Na stadionach Polski i Świata.
piątek, 19 września 2008

Gdzieś w drodze...

Decyzja zapadła szybko: wolny dzień w Pieninach należało spędzić na rowerze. To miał być nie tylko sposób na dotarcie do ciekawych turystycznie miejsc, ale również – a może przede wszystkim? – okazja, by spróbować czegoś nowego. Dotychczas jeździłem jedynie po płaskim terenie, tylko z rzadka pokonując liche zmarszczki. Jazda po zdecydowanie bardziej pofałdowanym terenie stała się więc sporą atrakcją i przeżyciem. Szczególnie, gdy szybko okazało się, że tymi samymi szosami pojadą także kolarze podczas najtrudniejszego etapu tegorocznego Tour de Pologne.

Aż korci, żeby ten odcinek wyścigu trochę sobie przywłaszczyć i przesadnie powiedzieć o moim etapie. To byłoby bezczelne, ale nieco poprawiające samopoczucie, nadużycie: część trasy przeszedłem, część przejechałem samochodem, a część – jako się rzekło – na rowerze.

Mordowałem się przy tym okrutnie, a trasa nie była przecież najtrudniejsza. Górski debiutant nie był przygotowany na taki wysiłek, co jest karygodnym niedopatrzeniem, którego nie można łatwo usprawiedliwić. Nawet wśród lichych zmarszczek znajdzie się miejsce, w którym można poćwiczyć jazdę pod górę. Legenda głosi, że Zenon Jaskuła trenował ją na… wiadukcie w podpoznańskich Gądkach.

Nie godzi się też narzekać na palące słońce. Opowieść o smażeniu się na gigantycznej patelni podczas drodze na Przełęcz Osice trochę ubarwiłaby ten tekst, ale w obliczu paskudnej pogody za oknem mogłaby już tylko drażnić. Cieszyły wtedy zaplanowane dużo wcześniej postoje przy zamkach w Niedzicy i Czorsztynie. Kolarze ich nie zobaczą. Chociaż, kto wie – nastroje w peletonie cokolwiek wywrotowe, może więc uda się zorganizować jakąś wycieczkę.

Kiedy z wysiłkiem naciskałem na pedały, walcząc z samym sobą i okrutną spiekotą, powtarzałem sobie w myślach słowa Marco Pantaniego: - Nawet najgorszy kolarz wciąż jest wybitnym sportowcem. Nie śmiem nazwać się kolarzem – to byłoby kolejne nadużycie oraz obraza całego peletonu i rzeszy rowerzystów-pasjonatów – ale… nastrój się poprawiał i podjeżdżało się odrobinę łatwiej. Szkoda tylko, że na Przełęczy Osice nie wyznaczono premii górskiej. Nie będzie to może zbyt wymagający podjazd, ale skoro na wcześniejszych etapach wyznaczano je nawet na – zdawało się – wybojach na drodze, nic nie stało na przeszkodzie, by wyznaczyć ją też Pienińskim Parku Narodowym.

Na szczycie wzniesienia czekała nagroda. Nie była nią jedynie satysfakcja z pokonania własnych słabości, ale także coś więcej – zjazd! Wystarczyło tylko się rozpędzić, ułożyć na rowerze naśladując prawdziwych kolarzy i… mknąć w dół, słysząc tylko świst kół i szum przecinanego powietrza. Adrenalina, wolność, radość. Niesamowita i piekielnie trudna do opisania przyjemność.

Mnie zjazdy dały przyjemność, a jednemu z zawodników po dzisiejszym skróconym, mokrym i zimnym etapie mogą dać zwycięstwo w wyścigu. Atak zapowiada Marek Rutkiewicz, który – jak informuje w swojej relacji Magazyn Rowerowy – zaopatrzył się w cytryny.

Sok z cytryny zapewnia przyczepność opon na mokrej nawierzchni. Dzięki takiej owocowej kosmetyce w 2004 roku w Karpaczu triumfował Ondrej Sosenka. Rutkiewicz był wtedy czwarty, a miejsce podium stracił właśnie na zjazdach…

13:31, bartoszewsky , Z innych aren
Link Komentarze (7) »
niedziela, 07 września 2008

Polska.

Kiedy to się zaczęło? Opinie na ten temat będą zapewne bardzo podzielone. Może coś złego stało się już na finiszu eliminacji mistrzostw Europy, może podczas marcowej próby ze Stanami Zjednoczonymi, może w trakcie Euro 2008, a może dopiero w okolicach niedawnego sparingu z Ukrainą… Pewne wydaje się tylko to, że mecz ze Słowenią nie był wypadkiem przy pracy, ale kolejnym stadium kryzysu, w którym znalazła się reprezentacja Polski.

Wynik – to fakt bezsprzeczny – jest zły, ale znacznie bardziej przygnębiający był sposób gry biało-czerwonych. Celowo wzbraniam się przed użyciem słowa „styl”, bo nijak nie pasuje ono do opisu boiskowych poczynań Polaków. Niesłusznym nadużyciem wydaje się nawet zbitka „bez stylu” – to była kolejna mdła kopanina, bez wyraźnych śladów jakiejkolwiek koncepcji.

To kamyczek do ogródka Leo Beenhakkera. Dziwię się, że Holender uparcie trzyma się ustawienia z jednym napastnikiem. Problem w tym, że piłkarza, który miałby odpowiednie predyspozycje do gry na tej pozycji nie widać. I tu pojawia się odwieczne pytanie: piłkarzy dopasowywać do taktyki, czy taktykę do piłkarzy? Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie to drugie rozwiązanie…

Łukasz Piszczek na szpicy zupełnie nie dał sobie rady. Przez większość meczu był niewidoczny, a co za tym idzie – kompletnie nieprzydatny. To oczywiście nie jest główny winowajca porażki. Na podobnym poziomie zagrali niemal wszyscy jego koledzy: obrońcy długimi momentami zachowywali się jak drużyna strażaków-podpalaczy, a pomocnicy byli niemal zupełnie bezproduktywni. Z tej marności wybijali się tylko Łukasz Fabiański, który kilka razy uratował nam skórę, i przebojowy Jakub Błaszczykowski, ale to było zdecydowanie za mało.

Do Beenhakkera mam pretensję nie tylko o obraną taktykę, ale również zbyt zachowawcze prowadzenie zespołu. Aż prosiło się, by zaryzykować i za kontuzjowanego Bartosza Bosackiego wprowadzić do gry nie Mariusza Jopa, ale jednego z napastników, jednocześnie przesuwając na środek obrony Mariusza Lewandowskiego. Oczywiście, bardzo łatwo wypisywać takie recepty z dala od ławki rezerwowych i po meczu, ale… Gra reprezentacji i tak zupełnie się nie kleiła; może taka odrobina szaleństwa dodałaby do niej trochę świeżości i jakości. A ponad wszystko: pozostałby jeszcze Beenhakkerowi całkiem spory wachlarz możliwości na pozostałą część spotkania.

W grze brakowało zresztą nie tylko pomysłu, ale również – mam wrażenie – zaangażowania, woli walki, chęci wygrania za wszelką cenę. Nie było w tym meczu temperatury gry o punkty, emocji i zacięcia. Mogło się wydawać, że to nie było spotkanie w eliminacjach do mundialu, ale sielankowy sparing na łące w jakiejś alpejskiej dolinie. Tej dziwnej ospałości nie można wytłumaczyć tylko kuriozalną porą rozgrywania meczu i rozleniwiającym słońcem.

Wiele osób to spotkanie porównuje do partii z Finlandią, mnie remis ze Słowenią kojarzy się także z łotewskim koszmarem z jesieni 2002 roku. Jest trochę punktów wspólnych z tamtą tragedią: reprezentacja wciąż nie pozbierała się po nieudanych mistrzostwach i przestała być drużyną – jest jedynie zlepkiem dobieranych nieco po omacku zawodników. Najbardziej charakterystycznym przykładem tej przypadkowości jest historia Marka Saganowskiego, który został powołany w ostatniej chwili i nawet zagrał przeciwko Słowenii, mimo że wcześniej nie został uwzględniony nawet na liście rezerwowych. Pytania o rozeznanie, konsekwencje i sens istnienia listy rezerwowych same cisną się na usta…

Wątpliwości pojawiają się również w przypadku Roberta Lewandowskiego, który – według Beenhakkera – nie poradziłby sobie ze Słowenią. Dziwią takie słowa z ust osoby, która uchodzi za wybitnego psychologa i motywatora. Tym bardziej, że doprawdy trudno sobie wyobrazić, by Lewandowski mógł zagrać słabiej od kolegów, którzy otrzymali szansę. A nawet jeśli rzeczywiście jest jeszcze na grę w reprezentacji zbyt słaby, to dlaczego otrzymał powołanie? Kupy się to nie trzyma.

Podłą atmosferę mamy na starcie eliminacji i trudno przypuszczać, by planowane zwycięstwo z San Marino jakoś znacząco poprawiło nastroje. Kluczowe będą gry z Czechami i Słowacją w październiku. To będą dla biało-czerwonych mecze prawdy i – kto wie? – może również kluczowe spotkania całych eliminacji.

czwartek, 04 września 2008

Obrazek z archiwum. Christian Olsson podczas rundy honorowej po zdobyciu olimpijskiego złota w Atenach.

Szwecja doczekała się w ostatnich latach wielu lekkoatletycznych mistrzów, którzy wynieśli ten kraj do rangi światowej potęgi. Na każdej wielkiej imprezie obecnego stulecia Szwedzi medalowo wypadali nadzwyczaj okazale, a nazwiska takie jak Holm, Klüft czy Olsson przemawiały do masowej wyobraźni. Coś się w tej materii zaczęło psuć już w Osace, gdzie szwedzcy atleci zdobyli tylko jeden krążek. Były to medalowe ostatki w ich wykonaniu bowiem w lekkoatletycznej tabeli medalowej z Pekinu Szwecja już nie figuruje. Lekkoatleci z tego kraju nie wywalczyli ani jednego krążka ledwie dwa razy kwalifikując się do finałowej rozgrywki. Wywalczyli sześć punktów. Dla porównania polscy lekkoatleci na swoim koncie zapisali aż 43 oczka (bądź też 45).

Apogeum możliwości Szwecji na arenie międzynarodowej przypadł szczęśliwie na rok Mistrzostw Europy w Goeteborgu. Gospodarze realnie liczyli na aż pięć złotych medali i drugie, za Rosją, miejsce w klasyfikacji medalowej. Skończyło się na trzech pierwszych miejscach i powtórzeniu złotego rezultatu z igrzysk olimpijskich w roku 2004.

Pierwszą pomnikową postacią szwedzkiej lekkoatletyki, która zeszła z piedestału była mistrzyni świata i Europy Kajsa Bergqvist. 31-letnia obecnie skoczkini wzwyż na początku roku wyszła za mąż i niespodziewanie ogłosiła koniec kariery. Jeszcze dwa lata temu podczas sezonu halowego skoczyła 2,08 i wydawała się być o krok od poprawienia rekordu ‘z brodą’ Stefki Kostadinowej. Nie omijały jej groźne kontuzje. Z powodu naderwania ścięgna Achillesa nie startowała choćby na igrzyskach w Atenach.

Zdecydowanie większym pechowcem jest Christian Olsson. Ten utalentowany trójskoczek w krótkim czasie (2002-2004) zebrał trzy najważniejsze tytuły: mistrza Europy, mistrza świata i mistrza olimpijskiego. Kłopoty z kontuzjami na wielką skalę zaczęły się w roku 2004. Niezaleczona kontuzja stopy odniesiona w finale olimpijskim wyeliminowała go ze startów na ponad rok. Wrócił w glorii chwały na wspomniane Mistrzostwa Europy w Goeteborgu. Były to jednak jego ostatnie duże zawody w karierze. Do Osaki co prawda pojechał, ale jeszcze podczas treningu odniósł kolejną kontuzję, która uniemożliwiła mu start. W tym roku sytuacja się powtórzyła, a zniecierpliwiony Olsson zasugerował nawet, że wycofa się ze sportu. Na igrzyskach olimpijskich w Pekinie pełnił rolę chorążego szwedzkiej reprezentacji.

Kolejnym bohaterem tej wyliczanki jest najlepszy sportowiec Szwecji 2004 roku Stefan Holm. Niewysoki skoczek po zdobyciu tytułu mistrza olimpijskiego w Atenach zablokował się – nie skacze już tak regularnie i nie zdobywa kolejnych medali. Iskierka nadziei na poprawę stanu rzeczy zapaliła się podczas tegorocznej zimy gdy Holm zdobył swój czwarty w karierze tytuł halowego mistrza świata. Na igrzyskach w Pekinie tak dobrze już nie było – czwarte miejsce było jednak najlepszym spośród wszystkich szwedzkich lekkoatletów.

Niesłychanie ciekawą postacią jest Karolina Klüft. Szwedzka wieloboistka, kolekcjonerka tytułów, multimedalistka światowych imprez, niepokonana przez pięć lat – po prostu ‘terminatorka i dominatorka’ światowego wieloboju dobrowolnie, z własnej nieprzymuszonej woli, nie z powodu kontuzji, nie z powodu wieku (ma dopiero 25 lat!) zrezygnowała ze startów w swej konkurencji. Znudzona zwycięstwami (!) postanowiła rywalizować w trójskoku oraz skoku w dal. W tej pierwszej konkurencji w Pekinie nie przebrnęła nawet kwalifikacji, w skoku w dal była tylko dziewiąta. Wciąż może być wielka, wciąż może wygrywać – musi tylko wrócić do wieloboju. Ma wszystkie tytuły jakie sobie tylko można wyobrazić, w swoim dorobku brakuje jej tylko jednego – rekordu świata.

Obrazu nędzy i rozpaczy po Pekinie w szwedzkiej królowej sportu dopełnia urodziwa Susanna Kallur. Najlepsza Europejka startująca na 100m przez płotki występ w Pekinie zakończyła już na pierwszej przeszkodzie.

Potęga szwedzkiej lekkoatletyki ostatnich lat nie była osadzona na drużynie, lecz na pojedynczych megagwiazdach. Dowodem na to były igrzyska w Atenach gdy poza trzema złotymi medalami żaden z reprezentantów Szwecji nie pokusił się nawet o finał. Szwedzi zresztą od lat nie błyszczą specjalnie w Pucharze Europy, a ich sztafeta 4x100m kobiet poskładana jest z rywalizujących na płotkach sióstr Kallur, skoczkini wzwyż Emmy Green i wieloboistki Karoliny Klüft.