Na stadionach Polski i Świata.
środa, 21 września 2011

Pierwsza bomba wybuchła kilka tygodni temu - w reprezentacji zadebiutował Eugen Polański. Na początku podchodziłem do jego gry dla Polski bardzo krytycznie, ale z czasem dostrzegłem w tej sprawie wiele różnych barw i moja opinia złagodniała. Dylematy Polańskiego stały się całkiem naturalne i zrozumiałe, a w dodatku wygłaszane niezłą polszczyzną. Inny z odzyskanych - Sebastian Boenisch - publicznie mówił tylko po angielsku.

Dzisiaj wybuchła druga bomba i nie widzę powodów, żeby łagodnieć. W reprezentacji Polski ma zagrać Maor Melikson. Nie ma ku temu żadnych formalnych przeszkód - piłkarz Wisły ma polskie obywatelstwo, a w świetle regulacji FIFA może grać w naszej reprezentacji. W tym miejscu kończą się przepisy, kluczowe role zaczynają odgrywać kwestie pozaprawne. Być może Melikson wzmocniłby reprezentację pod względem sportowym, chociaż należy pamiętać, że w najważniejszych meczach Wisły - przeciwko APOEL-owi w eliminacjach Ligi Mistrzów - grał słabo. Dopiero kolejne gry w Lidze Europy pokażą, na ile Melikson jest gotowy do gry w rozgrywkach międzynarodowych.

Jest również kwestia stylu, smaku. Uważam, że fakt posiadania przez Meliksona polskiego paszportu nie oznacza, że automatycznie powinien grać w reprezentacji. Nie wszystko co może opłacać się w warstwie sportowej jest warte tego, co trzeba w zamian poświęcić. Oczywiście dyskusyjne jest to, czy reprezentacja może jeszcze stracić dobre imię, czy jej reputację takimi zagrywkami można jeszcze bardziej upodlić, ale może warto się nad tym poważnie zastanowić. Zwłaszcza, że Melikson jeszcze miesiąc temu grał w innej reprezentacji. Mówił: - Trochę o tym myślałem (o grze w reprezentacji Polski - przyp. bartoszewsky), ale przecież jestem obywatelem Izraela. Stwierdziłem, że gdyby na przykład Polak wyjechał do innego kraju grać w piłkę i po pół roku zacząłby grać dla tamtejszej reprezentacji narodowej, to byłoby to trochę dziwne. Isotnie, byłoby dziwne.

Po tamtej deklaracji żałośnie brzmi teraz motywacja Meliksona, który chce grać dla Polski, bo - jak powiada jego brat - "w Izraelu jest niedoceniany, uważa się go za średniego piłkarza". Taka argumentacja pasuje raczej do transferów między klubami, zamiany Maccabi na inny Beitar, ale w przypadku reprezentacji brzmi co najmniej dziwnie. Przy okazji kiepsko świadczy o samym piłkarzu, który zamiast ambitnie walczyć o większą rolę w kadrze Izraela - na która niedawno był przecież zdecydowany i wciąż jest jej członkiem! - postanowił iść na łatwiznę i po prostu z niej zdezerterować. Widocznie razem z menedżerem skalkulował wszystko i w grze dla Polski zwększył całkiem niezły interes. Tutaj będzie mu łatwiej zaistnieć na arenie międzynarodowej. Tutaj też niemal od razu dostanie szansę pokazania się na mistrzostwach Europy - potężnym oknie wystawowym, dzięki któremu może znaleźć ciekawsze miejsce pracy i wyszarpać dużo lepszą pensję.

A może jest trochę inaczej i całe zamieszanie to tylko gra obliczona na poprawę pozycji w reprezentacji Izraela? Jakby nie było - reprezentacja Polski jest upokarzana, traktowana jako drużyna drugiego wyboru przez gracza, który nie łapie się w europejskim średniaku. I to wina nie tylko Meliksona, ale także ludzi, którzy mizdrzą się do niego, byle tylko Izraelczyk pokopał dla nas piłkę. Taki sposób budowania kadry na największe święto w jej historii jest żałosny i kompromituje ludzi nią zarządzających. Po raz kolejny obnażana jest bezradność i niekonsekwencja Smudy, który od dawna miota się w tym co mówi i robi.

W tym wszystkim coraz bardziej żal mi polskich piłkarzy. Może wielu z nich jest słabych, leniwych i zmanierowanych, ale w miarę swoich możliwości walczą i starają się miejsce w kadrze. Tymczasem na kilka miesięcy przed najważniejszą imprezą ich życia do kadry wskakują spadochroniarze, którzy traktowani są na zupełnie innych prawach. Mają łatwiej i od razu ustawiani są poza konkurencją. Nie wymaga się od nich niczego, nawet tego, żeby mówili po polsku - a to powinna być podstawa, by tę drużynę móc traktować jako swoją, żeby tworzyła jedność, a nie była jedynie jakimś quasiklubowym zlepkiem.

Może będzie jeszcze okazja, żeby coś dokleić - do mistrzostw Europy jeszcze dziewięć miesięcy. To wystarczający czas, żeby ściągnąć kilku najemników. Może jednym z nich będzie Kolumbijczyk Manuel Arboleda? Co prawda Smuda mówił, że już nie ma takiego tematu, ale słowa selekcjonera od dawna nic nie znaczą. Może ktoś odkryje, że trochę polskiej krwi płynie w Izraelczyku Dudu Bitonie z Wisły? Reprezentacji przecież przydałby się jeszcze jeden porządny napastnik... No i lewy obrońca. Brazylijczyk Dudu z Widzewa już przebiera nogami.

Doszło do tego, że publiczność bardziej interesuje się tym, kto dostanie polskie obywatelstwo, w jakim trybie i jak kolejnemu kandydatowi idzie zbieranie dokumentów, a nie grą reprezentacji. Mnie też interesuje coraz mniej. Kiedyś jej mecz był dla mnie świętem. Teraz już tak nie jest, nie czuję dawnych emocji. Może zdziadziałem, a może to przez to, że kadra straciła tożsamość, stała się sztuczna i trudno mi się z nią identyfikować.

Jasne, można na śniadanie jeść sztuczny miód, obżerać się wyrobami czekoladopodobnymi, a do dziewczyny iść z bukietem sztucznych kwiatów, ale przecież zawsze będzie to nędzny ersatz, podróba albo po prostu żenada.

Te trzy słowa - ersatz, podróba i żenada - coraz częściej cisną mi się na usta, kiedy mówię o piłkarskiej reprezentacji Polski.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8