Na stadionach Polski i Świata.
środa, 31 października 2007
Niemal spadłem z krzesła, kiedy przeczytałem, że nowym trenerem Zagłębia Sosnowiec będzie Romuald Szukiełowicz.

Dla faceta, który wypadł z pierwszoligowej trenerskiej karuzeli jeszcze w ubiegłym stuleciu i reprezentuje wszystkie złe cechy polskiej myśli szkoleniowej Sosnowiec to wymarzone miejsce do roboty. Cudów chyba nikt nie oczekuje, stresów raczej brak (w końcu spadek pewny, kwestia tylko do której ligi), a przecież można się pokazać w środowisku i jeszcze trochę podreperować domowy budżet przed świętami.

Nie mam natomiast pojęcia, na co liczą szefowie Zagłębia zatrudniając Szukiełowicza. Chyba tylko na mocno wątpliwy cud, bo innej motywacji trudno się domyślić. Cóż, ja zamiast stawiać na dawno już zgraną kartę, zainwestowałbym w młodego, głodnego sukcesów trenera, który robiłby wszystko, by w Sosnowcu się wypromować, a nie tylko odcinał kupony od... niewiadomo czego. Może następnym razem działacze Zagłębia zasotsują się do tej rady, bo nie wierzę, by Szukielowicz dotrwał do końca sezonu.

Kluby konserwują trenerskich weteranów: najpierw do ligi wrócił Janusz Białek, później Mirosław Jabłoński, teraz Szukiełowicza. Następni w kolejce do powrotu to Mieczysław Broniszewski, Edward Lorens i paru innych wyeksploatowanych "fachowców". Nowa moda? Kiedyś pół ligi sięgało po trenerów z zagranicy, teraz wzięciem cieszą się ludzie od wieków niewidziani w ekstraklasie...
Na początku ubiegłego sezonu Czesław Michniewicz wybrał się na staż do menedżera Tottenhamu Londyn Martina Jola. Przypominanie o tym przeszło rok później nie miałoby sensu, gdyby nie fakt, że obaj szkoleniowcy wylecieli z roboty w zeszłym tygodniu.

Martin Jol.Jol spędził na White Harte Lane prawie trzy lata. W tym czasie Tottenham stał się jedną z kilku europejskich drużyn, na których mecze zawsze czekałem z niecierpliwością. Nie dość, że Koguty pod wodzą Holendra potrafiły grać bardzo efektownie, to jeszcze ich meczom nie brakowało emocji i dramaturgii - oglądając Robbie Keane i spóka przyzwyczaili do niesamowitych zwrotów akcji. Przypuszczam, że dla wielu kibiców Tottenhamu takie stężenie emocji stało się nieznośne. Tym bardziej, że szaleństwa ich ulubieńców nie przynosiły żadnych sukcesów.

Przełomowy pod tym względem miał być bieżący sezon, tymczasem od początku rozgrywek Tottenham wlecze się w ogonie tabeli. Za marną postawę zespołu ktoś musiał zapłacić głową. Padło na Jola, bo niby na kogo miałoby paść?

Juande Ramos.Pożar w Tottenhamie ma ugasić Juande Ramos, który w poprzednich sezonach zasłynął genialną robotą w Sevilli. W tym sezonie jednak coś się zacięło - Sevilla wystartowała w lidze dość przeciętnie. Inna sprawa, czy to skutek traumy związanej z tragiczną śmiercią Antonio Puerty czy raczej zmęczenia materiału.

Decydując się na pracę w Anglii Ramos sporo ryzykuje. Powody można mnożyć: wspomniany kryzys Tottenhamu, środek sezonu, inna piłkarska rzeczywistość, inny kraj... Jeśli mu się powiedzie, potwierdzi przynależność do grona najlepszych trenerów w Europie. Ale jeśli Ramosowi w Londynie się nie powiedzie, to w zapomnienie pójdą trofea zdobywane w Sevilli. Przeliczana będzie kasa, dla której rzucił swój poprzedni klub.
wtorek, 30 października 2007
Polityczno-medialna zawierucha wokół miejsca w Warszawie, w którym miałby kiedyś zostać wybudowany Stadion Narodowy trwa w najlepsze i nic nie zapowiada jej rychłego końca. Każda ze stron sporu wykłada na stół swoje słuszne i niepodważalne racje o gruntach, pieniądzach czy upływającym czasie. Czegoś mi jednak w tej dyskusji brakuje. Mało kto zadaje pytanie, jakby nie patrzeć, fundamentalne: czy Stadion Narodowy jest w Polsce naprawdę potrzebny? A może raczej należałoby spytać czy są inne argumenty przemawiające za budową obiektu o tym charakterze niż cztery mecze Euro 2012?

Nikt o to nie pyta, nikt nie dyskutuje. Czyżby było już za mało czasu na szukanie odpowiedzi? Pewnie tak. A może tylko ja się czepiam? W końcu sam do pomysłu budowy Stadionu Narodowego podchodzę bardzo sceptycznie. Swoje wątpliwości wyraziłem już sierpniu, ale tekst zbytnio nie stracił na aktualności. A zatem: zapraszam do lektury.

czwartek, 25 października 2007
Informację o tym, że CBA zatrzymało byłego ministra sportu Tomasza Lipca przyjąłem głupim chichotem. Donośniej zarechotało życie. Facet, który jeszcze niedawno kreował się na szeryfa bezwzględnie walczącego z nieprawidłowościami w polskim sporcie, jest teraz podejrzewany o przyjęcie łapówki. Trudno wyobrazić sobie bardziej złośliwą puentę do ministerialnej działalności Lipca. A ministrem był bardzo złym, o czym pisałem już podczas tragikomicznej wojenki z PZPN.

Być może cała sprawa zatrzymania Lipca byłaby nawet porażająca, gdyby nie wcześniejsze - mniej lub bardziej poważne - wpadki ex-ministra. O winie lub jej braku zadecyduje sąd, ale jednego można być pewnym - Lipiec najbardziej ze wszystkich dyscyplin ukochał kombinację, choć w tym przypadku akurat nie norweską...
22:00, bartoszewsky , Takie tam...
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2007
Czesław Michniewicz

Atmosfera w Zagłębiu Lubin w ostatnim czasie stała się tak nieznośnie gęsta, że można było ją kroić nożem. Klub od dłuższego czasu wyniszczały wzajemne konflikty i wojenki podjazdowe toczone przez prezesa, trenera i piłkarzy. Stało się oczywistym, że prędzej czy później ktoś będzie musiał z Lubina odejść. Padło na Czesława Michniewicza. Nie mam pojęcia, czy to właśnie on jest najbardziej winny tej żałosnej nawalanki. Wiem za to, że w sporze z trenerem to prezes ma zawsze racje. Piłkarze na ogół też - łatwiej przepędzić z roboty jednego faceta niż kilkunastu zawodników.

Na początku tego sezonu napisałem obszerny tekst o tym, że przebieg pracy Michniewicza w Zagłębiu do złudzenia przypomina jego karierę w Lechu Poznań. Pierwszy sezon w obu klubach był pełen sukcesów, drugi okazał się wielką klapą. Jest jednak istotna różnica - w Lechu otrzymał nowy kontrakt i przezwyciężył kryzys; w Zagłębiu nie dostał takiej szansy. Wcześniej padło zbyt wiele ciosów. Dwie silne osobowości - Robert Pietryszyn i Michniewicz - okazały się dla siebie... zbyt silne, tym bardziej, że w głowach obu nastąpiła chyba erupcja wody sodowej. Obaj chcieli grać w Lubinie pierwsze skrzypce, tymczasem dla dobra Zagłębia ktoś powinien poskromić swoje ambicje i działać w cieniu. Moim zdaniem - prezes, bo taka jego rola. Nie znaczy to bynajmniej, że Michniewicz jest bez winy. Bez wątpienia jego konto obciążają słabe wyniki i kiepska gra Zagłębia, medialne ADHD momentami irytuje, a naśladowanie Jose Mourinho - objawiające się choćby zachowaniem na konferencjach prasowych - jest na swój sposób śmieszne (lub żałosne jeśli ktoś tak woli).

Wyrzucenie Michniewicza z Zagłębia to pierwszy krok zwijania mistrzowskiej ekipy. Wkrótce z roboty wyleci też Robert Pietryszyn, bo zwycięska w wyborach parlamentarnych Platforma Obywatelska zechce posprzątać po PiSie i zaprowadzić własne porządki w spółkach skarbu państwa. Odejdzie też pewnie wielu wiodących piłkarzy. Manuel Arboleda, Wojciech Łobodziński czy Maciej Iwański nie będą mieli problemów w znalezieniu nowego klubu.

Michniewicz też nie będzie musiał szukać pracy - to ona go znajdzie. Wydaje się jednak, że zamiast rwać się do trenowania kolejnego zespołu, powinien wyciszyć się, odpocząć od piłki, stresu i - szczególnie - mediów. Dla własnego dobra.

wtorek, 16 października 2007
Gdyby napis "przepraszamy za usterki" pojawił się na ekranach telewizorów w trakcie pierwszej połowy meczu Polska - Kazachstan, można by pomyśleć, że odnosi się do gry biało-czerwonych.

Może nawet słowo "gra" jest zbyt "duże" na to, co przez 45 minut fundowali nam Polacy? Patrząc, jak w pierwszej połowie Polacy bez większego ładu i składu snują się po boisku, zacząłem przypominać sobie - zresztą nie tylko ja - mecz z Łotwą sprzed pięciu lat. Podobieństwo sporo. Ten sam, ponoć szczęśliwy stadion, kiepski rywal, bardzo słaba postawa biało-czerwonych, wreszcie fatalny wynik. No i nawet gol dla rywali padł na tę samą bramkę co wtedy. Na tym, na szczęście podobieństwa się skończyły. Na szczęście, w drugiej połowie wszystko się odmieniło.

Nie wiem, i za bardzo nie chcę wiedzieć, jak potoczyłyby się wypadki, gdyby na stadionie Legii nie zgasło światło. W każdym razie po tej niespodziewanej przerwie nasza reprezentacja zagrała już znacznie lepiej. Wystarczyło do strzelenia Kazachom trzech goli.

Znów - jak już kilka razy w tych eliminacjach - biało-czerwoni obrócili niekorzystny dla siebie wynik i przebieg gry. Dzieje się to zbyt często, by mówić o przypadku i szczęściu. Choć tym razem zastanawiam się, czy raczej się cieszyć z tego powodu, czy smucić? A może przejść do porządku dziennego? Przecież to był tylko Kazachstan. Z takimi rywalami, szczególnie na własnym boisku, nie możemy dopuszczać do sytuacji, w której nerwowo gonimy wynik.

Bohaterem naszej ekipy był oczywiście Ebi Smolarek. Hat-trick w meczu reprezentacji to wielka sprawa, nawet jeśli rywal jest słaby, a jego bramkarz wyraźnie zagubiony. Ale i tak wierzę Leo Beenhakkerowi, gdy mówi, że Czasami zastanawia się, co Ebi Smolarek robi na boisku... Dobrze jednak, że - jak zauważa selekcjoner - sobie o tym przypomina.

Sporo do gry reprezentacji wniósł Maciej Żurawski. Przed meczem zastanawiałem się, dlaczego Holender wciąż powołuje nie grającego w klubie "Żurawia" do reprezentacji? Okazało się, że Beenhakker znów miał rację.

Przydałoby się jednak, by powołania dla Żurawskiego nie wzbudzały najmniejszych kontrowersji. Słowem: by "Żuraw" znów regularnie grał i strzelał gole w klubie. W końcu 17 listopada będziemy świętować awans do mistrzostw Europy. A kapitan powinien swoją formą dawać przykład kolegom z kadry.
niedziela, 14 października 2007
Euzebiusz Smolarek.

Przy okazji strzeleckich popisów Alfonso Alvesa napisałem, że większość napastników spełnia się po ustrzeleniu hat-tricka. Satysfakcja jest zapewne dużo większa, gdy uda się to zrobić w meczu reprezentacji. Tak, jak wczoraj Euzebiuszowi Smolarkowi.

Wyczyn Ebiego jest godny szczególnej uwagi nie tylko ze względu na to, że dał naszej reprezentacji bardzo cenne zwycięstwo, ale także dlatego, iż był to klasyczny hat-trick. Przypomnienie: o klasycznym hat-tricku mówi się wówczas, gdy jeden piłkarz zdobędzie w trakcie jednej połowy meczu trzy, nie rozdzielone innymi trafieniami, gole.

Niewielu piłkarzy grających w reprezentacji Polski może pochwalić się podobnym osiągnięciem jak Smolarek. Pierwszym zawodnikiem, który popisał klasycznym hat-trickiem w meczu biało-czerwonych, był w 1926 roku gracz Hasmonei Lwów Zygmunt Steuermann. Na strzelenie trzech goli w zwycięskim 6:1 meczu z Turcją potrzebował niespełna 21 minut. Co ciekawe, mimo takiej skuteczności Steuermann zagrał w reprezentacji Polski tylko dwa razy i strzelił cztery gole.

Później jego osiągnięcie wyrównali Joachim Marx i Andrzej Iwan. Pierwszy w 1970 roku strzelił trzy gole Danii (5:0 dla reprezentacji Polski), a drugi klasycznego hat-tricka skompletował w meczu z Kolumbią (4:1 dla biało-czerwonych). Teraz do tej prestiżowej listy trzeba dopisać Euzebiusza Smolarka.

Trzy gole pod rząd w meczu reprezentacji Polski zdobywali też Ernest Pol, Paweł Kryszałowicz i dwa razy Włodzimierz Lubański. Ich wyczyny były jednak jeszcze bardziej spektakularne. Klasyczne hat-tricki kompletowali bowiem podczas prawdziwych kanonad: Kryszałowicz strzelił cztery gole Wyspom Owczym, Pol pięć Tunezji, a Lubański cztery Finlandii i pięć Luksemburgowi.

Skoro mowa już o ciekawych wyczynach strzeleckich piłkarzy reprezentacji Polski, to należy odnotować hat-trick Józefa Korbasa w meczu przeciwko Bułgarii w 1937 roku. Korbas debiutował wówczas w drużynie narodowej. Trzy gole nie pomogły mu jednak w zrobieniu dużej reprezentacyjnej kariery. Korbas, podobnie jak Zygmunt Steuermann, wystąpił w niej tylko dwa razy i strzelił cztery bramki.

Wszystkie biało-czerwone hat-tricki bije na głowę ten zdobyty przez Zbigniewa Bońka w meczu z Belgią na mistrzostwach świata w 1982 roku. Nie dość, że strzelił go jeden z najlepszych piłkarzy w historii reprezentacji Polski, to jeszcze stawka meczu była ogromna...

Hat-tricki klasyczne:

  • Zygmunt Steuermann (1926, Polska - Turcja 6:1)
  • Joachim Marx (1970, Polska - Dania 5:0)
  • Andrzej Iwan (1980, Kolumbia - Polska 1:4)
  • Euzebiusz Smolarek (2007, Polska - Kazachstan 3:1)
Hat-tricki:
  • Wawrzyniec Staliński (1926, Polska - Finlandia 7:1);
  • Mieczysław Balcer (1931, Polska - Jugosławia 6:3)
  • Józef Nawrot (1932, Rumunia - Polska 0:5)
  • Gerard Wodarz (1934, Łotwa - Polska 2:6)
  • Gerard Wodarz (1936, Polska - Wielka Brytania 5:4; mecz na IO, uznawany za nieoficjalny)
  • Józef Korbas (1937, Bułgaria - Polska 3:3; debiutant!)
  • Ernest Wilimowski (1939, Polska - Węgry 4:2)
  • Gerard Cieślik (1950, Polska - Rumunia 3:3)
  • Edward Jankowski (1957, Finlandia - Polska 1:3)
  • Ernest Pol (1959, Polska - Finlandia 6:2)
  • Ernest Pol (1961, Polska - Dania 5:1)
  • Janusz Żmijewski (1967, Belgia - Polska 2:4)
  • Włodzimierz Lubański (1968, Polska - Turcja 8:0)
  • Eugeniusz Faber (1968, Polska - Turcja 8:0)
  • Andrzej Jarosik (1968, Norwegia - Polska 1:6)
  • Włodzimierz Lubański (1971, Polska - Turcja 5:1)
  • Robert Gadocha (1972, Polska - Kolumbia 5:1; mecz na IO, uznawany za nieoficjalny)
  • Włodzimierz Lubański (1973, Polska - USA 4:0)
  • Andrzej Szarmach (1974, Polska - Haiti 7:0, MŚ)
  • Kazimierz Deyna (1975, Polska - USA 7:0)
  • Grzegorz Lato (1975, Kanada - Polska 1:8)
  • Zbigniew Boniek (1982, Polska - Belgia 3:0, MŚ)
  • Andrzej Juskowiak (1997, Mołdawia - Polska 0:3)
  • Radosław Kałużny (2000, Polska - Białoruś 3:1)
  • Tomasz Frankowski (2005, Polska - Azerbejdżan 8:0)
Cztery gole w jednym meczu:
  • Mieczysław Batsch (1926, Polska - Finlandia 7:1)
  • Józef Nawrot (1930, Polska - Łotwa 6:0)
  • Ernest Wilimowski (1938, Polska - Brazylia 5:6, MŚ)
  • Ernest Pol (1956, Polska - Norwegia 5:3)
  • Włodzimierz Lubański (1965, Polska - Finlandia 7:0, przy okazji klasyczny hat-trick)
  • Paweł Kryszałowicz (2004, Polska - Wyspy Owcze 6:0, przy okazji klasyczny hat-trick)
Pięć goli w jednym meczu:
  • Ernest Pol (1960, Polska - Tunezja 6:1, IO; przy okazji klasyczny hat-trick)
  • Włodzimierz Lubański (1969, Polska - Luksemburg 8:1,  przy okazji klasyczny hat-trick)
 
1 , 2