maradony? Może...

Ten niedostatek trofeów powodował, że Bergkamp – mimo, że piłkarzem był genialnym – zawsze pozostawał na uboczu. Pewnie także dlatego, że na boisku praktycznie nie okazywał emocji, dzięki czemu zyskał pseudonim Iceman. Zresztą, Holender nigdy o popularność jakoś specjalnie nie zabiegał. Doszło nawet do tego, że sporo kibiców pamięta go nie z kapitalnych umiejętności i zagrań, ale z panicznego lęku przed lataniem.

A przecież Bergkamp to był wspaniały piłkarski artysta. Zawsze grający elegancko i pięknie, imponując przy tym fenomenalną techniką i olbrzymią inteligencją. Zachwycał swoją grą na tyle, że mówiono o nim, iż na boisku maluje obrazy. I w takim stwierdzeniu nie ma krzty przesady.

Wystarczy spojrzeć na dwa gole, by stwierdzić, że to, co Bergkamp wyprawiał na boisku, to była prawdziwa sztuka. Już wspominałem na tym blogu o bramce w mecz Holandia – Argentyna w ćwierćfinale MŚ. Ale tego gola można oglądać bez końca. Tak samo jak zwieńczony golem zwód rodem z innej galaktyki w meczu Newcastle – Arsenal.





Dennis Bergkamp wielkim piłkarzem był. Drugiego takiego artysty jak on już się nie doczekamy.

Żegnaj, Dennis. Będzie mi Ciebie brakowało.
czwartek, 27 lipca 2006
Dziwne to były mistrzostwa. Bo niby wiele ciekawych meczów, ale z drugiej strony mało takich zapadających na lata w pamięć. Brak autentycznych gwiazd i odkryć. Mało goli, dużo kartek. No i praktycznie żadnych niespodzianek.

Ile meczów z tego Mundialu zapamiętamy na lata? Ledwie kilka. Ze względu na poziom, tempo i emocje, oczywiście półfinałowe starcie Niemców z Włochami. Pozostałe raczej nie z powodu gry, ale innych wydarzeń, które miały miejsce na boisku. Choćby mecz Holandia - Portugalia, na który wszyscy tak pomstowali. Nie było to spotkanie aż tak beznadziejne, za jakie powszechnie było uważane, ale prawda jest taka, że w zbiorowej pamięci pozostanie tylko i wyłącznie dzięki rozdającemu kartki na lewo i prawo (w sumie 20) Walentinowi Iwanowowi. Także z powodu sędziego zapamiętane zostanie starcie Chorwacji z Australią. Tutaj z kolei Graham Poll pokazał trzy żółte kartki jednemu zawodnikowi... No i wreszcie finał, który będzie pamiętany nie ze względu na bramki czy konkurs rzutów karnych, ale na główke Zidane'a. A mimo to wiele meczów było bardzo ciekawych i wyrównanych, przy których nie można się było nudzić. I to nie dzięki grze zespołowej, a nie indywidualnym popisom.

Bo też ten Mundial przejdzie do historii dlatego, że nie błysnęła na nim żadna wielka gwiazda. Tak jak poprzednie mistrzostwa należały do Ronaldo, tak dziś ciężko wskazać tą największą postać XVIII finałów MŚ. Zdecydowanie brakowało indywidualności - taktyka wszystkich drużyn była zdecydowanie podporządkowana grze zespołowej, a w dużej mierze także zachowawcza. To powodowało, że zdecydowanie łatwiej było się wyróżnić obrońcom, jak Fabio Cannavaro, czy pomocnikom w typie Andrei Pirlo. Napastnicy, finezyjni skrzydłowi i wielcy rozgrywający - właśnie ze względu na rygory taktyczne - nie mogli w pełni rozwinąć skrzydeł.

Ciężko też wskazać największe odkrycie imprezy - Mundial po prostu nie wykreował żadnej, nowej gwiazdy futbolu. Najważniejsze role w swoich drużynach odgrywali gracze już doskonale znani w piłkarskim świecie. Z najciekawszej strony pokazał się chyba Franck Ribery, ale on też długimi momentami nie do końca przekonywał obserwatorów.

Powszechne były narzekania na nikczemnie małą ilość goli w turnieju. W istocie, ostatni raz mniej goli w finałach MŚ padło 12 lat temu, w USA. Ale wtedy na Mundialu grały tylko 24 drużyny... Król strzelców, Miroslav Klose, do siatki trafił ledwie 5 razy. To najmniejszy dorobek, który pozwolił sięgnąć po koronę najlepszego strzelca od 1962 roku. Główny powód takiego stanu rzeczy to taktyka obierana przez trenerów - większość z nich starała się przede wszystkim zabezpieczyć dostęp do własnej bramki. Odbiło się to na dokonaniach strzeleckich, ale też, jak już wspomniałem, spowodowało, że piłkarze przednich formacji nie mogli zabłysnąć.

W trakcie Mundialu nie narodziła się też żadna reprezentacja, którą śmiało można byłoby określić mianem czarnego konia. W poprzednich latach zdarzało się to zawsze: w 2002 roku w postaci Turcji i Korei Południowej, w 1998 dzięki Chorwacji, a np. w 1994 roku za sprawą Szwecji, Rumunii czy Bułarii. Teraz takich pozywtywnych zaskoczeń nie było, bo trudno też mianem takiego określić awans słabej Ukrainy do ćwierćfinału, głównie ze względu na jego dość przypadkowy charakter.

Pewnym paradoksem jest to, że najładniej ze wszystkich drużyn grały te drużyny, które z powodu stylu zawsze były niemiłosiernie krytykowane - Włosi i Niemcy. Marcello Lippi i Jurgen Klinsmann tchnęli w swoje drużyny powiew radości i ofensywne usposobienie, które ich podopieczni na ogół prezentowali na boisku.

Nie był to wielki Mundial, ale nie był też aż tak żenujący, jak niektórzy próbują udowodnić. Był dziwny - działo się sporo ciekawego, ale niewiele pozostanie w pamięci na lata. Oby za cztery lata było lepiej.

MVP MŚ: Fabio Cannavaro.
Odkrycie: Franck Ribery.
Najlepszy trener: Jurgen Klinsmann (Marcello Lippi co prawda zdobył Puchar Świata, ale to Klinsmann może mówić, że zrobił coś z niczego).

Jedenastka MŚ: Gianluigi Buffon - Gianluca Zambrotta, Fabio Cannavaro, Lilian Thuram, Phillip Lahm - Franck Ribery, Andrea Pirlo, Javier Mascherano, Patrick Vieira, Zinedine Zidane - Miroslav Klose.

Rezerwowi: Jens Lehmann - Willy Sagnol, Roberto Ayala, Ricardo Carvalho, Fabio Grosso - Maxi Rodriguez, Maniche, Claude Makelele, Gennaro Gattuso, Juan Roman Riquelme - Thierry Henry.

wtorek, 25 lipca 2006
Oczywiście tytuł jest w pewnej mierze przesadą. Bo przecież Zinedine Zidane nigdy ideałem nie był. Ale przecież Zizou mimo wszystko uznawany był za piłkarza niemal idealnego. Teraz już tak nie będzie.

Mimo, że Zidane był uznawany za wzór piłkarza, to przecież cieniem na jego sukcesach i piłkarskich popisach kładły się raz na jakiś czas rozmaite boiskowe wybryki. Czerwonych kartek w karierze Zizou było - jak obliczyli skrupulatni statystycy aż - 12. Jedną z nich zobaczył na MŚ w 1998 roku. Wtedy przebiegł się po jednym z reprezentantów Arabii Saudyjskiej i został zawieszony na dwa mecze.

Nie sądzę, by czerwień Zizou zadecydowała o tym, kto sięgnął po Puchar Świata. Przecież jeszcze z Zidanem w składzie Francuzi co prawda dominowali, ale nie potrafili stworzyć sobie zbyt wielu klarownych sytuacji do zdobycia bramki.

Nie ma sensu usprawiedliwianie Zidane'a prowokacją Marco Materazziego. Prowokacja zawsze była jedną z dróg do sportowego sukcesu. Niektórzy jej ulegali, inni nie. Zizou nie wytrzymał ciśnienia w być może najważniejszym momencie swojej kariery. I pretensje może mieć tylko do siebie.

Gdyby Zidane dokończył mecz, a Francja przegrała, pozostałby w świadomości jako postać niemal pomnikowa. Jako wybitny piłkarski artysta, piłkarz elegancki (mimo wielu wcześniejszych czerwonych kartek), najwybitniejszy futbolista jaki nastał po Diego Armando Maradonie. W 110 minucie finałowego meczu ten wizerunek został poważnie nadszarpnięty. Uderzenie, którym powalił na ziemię Materazziego chyba będzie pamiętane bardziej niż wcześniejsze piłkarskie osiągnięcia i popisy tego wybitnego gracza.

Szkoda.
Wakacyjne wojaże sprawiały, że o finale Mundialu piszę dopiero wtedy, kiedy zostało o nim napisane już chyba wszystko.

Jakoś tak się zdarzyło, że po tytuł mistrzowski sięgnęła drużyna, która w wielkim finale była słabsza. To Francuzi przez większą część meczu prowadzili grę, to oni dominowali na boisku. Ale mimo to nie potrafili stworzyć zbyt wielu okazji bramkowych.

Włosi prezentowali się słabiej, ale przecież zwycięzców się nie sądzi. Tym bardziej, gdy ma się w pamięci poprzednie mecze Włochów, w których na ogół prezentowali się bardzo dobrze.

Reprezentacja Italii ma w sobie coś, co pozwala mobilizować się jej w trudnych momentach. Przecież podobno przed finałem MŚ w 1934 Benito Mussolini straszył trenera Squadra Azzurra Vittorio Pozzo śmiercią, w przypadku gdyby Italia przegrała. Włosi wywalczyli tytuł. W 1982 roku Paolo Rossi i spółka zmazali plamę powstałą w aferze Tottonero. Sam Rossi za udział w nielegalnych zakładach był zdyskwalifikowany (odwieszono do tuż przed Mundialem) a na MŚ zdobył koronę króla strzelców. Italia znów wywalczyła złoto.

Przed Mundialem w 2006 roku wybuchła gigantyczna afera Calciopoli zakończona degradacją Juventusu, Fiorentiny i Lazio. Podejrzenia były też kierowane pod adresem Marcello Lippiego.

A mimo to Italia zdobyła mistrzostwo. I śmiało można zakrzyknąć: grande Italia!
 
1 , 2 , 3