Na stadionach Polski i Świata.
czwartek, 31 lipca 2008
Miało być o igrzyskach, ale będzie znów o dopingu. Najświeższe doniesienia z pola walki porażają. Decyzją IAAFu sześć rosyjskich lekkoatletek z powodu manipulacji próbkami przeznaczonymi do badań dopingowych nie wystąpi na igrzyskach. Z pozoru sprawa jakich dziesiątki, ale wystarczy spojrzeć na nazwiska by przekonać się, że to jedna z większych afer dopingowych ostatnich lat. Trzy wybitne milerki: dwukrotna mistrzyni świata, mistrzyni Europy i wicemistrzyni olimpijska Tatiana Tomaszowa, wicemistrzyni świata Jelena Sobolewa, wicemistrzyni Europy Julia Ciżenko (cała trójka biega na 1500m), a także mistrzyni Europy i wicemistrzyni świata w rzucie dyskiem Daria Piszczalnikowa, była rekordzistka świata w rzucie młotem Gulfija Chanafiejewa oraz legitymująca się świetnym rekordem życiowym biegająca na 800m Swietłana Czerkasowa.

Cała szóstka to nazwiska nie byle jakie, które w Pekinie walczyłyby zapewne o podium. Wypada się tylko cieszyć, że oszustwo w porę wyszło na jaw. Nasuwają się jednak pytania. Ile razy wcześniej udało im się już oszukać kontrolerów? Ile wspomnianych powyżej tytułów zdobyły startując na koksie? Ile ich koleżanek i kolegów z reprezentacji nie zostało przyłapanych na 'manipulacji'? Inne pytanie dotyczy skuteczności samych kontroli. Antybohater niedawno zakończonego Tour de France Ricardo Ricco, który notabene w końcu przyznał się do stosowania dopingu zaznaczył, że tylko dwie próby z dziesięciu którym został poddany dały wynik pozytywny. Pozostałe osiem nie wykryły EPO mimo, że powinny. Ten przykład świetnie obrazuje jak wiele należy zrobić jeszcze w walce z dopingiem. Powoli zdaje się potwierdzać teoria, że szprycujący się są zawsze krok do przodu niż kontrolerzy, a wpadają tylko nieuważni.

Nierozłączną i chyba wciąż nierozwiązaną pozostaje kwestia karania dopingowiczów. Zdecydowana większość zawodników po odbyciu dwuletniej banicji wraca do rywalizacji i nierzadko nadal stosuje te same, niedozwolone chwyty. Że wspomnę tylko casus fińskiej biegaczki narciarskiej Kaisy Varis, która po latach na sportowym wygnaniu zmieniła dyscyplinę i ponownie wpadła. Tym razem zdyskwalifikowano ją dożywotnio, choć sam Ole Einar Bjoerndalen głośno domagał się nawet kary więzienia dla Finki. Dwa lata przymusowego urlopu, dożywotni zakaz startów lub kara więzienia – wymiar kary powinien zależeć od okoliczności. Zdarzają się przypadki gdy ktoś z premedytacją majstruje przy próbówkach z moczem, ale zdarzają się, jak choćby w przypadku Justyny Kowalczyk, sytuacje w których łatwo dowieść przypadkowości korzystania z niedozwolonych środków.

Zakazowi startów bezdyskusyjnie powinno towarzyszyć odebranie zarówno tytułów jak i premii pieniężnych. O ile z tym drugim może być problem, bo łatwiej jest dać pieniądze niż je zabrać to z wymazywaniem nazwisk z tabeli zwycięzców powinno pójść łatwiej, a niestety idzie strasznie topornie. Zwycięzcą Tour de France z 1996 roku wciąż jest Bjarne Riise, który sam przyznał się do stosowania dopingu. MKOL i IAAF wciąż się tylko zastanawiają czy odebrać Justinowi Gatlinowi tytuły z lat 2004-05, mimo iż Amerykanin na szprycowaniu został przyłapany już dwukrotnie. Zabawnie wygląda tabela mistrzyń olimpijskich na 100m. Po odebraniu złota Marion Jones w Sydney postanowiono nie przyznawać pierwszego miejsca... Ekaterinie Thanou, która była bohaterką afery dopingowej cztery lata później. Tym samym mistrzyni olimpijskiej w sprincie z 2000 roku po prostu nie ma. Thanou srebro jednak zachowała.

W całym tym dopingowym zamieszaniu czasami korzystają nasi sportowcy. Medale po latach otrzymywały już Lidia Chojecka czy biathlonistka Krystyna Pałka. Jest szansa, że srebro na złoto zamienione zostanie naszej sztafecie 4x400m z Mistrzostw Świata w Sewilli po tym jak jeden z członków sztafety amerykańskiej przyznał się do dopingowego oszustwa. Medal medalem, ale radości jaką mogli mieć Polacy ze złota tuż po biegu nikt nigdy im nie zwróci.

AKTUALIZACJA:
Do grona 'zbanowanych' dołączyła była mistrzyni świata na 5000m Olga Jegorowa, która do Pekinu jednak się nie wybierała...
19:13, seba.krystek , Z innych aren
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 lipca 2008
Wśród efektów ubocznych dopingowej zarazy, z którą od lat boryka się sport, jest również aktywizująca się od czasu do czasu kibicowska podejrzliwość, każąca pytać, niedowierzać i szukać dziury w całym. Domniemanie niewinności i naiwna wiara w to, że nie emocjonujemy się wyścigiem firm farmaceutycznych oraz zmaganiami, by przechytrzyć kontrole antydopingowe, ale prawdziwą rywalizacją, to tylko jedna strona medalu. Drugą jest wieloletnia praktyka i przykre wspomnienia. Czar wspaniałego zawodnika może prysnąć wraz z krótkim komunikatem o wynikach analizy próbki moczu lub krwi. Entuzjazm i podziw szybko zamieniają się wtedy w smutek, niesmak i wstręt, a dawny bohater w podłego złoczyńcę. 

Ten mechanizm objawia się szczególnie w przypadku kolarstwa i Tour de France. To przecież wielki medialny spektakl, sportowe przestępstwa muszą więc być spektakularne. W ich odbiorze najczęściej przeważa bicie piany i sztuczne oburzenie, podsycane przez sprzyjający temu wykrzywiony, stereotypowy obraz kolarza-koksiarza. Skandal sprzedaje się dobrze, podobnie jak opowieść o człowieku, który długo wchodził po schodach do nieba, by w jednej chwili – gdy stało się jasne, że moc pochodzi ze strzykawki – z hukiem spaść do piekła. Znamy te historie znakomicie: Riccardo Ricco najpierw wygrywał etapy po pięknych i odważnych akacjach, a chwilę później okazywało się, że to wszystko było ordynarnym oszustwem. W zawrotnym tempie ścieżkę od bohatera do zera przebyli również Aleksander Winokurow, Floyd Landis i całe grono silnych koksem kolarskich schwarzcharakterów. Część z nich, jak choćby przyłapany na przetaczaniu krwi podczas Vuelta a Espana w 2004 roku Tyler Hamilton, powraca do kolarstwa i próbuje odbudować karierę po dwuletniej banicji. 

Niedozwolone wspomaganie jest poważnym problemem kolarstwa, które momentami przypomina zabawę w policjantów i złodziei, ale również całego dzisiejszego sportu. Największe zgorszenie budzą jednak wpadki w peletonie; podobny rozgłos towarzyszy może jeszcze ujawnianiu dopingowych oszustw mistrzów sprintu. Bulwersujące informacje z innych dyscyplin najczęściej przemykają niezauważone. Tak jak wieść z Bułgarii o tym, że na dopingu przyłapano aż 11 reprezentantów tego kraju w podnoszeniu ciężarów, co poskutkowało wyeliminowaniem całej – męskiej i żeńskiej – kadry ciężarowców tego kraju z udziału w igrzyskach w Pekinie. Będzie mógł za to na nich wystąpić węgierski dyskobol Robert Fazekas, który najpierw wywalczył w Atenach olimpijskie złoto, by niebawem zostać przyłapany na tym, jak próbuje podmienić próbki z moczem podczas kontroli antydopingowej. 

Najbardziej ironicznym zjawiskiem, towarzyszącym tym wszystkim dopingowym wpadkom, jest to, że głosy oburzenia i teksty-nekrologi informujące o śmierci dyscypliny sportu o nazwie kolarstwo pojawiają się zawsze w tym samym momencie – kiedy oszust zostanie złapany, upokorzony i, przynajmniej czasowo, wyeliminowany z rywalizacji. Dziwny i trudny do zrozumienia to zwyczaj: wydawać by się mogło, że zgorszenie powinno powodować zaniechanie i pozorowanie walki z dopingiem, a nie rzeczywista próba jej podjęcia. Można wręcz odnieść wrażenie, że kolarstwo miałoby znacznie lepszą prasę, gdyby wszyscy się szprycowali, ale nikt nie próbował z tym walczyć i nawet nie starał się łapać dopingowiczów. Nie byłoby kontroli, nie byłoby przyłapanych koksiarzy, nie byłoby udowodnionego dopingu, wszyscy byliby „czyści”… Byłoby znacznie prościej. 

Ale przecież nie o to chodzi.
16:00, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 lipca 2008
Była taka scena w serialu "Dom": podczas meczu piłka wypadła gdzieś daleko poza boisko, a kiedy jeden z zawodników wreszcie ją odnalazł, zadał sędziemu bardzo przytomne pytanie: - Oczyścić z gówna czy od razu do gry?

Dziś ten filmowy obraz nabiera nowego znaczenia, stając się najlepszym symbolem i puentą naszej piłkarskiej rzeczywistości.

Na razie wybrano jednak rozwiązanie pośrednie i przeczekać: zrezygnowano z natychmiastowego wrzucenia piłki do gry, ale też nie widać ochotnika, który podjąłby się jej oczyszczenia. 

Czekamy więc, aż ktoś podejmie wreszcie jakąś konkretną decyzję. Im szybciej, tym lepiej. Smród jest już od dawna nie do zniesienia.
środa, 23 lipca 2008
Wczoraj, na dzień przed zakończeniem rozgrywek I ligi, ustalono wreszcie, że barażowy dwumecz o grę w ekstraklasie w przyszłym sezonie jednak się odbędzie. Malkontenci wprawdzie narzekają, że z podjęciem ostatecznej decyzji zwlekano skandalicznie długo, ale nie jest to chyba do końca prawdą. Nie wysilając się specjalnie można sobie przecież wyobrazić, że ostateczny system spadków i awansów wyłoniłby się tydzień przed startem kolejnych rozgrywek albo wcale. Co gorsza – w naszych realiach, nieustającego bałaganu i napięć między PZPN a Ekstraklasą SA, nie jest to tak absurdalne i niemożliwe, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.
Powyższe słowa napisałem 10 maja i myślałem, że podążam gdzieś w stronę krainy groteski i absurdu. Dziś, prawie dwa i pół miesiąca później, okazało się, że w polskim futbolu – jak w piosence – wszystko się może zdarzyć. O tym, że barażowe mecze jednak się odbędą zadecydowano na dwa dni przed planowanym startem rozgrywek. To najprawdopodobniej rekord świata, ale nie wiadomo jeszcze w jakiej konkurencji.

Przy okazji postanowiono znów trochę pomieszać w ekstraklasie i I lidze – Arka Gdynia i Piast Gliwice już bodaj czwarty raz od zakończenia poprzedniego sezonu zmieniły klasę rozgrywkową (najpierw awansowały, potem spadły, znów awansowały, by wreszcie spaść); Zagłębiu Lubin i Widzewowi Łódź cofnięto kary degradacji, co zapewne poskutkuje spieszeniem Tura Turek do II ligi (kiedyś III). Nie można wykluczać, że PZPN podejmie wkrótce piątą ostateczną decyzję w sprawie Polonii Bytom, by dodać lidze jeszcze nieco szaleństwa i kolorytu. A przecież w kącie cichutko tyka jeszcze jedna bomba zegarowa, które wkrótce może wszystkich powalić na ziemię. Ile mamy Polonii Warszawa?

Powiedzieć o tym przedstawieniu, że jest żenujące, to nie powiedzieć nic. Od zakończenia ubiegłego sezonu zmienił się status aż 14 klubów I i II ligi (po nowemu: ekstraklasy i I ligi), co można traktować jako przyrodniczą ciekawostkę dorównującą narodzinom dwugłowego cielaka.

Naprawdę niewiele brakuje, by ostateczny skład ekstraklasy powstał w efekcie sms-owego plebiscytu (ukłony dla Albiceleste – pomysłodawcy). Byłoby szybciej, sprawniej, równie emocjonująco i dochodowo – PZPN będzie chyba wkrótce potrzebował trochę złotówek. 

I jedno jest pewne - drugiej takiej ligi nie ma nigdzie na świecie. I długo nie będzie.

poniedziałek, 21 lipca 2008
Tuż po ostatnim gwizdku słabego sędziego Tomasza Mikulskiego wydarzenia na stadionie w Ostrowcu Świętokrzyskim nabrały tempa nieoglądanego przez cały mecz o Superpuchar Polski. Błyskawicznie na murawie ułożono szary dywan, wokół którego ustawiono pospolite doniczki ze strzelistymi jałowcami, stanowiącymi zaiste dziwaczny dodatek do tej ubogiej scenografii. 

W takiej otoczce Eugeniusz Kolator i Andrzej Rusko mogli dekorować zwycięzców. Robili to tak szybko, jakby spieszyli się do domu albo rywalizowali, kto rozda więcej medali. Ich nadmiar chwycono jak pęczek rzodkiewki i przekazano kierownikowi Legii Ireneuszowi Zawadzkiemu – niech rozdysponuje je we własnym zakresie. O tym, czy przegranych piłkarzy Wisły obsłużono równie ekspresowo telewidzowie już się nie dowiedzieli. Telewizja Polska wolała ten czas przeznaczyć na reklamy.

Dla jednych to mało istotne detale, dla innych rzeczy olbrzymiej wagi. Często jednak takie sceny mówią wszystko o imprezie i jej organizatorach. O Superpucharze Polski świadczą kiepsko i trafnie zarazem - jako o imprezie przaśnej oraz mało poważnej, która traktowana jest jak piąte koło u wozu. 

Żeby się o tym przekonać, wystarczy nieco zagłębić się w ich komiczną historię. Do rangi symbolicznego drogowskazu może aspirować premierowa edycja Superpucharu – w 1980 roku mecz pomiędzy mistrzem Polski a zdobywcą krajowego Pucharu zaplanowano i uwzględniono w kalendarzu, ale go… nie rozegrano. Później było z przygodami: zdarzało się, że PZPN nie był w stanie ustalić, kto ma w nim zagrać, nie można było wyznaczyć terminu, drużyny rezygnowały z udziału w meczu, wystawiały rezerwowy skład, spotkanie cieszyło się mizernym zainteresowaniem albo o idei po prostu zapominano. Absolutnym ewenementem - zapewne na skalę światową - było połączenie w 2004 roku Superpucharu z meczem ligowym. I kto wie, czy właśnie to nie był najbardziej udany mecz o to trofeum w historii.

To wszystko każe się poważnie zastanowić, czy w naszych realiach organizowanie kolejnych meczów o Superpuchar ma sens. Wydaje się, że definitywne zrezygnowanie z organizowania tego meczu jest lepszym rozwiązaniem niż sztuczne podtrzymywanie przy życiu rozgrywek, które nie są chyba nikomu potrzebne i stały się swoją parodią. Skoro przez niemal 30 lat nie udało się sprawić, by mecz o to trofeum zyskał prestiż i stał się ważnym punktem w piłkarskim kalendarzu, trudno przypuszczać, żeby nagle zyskał na randze. Tym bardziej, że od dawna wszyscy – od działaczy, przez kluby, aż po kibiców – przyzwyczajali się do lekceważenia Superpucharu.

Likwidowanie wszystkiego, co w naszym futbolu nie zdaje egzaminu jest pomysłem dość ryzykownym, bo konsekwentna realizacja tego pomysłu może sprawić, że w krótkim czasie niewiele z niego zostanie. Istnienie Superpucharu nie jest jednak warunkiem niezbędnym dla dalszej egzystencji piłki nożnej w Polsce. Obiektem zainteresowania i troski powinien być za to podupadający od wielu lat Puchar Polski. To żałosne, że rozgrywki o takiej tradycji, cieszące się olbrzymią estymą i popularnością w każdym cywilizowanym piłkarsko kraju, u nas od lat więdną i nie widać nadziei ich rychłe odrodzenie. Co gorsza, dzieje się tak na życzenie PZPN i całej jego rodziny, której kolejne działania rodzą podejrzenia, że z premedytacją sabotowane jest coś, co mogłoby być dobrą promocją rodzimego futbolu. Działacz potrafi.

Jest coś przygnębiającego w tym, że choć w Polsce istnieją aż trzy różne piłkarskie puchary (Polski, Ekstraklasy, Superpuchar), to wszystkie wypadają blado i wyglądają na mocno zapóźnione nawet w porównaniu z naszą, nie najmocniejszą przecież, ligą… Ktoś chyba zapomniał, że liczy się jakość, a nie ilość.

czwartek, 03 lipca 2008
Przejrzałem dziś rano – jak zwykle – gazety, blogi i fora internetowe. Temat dnia: sąd nad Leo Beenhakkerem. Pojawiają się głosy poparcia dla selekcjonera; dużo jest też słów otuchy. Wyczuwalny jest strach, że źli ludzie z PZPN zrobią mu coś niedobrego. „Na serdeczność nie ma szans” – martwiła się o Leo Gazeta Wyborcza. 

Troska o los trenera po przegranych mistrzostwach to w naszych realiach zdumiewająca odmiana. Po przegranych mundialach nikt przecież nie rozczulał się nad Jerzym Engelem i Pawłem Janasem; było wręcz przeciwnie – na serdeczność nie mieli szans. Przeważająca większość kibiców i mediów waliła w obu jak w bęben, a związek bezwzględnie ich rozliczył i szybko wyrzucił z pracy. 

Można więc powiedzieć, że trochę się ucywilizowaliśmy – nie ma już na szczęście tych obrzydliwych nagonek zakończonych polowaniem. Musi jednak razić olbrzymia dysproporcja w ocenie pracy selekcjonerów, mimo że finalny efekt ich prac był podobny. Engel, Janas i Beenhakker osiągnęli z reprezentacją Polski to samo, czyli awansowali do wielkiego turnieju, na którym kadra nie wyszła z grupy. Dwaj pierwsi zapłacili za to posadą, trzeci – nie.

Różnice w ocenie Engela, Janasa i Beenhakkera dotyczą także kilku charakterystycznych detali. Engela krytykowano za przedwczesne zakończenie selekcji; w przypadku Leo, mimo że kilku piłkarzy nie otrzymało poważnej szansy, taki zarzut pojawia się rzadko, a jeśli już, to jest zbywany jako głupi. Poszukiwanie przez Janasa nowych twarzy w lidze i testowanie ich całymi grupami w kadrze podczas zimowych sparingów było przejawem decyzyjnego chaosu, ośmieszania powagi reprezentacji, a może nawet dowodem jakichś menedżerskich geszeftów; u Beenhakkera podobne działanie jest wyrazem przemyślanej koncepcji. Kiedy Janas zamykał przed mistrzostwami świata treningi narobiono olbrzymiego rabanu; taką samą decyzję Holendra przyjęto ze zrozumieniem. Te trzy przykłady mówią wiele, ale listę można by zapewne rozszerzyć. Ot, nie wyobrażam sobie, jak zostałaby przyjęta wypowiedź polskiego selekcjonera, gdyby stwierdził, że jakiś piłkarz jest za młody, by jechać na mundial…

Beenhakker wypracował sobie pozycję monarchy absolutnego w naszym futbolu – wszystkie decyzje podejmował niepodzielnie, trudno było z nim o nich dyskutować, ale za swoje błędy nie ponosił odpowiedzialności. Za słabą grę na mistrzostwach Europy obarczono piłkarzy, polskich asystentów (ich wymiana może się kadrze akurat przysłużyć) i łysego sędziego z Anglii, ale boss pozostał nietykalny. Co więcej, niemal każda wątpliwość i krytyczne zdanie o decyzjach Beenhakkera były uznawane przez wielu jego wielbicieli za przykład brutalnego ataku, zawiści i plucie jadem. I znów odniesienie do polskiego trenera: po takich wynikach, jakie reprezentacja osiągnęła na mistrzostwach Europy, zostałby pogoniony tam, gdzie pieprz rośnie.
 
Zastanawiające, skąd wziął się ten kult Beenhakkera? Nie sądzę, żeby główną przyczyna takiego stanu rzeczy był premierowy awans do finałów mistrzostw Europy; nie było nią też efektowne zwycięstwo z Portugalią (które – moim zdaniem – zaciemniło rzeczywisty obraz reprezentacji). Bardziej prawdopodobne jest to, że powodem uwielbienia Leo jest to, że… nie jest Polakiem, nie ma nic wspólnego z tzw. polską myślą szkoleniową i związkową kliką. Obejmował reprezentację jako antyjanas, a więc człowiek obyty na świecie, otwarty, przenikliwy, ucieleśnienie najnowszych metod trenerskich. Krótko mówiąc: fajny facet, a do tego dobry trener.

Kto wie, czy właśnie to uwielbienie nie zakończyło się tym, że Holender trochę stracił kontakt z rzeczywistością. Od kiedy Beenhakker poczuł się mocny, zmienił się jego stosunek do otoczenia. Irytująca stała się maniera, z którą głosił swoje kolejne prawdy objawione, opowiadając o nich tak, jakby liczył, że ciemny lud wszystko kupi. Wyniosłość, pycha i nadmierne przekonanie o własnej wartości jeszcze nikomu nie przyniosły niczego dobrego.

Błędem byłoby zamknięcie dyskusji o występie reprezentacji na Euro konstatacją, że tak krawiec kraje, jak mu materii staje; błędem byłoby też obwinienie za wszystko Holendra. Beenhakker popełnił przed mistrzostwami oraz w ich trakcie kilka poważnych błędów. Trudno ten fakt podważać, powinien jednak pozostać na stanowisku i dobrze, że PZPN – choć postrzegam to jak medialną grę – powstrzymał się od nerwowych ruchów. Wątpliwe, by zmiana trenera przyniosła reprezentacji jakąkolwiek korzyść – prawda o tej drużynie jest bardzo złożona. Kolejny raz dowiedzieliśmy się, że polscy piłkarze nie są mentalnie przygotowani do wielkich wyzwań. Zadowalają się małymi sukcesami i szybko osiadają na laurach. To też przyczyna tego, że nasi zawodnicy mają zwykle spore problemy w swoich zespołach klubowych. 

Zmiany w składzie reprezentacji są konieczne. Ich wprowadzenie będzie dla Beenhakkera sporym wyzwaniem, ponieważ przebudowa drużyny będzie się przecież odbywała równolegle z walką o awans do mistrzostw świata. Ale przecież już raz sobie poradził…

środa, 02 lipca 2008

Niemcy po finale.

Odkąd sięgam pamięcią piłkarska reprezentacja Niemiec przed wielkimi turniejami była charakteryzowana głównie przy użyciu dwóch przymiotników. Początkowo Niemcy byli starzy, a później – kiedy już najwyraźniej odmłodnieli – stali się po prostu słabi, na każdą kolejną imprezę przysyłając najgorszą drużynę w historii.

Niemiecka słabość traktowana jest jako piłkarski dogmat i jedna z niewielu stałych pośród tysięcy zmiennych na tym szalonym świecie. Bez wątpienia słusznie, bo reprezentacja Niemiec swojej beznadziei dowodzi w ostatnich latach niemal na każdym kroku. Przemiana z zespołu urodzonych zwycięzców w zgraję nieudaczników z rozdygotanym emerytem w bramce musi u naszych zachodnich sąsiadów spowodować szok, a u niektórych nawet depresję.

Franz Beckenbauer mógł tylko zadumać się i powspominać wspaniałe czasy po fatalnym występie swoich następców na mundialu w Korei Południowej i Japonii. Nędzny srebrny medal, który wywalczyli tam Niemcy, można by jeszcze – przy sporej dozie dobrej woli – uznać za zwykły wypadek przy pracy, gdyby nie seria ich późniejszych upokorzeń. Nie ulega przecież wątpliwości, że jeszcze gorzej niż w dalekiej Azji – choć wydaje się to niemożliwe – zagrali na kolejnych mistrzostwach świata. Niech nie zwiodą nas niemiecka propaganda sukcesu i uśmiechy sympatycznego Jurgena Klinsmanna – brąz zdobyty na własnym terenie to oczywista kompromitacja, po której ulicami Berlina powinien przejść kondukt żałobny. Nie dziwota, że po mundialu Klinsmann chyłkiem zwiał do Kalifornii.

Od tego dna Niemcy nieznacznie odbili się podczas zakończonych niedawno mistrzostw Europy. Wicemistrzostwo Starego Kontynentu – nie ma tutaj najmniejszych wątpliwości – to jednak kolejny dowód na słabość niemieckiej reprezentacji. Nie bez wpływu na tę mizerię jest fakt, że jej kluczowi piłkarze grają w tak przeciętnych klubach jak Chelsea Londyn, Real Madryt czy Bayern Monachium. Dla porównania: w wymienionych klubach występuje tylko jeden Polak, w dodatku nie mający żadnych szans na grę w reprezentacji, bo są od niego lepsi. To chyba najlepiej świadczy o powadze niemieckiego problemu.

Kryzys, w jakim tkwi niemiecka piłka, jest zaiste potężny – w XXI wieku żadna nacja nie kompromitowała się w futbolu tak często i wyraźnie. Nie widać też żadnych perspektyw na rychłą poprawę. Może i lepiej, bo aż strach pomyśleć, co to będzie, gdy reprezentacja Niemiec zostanie w końcu uznana za silną.

14:23, bartoszewsky , Euroimpresje
Link Komentarze (2) »