Na stadionach Polski i Świata.
sobota, 21 sierpnia 2010

Bulwersujący incydent po pierwszoligowym meczu Warty Poznań z Łódzkim KS: media donoszą, że rozwścieczony po porażce "trener" gości Andrzej Pyrdoł rzucił kamieniem w kierunku nowej trybuny poznańskiego stadionu i zbił szybę w pomieszczeniu dla VIP-ów. Na szczęście trybuna jest jeszcze zamknięta...

Na ławce ŁKS zalęgła się wprowadzajaca dzikie obyczaje chuliganeria, którą natychmiast trzeba stamtąd przepędzić. Surowe konsekwencje wobec wandala niezwłocznie musi wyciągnąć PZPN. Stanowczo powinien zareagować także zasłużony klub, któremu taki osobnik szkodzi i przynosi wstyd większy niż słaba gra piłkarzy.

Odwróćmy na moment tor lotu tego nieszczęsnego kamienia i wyobraźmy sobie, że poleciał z trybun na boisko. Konsekwencje łatwo przewidzieć: miliony słów napisanych i powiedzianych o tzw. "kibolach" oraz sankcje dyscyplinarne: zamknięty stadion i zakaz stadionowy dla miotacza. W przypadku Pyrdoła kara powinna być możliwie symetryczna. Zamknięcie ławki rezerwowych byłoby co prawda równie głupie, co zamknięcie trybuny, ale już zakaz stadionowy wydaje się niezbędny dla zapewnienia bezpieczeństwa osób i rzeczy. Skoro w stresowych sytuacjach Pyrdoł rozstaje się z rozumem i robi rzeczy, o których niedawno nikomu się nie śniło, to nie można wykluczyć, że następnym razem odbije mu jeszcze bardziej i zacznie ciskać czymś w kibiców, sędziów albo zawodników.

To oczywiste, że na boisku i w jego okolicach nie mogą leżeć kamienie, bo komuś może stać się krzywda - przekonał się o tym Seweryn Gancarczyk, który na kamulcu poharatał sobie kolano. Nie tylko kamienie są niepożądane - nie powinno być też miejsca dla osób pokroju Pyrdoła. One też są bardzo niebezpieczne.

* * *

PS. Andrzej Pyrdoł stanowczo zaprzeczył, PZPN nic nie stwierdził. Wychodzi więc na to, że kamień rzucił się sam.

piątek, 13 sierpnia 2010

0:6 z Hiszpanią, 0:3 z Kamerunem. Suche cyfry pozwalają z przekąsem mówić, że reprezentacja Polski dokonała postępu. W rzeczywistości możemy jednak popełnić matematyczną zbrodnię i między szóstkę z Murcii a trójkę ze Szczecina wcisnąć znak równości. Po laniu z Hiszpanią Franciszek Smuda mógł chociaż mówić, że rywale przygotowują się do zdobycia mistrzostwa świata, a polscy piłkarze do leżenia na plaży. Teraz nie ma już takiego wytłumaczenia - piłkarskie wakacje się skończyły, a mimo to biało-czerwoni znów wyglądali jak drużyna plażowiczów.

Możemy wprawdzie pocieszać się, że tym razem reprezentacji udało się przeprowadzić kilka niezłych akcji, ale strzał w poprzeczkę Rafała Murawskiego i parę szarpnięć Jakuba Błaszczykowskiego nie mogą przecież zatrzeć fatalnego wrażenia. Kameruńczycy - w końcu jedna z najsłabszych drużyn mundialu, grająca w Szczecinie w odświeżonym składzie i pod wodzą tymczasowego trenera (a może raczej duetu Jacques Songo'o - Samuel Eto'o) - rozgrywali piłkę swobodniej, lepiej i łatwo radzili sobie z będącymi w nędznej formie obrońcami. I to mimo tego, że Smuda na szczęście zastosował ustawienie bardziej zbalansowane niż to piłowane przeciwko Finlandii, Serbii i Hiszpanii.

Właśnie gra linii obrony jest obecnie największym problemem reprezentacji, poważniejszym nawet od jej strzeleckiej niemocy. Zegar odliczający kolejne minuty bez zdobytego gola wygląda efektownie, a upływający czas potęguje przygnębienie, ale mimo wszystko możliwości kadrowe w ofensywie na tle reszty wyglądają jeszcze nie najgorzej. Wybór wśród obrońców, może za wyjątkiem prawej strony, jest wyjątkowo ograniczony - to oczywiste, że mamy w tej formacji wielu zawodników, brakuje za to prawdziwych piłkarzy. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nauki pobierane przez Kamila Glika czy Macieja Sadloka nie pójdą na marne. Jeśli nie... Strach się bać; niewykluczone, że - jeśli będą się dobrze trzymać - będzie trzeba wołać na ratunek Arkadiusza Głowackiego z Bartoszem Bosackim.

Tak jak trudno mieć pretensje do Smudy o selekcję wśród obrońców, tak należy wymagać, by znając ich ograniczenia, mocno popracował nad organizacją gry w defensywie. I to natychmiast! Momentami kadra jest bezbronna, a my słyszymy tylko o tym, że ma grać do przodu i ofensywnie (na pewno tak potrafimy?). Można wręcz odnieść wrażenie, że skandalicznie pomijane są podstawy - podobnie było przez długi okres pracy Smudy w Lechu, która w końcu wypromowała go do kadry. Niech reprezentacja na początek nauczy się solidnie i odpowiedzialnie bronić, dopiero później rzucać siły do ataku. Krok po kroku - akurat w tym przypadku reklamowa dewiza Leo Beenhakkera pasuje jak ulał. 

Zupełnie nie pasuje za to Sławomir Peszko ustawiony w środkowej strefie boiska i Paweł Brożek schodzący do lewego skrzydła. To tylko dwa epizody z meczu z Kamerunem, ale dość charakterystyczne dla Smudy, który zawsze lubił szukać piłkarzom nowych pozycji. W reprezentacji popada jednak ze swoimi kombinacjami przesadę, eksperymentuje z różnymi zawodnikami niemal w każdym meczu, niepotrzebnie robiąc pod górkę zagubionym piłkarzom, całej drużynie, a w konsekwencji także sobie - czas przecież ucieka.

Do rozpoczęcia mistrzostw Europy zostały niespełna dwa lata. Reprezentacja ma tego czasu oczywiście znacznie mniej - wyjdzie z dwadzieścia meczów towarzyskich i przy pomyślnych wiatrach tyle treningów, co w klubie przez pół roku. Niewiele. Piszę o tym dlatego, że obecna reprezentacja intuicyjnie przypomina mi nieco Lecha z początków pracy Smudy. Klocki udało się na chwilę poukładać po dwóch latach pracy i to dopiero po paru wartościowych transferach. Teraz są one oczywiście niemożliwe, Smuda ma już chyba wszystkich, na których będzie mógł liczyć za dwa lata. Zdąży? Zegar tyka.

Odpowiedź na pytanie kto ma zdążyć jest niby oczywista - Franciszek Smuda. Każdy słaby mecz i każda porażka - a tych, niestety, kilka się jeszcze w tym roku zapowiada - będzie powodowała niepokój i nerwowość. A wtedy na nic mogą zdać się tłumaczenia, że na razie trwa tylko selekcja, że to poligon doświadczalny i na pewno wszystko będzie dobrze, ale jeszcze nie teraz. Łatwo wyobrazić sobie zebranie pezetpeenowskiej geruzji, na którym Antoni Piechniczek wali ręką w stół i krzyczy "dość!", Grzegorz Lato podpisuje wszystkie papiery, a Jerzy Engel uśmiecha się pod wąsem, bo wie, że to chyba czas na niego.

Zresztą patrząc na Smudę można odnieść wrażenie, że w selekcjonerskim garniturze zwyczajnie się dusi i zdecydowanie brakuje mu klubowego dresu. Ciągnie wilka do lasu i chyba właśnie w takich kategoriach należy oceniać jego niefortunną deklarację, że chętnie pomoże w trudnych chwilach Markowi Bajorowi i Zagłębiu Lubin. Smudzie chyba brakuje codziennych kontaktów z piłkarzami, tygodni zakończonych meczami w lidze. Jeżdżenie po stadionach, oglądanie, ocenianie, porównywanie - to raczej nie jest jego żywioł.

Meczem z Kamerunem zamknęła się pierwsza dziesiątka meczów reprezentacji pod wodzą Smudy. Na razie jest dość ponuro. To prawda, że wyniki mają przyjść dopiero podczas Euro, ale na razie ma żadnych przesłanek, na których można opierać wiarę, że tak w istocie się stanie. Dość zabawne są pojawiające się gdzieniegdzie wypowiedzi, że w meczach o punkty reprezentacja z pewnością grałaby znacznie lepiej. Skąd ta nadzieja? Na razie ogólny obraz kadry jest bardzo podobny jak w końcówce kadencji Beenhakkera. A zegar odliczający czas do mistrzostw Europy tyka coraz głośniej...

poniedziałek, 02 sierpnia 2010

To złamanie reguł tego barometru, ale... Ostatni dzień mistrzostw Europy to dwa wielkie plusy.

Piotr Małachowski wytrzymał ciężar bycia faworytem do podium, kolejny raz potwierdzając swoją wielką sportową klasę. To już trzeci sezon z rzędu, w którym zdobywa medal na najważniejszej imprezie. Czekamy na kontynuację w następnych latach... Warto podkreślić, że wygrał rywalizując z większością najlepszych nie tylko w Europie, ale i na świecie.

Drugi plus dla Mariki Popowicz, Darii Korczyńskiej, Marty Jeschke, Weroniki Wedler, czyli naszej sztafety sprinterek. To zawsze kwestia sporna, ale kto wie, czy jej brązowy medal nie był największym polskim wystrzałem na tych mistrzostwach Europy. Przed startem Polki były obsadzane w roli co najwyżej drugoplanowej, a jednak przebojem wdarły się na podium. Rewelacyjny występ okraszony nowym rekordem Polski. Poprzedni miał już 25 lat.

Skoro łamać reguły, to już do końca: małe plusiki można zapisać przy nazwiskach Tomasza Szymkowiaka, piątego w biegu na 3000 m z przeszkodami, oraz męskiej sztafety 4x100 m. Piąte miejsce naszych sprinterów jest niezłe i chyba odzwierciedla ich możliwości, a jednocześnie poprawia nastroje po nędznych startach indywidualnych.

Przyzwoicie zaprezentowała się sztafeta 4x400 m, choć wobec niej zawsze mamy większe oczekiwania. Czasami nawet bezzasadnie - czasy wybitnej grupy Józefa Lisowskiego z przełomu wieków przecież już dawno minęły. Nie zawiódł także, ale i nie rzucił na kolana, maratończyk Mariusz Giżyński, który był 12.

Minusy dla naszych dwóch biegaczek długodystansowych. Sylwia Ejdys wyjątkowo słabo pobiegła w finale na 1500 m. Niech przemówi statystyka: ostatnie miejsce, blisko 25 sekund gorzej od zwycięskiej Nurii Fernandez i ponad 20 sekund wolniej od swojego najlepszego wyniku w sezonie. Startującej na 5000 m Lidii Chojeckiej nie udało się nawet ukończyć zawodów. Do mety nie dobiegli także nasi maratończycy: Henryk Szost i Adam Draczyński - minusy także dla nich.

+3 Christoph Lemaitre
Wygrał z kolegami w sztafecie, ale my honorujemy go osobno. Z trzema złotymi medalami Francuz okazał się bowiem być najjaśniejszą gwiazdą tych mistrzostw. Z dużym zainteresowaniem śledzić będziemy jego dalsza karierę.

+2 Blanka Vlasić
Tym razem długonogiej Chorwatce nie przeszkodziła ani Tia Hellebaut jak to było na igrzyskach, ani Arianne Friedrich jak to bywało podczas mityngów Złotej Ligi. Z rekordem mistrzostw Vlasić sięgnęła po pierwszy tytuł mistrzyni Starego Kontynentu.

+1 Ukraińska sztafeta 4x100m kobiet
Niemniejszą niespodzianką niż brąz Polek było złoto dla Ukrainek. Prowadzone przez srebrną indywidualnie na 200m Jelizawetę Bryzinę zawodniczki zza naszej wschodniej granicy pokonały faworyzowane Francuzki. Obrończynie tytułu, Rosjanki, nie miały w tym biegu nic do powiedzenia.

-1 Stefano Baldini
Pamiętacie Dorando Pietriego? Niemal sto lat po igrzyskach w Londynie jego rodak urodzony w tej samej prowincji co Pietri (Reggio Emilia) był głównym faworytem biegu maratońskiego o mistrzostwo Europy w Barcelonie. Stefano Baldini, mistrz olimpijski z Aten, dwukrotny mistrz Europy i dwukrotny brązowy medalista mistrzostw świata zszedł jednak z trasy tuż po przekroczeniu połowy dystansu.

-2 Anna Alminowa
Liderka list europejskich w biegu na 1500m prowadziła od startu do połowy ostatniego okrążenia. Rosjanka myślała, że narzucając wysokie tempo zgubi rywalki, lecz te okazały się na tyle mocne, że na ostatnich metrach zepchnęły Rosjankę na szóste miejsce.

-3 Gerd Kanter
Jedyny zawodnik, który rzucił w tym sezonie ponad 70m bez medalu. Estończyk podobnie jak w Berlinie musiał uznać wyższość Piotra Małachowskiego oaz Roberta Hartinga. Ponadto wyprzedził go także koksiarz Robert Fazekas z Węgier.

niedziela, 01 sierpnia 2010

+3 Marcin Lewandowski, Adam Kszczot
Panowie przeszli do historii polskiej lekkoatletyki. Ostatni raz na podium Mistrzostw Europy w jednym biegu dwóch Polaków stanęło w 1974 roku, gdy bracia Wodzyńscy wywalczyli srebro i brąz w biegu na 110m przez płotki. Lewandowski i Kszczot są o tyle lepsi, że ten pierwszy wywalczył złoto. Przyjechał tutaj jako faworyt i nie zawiódł. Jest pierwszym polskim mistrzem Europy w biegach od czasu Pawła Januszewskiego.

+2 Tomasz Majewski
Trzeci rok z rzędu nasz kulomiot staje na podium docelowej imprezy sezonu. Trudno mówić o pełni szczęścia gdy poziom konkursu jest stosunkowo niski, a i tak przegrywa się jednym centymetrem.

+1 Przemysław Czerwiński
Niemal dokładnie 30 lat po złotym medalu olimpijskim Władysława Kozakiewicza ponownie doczekaliśmy się Polaka na podium w konkursie tyczkarzy. Ale jak ma się w konkursie aż trzech reprezentantów to zawsze można liczyć, że któremuś uda się sprawić niespodziankę. Do brązowego medalu wystarczyło 5,75m pokonane w pierwszej próbie.

-1 Przemysław Czajkowski
Nasz młody dyskobol może mówić o sporym pechu, bo odległość jaką osiągnął (61,97m) była ostatnią, która dawała awans do niedzielnego finału. Sęk w tym, że dokładnie taki sam wynik uzyskał Erik Cadee z Holandii i to on dzięki lepszej drugiej próbie awansował dalej.

-2 Małgorzata Trybańska
Rekordzistka Polski w trójskoku w konkursie finałowym poprawiła się o jedną lokatę względem startu sprzed czterech lat. Niestety oznaczało to tylko jedenaste miejsce. Trybańska skakała tak jakby wszystko co najlepsze pokazała już w eliminacjach (14,44m). Powtórzenie tamtego wyniku w finale dawałoby piątą lokatę.

-3 Sztafeta 4x400m kobiet
W Goeteborgu był brąz, w Barcelonie jest miejsce dwunaste. Z obecnego składu tamten bieg sprzed czterech lat pamięta tylko Anna Jesień, która nie znalazła wczoraj wsparcia w młodych koleżankach. Na szczęście jest to jedyna polska sztafeta, która nie zakwalifikowała się do finału.

+3 Andreas Thorkildsen
Norweg nadal może szczycić się, że jest aktualnym mistrzem Europy, świata i igrzysk olimpijskich. Thorkildsenowi udało się bowiem obronić złoto sprzed czterech lat i potwierdzić swoją światową dominację. Jeszcze parę lat startów na takim poziomie i Jan Żelezny będzie mógł się czuć zagrożony utratą miana króla oszczepu.

+2 Renaud Lavillenie
”The sky is my limit” – to motto złotego medalisty Mistrzostw Europy w skoku o tyczce. Jedyny czynny w tym momencie sześciometrowiec na Starym Kontynencie (Łukianienko w tym roku nie zaliczył ani jednego startu) stanął na wysokości zadania i z łatwością wygrał konkurs tyczkarzy.

+1 Mo Farah
Brytyjski długodystansowiec dołączył do grona wielkich takich jak Emil Zatopek, Zdzisław Krzyszkowiak czy Juha Väätäinen, którzy na jednych Mistrzostwach Europy zdobyli medale zarówno na 5000 jak i 10000 metrów. Oni pochodzili jednak z Europy, a Farah urodził się w Somalii i do Wielkiej Brytanii przybył w wieku 10 lat.

-1 Periklis Iakovakis
Obrońca tytułu mistrzowskiego na dystansie 400m przez płotki rywalizację w Barcelonie zakończyła na zaledwie piątej pozycji. A jeszcze przy wyjściu na ostatnią prostą wydawało się, że będzie w stanie zaatakować podium.

-2 Zoltan Kovago
Węgier w tym sezonie kilkukrotnie blisko był dorzucenia do granicy 70m. Piotr Małachowski w gronie swoich największych rywali wymieniał Kantera, Hartinga i właśnie Kovago, a ten tymczasem rzucając poniżej 60m w eliminacjach nie zakwalifikował się do konkursu finałowego.

-3 Brytyjskie sztafety 4x100m
To niewiarygodne, ale mając takie nazwiska w składzie jak Lewis-Francis, Pickering czy Devonish brytyjska sztafeta sprinterska nie była w stanie zakwalifikować się do biegu finałowego. Los panów kilkanaście minut później podzieliły także panie.