Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 31 lipca 2006
Absolutnie niesamowity był niedzielny mecz Lecha z Wisłą Płock. Jakby na przekór tym wszystkim głosom, że nasza liga jest beznadziejnie nudna i mało ciekawa.

Oczywiście - poziom gry przez większą część spotkania może nie rzucał na kolana. Ale dramaturgią, emocjami, zaangażowaniem i ilością szaleńczych ataków można by obdzielić mecze z kilku kolejek.

Franciszek Smuda to prawdziwy specjalista, od wygrywania meczów w podobnych okolicznościach. Wystarczy przypomnieć sobie mecze Widzewa z Legią czy Broendby, żeby zrozumieć, że drużyny Franza zawsze grają do końca. Nawet wtedy, jak wynik jest fatalny.

Waleczność piłkarzy Lecha mogła zaimponować. Wydawałoby się, że po niewykorzystanym karnym i szybko straconej drugiej bramce zespół będzie myślał już o końcowym gwizdku sędziego. Nic bardziej mylnego. Piłkarze Kolejorza nie podłamali się, tylko ruszyli z furią na bramkę Wisły Płock. I dopięli swego, najpierw doprowadzając do wyrównania, a potem strzelając zwycięskiego gola i wprawiając w szał swoich kibiców, którzy - mimo złego wyniku i bardzo przeciętnej gry swoich ulubieńców - nie umilkli ani na moment i przez cały czas zdzierali gardła za swoich ulubieńców.

Zwycięstwo w takich okolicznościach to najlepsze, co mogło przydarzyć się przebudowanemu Lechowi na początku nowego sezonu. Zdecydowanie bardziej cenne niż wysokie zwycięstwo z kiepskim rywalem. W takich meczach jak ten z Wisłą Płock rodzi się prawdziwy zespół. I w Poznaniu najprawdopodobniej taki się narodził. Ku uciesze szalejących poznańskich kibiców i wszystkich osób, które dobrze życzą naszej piłce.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15