Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 25 września 2006
Michał Listkiewicz - wbrew powszechnym oczekiwaniom - nie podał się dzisiaj do dymisji. Zrobić ma to 27 października. Tak naprawdę nie ma chyba różnicy kiedy Listkiewicz poda się do dymisji - czy dziś, czy za miesiąc, czy podczas zjazdu wyborczego PZPN. Twarzy już raczej nie uratuje, a sytuacja w polskiej piłce nie zmieni się jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. To byłoby za proste.

Bo przecież Listkiewicza wybrali starzy, nieudolni i na ogół skorumpowani działacze z tak zwanego terenu. Co z tego, że skompromitowany Listkiewicz odejdzie, skoro oni zostaną? Ano nic. Wybiorą kolejnego prezesa, który obieca im jak najwięcej, siłą rzeczy będzie od nich zależny, a przy okazji wywodzić się będzie z tego samego środowiska. Mniej więcej na takiej zasadzie forowano ostatnio kandydaturę Grzegorza Lato.

Zmiana prezesa będzie bardzo medialna, ale żeby wysprzątać tę Stajnię Augiasza zmiany wprowadzać będzie trzeba znacznie głębiej. Pytanie: czy nowy prezes będzie miał wystarczającą siłę, by tego dokonać i przegonić trzęsących od lat naszą piłką działaczy z terenu? Bo tak naprawdę to może uzdrowić polski futbol.
piątek, 22 września 2006
Kolejnym już sprzedajnym arbitrem, który wpadł w ręce przedstawicieli prokuratury jest niejaki Grzegorz K. Muszę przyznać, że trochę mnie to zdziwiło, albowiem zapamiętałem tego arbitra jako całkiem dobrego fachowca. Oczywiście w dziedzinie sędziowania, a nie piłkarskiej korupcji.

Dość powiedzieć, że kilka lat temu, gdy K. nie zdał testów sprawnościowych uprawniających do sędziowania w I lidze i został z niej zdegradowany, wielu dziennikarzy pomstowało, czy nie możnaby przypadkiem zrobić dla tego arbitra wyjątku i dopuścić do sędziowania mimo oblanego sprawdzianu.

Teraz żaden z sędziów na takie wstawiennictwo albo chociaż dobre słowo liczyć już nie może. Kiedy nawet komuś zbierze się na takie wyrazy sympatii wobec arbitrów, wnet się opamięta, bo powoli synonimem zwrotu "sędzia piłkarski" staje się "piłkarski przestępca"...
Następcą Dana Petrescu na stanowisku trenera Wisły Kraków został Dragomir Okuka. Pomijając już fakt, że uważam, iż Dana Petrescu zwolniono stanowczo zbyt wcześnie, to zatrudnienie Serba jest raczej kiepskim pomysłem.

Co prawda Okuka zdobył cztery lata temu mistrzostwo Polski z Legią Warszawa, ale warto przyjrzeć się jego osiągnięciom z drugiej, gorszej, strony. I co tam widzimy? Drużynę grającą archaiczny futbol, katorżnicze treningi i mało - na ogół - udane transferów (Gusnić, Szewczyk, Gerasimovski, Yahaya...). Dostrzegamy też zgliszcza - po Okuce w Warszawie zostali wypaleni piłkarze i plagę kontuzji. Jedną z "ofiar" serbskiego szkoleniowca był dzisiejszy reprezentant Polski - Paweł Golański, który nie dość, że w Legii prawie nie grał, to na skutek morderczych treningów nabawił się bardzo ciężkiej kontuzji, która na pewien czas zahamowała jego rozwój. O mało co, a w Legii Okuki zmarnowałby się również Mariusz Zganiacz.

Zdaje się, że podpisując kontrakt z Dragomirem Okuką działacze Wisły wzięli pod uwagę tylko wpis w CV Serba: "mistrz Polski AD 2002". Okoliczności towarzyszących jakby niedostrzegając.
wtorek, 19 września 2006
Dan Petrescu nie jest już trenerem Wisły Kraków. Ciężko powiedzieć, dlaczego zrezygnowano z niego w tym momencie. Ba! W ogóle ciężko powiedzieć, dlaczego zrezygnowano z usług Rumuna, bo to czysta głupota.

Na grę Wisły pod wodzą Dana Petrescu. Przecież jeszcze cztery lata temu Biała Gwiazda potrafiła w Pucharze UEFA grać zachwycająco. Za kadencji Rumuna tak nie było. Dla niego liczyły się wyniki, które miał szanse osiągnąć, gdyby tylko dane byłoby mu popracować dłużej.

Petrescu wyegzekwował waleczność i zbudował bardzo dobrą linię defensywną, czyli zrobił to, czego jego poprzednicy nie potrafili. Kiedy ostatnio Wisła traciła tak mało bramek? To przecież marna gra w obronie zwykle wprowadzała Białą Gwiazdę w tarapaty. Za Petrescu uległo to zmianie i nie zmieniają tego faktu okoliczności straty gola w meczu Pucharu UEFA z Iraklisem Saloniki. Potrafił także nauczyć piłkarzy ciężkiej pracy, co w naszych warunkach nie zdarza się często. No i nie przywiązywał się do nazwisk, co wśród polskich trenerów stanowi poważny kłopot. Problem Dana polegał na tym, że nie potrafił oduczyć Wiślaków partolenia seriami doskonałych sytuacji.

Wraz z odejściem Petrescu nasza liga straciła prawdziwego profesjonalistę. Nie bał się głośno wyrażać swego niezadowolenia na różne tematy. Co prawda często przesadzał, ale miał też dużo racji. Choć mówił rzeczy, które lubimy polskim klubom i piłkarzom wytykać, większość osób patrzyła na niego jak na dziwaka.

Wydawało się, że to właśnie Wisła będzie pierwszym w Polsce klubem budowanym według europejskich standardów. Do pewnego momentu tak było. Ale od dłuższego czasu wygląda na to, że Bogusław Cupiał zapatrzył się na byłego prezydenta Atletico Madryt – Jesusa Gila, który co chwilę zmieniał trenerów. Cupiał od początku 2005 roku było ich już pięciu: Henryk Kasperczak, Werner Liczka, Jerzy Engel, Tomasz Kulawik i właśnie Petrescu. Teraz kolej na następnego...

A Dana Petrescu będzie najzwyczajniej w świecie szkoda. I dla ligi - w końcu barwnych postaci (w dodatku gdy są prawdziwymi profesjonalistami) nigdy za mało - i dla Wisły. Jestem o tym przekonany.

Władze Wisły – a w zasadzie Bogusław Cupiał - wyrzucając Dana Petrescu same strzeliły sobie gola samobójczego. Straciły profesjonalistę w naszych warunkach niespotykanego, a przez zamieszanie związane ze zmianą trenera, drużyna będzie tylko marnotrawić czas. W takich okolicznościach, ciężko się spodziewać, by Wisła w najbliższych tygodniach mogła grać lepiej i skuteczniej. O tym chyba wszyscy włodarze Wisły marzą, tylko dlaczego ich działania świadczą zupełnie co innego?


PS. Przy okazji upokarzający dla Dana Petrescu jest moment zwolnienia z klubu - na dzień przed meczem z okazji 100-lecia klubu. Nie dość, że Cupiał postąpił głupio, to jeszcze mało elegancko...
niedziela, 17 września 2006
Artur Wichniarek strzelił gola dla Arminii Bielefeld w meczu z Bayernem Monachium. Ilość nagłówków w portalach internetowych informujących o tym fakcie każe sądzić, że mamy do czynienia z wiekopomnym wydarzeniem.

I tak poniekąd jest. Gol strzelony przez Wichniarka to zjawisko tak rzadkie, że niektórzy powątpiewali już czy w ogóle jest to możliwe. Ostatni raz do siatki w meczu o stawkę Wichniarek trafił przeszło rok temu.

Tym bardziej śmieszy, i smuci zarazem, że pojawiają się już głosy czy przypadkiem Wichniarek nie powinien znów otrzymać reprezentacyjnej szansy? To taka polska przypadłość - człowiek raz na rok kopnie piłkę tam gdzie chce i już widzi się w nim zbawcę polskiego futbolu.

Tymczasem tak naprawdę na razie nie ma się czym podniecać. Choć niewykluczone, że kiedyś tam będzie można popadać w euforię po jego występach. Ale niech strzeli tych bramek w sezonie z osiem. A nie jedną na rok. Bo taki wynik to dla napastnika nie powód do zadowolenia, a do wstydu.
sobota, 16 września 2006
Już nie tylko awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów jest ponad siły naszych drużyn. Teraz marzeniem - i to dość odległym - pozostaje przebicie się do grupowych rozgrywek Pucharu UEFA. Legia i Wisła mają już nikłe szanse na taki "sukces".

Słowo "sukces" należy wziąć w cudzysłów, albowiem wyeliminowanie 14. obecnie drużyny nienajmocniejszej greckiej ekstraklasy i ostatniej, na ten moment, ekipy ligi autriackiej powinno być dla naszych futbolistów obowiązkiem. Tymczasem staje się to zadaniem ponad siły.

Obraz nędzy i rozpaczy staje się jeszcze bardziej przykry, gdy spojrzy się z kim to nasze drużyny ostatnio z rozmaitych rozgrywek odpadały. A zatem: Czernomorec Odessa, Dinamo Mińsk, FC Tiraspol, Dinamo Tbilisi, Terek Grozny, FK Ventspils, Cementarnica Skopje. A przytrafiła się też klęska ze spadkowiczem z ligi portugalskiej - Vitorią Guimaraes.

Wszystkie te kompromitacje sprawiają, że coraz mniej polskich drużyn będzie mogło grać w europejskich pucharach. Poniekąd to dobrze - mniej drużyn, mniej sromotnych porażek.
wtorek, 12 września 2006
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że już wkrótce w Polskim Związku Piłki Nożnej zjawi się komisarz w osobie Andrzeja Rusko. To, że prędzej czy później tak się stanie, można było przypuszczać od dłuższego czasu. Tylko dlaczego na ostateczną - zdaje się - interwencję wybrano tak głupi moment? Nie chcę występować w roli adwokata Michała Listkiewicza i jego kolegów, bo wiadome jest, że powinni już odejść. Ale czy działania Tomasza Lipca na pewno dobrze przysłużą się naszemu futbolowi?

Wprowadzenie przez rząd komisarza do PZPN zapewne spotka się z gniewem europejskiej i światowej federacji piłkarskiej. A zatem, czyżby nici z fazy grupowej Pucharu UEFA dla Legii i Wisły, dalszych gier wszystkich polskich reprezentacji w różnych rozgrywkach i organizacji ME 2012? Dziwi to wszystko szczególnie właśnie w kontekście naszych starań o Euro 2012. Bo przecież ciężko przypuszczać, żeby rząd był pewien, iż tę wielką imprezę dostaniemy i chciał, żeby cały splendor słynął na inną, niż Listkiewicza, ekipę. Wymiana władz związku - szczególnie w taki sposób - poważnie obniży nasze notowania na giełdzie kandydatów. Otwarte pozostaje więc pytanie, czy z takimi decyzjami nie można poczekać do 8 grudnia, kiedy będzie już wiadomo, czy otrzymamy organizację Mistrzostw Europy?

Wszystko wskazuje, że prawdopodobne wprowadzenie w najbliższych dniach komisarza to decyzja polityczna. Wiadomo przecież, że wielkimi krokami zbliżają się wybory samorządowe, które odbędą się 12 listopada. Spektakularne rozprawienie się z PZPN - który w świadomości wielu występuje jako mafia - to dla polityków łakomy kąsek. Może być elementem kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości i przyciągnąć do partii rządzącej nowych wyborców. Mimo, że to wybory samorządowe, to przecież wyborcy dostaliby sygnał, że PiS jest w stanie rozprawić się z wszelkimi nieprawidłowościami na rozmaitych polach.

Gdyby ten scenariusz był prawdziwy, byłaby to tragiczna wiadomość dla polskiego futbolu i całego polskiego sportu, który stałby się marionetką w rękach polityków.
 
1 , 2 , 3