Na stadionach Polski i Świata.
piątek, 24 sierpnia 2007
Leo Beenhakker ma o czym myśleć.

Pięć myśli po meczu Rosja - Polska. 

1. Reprezentacja w Moskwie - delikatnie ujmując - nie zachwyciła. Po stronie plusów mecz z Rosją może jednak zapisać Jacek Krzynówek, który był bodaj najlepszym piłkarzem w naszej drużynie narodowej. Który to już raz? Pomocnik VfL Wolfsburg tyle razy ratował już z opersji reprezentację, że powinien zostać jej kapitanem. Leo Beenhakker w tej roli widzi raczej Macieja Żurawskiego lub Jacka Bąka, ale to chyba właśnie Krzynówek jest boiskowym liderem kadry i swoją grą wpływa na nią zdecydowanie bardziej pozytywnie niż wspomniana dwójka.

2. Od dłuższego czasu jestem pod wrażeniem gry w reprezentacji Mariusza Lewandowskiego. Przez długi czas uważałem, że Paweł Janas robi mu krzywdę, wystawiając go w drugiej linii, a nie w obronie. Tymczasem za kadencji Leo Beenhakkera "Lewy" jest zupełnie innym piłkarzem - gra pewnie, dojrzale, udziela się także w grze ofensywnej. Prawdziwym koncertem w jego wykonaniu był październikowy mecz z Portugalią, kiedy rządził w środku pola. W meczu z Rosją pod każdym względem bił na głowę dwóch pozostałych środkowych pomocników - Radosława Sobolewskiego i Macieja Iwańskiego. Obaj na tle Lewandowskiego wyglądali jak trampkarze.

3. Ciężko powiedzieć, czy w pierwszej połowie obrona reprezentacji bardziej przypominała ser szwajcarski, czy też może po prostu jej nie było. W każdym razie, Beenhakkera i jego współpracowników czeka sporo pracy i trudne decyzje, bo w eliminacjach nasza defensywa musi funkcjonować o niebo lepiej. Pytanie, jak to zrobić, skoro większość polskich obrońców chyba lepiej atakuje niż broni, a pod własną bramką wykazuje się porażającą (modne słowo) niefrasobliwością.

4. Niepokoi mnie też trochę marazm w ataku biało-czerwonych. Pozostaje nadzieja, że w wysokiej formie będzie Euzebiusz Smolarek i do przyzwoitej dyspozycji dojdzie w Heerenveen Radosław Matusiak. Mam coraz mniejsze złudzenia, że podobnie może się stać z Maciejem Żurawskim. Co prawda są jeszcze w odwodzie Marek Saganowski i Grzegorz Rasiak, ale trzeba szukać i ryzykować. Skoro Beenhakker upiera się, że Ireneusz Jeleń to skrzydłowy, to może warto przyjrzeć się uważniej Pawłowi Brożkowi, Arturowi Wichniarkowi, albo odważniej postawić na Łukasza Piszczka? Nie kreuję tych piłkarzy po kilku golach w lidze na zbawców kadry, ale nie ulega dla mnie wątpliwości: w ataku reprezentacji Polski potrzeba świeżej krwi.

5. Opinie co do tego, komu sprzyja szczęście, są podzielone. W minioną środę uśmiechnęło się do nas: remis Portugalii i porażka Serbii to wymarzone rezultaty dla nas. Szkoda tylko, że Finlandia wygrała z Kazachstanem i włączyła się do walki o awans. Przed finałową fazą eliminacji należy mieć nadzieję, że biało-czerwoni zagrają w niej na tyle dobrze, że nie bedzie trzeba wzdychać do niebios i oglądać się na wyniki innych drużyn.

Foto: onet.pl.
czwartek, 23 sierpnia 2007
Showboat to stały element emitowanego na antenie brytyjskiej stacji Sky Sports programu Soccer AM. Ten krótki filmik to swoista pigułka najefektowniejszych zagrań, które miały miejsce w ostatnim czasie na piłkarskich boiskach w Europie. Jest czym się zachwycać.

środa, 22 sierpnia 2007
Oby więcej takich widoków.

Polskie siatkarki świetnie radzą sobie podczas azjatyckich turniejów Grand Prix i tego faktu nie zmieni nawet porażka z Brazylią, która zakończyła efektowny serial sześciu zwycięstw z rzędu. Mniej optymistyczne wieści płyną z obozu siatkarzy.

Pal licho przeciętną grę i wyniki podczas memoriału Huberta Wagnera, który sam w sobie ma marginalne znaczenie. Niepokojem muszą za to napawać informacje o stanie zdrowia naszych zawodników: Piotr Gruszka mocno skręcił nogę, Mariusza Wlazłego znów łapią skurcze, a Grzegorza Szymańskiego pobolewa kolano. Prawdopodobnie z całej trójki na czas zdąży się wykurować tylko ten ostatni. Dobre i to. Tak czy inaczej, najprawdopodobniej do Moskwy pojadą Robert Prygiel i Bartosz Kurek. Gdyby jeszcze niedawno ktoś przewidział taki scenariusz, zapewne zostałby uznany za szaleńca.

Uważny Czytelnik bloga Z pierwszej piłki zauważył zapewne, że autor lubi odniesienia do przeszłości. Nie inaczej będzie i tym razem, bo analogia nasuwa się sama. Pomór, jaki wystąpił przed tegorocznymi mistrzostwami Europy wśród atakujących (Gruszka przecież również był przymierzany do gry na tej pozycji), dwa lata temu przed tą samą imprezą wystąpił wśród rozgrywających. Tuż przed rozpoczęciem zawodów palec złamał Paweł Zagumny, a z kadry za - mówiąc oględnie - niesportowy tryb życia wyrzucony został Andrzej Stelmach. W efekcie podczas mistrzostw Europy w Rzymie grę biało-czerwonych prowadził Łukasz Żygadło wspomagany z ławki przez trochę zapomnianego Pawła Woickiego.

Oczywiście, wraz z pojawieniem się pewnych problemów, pojawiły się też domysły, co jest ich przyczyną. Anonimowy reprezentant kraju stwierdził nawet, że zbyt ciężkie treningi. Pachnie mi to trochę szukaniem usprawiedliwienia na siłę. Trudno mi powiązać duże obciążenia treningowe z kontuzją Piotra Gruszki, która w gruncie rzeczy była nieszcześliwym wypadkiem. Trochę łatwiej przychodzi to ze sprawą Wlazłego. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że w tym przypadku największe błędy popełniono już dużo wcześniej, a obecny stan zdrowia Mariusza jest jedynie przykrą ich konsekwencją.

Swoją drogą, problem zbyt ciężkich treningów ordynowanych przez Lozano powraca w tym sezonie po raz drugi. W jakże innym kontekście! Przecież gdy po finale Ligi Światowej dziennikarze sugerowali, że Polacy są zajechani, Sebastian Świderski twierdził, że sytuacja jest zgoła odmienna: zajęcia były zbyt lekkie i zawodnicy potrzebują więcej treningów.

Sytuacja, w której jeden z zawodników anonimowo żali się w mediach jest wymarzona dla poszukiwaczy rozmaitych brudów, dlatego też szeptem zaczęto mówić o buncie. Być może całkiem nieświadomie przysłużył się temu - skądinąd bardzo przeze mnie ceniony - Wojciech Drzyzga, z którego wypowiedzi przed meczem z Holandią można było wyczytać, że absencja Łukasza Kadziewicza podyktowana jest nie tylko względami sportowymi. Tymczasem środkowy Sparkling Mediolan powrócił do meczowej "12" i najprawdopodobniej pojedzie na mistrzostwa Europy.

Jeśli Polacy przywiozą z mistrzostw Europy złoto, nikt nie będzie zawracał sobie głowy absencją dwóch czołowych graczy, wypowiedziami anonimowych kadrowiczów, zbyt ciężkimi treningami, nikt nie będzie się też zajmował sprawą domniemanego buntu. Ale jeśli - odpukać - biało-czerwoni wróciliby z Rosji bez medalu, pod siatką może się zacząć piekiełko. Oczekiwania są przecież bardzo rozbudzone...

Foto: interia.pl/AFP

sobota, 18 sierpnia 2007
Gazeta Wyborcza jeden z artykułów zamieszczonych w swoim czwartkowym wydaniu opatrzyła przyciągającym uwagę tytułem: "Polska piłka spada na dno". Moment na jego publikację wybrano kuriozalny - nie po meczach naszych zespołów w europejskich pucharach, ale przed nimi. Tak, jakby za pewnik brano, że Dyskobolia zbłaźni się w Kazachstanie, a GKS skompromituje się w Dniepropietrowsku. Kiepska zagrywka.

Tytułowa myśl jest zresztą spóźniona. Trudno mi przyjąć do wiadomości, że odpadnięcie z Dnipro i Tobołem oznaczałoby kolejny spadek w piłkarskiej hierarchii. Już naprawdę nie ma gdzie spadać. Męczarnie z Azerami i Gruzinami zakończone szczęśliwymi awansami pokazały, że zagościliśmy już na dnie. Przynajmniej jest się od czego odbić...

Choć chciałbym w to wierzyć, widoki na są dość marne. Po wyprawie Dyskobolii do Kazachstanu trudno cokolwiek napisać, bo tego meczu na własne oczy nie widział chyba żaden polski dziennikarz, a trudno opierać się tylko na relacjach ekipy z Grodziska. Dużo więcej można powiedzieć o tym, jak GKS radził sobie w Dnipropietrowsku.

Być może z moją pamięcią nie jest już najlepiej, ale nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio polski zespół większość swojej energii poświęcał na tak kurczową obronę. Oglądając, jak w drugiej połowie Dnipro nacierał na bramkę niepewnego Krzysztofa Kozika, można już było mówić o klasycznym przykładzie obrony Częstochowy. Dobrze, że zakończyła się stratą tylko jednego gola... Nawiasem: komentujący spotkanie w TVP Maciej Iwański po bramce dla Dnipro powiedział, że Polakom nie dopisało szczęście. Ja napiszę, że akurat na szczęście nikt w obozie Bełchatowa nie powinien narzekać, bo GKS miał go bardzo, bardzo dużo.

W drugiej odsłonie kuło w oczy jeszcze jedno: to, że Bełchatów nie potrafił dłużej utrzymać się przy piłce. Podopieczni Oresta Lenczyka po wyjściu z własnej połowy tylko sporadycznie potrafili wymienić kilka podań. Najczęściej tracili futbolówkę już po długim wybiciu piłki przez Kozika. Szkoda, bo aż prosiło się, by uspokoić trochę grę. Długo można zastanawiać się dlaczego tak się działo i czego brakowało piłkarzom GKS. Ogrania, umiejętności, wyrachowania? A może po prostu Łukasza Garguły? Mimo, że to nietuzinkowy zawodnik, to jego nieobecność jest marną wymówką. Klub z takimi ambicjami i budżetem jak GKS powinien mieć kim go zastąpić.

Po dokonaniu niezbędnych matematycznych obliczeń, wychodzi na to, że zwycięstwo Dyskobolii i remis Bełchatowa warte jest aż pół punktu, które możemy sobie dopisać w rankingu UEFA. Dobre i to...
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
Czesław Michniewicz.

Jeśli ktoś uważnie śledzi karierę trenerską Czesława Michniewicza, to po meczach ze Steauą Bukareszt mógł ze zdziwieniem skonstatować: to wszystko już było! Wystarczy cofnąć się w czasie i przypomnieć sobie okres, kiedy młody trener pracował w Lechu Poznań.

Oczywiście są sprawy, których porównać nie można. Lech, w czasie gdy pracował w nim Michniewicz, był biedny jak mysz kościelna. Zagłębie jest - jak na ligowe warunki - krezusem. Sytuacja finansowa przekładała się, rzecz jasna, na funkcjonowanie i możliwości obu klubów. Jednak efekty i pewne okoliczności pracy Michniewicza w obu klubach można porównywać.

Zarówno Lecha, jak i Zagłębie Michniewicz powiódł do wielkich sukcesów już pierwszym sezonie pracy. Co ciekawe, w obu przypadkach obejmował zespół w trakcie sezonu. W Kolejorzu zmienił Libora Palę już po 5 kolejkach, natomiast prowadzącego Zagłębie Edwarda Klejdinsta zluzował po 9 seriach gier. Warto także zauważyć, że piłkarzom Lecha i Zagłębia - jak donosiły media - kiepsko układała się współpraca z poprzednikami pana Czesia... Przyjście Michniewicza poskutkowało poprawą atmosfery, gry i co najważniejsze wyników. W pierwszym sezonie pracy Michniewicza piłkarze Lecha zdobyli Puchar i Superpuchar Polski, natomiast Zagłębie sięgnęło po mistrzostwo i Superpuchar. Po największe sukcesy ambitny trener w obu klubach sięgał po meczach z Legią w Warszawie...

Drugi sezon Michniewicz za każdym razem rozpoczynał bardzo dobrze. Choć Lech stracił dwóch wiodących zawodników (Bartosza Bosackiego i Piotra Świerczewskiego, a także m.in. Rafała Grzelaka), zespół rozpoczął sezon od dwóch efektownych zwycięstw z GKS Katowice i Wisłą Płock. Potem doszło jednak do porażki w Pucharze UEFA z Terekiem Grozny i... zaczęła się czarna seria Kolejorza. Pięć porażek w lidze z rzędu! Po rozpoczęciu obecnego sezonu jakoś mimowolnie zacząłem kreślić analogie do tego mało przyjemnego okresu w trenerskiej biografii Michniewicza. Najpierw zwycięstwo w ładnym stylu z Widzewem, ale potem dwie porażki ze Steauą Bukareszt w eliminacjach Ligi Mistrzów i przegrana z Wisłą w lidze. Wydawało się, że efekt domina może wywołac kolejne porażki. Szybko okazało się, że tym razem podobieństwa nie będzie. Fakt, Zagłębie z Bełchatowem zagrało słabo, ale wygrało. Ponadto, Michniewicz ma teraz do dyspozycji chyba jednak lepszych piłkarzy niż trzy lata temu. A na pewno większe doświadczenie i lepsze warunki.

Ciekawe, że trener, który w trzy lata zdobył w naszym futbolu niemal wszystko, na europejskiej arenie potrafił wygrywać tylko w Pucharze Intertoto z drużyną z Azerbejdżanu. Podejścia do Ligi Mistrzów i Pucharu UEFA zakończyły się wielką klapą - czterema porażkami w czterech meczach. Można długo analizować przyczyny takiego stanu rzeczy. Może rzeczywiście to co wystarcza do wygrywania w naszej lidze, na międzynarodowej arenie międzynarodowej jest już tylko beztroską zabawą w piłkę nożną?

Jedno jest pewne. Jeśli nasze zespoły mają odnosić sukcesy w pucharach, nie mogą się bać, tak jak Zagłębie Steauy podczas meczu w Lubinie. Kiedy mistrz Polski w Bukareszcie wyzbył się tej bojaźni, jego gra wyglądała przyzwoicie. Swoją cegiełkę (a może raczej cegłę) do sukcesu musi dołożyć również bramkarz. Tymczasem przynajmniej dwie z trzech bramek, które podopieczni Czesława Michniewicza stracili podczas rywalizacji z Rumunami obciążają konto Michala Vaclavika. A więc faceta, który swoją świetną postawą w bramce walnie przyczynił się do zdobycia przez Zagłębie mistrzostwa Polski. Los bywa złośliwy.

Na przeciwległym biegunie znajduje się Mateusz Bartczak, który sezon rozpoczął doprawdy znakomicie. Pracowity jak mrówka pomocnik jest obecnie chyba najbardziej wartościowym i niedocenianym piłkarzem Zagłębia. Gdyby nie wybiegane przez niego kilometry oraz imponująca liczba odbiorów, to Maciej Iwański nie brylowałby tak w naszej ekstraklasie.

środa, 08 sierpnia 2007
Marco Bonitta i jego team. // interia.pl

Po pierwszym oficjalnym turnieju pod wodzą Marco Bonitty bilans reprezentacji jest okrutny - trzy mecze i trzy porażki. Nie było aż tak źle, jak sugerują suche liczby. Oceniając ten występ reprezentacji trzeba bowiem pamiętać, jak wiele zmian nastąpiło w tej drużynie w ostatnim czasie. Jest nowy trener, a więc nowe koncepcje, pojawiły się też nowe zawodniczki. Wszystko musi się wzajemnie dotrzeć, a na to trzeba czasu.

Mimo to, można zaryzykować stwierdzenie, że momentami reprezentacja grała tak, jak nie zdarzało się jej od chorwackich mistrzostw Europy w 2005 roku. Problem w tym, że biało-czerwone miały w sobie coś z Dr Jeckyla i Mr Hyde'a - nie brakowało też fatalnych chwil. Gdyby forma zespołu była bardziej ustabilizowana, może udałoby się wygrać z Amerykankami i Chinkami. Szczególnie wartościowe byłoby zwycięstwo z mistrzyniami olimpijskimi. Nie mogłoby go umniejszyć nawet to, że Chinki nie grały w najsilniejszym składzie. My przecież też nie.

Marco Bonitta na kolejne turnieje Grand Prix do Azji wziął Małgorzatę Glinkę. Najlepsza siatkarka Europy AD 2003 ma tam dojść do pełnej dyspozycji, tak by wzmocnić zespół, który we wrześniu pojedzie do Belgii i Luksemburga bronić mistrzostwa Europy. Ciekawe, czy jeśli Glinka ponownie znajdzie się w kadrze, to występująca ostatnio w kadrze w roli atakującej Katarzyna Skowrońska powróci na środek siatki? Byłoby to chyba dobre rozwiązanie, bowiem wśród środkowych Bonitta nie ma zbyt dużego wyboru.

Najlepsza w naszej reprezentacji była w Rzeszowie Mariola Zenik, która bardzo dobrze przyjmowała i kapitalnie broniła. Szkoda, że do jej poziomu w przyjęciu nie potrafiły dostosować się koleżanki. Choć trzeba przyznać, że Dorota Świeniewicz po powrocie do gry spisywała się nadspodziewanie dobrze. To na pewno dobry prognostyk przed dalszą częścią reprezentacyjnego sezonu. Przed dziewczynami jeszcze spora dawka grania: Grand Prix oraz - zdecydowanie ważniejsze - mistrzostwa Europy i walka o olimpijskie przepustki.

poniedziałek, 06 sierpnia 2007
Stadion X-lecia.

 Na nudnawej konferencji prasowej Minister Sportu Elżbieta Jakubiak poinformowała o unieważnieniu przetargu na Stadion Narodowy w Warszawie. Ta informacja skłoniła mnie do zadania fundamentalnego pytania: po co nam właściwie Stadion Narodowy?

Odpowiedź: "na Euro 2012" jest głęboko niesatysfakcjonująca i mało rozsądna. Jeśli UEFA nie odbierze nam prawa do organizacji tej imprezy, a obiekt rzeczywiście stanie - co wydaje się mocno wątpliwe - to podczas finałów mistrzostw Europy będzie areną 5 meczów. A co potem? Niemal przez cały rok rok będzie stał pusty. Entuzjaści budowy wprawdzie przekonują, że po Euro 2012 na Stadionie Narodowym grać będzie piłkarska reprezentacja Polski, więc obiekt będzie w pewnym stopniu zagospodarowany. To kiepski argument, który w dodatku jest oderwany od futbolowych realiów. W tym roku biało-czerwoni zagrają w naszym kraju ledwie cztery spotkania. Aż trzy z nich to potyczki z takimi rywalami jak Azerbejdżan, Armenia i Kazachstan. Czy znalazłoby się ponad 50 tysięcy chętnych, by oglądać mecze naszej reprezentacji z takimi przeciwnikami? Wątpliwe. Zaproszenie jednej z warszawskich drużyn do rozgrywania spotkań na takim stadionie to też mrzonki, bo i po co miałyby na nim grać? Od wielu lat mówi się przecież o budowie nowego stadionu przy ulicy Łazienkowskiej, na którym grałaby Legia, a Polonia nie ma powodu, by grać na takim gigancie.

Większą liczbę zawodów możnaby organizować, jeśli obiekt nie był typowo piłkarski, a dookoła boiska pojawiła się bieżnia. Być może udałoby się zorganizować nawet kilka mitingów w roku, ale czy w naszym kraju lekkoatletyka jest tak popularna, by zgromardzić na trybunach wielotysięczny tłum? Oczywiście można brnąć dalej i mówić o koncertach, czy innego rodzaju imprezach. Ale to wciąż za mało, by uzasadnić budowę Stadionu Narodowego. Tym bardziej, że ta pochłonęłaby zapewne mniej więcej miliard złotych. Patrząc na obecną infrastrukturę sportową W Polsce, budowa takiego obiektu to zbędny luksus. Problem w tym, że wszyscy odpowiedzialni za organizację Euro 2012 działają w zgodzie z metodą "postaw się, a zastaw się".

Mam nadzieję, że w dyskusji o tym, czy Stadion Narodowy jest naprawdę potrzebny, nikt nie będzie się starał ubrać w szaty argumentu stwierdzenia, że przecież obiekt o takim statusie mają Anglicy i Francuzi. Przecież Niemcy, Włosi, Hiszpanie czy Portugalczycy takiego obiektu nie mają i nikomu to nie przeszkadza. I nie przeszkadzało, gdy przychodziło do organizacji w tych krajach wielkich sportowych imprez.

Rozumiem, że Warszawa bardzo chce, a wręcz musi być jednym z miast-organizatorów Euro 2012. Skoro tak, niech miasto i rząd dogada się ze sobą, a następnie wspólnymi siłami wybuduje typowo piłkarski obiekt w miejscu, gdzie obecnie gra Legia. Taki stadion byłby o wiele tańszy i należycie wykorzystany, a pieniądze, które pozostałyby w państwowej kasie można by zaiwestować poprawiając infrastrukturę sportową w całym kraju, co przyniosłoby o wiele więcej pożytku niż budowa narodowego giganta.. Wizja – powiem nieskromnie – sensowna i ciekawa. Pojawia się jednak drobny szczegół. Powszechnie wiadomo, że ekipom, które rządzą krajem i Warszawą po prostu nie po drodze, więc to rozwiązanie raczej nierealne. Ale za to najbardziej rozsądne.

 
1 , 2