Na stadionach Polski i Świata.
czwartek, 31 sierpnia 2006
Ledwo co poświęciłem kilka słów wątpliwością związanym z osobą Jana de Zeeuwa, a już sprawa znalazła coś na kształt rozwiązania. Ale tylko coś na kształt, bowiem to co uczyniono, to zdecydowanie za mało.

Prezes Michał Listkiewicz twierdzi, że wystarczy kwit napisany przez de Zeeuwa, w którym ten zapewnia, iż nie jest menedżerem żadnego polskiego piłkarza i nie będzie nim, co najmniej do grudnia 2007 roku. Otóż nie - moim zdaniem - nie wystarczy. Ciężko puścić w niepamięć menedżerską opiekę, którą de Zeeuw sprawował nad Jerzym Dudkiem czy Euzebiuszem Smolarkiem.

Ciężko Holendrowi zarzucać nieuczciwość. Ale należy zrobić wszystko, żeby reprezentacja cieszyła się nieskazitelną opinią. Sytuacja - mimo wspomnianego oświadczenia - jest dwuznaczna i pozostaje niesmak. I tak będzie do momentu, w którym Jan de Zeeuw nie rozstanie się z pracą przy reprezentacji.
środa, 30 sierpnia 2006
Leo Beenhakker zarzeka się, że jest profesjonalistą w każdym calu i tak też pracuje. Wierzę w to, ale sam selekcjoner mógłby dać sygnał, bym się w tej wierze umocnił i przestały nękać mnie wątpliwości. I nie tylko mnie.

Przydałoby się bowiem, żeby Beenhakker zrezygnował ze współpracy ze swoim niderlandzkim przyjacielem - Janem de Zeeuwem. Oczywiście nie ze względu na znajomość i wzajemne zaufanie. Przecież większość szkoleniowych sztabów na całym świecie konstruowana jest właśnie ze względu na to.

Chodzi o pewne standardy. Osoba pracująca przy reprezentacji - nie wiadmo nawet w jakiej roli - nie może być jednocześnie menedżerem jednego z kadrowiczów. Szczególnie, gdy ten w klubie nie gra, więc siłą rzeczy powoływany jest na kredyt. Rodzi to różne uzasadnione podejrzenia, łącznie z tym, że de Zeeuw przy pomocy Beenhakkera próbuje załatwiać swoje własne - a przy okazji Jerzego Dudka - intersy. A kadra narodowa nie może być niczyim prywatnym folwarkiem.

Poprzednim selekcjonerom - Jerzemu Engelowi czy Pawłowi Janasowi - zarzucano, że przy powołaniach do reprezentacji kierują się podpowiedziami rozmaitych menedżerów. Takie same zarzuty można postawić Beenhakkerowi. Ale są one o wiele bardziej poważne i uzasadnione. Własnie dzięki osobie Jana de Zeuuwa. Dlatego, dla ogólnego dobra - reprezentacji, Beenhakkera, samego de Zeuuwa i nawet Dudka - holenderski menedżer powinien natychmiast zakończyć swoją pracę z reprezentacją Polski.

To kwestia standardów i zwykłej przyzwoitości. Niech Leo Beenhakker pokaże, że te pojęcia rzeczywiście nie są mu obce.
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Lista Fryzjera opublikowana przez Przegląd Sportowy narobiła w środowisku piłkarskim sporo zamieszania. Wielce prawdopodobne, że na tym się skończy, a korzyści z jej ujawnienia będą niewielkie, albo wręcz żadne.

W ogóle wypadałoby zacząć, że tak naprawdę niewiadomo, czy lista naprawdę istniała, a jeśli nawet - to czy w takim, a nie innym składzie osobowym? Zakładając, że istniała - czy wszyscy ludzie umieszczeni na niej kręcili lody z Fryzjerem? Czy tylko niektórzy? A może część została dopisana do niej dla niepoznaki albo na złość - nie poszedłeś ze mną na układy, masz za swoje? Może spora część handlujących arbitrów znajduje się po za listą?

Niejasności jest sporo. Dowodów nie ma. Dziennikarze PS listę formowali dzięki swoim informatorom, najpewniej ze środowiska sędziowskiego. Jaka jest pewność, że nie próbowali oni zmylić tropu i zwyczajnie zamataczyć? Nie ma.

Zastanawia na liście obecność Jacka Granata. Arbitra uznawanego powszechnie za jednego z najlepszych, a być może tego najlepszego. Jak zatem traktować te opinie? Czy wszyscy je wystawiający kryli oszusta, a piłkarze seryjnie wręczali mu nagrodę dla najlepszego sędziego dlatego, że zawsze sędziował tak, jak było ustalone przed meczem i nie robił żadnych numerów?

Sędziowie, których uznawano do tej pory za uczciwych, zostali skazani, bo tak należy odczytywać ich obecność na liście kryminalisty, razem z przestępcami. Być może część na podzielenie losów Antoniego F. czy Krzysztofa Z. zasługuje. Ale może część rzeczywiście była uczciwa i jest zwyczajnie w świecie niewinna? Problem w tym, że po publikacji PS będzie im to dość ciężko dowieść, a korupcyjny smród ciągnąć będzie się już zawsze.

Przegląd Sportowy publikując listę Fryzjera wyrok na sędziów już wydał. Tyle, że bez przekonujących dowodów.
piątek, 25 sierpnia 2006
10 lat temu Widzew Łódź okazał się w dwumeczu lepszy od Broendby Kopenhaga i awansował do rozgrywek Ligi Mistrzów. Od tego czasu nasze zespoły z Champions Leauge mają do czynienia tylko w telewizji.

1996 rok. Niby nie aż tak dawno, ale czasy zupełnie inne. Widzew grał wówczas praktycznie bez obcokrajowców, za to w składzie, który gdyby tylko ówczesny selekcjoner Antoni Piechniczek chciał, mógłby w prawie w całości przenieść do kadry narodowej. A w składzie też autentyczne gwiazdy polskiej piłki tamtego okresu. No i Franciszek Smuda na ławce, o którym właśnie wtedy zaczęto mówić, że czyni cuda.

Liga Mistrzów też wtedy była inna. Śmiem twierdzić, że prawdziwa, bo grało w niej 16 zespołów, tylko mistrzów swoich krajów, względnie obrońca trofeum. Dziś drużyn jest dwa razy więcej, w niektórych przypadkach po cztery z jednego kraju. Nazwa już do rozgrywek pasuje conajwyżej średno, ale przecież liczą się głównie pieniądze.

Pieniądze tak nieosiągalne dla polskich drużyn. Dziś okazuje się, że mistrz naszego kraju nie ma co stawać w szranki z mistrzem Ukrainy. Różnica klasy (a może kilku klas) jest aż nadto widoczna. W rewanżowym meczu Legii z Szachtarem nadzieję Legii dał Piotr Włodarczyk, ale ukraińska drużyna szybko i bez większego wysiłku wskazała legionistom miejsce w szeregu. Od tej pory w piłkę grał Szachtar, a Legia statystowała i tak na dobrą sprawę należy dziękować, że goście najwyraźniej nie chcieli sie już przemęczać i dobijać gospodarzy kolejnymi golami.

Piłkarski raj znów nie dla nas. Zresztą ciężko, żeby było inaczej, gdy się na boisku specjalnie nie walczy - Legia straciła swoją zaciętość i konsekwencję z rundy wiosennej. O pomyśle na budowanie zespołu też można powiedzieć wiele, tylko nie to, że był udany. Być może polscy piłkarze nie są zbyt dobrze wyszkoleni, ale to naprawdę nie powód, żeby ściągać ze Słowacji tak beznadziejnego piłkarza jak Michal Gottwald albo wydawać lekką ręką 800 tysięcy euro za przeciętnego Miroslava Radovicia. Szczytem głupoty była za to wypowiedź prezesa Legii Piotra Zygo przed rewanżem - że on na awans do Champions Leauge nie liczy...

Ciężko się spodziewać, by w najbliższym czasie nasza drużyna potrafiła się przebić do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Zresztą, nawet gdyby się to udało, to wątpliwe, żeby polska piłka miała z tego wiele pożytku, wszak pewnie pieniądze byłyby wydawane zna zawodników z Brazylii, Argentyny albo innych Bałkanów.

Szczytem marzeń pozostaje już tylko awans do rozgrywek grupowych Pucharu UEFA i wkrótce właśnie one staną się dla nas piłkarskim rajem. I oby Wisła ten awans wywalczyła (na Legię nie liczę) - przynajmniej będziemy mieli trochę mniej powodów do wstydu.
środa, 23 sierpnia 2006
Na przykładzie Tomasza Frankowskiego i - w szczególności! - Grzegorza Rasiaka widać, że tak zwana opinia publiczna sama nie wie, czego chce.

Kiedy przed Mundialem Paweł Janas stawiał na regularnie grającego i strzelającego gole w klubie Grzegorza Rasiaka, a nie permanentnie nieskutecznego i coraz rzadziej grającego Tomasza Frankowskiego, podnosił się lament. Grzmiano: Janas stracił rozum, Janas nie wie co robi. Przecież nawet, gdy Rasiak strzela gole, to przypadkiem, a Frankowski to prawdziwy wirtuoz, który w każdej chwili może zacząć strzelać jak kałasznikow.

Kiedy Leo Beenhakker na mecze eliminacji Mistrzostw Europy powołał Frankowskiego, zaś Rasiaka nie, znów zaczęto psioczyć. Co w kadrze robi Franek? Kiedy on ostatnio strzelił gola? Przecież powinien grać Rasiak! Toż to istny goleador, niezbędny reprezentacji.

Nie jest łatwo być selekcjonerem reprezentacji Polski. Czegokolwiek by się nie zrobiło, to i tak z góry można przewidzieć, że będzie źle.
wtorek, 22 sierpnia 2006
Ale nie z Bremy, tylko z Warszawy.

Robert Werder to sędzia - nie ma co ukrywać - słaby i dziwi to, że wciąż jeszcze sędziuje na pierwszoligowych boiskach. Szczególnie, gdy ma się w pamięci ekscesy, do których dochodziło w prowadzonych przezeń spotkaniach. Po czwartej kolejce o Werderze znów zrobiło się głośno, choć zapracował na to jeden z jego równie nieudacznych asystentów, który wyciągnął spalonego z kapelusza, gdy piłkarze Lecha cieszyli się z gola na 4:3 w meczu z Cracovią. Przypomnijmy, że Lech przegrywał już 0:3 i tak heroiczna pogoń wyniku mogła na trwałe przejść do historii klubu i ligi a nawet obrosnąć zasłużoną legendą. Jednak na trwałe do pamięci zamiast ambitnie walczących piłkarzy przejdzie arbiter Werder i jego asystenci. To naprawdę nie tak powinno być.

Oczywiście, fakt nawet tak skandalicznego błędu sędziowskiego nie może być jedyną przyczyną porażki Kolejorza. Problem znajduje się gdzie indziej - w dziurawej niczym ser szwajcarski obronie. Jeśli Lech gry w defensywie szybko nie poprawi, napyta sobie wiele biedy.

Franciszek Smuda sędziego Werdera wysyła do Wrocławia, a jego asystenta nazywa gałganem. Zapewne nieuniknie surowej kary. Tak samo jak niegdyś Dariusz Wdowczyk, gdy nazwał pewnego arbitra Fujarczykiem. Oczywiście nie stawiam znaku równości między Werderem a F., ale...

Dla sędziów takich jak Fujarczyk doskonałe miejsce to wrocławski areszt. Dla arbitrów pokroju Werdera - niższe klasy rozrywkowe, albo spokojniejsze zajęcie - np. wycieczka na grzyby.
czwartek, 17 sierpnia 2006
Sylwester Latkowski znany jest z tego, że w swoim programie Konfrontacja porusza sprawy trudne. Nie dziwi więc, że tym razem postanowił porozmawiać o stajni Augiasza, jaką jest Polski Związek Piłki Nożnej.

Dyskusji, choć momentami była nawet ciekawa, ale należy traktować ją z przymrużeniem oka. Bo jak można inaczej, skoro na głównego uzdrowiciela, który wyciągnie polski futbol z szamba korupcji, kreuje się niejaki Janusz Wójcik. Przypomnijmy, że w 1993 roku prowadzonej przez niego Legii Warszawa odebrano tytuł mistrzowski właśnie za kupienie meczu. Później w różnych rolach i przy użyciu rozmaitych zdolności, niekoniecznie trenerskich, próbował ratować ligę dla Śląska Wrocław i Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. Ostatnio zasłynął jako poseł z ramienia Samoobrony - ale nie przy okazji parlamentarnych wystąpień, ale z powodu jazdy po pijanemu. I mam uwierzyć, że taki facet naprawdę naprawi PZPN i wypleni korupcję z futbolu? Wolne żarty.

Innym dyskutantem był dobrze znany Jan Tomaszewski. Z nim jest pewien problem - bo nawet jeśli mówi z sensem, to jego słowa traktuje się raczej jako wypowiedź humorystyczną i kabaretową, głównie ze względu na wcześniejszą radosną twórczość jako felietonisty i pewne obsesje. Zresztą o Tomaszewskim swego czasu już napisałem.

Sensownie za to wypowiadał się Roman Kosecki, ale nie mógł przebić się przez swoich współrozmówców i jego argumenty i racje na ogół ginęły w próżni.

W polskiej telewizji bardzo brakuje poważnych rozmów na temat sportu. Ta w ostatniej Konfrontacji też taka nie była, choć miała szansę, bo pomysł na dyskusję był bardzo intrygujący. Z momentem dopuszczenia do głosu Jana Tomaszewskiego i w szczególności Janusza Wójcika ta szansa prysła jak bańka mydlana. A szkoda.
00:13, bartoszewsky , Takie tam...
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3