Na stadionach Polski i Świata.
czwartek, 25 sierpnia 2016

Najliczniejsza w historii reprezentacja polskich pływaków na igrzyskach olimpijskich nie wywalczyła w Rio ani jednego miejsca w finale. A nie jest przecież tak, że w ogóle nie liczymy się na świecie. W minionym czteroleciu równą formę na poziomie medalowym utrzymywali Radosław Kawęcki i Konrad Czerniak. Dodatkowo formą w Kazaniu błysnął Jan Świtkowski. Tymczasem w Rio większość medalowych nadziei prysła już na etapie eliminacji…

Pozytywy? Jeden, a mianowicie występ Kacpra Majchrzaka. Pływak Warty Poznań jako jedyny z grona 19-osobowej reprezentacji przygotował na najważniejszą imprezę czterolecia życiową formę okraszoną rekordem Polski. Z drugiej strony nawet to nie wystarczyło do wywalczenia miejsca w finale.

Igrzyska w Rio przyniosły też zmierzch gwiazdy Pawła Korzeniowskiego, który z basenem pożegnał się chyba w jeszcze gorszym stylu niż Otylia Jędrzejczak w Londynie. Oba przypadki dowodzą, że przedłużanie karier na siłę nigdy nie przynosi dobrych efektów.

Liczba zawodników
: 2004 – 7, 2008 – 17, 2012 – 17, 2016 - 19
Medale: 2004 – 3, 2008 – 0, 2012 – 0, 2016 - 0
Finały: 2004 – 5, 2008 –3, 2012 – 4, 2016 - 0
Punkty: 2004 – 32, 2008 – 9, 2012 – 10, 2016 – 0

Katarzyna Baranowska: 200m zmiennym – 39. miejsce na 39 sklasyfikowanych
29-latka swoje największe sukcesy odnosiła dziesięć lat temu. Do pływania wróciła po kilkuletniej przerwie po to by zrzucić wagę. Gdy już była w stanie wejść w kostium Światowa Federacja Pływacka wpadła na genialny pomysł żeby zaprosić ją na igrzyska pomimo braku minimum. Efekt? Ostatnie miejsce w stawce.
Ocena: 1 (w skali 1-6)

Anna Dowgiert: 50m dowolnym – 37/88, 4x100m dowolnym – 15/16
Żeby wejść choćby do półfinału dystansu sprinterskiego musiałaby znacznie pobić swój rekord życiowy. To się nie udało i sklasyfikowana została w połowie stawki – siedem lokat niżej niż cztery lata wcześniej. W sztafecie bez błysku.
Ocena: 2

Alicja Tchórz: 100m grzbietowym - 21/34, 200m grzbietowym – 20/28, 4x100m dowolnym – 15/16
Stosunkowo blisko półfinałów w startach indywidualnych. W sztafecie spośród czwórki naszych pływaczek uzyskała najlepszy czas.
Ocena: 2,5

Aleksandra Urbańczyk-Olejarczyk: 50m dowolnym – 29/88, 4x100m dowolnym – 15/16
Podobnie jak Dowgiert – żeby awansować do najlepszej szesnastki na dystansie jednej długości basenu musiałaby po raz pierwszy w karierze zejść poniżej 25 sekund. Czas niewiele gorszy od życiówki dał miejsce pod koniec trzeciej dziesiątki. W sztafecie najwolniejsza z Polek.
Ocena: 2

Katarzyna Wilk: 100m dowolnym – 29/44, 4x100m dowolnym – 15/16
Gdyby w Rio popłynęła tak jak podczas majowych mistrzostwach kraju to cieszylibyśmy się z miejsca w półfinale. Czas gorszy o ponad sekundę od wyniku ze Szczecina nie pozwolił jej zająć miejsca wyższego niż przed czterema laty.
Ocena: 1,5

Joanna Zachoszcz: 10km – 22/25
Sam fakt kwalifikacji na igrzyska był już niemałym sukcesem. Trudno było wymagać od niej walki o czołowe miejsca. Dystans do czołówki straciła dopiero w samej końcówce. Na 2,5km przed metą liderka wyścigu miała nad Polką 30 sekund przewagi, a na finiszu już niemal trzy minuty.
Ocena: 2,5

Konrad Czerniak: 100m motylkowym - 10/43, 4x100m dowolnym – 12/14, 4x100m zmiennym – 12/16
Trudno do niego  mieć pretensje o występy sztafetowe – w obu spisał się dobrze. Indywidualnie zawiódł. Od medalisty MŚ należy wymagać przynajmniej awansu do finału igrzysk. W swoim półfinale przypłynął trzeci, co dawało spore nadzieje na miejsce w najlepszej ósemce. W drugim z biegów półfinałowych aż siedmiu pływaków pobiło rezultat Polaka i nawet komentujący rywalizację pływaków redaktor Babiarz nie wiedział co powiedzieć.
Ocena: 2

Paweł Juraszek: 50m dowolnym – 35/85
Miejsce w połowie stawki zawdzięcza temu, że na start na najkrótszym dystansie kraulowym zdecydowało się sporo egzotycznych pływaków. Mógł pokusić się o niespodziankę. Przy nieznacznie poprawionym rekordzie życiowym miałby szanse na popłynięcie w półfinale.
Ocena: 2

Radosław Kawęcki: 100m grzbietowym 23/39, 200 m grzbietowym - 17/26, 4x100m zmiennym – 12/14
Przed czterema laty najjaśniejszy punkt reprezentacji pływaków. Po czwartym miejscu w Londynie stawał na podium dwóch kolejnych MŚ. W Rio na 100m grzbietem, czyli w swojej koronnej konkurencji, nie awansował nawet do najlepszej szesnastki. Niewiele lepiej było na dwukrotnie dłuższym dystansie czy w sztafecie.
Ocena: 1

Kacper Klich: 4x200m dowolnym – dyskwalifikacja
Tylko czterech pływaków uzyskało gorsze czasy w eliminacjach sztafet. Polacy – głównie za sprawą Kacpra Majchrzaka – zajęli w nich dziesiąte miejsce, ale zostali zdyskwalifikowani z powodu bzdurnych zapisów regulaminowych (przepisy nakazują by zawodnicy, którzy nie startowali w konkurencjach indywidualnych, a zostali zgłoszeni tylko do wyścigów sztafetowych wzięli udział choćby w jednej serii sztafety; w polskiej ekipie nie wystawiono Pawła Wernera)
Ocena: 1

Paweł Korzeniowski: 100m motylkowym – 33/43, 4x100m dowolnym – 12/14, 4x200m dowolnym - dyskwalifikacja
Jeden z najbardziej utytułowanych polskich pływaków pożegnał się ze sportem w bardzo złym stylu. Finalista trzech kolejnych igrzysk podczas swojego czwartego startu olimpijskiego przegrał nawet z pływakiem z Papua Nowej Gwinei. Beznadziejny również w sztafecie 4x100m, w której na swojej zmianie zajął ostatnie miejsce.
Ocena: 1

Kacper Majchrzak: 200m dowolnym – 10/47, 4x100m dowolnym – 12/14, 4x200m dowolnym – dyskwalifikacja, 4x100m zmiennym – 12/16
Jedyny przedstawiciel polskiego pływania, który w Rio zrobił coś więcej niż tylko sam start.  Rekord kraju na dystansie 200m dowolnym o mały włos a zapewniłby mu awans do finałowej ósemki. W sztafetach kraulowych zdecydowanie najszybszy z Polaków.
Ocena: 4

Tomasz Polewka: 100m grzbietowym – 26/39
Popłynął w czasie zbliżonym do rekordu życiowego. Należał jednak do grupy tych pływaków, którym tylko jego pobicie umożliwiało awans do kolejnej fazy eliminacji.
Ocena: 2

Mateusz Sawrymowicz: 1500m dowolnym – 33/45
Byłemu mistrzowi świata po prostu nie wypada pływać tak wolno. Czas gorszy o pół minuty od tego, który cztery lata wcześniej dał mu siódme miejsce w finale. Trudno ocenić ten start pozytywnie.
Ocena: 1

Marcin Stolarski: 100m klasycznym - 29/46, 4x100m zmiennym – 12/16
Daleki od formy prezentowanej podczas majowych MP. Rekord życiowy pozwalał mu marzyć o półfinale, popłynął jednak w czasie o sekundę gorszym. Nieco lepiej wypadł w sztafecie, gdzie na swojej zmianie udało mu się uzyskać czas lepszy od czterech rywali.
Ocena: 1,5

Jan Świtkowski: 200m motylkowym – 17/29, 4x100m dowolnym – 12/14, 4x200m dowolnym – dyskwalifikacja
Do awansu do półfinału zabrakło mu tylko jednej setnej sekundy. Sprawił zawód porównywalny z tym autorstwa Czerniaka i Kawęckiego. W końcu Świtkowski to aktualny brązowy medalista MŚ. W sztafetach też liczono na więcej.
Ocena: 1

Wojciech Wojdak: 400m dowolnym - 23/50, 1500m dowolnym - 28/45
Na majowych ME z czasem poniżej 15 minut zajął w finale 1500m dowolnym szóste miejsce. W Rio popłynął kilkanaście sekund wolniej i nie był nawet bliski awansu. Na 400m dowolnym równie bezbarwny.
Ocena: 1,5

Filip Wypych: 50m dowolnym - 21/85
Jeden z najkrótszych występów reprezentantów Polski na igrzyskach w Rio. Jedną długość basenu przepłynął w 22,23s. Popłynął na miarę swoich możliwości i był bliski przejścia do kolejnej fazy eliminacji. Jeden z nielicznych, który nie zawiódł, ale z drugiej strony niczym też nie zaskoczył.
Ocena: 2,5

Filip Zaborowski: 400m dowolnym - 28/50
Popłynął wolniej niż na zeszłorocznych MŚ oraz tegorocznych ME i MP. Oczywiście trudno było oczekiwać z jego strony awansu do ósemki (na 400m nie ma fazy półfinałowej), ale nie powalczył o lepszy wynik.
Ocena: 1,5

Średnia: 1,76

sobota, 13 sierpnia 2016

Cały świat oburzał się doniesieniami o przemysłowym dopingu w Rosji i domagał się wyrzucenia wszystkich sportowców z tego kraju z igrzysk. Takich żądań nie formułowano w stosunku do reprezentantów innych państw, choć do Rio pojechała cała galeria szemranych postaci. Zostawmy tych nieszczęsnych braci Zielińskich – oni przecież przez lata nie wpadli, tylko wyjątkowo podejrzanym zachowaniem mnożyli kolejne wątpliwości – skoncentrujmy się na osobach już wcześniej dyskwalifikowanych za doping. A tych jest tak wielu, że głosy potępienia pod adresem sportowców z innych państw są często zwyczajnie niesmaczne. Powody do wstydu ma wielu, może kiedyś będą mieć jeszcze większe, bo nie wszystkie afery zostały przecież wyjaśnione.

To często nie są pierwsze lepsze nazwiska. W lekkoatletyce mamy choćby jamajskich sprinterów Shelly-Ann Frasier-Pryce i Asafę Powella. Mamy LeShawna Merrita, amerykańskiego kandydata do medali na 200 i 400 m, który obecność niedozwolonych substancji w swoim organizmie tłumaczył stosowaniem preparatów na powiększenie penisa. Mamy młociarza Iwan Tichona, który wpadł w zasadzie dwa razy – raz od dyskwalifikacji uratowali go prawnicy – a na niedawnych mistrzostwach Europy startował z hasłem „rzucam czysty” na plastronie. Właściwy byłby napis "rzucałem na koksie". 

Mamy wreszcie Justina Gatlina, jednego z faworytów biegów sprinterskich, który był już zdyskwalifikowany dwa razy, a teraz może być zwycięzcą jednej z najbardziej prestiżowej konkurencji na igrzyskach.

Pierwszy raz Gatlina złapano w 2001 roku. Wtedy miał pauzować dwa lata za zażywanie amfetaminy, ale ostatecznie dyskwalifikacja trwała tylko rok. Gdy wrócił na bieżnię, szybko zaczął osiągać dobre wyniki. Apogeum był start na igrzyskach olimpijskich w Atenach, na których wygrał bieg na 100 metrów. Rok później zdobył dwa złote medale mistrzostw świata w Helsinkach.

Drugi – w 2006 roku, gdy badania wykazały, że ma podwyższony poziom testosteronu. Zgodnie z przepisami antydopingowymi powinno to oznaczać dożywotnią dyskwalifikację. Powinno, ale w przypadku Gatlina praktyka była inna. Najpierw zawieszono go na osiem lat, później karę skrócono do czterech. To był jasny układ: umożliwienie powrotu do sportu w zamian za współpracę z organami antydopingowymi. Standardy są różne. Julia Stiepanowa, która pomogła obnażyć rosyjski proceder, nie wystąpi w Rio, choć była karana "tylko" raz, a jej start popierała Światowa Agencja Antydopingowa. Veto postawił MKOl.

Zamiast końca kariery, Gatlina czekało nadzwyczajne złagodzenie kary. Zamiast wstydu, kontrakt sponsorski. Dla Nike strategia szokowania nie ogranicza się do ubierania klubów piłkarskich w jaskrawe koszulki. Rozgłosu szuka też przez wspieranie sportowców uwikłanych w afery dopingowe. Przecież nie ważne, jak mówią, ważne, żeby nie mylili nazwy i prawidłowo rysowali znaczek.

Gatlin wrócił do sportu w 2010 roku. Podobno jest czysty, choć biega szybciej niż przed drugą dyskwalifikacją. Przed nią jego najlepszy czas na 100 metrów, nie licząc unieważnionego w dziwnych okolicznościach rekordu świata z 2006 roku, wynosił 9,85 s. Po banicji tę barierę pokonywał w czterech sezonach. Teraz jego rekord życiowy to 9,74 s. 

Wszyscy widzą, że Gatlin jest szybki. Nikt nie wierzy, że jest czysty, choć testy przeprowadzone w ostatnich sześciu latach nie dały pozytywnego wyniku. Wątpliwości budzi za to okres dyskwalifikacji. Przez cztery lata nikt go nie kontrolował, bo nie było w tym żadnego sensu. Mógł więc bez obaw tuczyć się zabronionymi środkami, które – jak przyznają naukowcy – dają efekt nawet długo po zaprzestaniu ich stosowania.

W tym roku Amerykanin legitymuje się dwoma najlepszymi wynikami na świecie na dystansie 100 m. Podobnie było przed zeszłorocznymi mistrzostwami świata. W Pekinie sprint wygrał jednak Usain Bolt. Takie rozstrzygnięcie przyjęto z ulgą. Choć wiara w czystość sportowców często jest naiwna, to Jamajczyk chociaż nie daje podstaw, by podejrzewać go o doping. Poza jedną: bardzo szybko biega. To i tak dla wielu wystarczający powód, by tworzyć teorie spiskowe.

Na bieżni w Rio będziemy zatem oglądać starcie jak z amerykańskiego komiksu. Dobry i zły, Bolt i Gatlin. Świat, nawet ten sportowy, od zwycięstwa Amerykanina się nie zawali, w końcu przez dziesięciolecia przyzwyczajaliśmy się do takich rzeczy. Byłoby jednak lepiej, gdy na złotego medalistę flagowej konkurencji igrzysk można było patrzeć bez niesmaku.

Zawody lekkoatletyczne podczas igrzysk w Meksyku w 1968 roku kojarzą się przede wszystkim z demonstracją dwustumetrowców Tommy'ego Smitha i Johna Carlosa, którzy na podium protestowali przeciwko dyskryminacji rasowej w USA. Na stadionie działy się jednak też inne wyjątkowe rzeczy. Z polskiej perspektywy – zwycięstwo Ireny Szewińskiej w biegu na 200 m. Z szerszej – czwarty złoty medal dyskobola Ala Oertera, rewolucyjny flop Dicka Fosbury'ego w skoku wzwyż i niebywały rekord świata Boba Beamona w skoku w dal. Tamten skok nadal jest jednym z największych wydarzeń w dziejach lekkoatletyki.

Początek był typowy, jak z amerykańskiego filmu. Trudne dzieciństwo, bez wcześnie zmarłej matki i wiecznie pijanego ojca, gangsterskie towarzystwo, kłopoty z prawem. I nowe życie, którą dali życzliwi ludzie, sport i wrodzony możliwości.

Przed igrzyskami w 1968 roku Beamon był w znakomitej formie, odnosił wiele zwycięstw, a jeden z jego skoków nie został uznany rekordem świata tylko ze względu na zbyt silny wiatr. Rywale się go bali, ale być może bez rady jednego z nich nie byłoby całej historii.

Amerykanin skakanie w Meksyku zaczął źle – w kwalifikacjach spalił dwie próby. Pomogła dopiero podpowiedź Ralpha Bostona, kolegi z reprezentacji USA i współrekordzisty świata, który przed ostatnim podejściem doradził mu zmianę rozbiegu. Efekt był dobry – 8,19 m i pewny awans do finału.

To jeszcze Beamona nie uspokoiło. W nocy poprzedzającej finał rozluźnienie przyniosła mu dopiero tequilla i chwile spędzone z dziewczyną.

Walka o złoty medal skończyła się zanim na dobre się zaczęła. Już w pierwszym skoku Beamon wylądował daleko poza zasięgiem aparatury pomiarowej. Zamieszanie było ogromne: sędziowie wyciągnęli miarę, przez kilkanaście minut sprawdzali, czy na pewno dobrze widzą, a gdy wreszcie uznali, że tak, na stadionie zawrzało. Wynik był niesamowity – 8,90 m! Poprzedni rekord świata, należący do Bostona i Iwana Ter-Owanesjana, był o 55 cm gorszy. Innym zawodnikom pozostała tylko walka o srebrny medal. Zdobył go Klaus Beer z NRD. Z Amerykaninem przegrał aż o 71 cm.

W jednej chwili wszystko zgrało się doskonale: świetna forma i talent Beamona, doskonała próba, silny wiatr w plecy oraz korzyści wynikające z położenia stadionu w Meksyku, panujących tam warunków i rozrzedzonego powietrza. Jeden taki skok na miliony. Dla Beamona też. To był jego jedyny start na igrzyskach olimpijskich, a lekkoatletycznych mistrzostw świata wtedy jeszcze nie rozgrywano. To nie była więc legenda budowana przez lata, tak jak teraz robi to Michael Phelps; to była legenda stworzona błyskawicznie, na dobrą sprawę w ciągu kilkunastu sekund.

Rekord Beamona przetrwał przez 23 lata. Długo polował na niego Carl Lewis, który zwyciężał w skoku w dal na czterech kolejnych igrzyskach, ale nie był w stanie poprawić wyniku rodaka. W historii lekkoatletyki dłuższy był tylko jeden skok – Mike Powell na mistrzostwach świata w 1991 roku pobił rekord świata o 5 cm.

Teraz, w 2016 roku, 48 lat po wyczynie Beamona, skacze się znacznie bliżej. Przed igrzyskami w Rio liderem list światowych był Jarrion Lawson. Wynik – 8,58 m.

piątek, 05 sierpnia 2016

Gdyby reprezentacja Polski powtórzyła na igrzyskach w Rio osiągnięcia z ostatnich mistrzostw świata, to mielibyśmy powody do satysfakcji. Ale czy są na to szanse?

Przed igrzyskami jesteśmy w dobrych nastrojach, bo w ostatnich latach nasi sportowcy osiągali wartościowe wyniki w ważnych i prestiżowych dla nas dyscyplinach. W trakcie olimpiady, czteroletniego okresu między igrzyskami, mieliśmy przecież medale siatkarzy i piłkarzy ręcznych, świetne występy kolarzy w mistrzostwach świata i wielkich tourach, zwycięstwa Agnieszki Radwańskiej, a nawet dobrą grę piłkarskiej reprezentacji, która ma duże znaczenie dla samopoczucia kibiców i oceny sportowego krajobrazu.

Apetyty na dobre wyniki w Rio de Janeiro zaostrzyli nam zwłaszcza lekkoatleci, którzy rok temu świetnie wypadli na mistrzostwach świata, a w tym roku przywieźli worek medali z mistrzostw Europy. Bardziej miarodajne są wyniki z pierwszej z tych imprez. Mistrzostwa świata na rok przed igrzyskami zawsze są ważnym testem, to już ostatnia prosta do igrzysk, nie powinno więc być miejsca na eksperymenty i absencje, jakie często zdarzają się w roku poolimpijskim.

Po występie w Amsterdamie wzrosły oczekiwania, ale liczba medali może być nieco myląca. Na podium ME stanęli też zawodnicy, którzy w Rio mogą mieć problemy ze znalezieniem się nawet na miejscach punktowanych. Ciesząc się ze złota Angeliki Cichockiej nie możemy przecież zapominać, że najlepsze biegaczki na 1500 m pochodzą spoza Europy. Szybciej od Polki biegało w tym roku aż czternaście zawodniczek. Mając trzech kulomiotów, każdego z zupełnie innej parafii, każdego ze sporymi aspiracjami, musimy pamiętać, że na listach światowych dominuje tercet reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Medal będzie nieosiągalny dla Joanny Linkiewicz, która biega na 400 ppł, a już wąski finał byłby sukcesem trójskoczka Karola Hoffmana.

Na występy lekkoatletów i tak będziemy patrzeć z wielkim zainteresowaniem – mamy wśród nich ośmiu aktualnych medalistów mistrzostwa świata. Żadna dyscyplina nie dała nam ostatnio tylu sukcesów, w żadnej nie mamy też tak pewnych kandydatów do złotych medali jak Anita Włodarczyk i Paweł Fajdek. A wysokie aspiracje mają też zawodnicy, którzy ostatnio nie stawali na podium. Kamila Lićwinko była czwarta w skoku wzwyż na ostatnich mistrzostwach świata. Przed nią uplasowały się dwie reprezentantki Rosji, których z wiadomych względów na igrzyskach nie będzie.

Łącznie do Rio de Janeiro wysyłamy szesnastu aktualnych medalistów mistrzostw świata w konkurencjach olimpijskich. Poniżej ich lista. Gdyby udało się powtórzyć takie wyniki na igrzyskach, to z Brazylii wracalibyśmy z najlepszym olimpijskim dorobkiem od 20 lat.

ZŁOTO:

  • Piotr Małachowski, lekkoatletyka, rzut dyskiem,
  • Anita Włodarczyk, lekkoatletyka, rzut młotem,
  • Paweł Fajdek, lekkoatletyka, rzut młotem,
  • Małgorzata Białecka, żeglarstwo, RS X,
  • Piotr Myszka, żeglarstwo, RS X,
  • Drużyna siatkarzy.

SREBRO:

  • Radosław Kawęcki, pływanie, 200 metrów stylem grzbietowym,
  • Adam Kszczot, lekkoatletyka, 800 metrów,
  • Marta Walczykiewicz, kajakarstwo, K-1 200 m,
  • Adrian Zieliński, podnoszenie ciężarów, 94 kg.

BRĄZ:

  • Wojciech Nowicki, lekkoatletyka, rzut młotem,
  • Robert Urbanek, lekkoatletyka, rzut dyskiem,
  • Piotr Lisek, lekkoatletyka, skok o tyczce,
  • Paweł Wojciechowski, lekkoatletyka, skok o tyczce,
  • Jan Świtkowski, pływanie, 200 metrów stylem motylkowym,
  • Drużyna piłkarzy ręcznych.

Reprezentanci Polski są medalistami w jeszcze dwóch olimpijskich konkurencjach. Mateusz Polaczyk od wielu lat utrzymuje się wśród najlepszych jedynek w kajakarstwie górskim, jest aktualnym wicemistrzem świata, a zagraniczni analitycy widzieli w nim pewniaka do medalu. Na igrzyska jednak nie pojedzie, bo przegrał wewnętrzną rywalizację z Maciejem Okręglakiem, którego największym osiągnięciem jest piąte miejsce na mistrzostwach Europy. Podobny los spotkał też kanadyjkarzy Piotra Kuletę i Marcina Grzybowskiego, którzy są brązowymi medalistami mistrzostw świata w wyścigu na 1000 metrów. W Rio de Janeiro wystartują jednak zwycięzcy krajowych kwalifikacji – Mateusz Kamiński i Michał Kudła. Jeśli w obu konkurencjach Polacy nie zdobędą medali, a wiele na to wskazuje, to czeka nas debata o zasadach wyłaniania reprezentacji na igrzyska.

Do Rio pojadą też sportowcy, którzy na ostatnich mistrzostwach świata zdobywali medale w konkurencjach nieolimpijskich. Uwagę należy zwrócić przede wszystkim na pływaka Konrada Czerniaka, brązowego medalistę na 50 m delfinem, który w poprzednich latach stawał na podium także na innych dystansach. Konkurencję musiała też zmienić jeżdżąca na torze kolarskim Małgorzata Wojtyra. Wicemistrzyni świata w wyścigu punktowym wystartuje w omnium.

Komentarza wymaga też status Radwańskiej, która ubiegły rok zakończyła jako zwyciężczyni turnieju Masters, który często jest nazywany nieoficjalnymi mistrzostwami świata. Tenis jest jednak dyscypliną specyficzną – w odróżnieniu od wielu dyscyplin nie ma w niej centralnej imprezy. W sezonie dominują cztery turnieje Wielkiego Szlema. Rozgrywany pod koniec roku Masters ma niższą rangę, więc trudno traktować Radwańską na równi z naszymi innymi mistrzami świata.

Przegląd wyników ostatnich mistrzostw świata daje nam powody do optymizmu. Tym bardziej, że medali nie zdobywali na nich zawodnicy, który w Rio de Janeiro mogą sprawić miłe niespodzianki: kolarze różnych specjalności, wioślarze, czy choćby siatkarze plażowi, którzy byli blisko podium już w Londynie. Mogą, co nie znaczy, że je sprawią. Analiza relacji dorobku medalowego Polaków na „przedolimpijskich” mistrzostwach świata do wyników na igrzyskach może jednak trochę ostudzić nastroje.

W 2004 roku wysłaliśmy do Aten piętnastu ówczesnych medalistów mistrzostw świata. Igrzyska zakończyliśmy z dziesięcioma medalami. Medale „obronili” Robert Korzeniowski (złoto w chodzie na 50 km) i Otylia Jędrzejczak (złoto na 200 m delfinem, srebro na 100 m delfinem), wioślarze Robert Sycz i Tomasz Kucharski zamienili srebro na złoto, a florecistka Sylwia Gruchała srebro na brąz.

Cztety lata później różnica była jeszcze bardziej dotkliwa. Do Pekinu pojechało 22 medalistów mistrzostw świata, a na igrzyskach znów zdobyliśmy tylko dziesięć krążków. Złote medale potwierdzili gimnastyk Leszek Blanik i wioślarska czwórka podwójna, a sztangista Szymon Kołecki zamienił brąz na srebro (a ostatecznie, po dyskwalifikacji Ilji Iljina, na złoto). Reszta naszych medalistów z Pekinu wróciła z niczym.

Przed igrzyskami w Londynie wyniki naszych reprezentantów były kiepskie. W konkurencjach olimpijskich na mistrzostwach świata zdobyliśmy zaledwie dziesięć medali. Tyle samo wywalczyliśmy na igrzyskach. Miejsca na podium obronili tylko zapaśnik Damian Janikowski (srebro na MŚ, brąz na IO), żeglarka Zofia Klepacka (srebro na MŚ, brąz na IO), sztangista Adrian Zieliński (brąz na MŚ, złoto na IO) oraz startująca w zmienionym składzie kobieca dwójka w kajakarskim wyścigu na 500 metrów.

Teraz powinno być lepiej – liczymy na najlepsze igrzyska w XXI wieku. Jeśli nie uda się tego osiągnąć, będzie można mówić o sporym rozczarowaniu. Po wykluczeniu rosyjskich dopingowiczów rywalizacja w niektórych konkurencjach będzie słabsza, jednak nie ma powodów, by przesadnie szarżować z oczekiwaniami. Kibice i media często kreują rzeczywistość bez racjonalnych podstaw i żadnego umiaru, a później ostro rozliczają wszystkich, którzy śmieli nie spełnić ich wymagań. Nawet tych, którzy nie mieli na to żadnych szans. Zamiast tego lepiej ucieszyć się z niespodzianek, które często smakują lepiej niż sukcesy osiągane przez murowanych faworytów. Czekajmy na nie. Te igrzyska powinny być dla nas lepsze niż ostatnie, ale medalowych szaleństw się nie spodziewajmy.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Barcelona / fot. goal.com

Obszerny przegląd sezonu klubowego w Europie. Subiektywny, w końcu obiektywizm w piłce ogranicza się do podania wyniku meczu, a w dodatku to tylko blog.


To był sezon Barcelony – najlepszej drużyny Europy w minionym roku. Wystarczająco dużo mówią zdobyte przez nią trofea, to przecież dopiero ósmy przypadek, gdy klub kończy sezon zwycięstwem w lidze, krajowym pucharze i Pucharze Mistrzów. W pełni te sukcesy pozwala docenić na listę pokonanych przez Barcelonę rywali. Nie ma mowy o przypadku, fuksie, słabej konkurencji. Z Ligi Mistrzów wyrzucała mistrzów najlepszych lig kontynentu. Na własnym podwórku wygrała w najtrudniejszym rozdaniu od lat. Była lepsza od znakomitego w pierwszej fazie rozgrywek Realu, który długo śrubował serię zwycięstw, stabilizującego się na wysokim poziomie Atletico oraz rosnących w siłę Valencii i Sevilli. Ten zestaw oraz wyniki hiszpańskich klubów w europejskich pucharach każą widzieć w Primera Division najmocniejszą krajową ligę minionego roku.

Barcelona zdominowała opowieść o tym sezonie. Najlepszym trenerem był przecież Luis Enrique, który przetrwał zawirowania w trudnej szatni, ułożył się z nią, a drużynie nadał nowy kształt. Odświeżona Barca grała porywająco, jej fetyszem nie było już długie posiadanie piłki, pokazywała futbol urozmaicony, intensywny, szybszy, niż w poprzednich latach. Krótko: najlepszy w Europie. Kto jest zdania, że kunsztu trenera wcale nie poznaje się w najbogatszych klubach, z pewnością doceni pracę Unaia Emerego w Sevilli, Nuno w Valencii, Silvio Piolego w Lazio, Luciena Favre'a w Borussii Moenchengladbach, czy Huberta Fourniera w Lyonie.

Luis Enrique przyłożył też rękę do powstania najlepszego tercetu sezonudo Neymara i przesuniętego na skrzydło Leo Messiego dokładając Luisa Suareza. Słusznie zastanawiano się, czy przyjście Urugwajczyka nie rozsadzi szatni na Camp Nou, ale okazało się, że jest wystarczająco duża, by pomieścić ego wszystkich artystów. Świetnie się dopasowali, grali ze sobą i dla siebie nawzajem, we trójkę strzelając w lidze więcej goli niż całe składy Chelsea, Bayernu, czy Juventusu. Dodać należy jeszcze oczywistość: najjaśniej świeciła gwiazda Messiego, najlepszego piłkarza sezonu, który wysłuchał już tylu komplementów, że może go już mdlić od tych słodyczy. Ale zasłużył, na boisku uprawiał sztukę, a w piłkę przez ostatni rok grał lepiej od Cristiano Ronaldo. A to już znak wybitnej jakości.

W Barcelonie oglądaliśmy też najważniejsze pożegnanie sezonu. Czy można wymyślić lepsze podsumowanie zmian w jej grze od odejścia Xaviego, może najlepszego piłkarza pierwszej dekady XXI wieku, ucieleśnienia tiki-taki i jej organizatora w dwóch wielkich drużynach? Zostało po nim piękne zdjęcie – panoramy miasta z wielką podobizną piłkarza na Camp Nou.

Ale Barcelona to też – wytrzymajmy z nią jeszcze kilka zdań – meteor Munir El Haddadi, który wpadł do składu na początku sezonu, narobił trochę szumu i szybko zniknął z pola widzenia. Po rozegraniu dwóch meczów w lidze trafił nawet do odświeżanej reprezentacji Hiszpanii. Nagły awans trudno wytłumaczyć, bo Vicente del Bosque ma przecież lepszych specjalistów, a palenie go dla kadry Maroka była przesadną pazernością. Jeśli zasłużyłby na grę dla Hiszpanii, to i tak by w niej zagrał. Jeśli, bo na razie to najwyżej kolejny Isaac Cuenca.

Niespodzianek w Hiszpanii było więcej – Real Sociedad zrobił z Davida Moyesa jednego z najlepiej zarabiających szkoleniowców świata. To najbardziej zaskakujący ruch trenerski minionego sezonu. Brytyjczycy nie cieszą się przesadną renomą nawet u siebie, na kontynent zjeżdżają rzadko, ostatnio pozostając bez większych sukcesów. Moyes na razie też jest na peryferiach – niepełny sezon pracy zakończył się dwunastym miejscem Realu.

Fernando Torres męczył się w Chelsea, nie mógł przebić się w kiepskim Milanie, ale stał się bohaterem najgłośniejszego powrotu minionego sezonu. Transfer Hiszpana do Atletico był zaskakujący, bo słabnący od kilku lat piłkarz zdawał się nie pasować do drużyny Diego Simeone. Rewelacji nie było, zbyt wielu goli też nie, jednak Torres swoje zrobił – wbił dwie szpile Realowi na Santiago Bernabeu w Pucharze Króla, wyzwolił euforię wśród kibiców i pozwolił zarobić klubowi na tysiącach sprzedanych koszulek.

Najwięcej w tym sezonie zyskał Massimiliano Allegri, którego na początku sezonu opluwano, a na koniec doceniono za utrzymanie dla Juventusu mistrzostwa Włoch i przede wszystkim przywrócenie klubu do czołówki Ligi Mistrzów. Z wyczuciem rozwijał drużynę zostawioną przez Antonio Conte, przećwiczony system 3-5-2 uzupełniając o 4-3-1-2, co pomogło osiągać sukcesy w Europie.

Juventus to w europejskiej czołówce nowe Atletico. Zapomnijmy na moment o dawnych sukcesach, skupmy się na ostatnich sezonach, które Stara Dama naznaczyła europejskim średniactwem. Awans z dalszego szeregu do finału Ligi Mistrzów, tak jak wcześniej Borussii i Atletico, było dużą niespodzianką. Każda z tych drużyn była inna, wszystkie dodały piłce świeżości, wszystkie też w finale przegrały. Niespodziewanych bohaterów miała też Liga Europy. Dnipro Dniepropietrowsk wychylił się zza pleców krajowych potentatów z Dynama Kijów i Szachtara Donieck, w pucharach eliminował Olympiakos, Ajax i Napoli, a do warszawskiego finału dotarł nie rozgrywając z powodu wojny na Ukrainie. ani jednego meczu na własnym stadionie. A jeszcze pięć lat temu i Juventus, i Dnipro z pucharów wyrzucił Lech Poznań.

We Włoszech za Juventusem ciągnęły się stare grzechy – październikowe zwycięstwo z Romą dały mu tak kontrowersyjne gole, że opinia publiczna zawyła, a decyzje sędziego Gianluki Rocchiego stały się przedmiotem debaty we włoskim parlamencie. Deputowani grzmieli, że cała sytuacja podważyła wiarygodność kraju i może mieć trudne do oszacowania skutki społeczne. Na ulicach Rzymu jeszcze długo po meczu można było zobaczyć nawiązujące do niego transparenty. Jeden z nich w biblijnym tonie głosił, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż całe towarzystwo z Juventusu wstąpi do królestwa niebieskiego. To była najlepsza włoska komedia tego sezonu.

Juventus - Roma

Najbardziej zdeklasowanym piłkarskim miastem stał się przyzwyczajony do wielkich gier Mediolan, który pierwszy raz w dziejach nie będzie miał reprezentanta w europejskich pucharach. I to najlepiej świadczy o tym, jak sprzeciętniały oba tamtejsze kluby. Milan zamienił się w zespół bez właściwości, zgraję przypadkowych piłkarzy, chwilowo trenowanych przez wyciągniętego z kapelusza Filippo Inzaghiego. Inter nie może dojść do siebie po zwycięstwie w Lidze Mistrzów, przerabia siódmego trenera w ciągu pięciu lat, a cegły porozrzucane po placu budowy wciąż czekają, by ktoś zaczął je fachowo układać. Odzyskiwanie utraconych pozycji zaczęło się pełną parą – w Milanie nastał nowy trener, tym razem pokrzepiony pracą w Sampdorii Sinisa Mihailović, a do obu klubów za chwilę zaczną przychodzić nowi zawodnicy.

Większa beznadzieja była chyba tylko w Parmie, tam oglądaliśmy organizacyjny chaos, który po kilku zmianach własnościowych zaowocował brakiem prądu, ciepłej wody, wielomilionowymi długami i najgłośniejszym upadkiem sezonu. Bankructwo klubu poprzedziło kilka lat zadziwiającej gospodarki transferowej, dokonywania kilkuset ruchów w jednym tylko oknie, patologicznej w piłce hurtowni zawodników. Nowy rozdział w swojej historii Parma rozpocznie od czwartej ligi. Takie katharsis może jej wyjść na zdrowie.

Mieliśmy też w Serie A okaz niezwykły, weterana sezonu Lukę Toniego, króla strzelców ligi. Wyczyn 38-letniego napastnika zasługuje na uznanie, grał przecież w średnim Hellas Werona, a nie w klubie z czołówki, którego stać na zapewnienie snajperowi dobrego serwisu.

Największym rozczarowaniem był nędzny występ angielskich klubów w europejskich pucharach. Najwięcej mówi o nim nie etap rozgrywek, na którym wypadały za burtę, ale wrażenie, że w czołówce Ligi Mistrzów zupełnie, ale to zupełnie ich nie brakowało.

W Anglii trwa jednak złoty wiek. Najlepszym dowodem jest sprzedaż praw telewizyjnych do Premier League na trzy lata za ponad 5 miliardów funtów – największy kontrakt tego sezonu. Kilka najpodlejszych nawet meczów będzie kosztowało tyle, co cały sezon polskiej Ekstraklasy. A przecież to tylko umowa na rynek krajowy, handlowanie z zagranicznymi nadawcami pozwoli jeszcze powiększyć tę kwotę.

Wielkie pieniądze, które wpadną do skarbców angielskich klubów, trzeba jeszcze umieć dobrze wydawać. Najgłupszym transferem roku było przecież kupienie Mario Balotellego przez Liverpool, człowieka-zagadki, którego nikomu nie udało się poskromić na dłuższą metę. Brendanowi Rogdersowi też nie. Ale sam prosił się o takie kłopoty. Nawiasem: jeśli szukać człowieka, który najgorzej wyciągał wnioski z transferowych niepowodzeń innych, to też znajdziemy go w Walijczyku. Nie dość, że naciął się na Balotellim, to pieniądze za Luisa Suareza roztrwonił na nieprzekonujących piłkarzy równie źle, jak rok wcześniej Tottenham wydał fortunę otrzymaną za Garetha Bale'a.

Zdarzyła się też w Anglii najładniejsza historia sezonu z najgorszym możliwym zakończeniem. Wracający do gry po walce z rakiem Jonas Gutierrez wygrał dla Newcastle decydujący mecz w walce o utrzymanie w Premier League, miał w nim asystę i strzelił gola, a niedługo po nim został telefonicznie odprawiony przez klub. Piłka to biznes, rządzi nim pieniądz, ale powinno być w nim miejsce na przyzwoitość i dobry gest. Zwłaszcza, że Newcastle na braku klasy wcale nie oszczędzi. Pieniądze, których nie wyda na Gutierreza, i tak zaraz zmarnuje na niepotrzebne transfery.

Największy kryzys dotknął Borussię Dortmund. Zapaść można było przewidzieć, przyczyny zdają się wyraźne – wyeksploatowanie po intensywnych sezonach, zmiany w kadrze, słabsza forma i kontuzje czołowych graczy – jednak szokowały jej rozmiary. Borussia w ciągu kilku miesięcy wyżyn tabeli zjechała na dno i grała tak nieporadnie, że zastanawiano się, czy po wyłączeniu heavy metalu nie będzie trzeba odegrać marszu żałobnego na okoliczność spadku do drugiej Bundesligi. Jurgen Klopp w porę pozbierał drużynę, wyprowadził ją na przyzwoite siódme miejsce i odszedł z klubu. Może nie była to najbardziej znacząca zmiana trenerska, która wydarzyła się w ostatnim roku, przecież dwóch pierwszoroczniaków poprowadziło drużyny w finale Ligi Mistrzów, ale z całą pewnością to jej najbardziej żal. Razem z rezygnacją wypalonego Kloppa zakończyła się najfajniejsza przygoda ostatnich lat. Szkoda, już tęskno.

Robert Lewandowski podpisał kontrakt z Bayernem Monachium półtora roku temu i okazał się bohaterem najlepszego bezgotówkowego transferu sezonu. Polak uczestniczył w największych pogromach tego sezonu. Bayern bezlitośnie obijał Romę i Porto, w dwóch meczach Ligi Mistrzów nastrzelał 13 goli, co w grach między tak klasowymi drużynami na wysokim szczeblu zdarza się rzadko. I tak Bawarczycy kończyli sezon rozczarowani, wymagania wobec nich były absurdalnie wysokie, a zdobyli tylko mistrzostwo Niemiec i dotarli do półfinału Ligi Mistrzów. Czyli, jak można było wyczuć, zaledwie ciut więcej niż nic.

I jeszcze migawka z Niemiec – najgorszym gadżetem sezonu był szalik Herthy Berlin z podobizną trenera Josa Luhukaya. Po zwolnieniu Holendra chyłkiem wycofano towar z klubowego sklepu, bo nadawał się tylko na przemiał. Nauka dla piłkarskich marketingowców – na wszelki wypadek nie wynosić trenerów na pamiątki.

Perfekcyjnego gola zespołowego wypracowali piłkarze Sportingu Braga w meczu z Rio Ave. W misternie tkanej akcji wzięło udział jedenastu ludzi, a kopnięcie ostatniego z nich zakończyło się zdobyciem bramki. Trening przeniesiony na mecz.

Polska piłka miała zagranicą kilku bohaterów. Był nim Grzegorz Krychowiak, który wszedł do składu Sevilli jak po swoje, błyskawicznie wkomponował się do nowej drużyny, a pod koniec sezonu można było odnieść wrażenie, że jego przygoda z Andaluzją nie jest liczona w miesiącach, lecz długich latach. Był też Łukasz Fabiański, który wreszcie na stałe podniósł się z ławki rezerwowych i stał się czołowym bramkarzem angielskiej ekstraklasy. Największym był jednak Kamil Glik, ostoja Torino i reprezentacji Polski, nie tylko przez wzgląd na piłkarską klasę, ale charakter, pracę i ścieżkę kariery. To przecież nie był cudowny chłopak, którym zachwycaliśmy się od małego, kilka lat temu prawie nikt nie dałby pięciu złotych, że wychyli się ponad polską Ekstraklasę. Teraz, po wielu zakrętach, jest docenianym w lidze włoskiej stoperem, kapitanem swojej drużyny i jest fanatycznie uwielbiany przez kibiców. Nasi piłkarze bywali gwiazdami zagranicznych drużyn, trzymali szatnię, lecz bodaj żaden z nich nie miał klubie i wśród kibiców takiej pozycji jak Glik.

Najbardziej wyczekiwanego polskiego gola strzelił Marcin Wasilewski – trafił dla Leicester w meczu z Manchesterem United i zatrzymał licznik niemocy. To pierwsza bramka Polaka w lidze angielskiej od 23 lat. Poprzednio dla Evertonu strzelił Robert Warzycha – też w meczu z Manchesterem United, też na Old Trafford, a nawet na tę samą stronę boiska.

Niestety, nie obyło się bez aktów barbarzyństwa, największym było ostrzelanie autokaru z piłkarzami Fenerbahce. Futbol rodzi pozytywne emocje, ale niestety również zło i prymitywną nienawiść prowadzącą do przemocy, dla której nie ma akceptacji i żadnych okoliczności łagodzących.

sobota, 30 maja 2015

Z obecnością Kataru w sportowym mainstreamie zdążyliśmy się oswoić, ale znosimy ją ze wstrętem. Dotychczas kojarzyła się głównie z inwestycjami w europejskie kluby, kaperowaniem sportowców z całego świata i kupowaniem kolejnych wielkich imprez. Teraz poznamy jej nowe oblicze, bo Katar przestaje być tylko importerem. Powoli staje się również producentem.

Pierwsze piłkarskie owoce wydaje akademia Aspire, zbudowana z rozmachem fabryka, która ma urzeczywistnić sny szejków o sportowej potędze. Kilku jej absolwentów znalazło się w kadrze Kataru już na tegorocznym Pucharze Azji, ale byli w niej jeszcze dodatkiem. Teraz będzie można dowiedzieć się trochę więcej o jakości katarskich produktów.

Prawdziwą próbą programu będzie rozpoczęty właśnie mały mundial w Nowej Zelandii, na który Katarczycy awansowali wygrywając młodzieżowe mistrzostwa Azji. To był pierwszy sukces z udziałem z wychowanków akademii Aspire. Część z nich pobiera już nauki w prowincjonalnych europejskich klubach, które są powiązane kapitałowo z katarskimi szejkami. Bramkarz Yousof Hassan Ali, obrońca Fahad Shanin, pomocnicy Ahmad Moein Doozandeh, Akram Afif, Ahmed Alsadi i napastnik Almoez Ali grają w belgijskim drugoligowcu z Eupen, którego właścicielem jest Aspire. W LASK Linz, to klub z zaplecza austriackiej ekstraklasy, zostali umieszczeni obrońca Jasem Mohamad, pomocnik Assim Madibo i napastnik Jassim Al Jalabi. I tylko napastnik Sultan Al-Kuwari może cieszyć się z obecności w markowej drużynie – terminuje w rezerwach Villareal.

Gra Kataru na turnieju w Nowej Zelandii da odpowiedź, czy jego sukces na azjatyckim podwórku można traktować poważnie. Zweryfikuje też umiejętności grającej w reprezentacji Kataru młodzieży, która sprawdzi się w ciekawej grupie z Kolumbią, Portugalią i Senegalem. Przecież nawet najlepiej przemyślany i dofinansowany program nie musi zamienić się w hodowlę klasowych piłkarzy. I, po prawdzie, choć sam występ Kataru na tym turnieju jest ciekawy, to biorąc powagę przynależność klubową jego piłkarzy, nie należy spodziewać się po nim niczego dobrego.

Być może kilku zawodników, którzy zagrają dla Kataru na mistrzostwach, awansuje do kadry na mundial w 2022 roku. To oczywiście szmat czasu, dzisiejsi młodzieżowcy mogą zostać w komplecie wyparci przez lepiej wytrenowane roczniki albo ustąpić miejsca ukształtowanym piłkarzom z zagranicy. W futbolu trudniej zbudować w ten sposób dobrą reprezentację, niż w piłce ręcznej, inne są w procedury, ale na pewno znajdzie się jeszcze kilka przyzwoitych lisów, które chętnie dadzą się przefarbować.

Grzegorz Krychowiak rozpoczął znajomość z polskimi kibicami od mocnego uderzenia. Sieknął z rzutu wolnego, młodzieżowa reprezentacja Polski wygrała z Brazylią na otwarcie mistrzostw świata w 2007 roku, a potem zaliczyła całkiem niezły turniej. Zakończyła go po porażce z Argentyną w drugiej rundzie. Polaków do domu odesłali golami Sergio Aguero i Angel Di Maria, którym nie dali rady Krzysztof Strugarek i Adrian Marek. Odpowiedział tylko dobry wtedy Dawid Janczyk, który dzięki temu zapracował na kontrakt życia w CSKA Moskwa.

Losy tych sześciu piłkarzy mogłyby posłużyć do opowiedzenia o mistrzostwach świata do lat 20, których kolejna edycja rozpoczęła się właśnie w Nowej Zelandii. To specyficzny turniej, tu wyniki drużyny są istotne, ale prawdziwej wartości nabierają dopiero dzięki przyszłym sukcesom tworzących ją indywidualności. Bez nich pozostaną nieskonsumowane. Zupełnie inaczej, niż w futbolu klubowym, w którym rekordy jednostki będą niekompletne, jeśli nie pójdą za nimi sukcesy drużyny.

Niektórzy, jak Aguero i Di Maria, byli gwiazdami wśród młodzieżowców, przerastali to towarzystwo i szybko zaczęli potwierdzać wybitne umiejętności na najwyższym poziomie. Droga innych na top, to o Krychowiaku, nie była tak oczywista. Byli też piłkarze, Janczyk będzie tu dobrym przykładem, którzy skończyli się zanim na dobre się zaczęli, narobili zamieszania, a zaraz potem się wszystko zmarnowali. Wielu na małym mundialu zagrało dzięki korzystnemu zbiegowi okoliczności, dobrej dacie urodzenia i nędznej konkurencji. W kategorii open, tak jak Strugarek i Marek, nie potrafili zaistnieć nawet w polskiej Ekstraklasie.

Intrygujące jest obserwowanie tych historii właśnie od najpoważniejszego turnieju w piłce młodzieżowej. Ale mały mundial – nie tylko dla młodszych piłkarzy, ale właśnie mniejszy, mniej rozdęty, słabiej opakowany od dużego – nie jest wyjątkowy tylko ze względu na moment w karierach zawodników. Wpływa na to również specyfika rozgrywek.

Po pierwsze, grają 24 drużyny, co powoduje, że po fazie grupowej trzeba tworzyć ranking drużyn z trzecich miejsc, by wyłonić uczestników kolejnej rundy. Taki system obowiązuje od lat, był na kilku seniorskich mundialach, będzie też na przyszłorocznych mistrzostwach Europy. To nie jest dobre rozwiązanie – niepotrzebnie komplikuje rozgrywkę, sprawia że jest mniej przejrzysta.

Po drugie, miejsca na mistrzostwach podzielono niemal równo między wszystkie strefy eliminacyjne. Zarzuty o załatwianiu w ten sposób interesów działacze FIFA wytłumaczą gładką gadką o chęci stworzenia różnorodnego turnieju i potrzebą zmniejszania różnic między kontynentami. W konsekwencji takiego podejścia poziom mistrzostw nie jest tak wysoki, jak mógłby być, gdyby lepiej oddano układ sił w światowym futbolu. Najwięcej straciła Europa, która może wystawić tylko sześć drużyn. Różnica w porównaniu z dorosłym mundialem jest znacząca. W zeszłym roku grało na nim trzynaście europejskich reprezentacji, a ogółem uczestników było tylko ośmiu więcej, niż w przypadku młodzieżowych mistrzostw.

Proporcjonalnie zyskały za to Azja oraz Ameryka Północna i Środkowa, które w Nowej Zelandii będą miały po czterech przedstawicieli. Dokładnie tyle samo, co przed rokiem w Brazylii. Wtedy komplet azjatyckich drużyn – łącznie z doklejoną do tej federacji Australią – zakończył udział w mistrzostwach na fazie grupowej i należał do najgorszych drużyn turnieju.

Po trzecie, na małym mundialu obok tradycyjnych potęg i nacji kojarzonych z piłką, regularnie pojawiają się drużyny z państw będących na peryferiach futbolu lub nawet światowego sportu. Tylko w XXI wieku epizody na nim odgrywały reprezentacje Syrii, Gambii, Konga, Kuby, czy Tahiti.

Na tegorocznym turnieju też nie zabraknie piłkarskiej egzotyki. Nowością jest drużyna Fidżi, która wykorzystała sprzyjające okoliczności w strefie Oceanii. Australia kilka lat temu uciekła do Azji, Nowa Zelandia zwolniła miejsce jako gospodarz finałów, a bez lokalnych liderów o awans było zdecydowanie łatwiej.

Ciekawsza jest obecność wśród uczestników reprezentacji Mjanmy, która do tej pory właściwie nie istniała na sportowej mapie świata. Owszem, na igrzyska olimpijskie – również pod nazwą Birma – wysyłała ekipę szesnaście razy, ale żaden z jej reprezentantów nie stanął na podium. Najbliżej sukcesu była sztangistka Win Kay Thi, która w 2000 roku w Sydney została sklasyfikowana na czwartym miejscu w kategorii do 48 kg.

Epizod na igrzyskach zaliczyła też piłkarska drużyna Birmy. Start w Monachium w 1972 roku – tak, tak, najlepszym również dla Polski – zakończyła po fazie grupowej. To był jedyny dotąd raz, gdy piłkarze z Birmy zagrali przed globalną publicznością. Jeszcze tylko raz, w 1968 roku, zajęli drugie miejsce w mistrzostwach Azji. I to wszystko.

Teraz, już jako Mjanma, zagra anonimowa drużyna złożona wyłącznie z graczy krajowych klubów. Prowadzący ją Gerd Zeise, mało znany niemiecki trener, twierdzi że zwycięstwo ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które dało awans na mistrzostwa, przez lata będzie najważniejszym meczem dla tamtejszego piłkarstwa. Ot, takie mjanmarskie Wembley. 

Nowi w towarzystwie zostaną zauważeni, ale scenie główne role będą grać inni. Jakie dokładnie – okaże się po latach. Mały mundial to przecież tylko początek opowieści, najciekawszy będzie jej ciąg dalszy.