Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 30 marca 2015

Reprezentację Adama Nawałki stworzyło zwycięstwo z Niemcami. Jeden wynik – bo gra już niekoniecznie – dał jej zastrzyk pozytywnej energii, pozwolił odbudować zaufanie u zmęczonych kilkoma smutnymi latami kibiców, a przy okazji zaciemnił prawdziwy obraz drużyny. Tamten mecz ciągle rzutuje na ocenę kadry, trenera i całych eliminacji. Co było złe, to poszło w zapomnienie. Co ciągle jest złe, jest nieco przykryte przez wygraną z Niemcami. Tak jak gra z Irlandią.

To nic nowego, że jeden mecz zmienia postrzeganie reprezentacji. Dla kadry Jerzego Engela punktem zwrotnym było wyjazdowe zwycięstwo z Ukrainą. Dla Leo Beenhakkera – zaskakująca wygrana z Portugalią. W obu przypadkach pojedyncze sukcesy miały dobrą kontynuację. U Nawałki aż tak różowo nie jest – punkty jeszcze się zgadzają, ale gra w meczach z bezpośrednimi rywalami do awansu nie nastraja optymistycznie. 

Mecz w Dublinie można interpretować na kilka sposobów: niezłego wyniku na trudnym terenie, nieszczęśliwie straconego zwycięstwa, wreszcie – wyniku lepszego od gry. Pierwsze jest faktem, chociaż uporczywe powtarzanie, że przed meczem cała Polska remis wzięłaby w ciemno, trąci minimalizmem. Trudno za to mówić o nieszczęśliwie straconym zwycięstwie. Irlandczycy dostali rzut rożny po faulu na Łukaszu Fabiańskim, wyrównujący gol padł w doliczonym czasie gry, co zawsze mocno boli, ale taki scenariusz był pisany już od początku drugiej połowy. Polacy grali w niej katastrofalnie, bronili głęboko, nawet na chwilę nie potrafili uspokoić sytuacji na boisku. O przejmowaniu inicjatywy nie było nawet mowy. Kłopoty w końcówce sprowokowali sami.

Nie pomógł też Nawałka, który nie reagował na słabą grę kilku piłkarzy, koncentrując się tylko na pokrzykiwaniu z ławki. Fatalny był Paweł Olkowski, zupełnie nieprzydatny w środku pola Tomasz Jodłowiec, który nie potrafił wykorzystać nawet warunków fizycznych, mało wnosił Arkadiusz Milik. Albo Nawałka tego nie widział, albo nie wierzył, że zmiennicy mogą zagrać lepiej, dać drużynie pozytywny impuls. Jedno i drugie jest niepokojące.

Nawałka zaskakuje swoimi wyborami. Zazwyczaj trafia – teraz golem za zaufanie odpłacił się Sławomir Peszko. Nie zawiódł też Łukasz Fabiański, który po zmarnowanych latach na ławce Arsenalu, wreszcie udowadnia grą, że można na niego stawiać w reprezentacji. W meczu z Gruzją zapewne szansę dostanie Thiago Cionek, najmniej poważny kadrowicz Nawałki, który zastąpi wykartkowanego Kamila Glika. Szczęście w nieszczęściu: dobrze, serce nie zostało wyrwane z drużyny przed trudniejszym meczem.

Po Irlandii nie ma powodów do optymizmu. Wynik naprawdę był lepszy od gry – rwanej, nerwowej, momentami rozpaczliwej. A przecież o rywalach też nie powiemy zbyt wiele dobrego. Przed kadrą jeszcze długa droga. Nie jest jeszcze tak dobrze, jak można to wyczytać z tabeli.

środa, 25 marca 2015

Maciej Skorża zwycięstwo z Legią przyjął bardzo spokojnie. Słusznie, bo Lechowi nie jest potrzebny tani triumfalizm, ale twarde stąpanie po ziemi. Mnóstwo jest do poprawy: wielu piłkarzy jest w słabej formie, grze całej drużyny brakuje płynności, a ataki zwykle są prowadzone w zbyt słabym tempie, by były zaskoczeniem dla rywali. To refren, który było słychać po wszystkich meczach Lecha w tym roku.

Na razie Skorża nie znalazł sposobu, żeby go zmienić. Dobrze chociaż, że mówi otwarcie o problemach Lecha, a nie próbuje zaklinać rzeczywistość. Raz, że nie robi z siebie durnia, dwa – wiadomo, że myśli trzeźwo, trzy – ma świadomość braków swojej drużyny. To krzepiące.

*

Skorża może się pocieszać lepszymi występami dwóch wiodących zawodników. Wreszcie ze snu zimowego przebudził się Kasper Hamalainen, który jeszcze raz pokazał, że na boisku bardzo potrzebuje miejsca. Jest bardzo efektywny, gdy wykreuje się mu wolne przestrzenie. W tłoku ginie.

Do wysokiej formy dochodzi Karol Linetty, może w ogóle najlepszy piłkarz Lecha w meczu z Legią, który w korespondencyjnym pojedynku kandydatów do gry w środku pola reprezentacji zdeklasował Tomasza Jodłowca.

Na drugim biegunie skrzydłowi – bezbarwni, bez błysku, bez formy. Skorża nie ma teraz żadnego przekonywującego kandydata do gry na boku boiska. I duży ból głowy, co z tym fantem zrobić.

*

Wygrana Lecha z Legią może być jednym z najważniejszych momentów tego sezonu, ale stanie się tak tylko wtedy, gdy będzie początkiem zwycięskiej serii „Kolejorza”. Bez takiego potwierdzenia zupełnie straci na znaczeniu. Ot, będzie tylko chwilą przyjemności, z której nic nie wynika, kolejnym punktem na długiej liście niewykorzystanych szans.

A rozchodzi się przecież o to, żeby wygrać z Legią w całym sezonie, a nie jedynie w trzech meczach. Tylko to ma prawdziwą wartość. Pojedyncze zwycięstwa mogą być jedynie nagrodą pocieszenia.

19:01, bartoszewsky
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 marca 2015

Gabriel Batistuta / wikipedia

Nikt tak pięknie nie smucił się po strzeleniu gola jak Gabriel Batistuta.

Latem 2000 roku szefowie Romy nie oszczędzali – na nowych piłkarzy wydali prawie 100 milionów dolarów. To był kolejny etap przebudowy drużyny zgodnie z projektem autorstwa Fabio Capello. Obronę wzmocnili Walter Samuel z Boca Juniors i Jonathan Zebina z Cagliari. W środku pola pojawił się Emerson, którego wyciągnięto z Bayeru Leverkusen. Najgłośniejszym zakupem podczas tego mercato był jednak Gabriel Batistuta. Za 31-letniego Argentyńczyka zapłacono Fiorentinie aż 35 milionów dolarów. Nikt wcześniej nie wyłożył tak dużych pieniędzy za piłkarza po trzydziestce.

Capello zachorował na Batistutę, widział w nim brakujący element mistrzowskiej Romy, ale długo nie mógł przekonać do transferu Franco Sensiego, który nie chciał wydawać majątku na Argentyńczyka. Anegdota mówi, że zmiękł dopiero w wyniku podstępu. Capello sprzedał historię dziennikarzowi Corriere dello Sport, ten sprawnie ją podkręcił, a kibice kupili i zwariowali na punkcie Batistuty. Sensi nie miał już wyjścia.

Batistuta był bohaterem Fiorentiny. Służył jej wiernie przez dziewięć lat. Nie uciekł nawet po sensacyjnym spadku klubu do Serie B. Strzelał gole, był kapitanem, kochali go kibice. Do pełni szczęścia brakowało tylko poważniejszych sukcesów. Z Fiorentiną zdobył tylko Puchar i Superpuchar Italii w 1996 roku. Przejście do Romy było dla niego ostatnią szansą, żeby wygrać coś więcej.

Pierwszy raz Batistuta przeciwko Fiorentinie zagrał 25 listopada 2000 roku.

Od razu strzelił zwycięskiego gola. W końcówce meczu huknął sprzed pola karnego w taki sposób, że Francesco Toldo nie dał rady odbić piłki. Nie potrafił się z tego cieszyć, ale nie była to sztuczna reakcja piłkarza, który sądzi, że w ten sposób okazuje radość byłemu klubowi. Batistuta był prawdziwy.

Przejmująca była to scena: cały stadion wrzał, kipiał radością, a najsmutniejszy w tym kotle był strzelec gola, który aż popłakał się z emocji. Nikt nie cierpiał po zdobyciu bramki piękniej od Batistuty.

Capello miał rację – Batistuta strzelił w tamtym sezonie 20 goli i walnie przyczynił się do zdobycia przez Romę mistrzostwa Włoch. To było jej trzecie scudetto w historii. Na następne ciągle czeka.

wtorek, 17 marca 2015

Przyjście Arnauda Djouma do Lecha wywołało niezrozumiały entuzjazm. Tuż po podpisaniu kontraktu nowego piłkarza nazwano dużym wzmocnieniem, a sam transfer uznano za potwierdzenie mistrzowskich aspiracji klubu. A wszystko to w przypadku zawodnika, o którego istnieniu żaden z podnieconych kibiców nie wiedział jeszcze minutę przed opublikowaniem informacji o jego przyjeździe do Poznania.

Optymizm budowano na wątłych podstawach. Najpierw na tym, że Lech w ogóle zrobił transfer, to już była połowa sukcesu, później na kilku filmach znalezionych w internecie. Na koniec – na własnej wierze w pomyślny obrót spraw.

Reakcje na transfer Djouma to dowód, że we współczesnym futbolu transfery często wywołują emocje podobne do goli i zwycięstw. Kibice nimi żyją, domagają się ich, a później recenzują. I liczą pieniądze. Gdy Piotr Rutkowski tłumaczył się z zimowych transferów Lecha, do pieniędzy wydanych na piłkarzy dodał kwotę, za którą w przyszłości będzie mógł wykupić Davida Holmana. Wszystko po to, by udowodnić, że Kolejorz nie ma węża w kieszeni, jest ważnym graczem na rynku transferowym i ma duże ambicje. Chwalenie się wydatkami i udowadnianie dzięki nim własnej siły przypominało jednak licytację imprezowiczów, który z nich wypił najwięcej i nie puścił pawia.

Djoum trochę widział, ale był niewiadomą, którą należało przyjąć spokojnie. Piłkarzy z podobnym CV są tysiące, można ich wiązać w pęczki i sprzedawać jak rzodkiewkę, więc nie było powodu do wiwatów. Zwłaszcza, że ktoś z tego kameruńskiego Belga wcześniej zrezygnował, puścił wolno, a Lech po prostu go przygarnął. Można było go chwalić przede wszystkim za szybką decyzję, sprawne przeprowadzenie transferu i szczelność, która pozwoliła zrobić z niego niespodziankę. Być może – tego nie wiemy, możemy tylko spekulować, budować scenariusze – wynikało to z tego, że Djoum trafił do Lecha przypadkiem. Rutkowski oczywiście powtarza, że piłkarz był obserwowany od dłuższego czasu, ale przecież nie przyznałby się do działania na chybił-trafił. Taka dezinformacja to też część tego biznesu.

Teoretycznie Lech nie ryzykował zbyt wiele. Krótka umowa zabezpieczyła go przed długoletnim związkiem z niesprawdzonym piłkarzem, który miał być przede wszystkim polisą na wypadek kontuzji i kartek innych pomocników. Na razie Djoum z tej roli wywiązuje się fatalnie.

Ważne zastrzeżenie: to nie miał być piłkarz, na którego dobrą grę będzie się czekać, ale doraźna pomoc dla drużyny. Z Cracovią katastrofy nie było. Djoum grał słabo, tak jak cała drużyna. Nic dobrego nie pokazał, nie przekonał, że warto było go zatrudnić, ale też nic nie zepsuł.

Tragedia nastąpiła przeciwko Zawiszy. Djoum się skompromitował. Nie słabą grą, czy kiepskimi umiejętnościami, ale brakiem odpowiedzialności. To podstawowa cecha defensywnego pomocnika, który ciągle musi grać na granicy przepisów, by wybijać rywali z uderzenia i gasić boiskowe pożary. Potrafi to Łukasz Trałka, który dostaje dużo żółtych kartek, ale mokrą robotę wykonuje na tyle mądrze, że nikt nie wyrzuca go z boiska.

Djoum takiego wyczucia nie miał – w idiotycznych okolicznościach dostał czerwoną kartkę. A przecież można było oczekiwać, że na początku gry w Lechu będzie bezbarwny, ale szczególnie ostrożny. Nie był.

Nie jest Djoum jedynym winnym porażki Lecha z Zawiszą. Na takiej liście jest jednak wysoko. Skoro Lech nie potrafił składnie atakować w jedenastu, nie można było liczyć, że zrobi to w osłabieniu. Można się sprawnie bronić w dziesiątkę, atakowanie w niepełnym składzie jest dużo trudniejsze. Popisowo robiło to PSG, ale to... PSG. Słabsi mają problemy. Zwłaszcza, gdy są w bardzo słabej formie. Tak jak teraz Lech, któremu wciąż dobrą grę liczymy w minutach. Niewielu.

wtorek, 10 marca 2015

Maciej Gostomski jest przyzwoitym bramkarzem, ale nigdy nie przekonał, że ma umiejętności pozwalające myśleć o regularnej grze w dobrym klubie. W trakcie półtorarocznego pobytu w Lechu nie wywalczył pewnego miejsca w składzie. Bierze je na chwilę, zaraz oddaje, a po kilku tygodniach w odstawce znów wchodzi do bramki. A konkurencja jest przeciętna. Ani wiecznie kontuzjowany Jasmin Burić, ani stary Krzysztof Kotorowski nie są bramkarzami, którym można zaufać na cały sezon. Ich gra dodaje Lechowi za mało wartości i punktów.

Duża rotacja na pozycji, na której trenerzy cenią stabilność i jasno określoną hierarchię, źle świadczy obsadzie bramki Lecha. Ilość się zgadza, brakuje jakości. Mocny bramkarz powinien być wysoko na liście transferowych potrzeb Macieja Skorży.

A jednak to właśnie refleks Gostomskiego był kluczowy dla wyniku meczu Lecha z Jagiellonią.To była trudna parada. Gostomski przesuwał się do prawego słupka, by nagle zmienić kierunek i rzucić się w lewo do piłki uderzonej z bliska przez Macieja Gajosa. Nie był do dobry strzał, to jasne, lecz i tak stopień trudności był wysoki. Meczu Gostomski tą obroną nie wygrał, nie ratował nią prowadzenia, ale nie dał przegrać. I to czasami wystarczy.

Można tylko zgadywać, co działoby się na boisku, gdyby Gostomski nie odbił piłki. Może tak: Lech grałby nerwowo, jego akcje byłby jeszcze bardziej rwane, a podbudowana prowadzeniem Jagiellonia skutecznie wybijałaby go z tego mizernego rytmu. To realny scenariusz, zgodny z wcześniejszym przebiegiem gry. No, ale Gostomski obronił strzał Gajosa, Barry Douglas w końcu wcisnął gola i Kolejorz z trudem wygrał.

Lech jest w grupie drużyn, które wiosną wymęczyły w lidze najwięcej punktów, ale jego dobrą grę na razie można liczyć tylko w minutach. Niewiele ich się uzbierało: może kilkanaście w wyjazdowym meczu z dołującą Pogonią, najwyżej godzina przeciwko Ruchowi i góra kilka chwil z Jagiellonią. Ze słabą Cracovią nie było jej wcale. Poziom meczu i punkty utonęły w zalegającej na boisku borowinie. 

O ile Lech radzi sobie w obronie, jest w niej przyzwoicie zorganizowany, dzięki czemu potrafił zneutralizować kontry Jagiellonii, to kuleje gra w ataku. Dużo jest do poprawy: od tempa gry, przez jej płynność, aż po słabo bite stałe fragmenty gry, które nie są obecnie dla Lecha żadną korzyścią. Niemal wszystkie te kłopoty mają wspólne źródło – słabą formę ofensywnych piłkarzy.

W gazie jest tylko Zaur Sadajew, na którego nikt niedawno nie postawiłby nawet pięciu złotych, a teraz robi najlepsze wrażenie ze wszystkich atakujących Lecha. I, prawdę mówiąc, świeci też trochę dzięki słabości innych. Łatwiej wyróżniać się na szarym tle. Kiepski po kontuzji jest Szymon Pawłowski, sporo do dobrej formy brakuje Gergo Lovrencsicsowi, Dawid Kownacki najwięcej szumu robi poza boiskiem, Dariusz Formella to jeździec bez głowy, a Muhamed Keita z poważnymi rywalami wciąż gra mało.

Mało w grze Lecha jest też Kaspera Hamalainena. Fin w meczu z Jagiellonią dał dwa kluczowe podania – sprytnym zgraniem stworzył okazję Zaurowi Sadajewowi, a dzięki kombinacyjnej wymianie piłki wyprowadził na strzał Karola Linettego. I to byłoby właściwie na tyle. Poza tym Hamalainen znikał na długie fragmenty meczu, był mało aktywny, nie radził sobie na ograniczonej przestrzeni. Piłek nie tracił, ale najczęściej wybierał bezpieczne rozwiązania, krótko odgrywając piłkę do tyłu. Od centralnej postaci ofensywny Lecha trzeba wymagać więcej.

Lech rozpędza się bardzo powoli. Na razie pokazał mało porządnej piłki, głównie cierpiał, a punkty wyrywał rywalom z gardła. Podobno, tak wszyscy powtarzają, takie mecze cementują, dają pewność, są nawozem przyszłych zwycięstw. Zazwyczaj brzmi to jak pocieszanie się, że choć silnik strasznie rzęzi, tak strasznie, że trudno to wytrzymać, to dobrze, że jedziemy. Lech jedzie, ale Skorża musi jak najszybciej go wyregulować. 

piątek, 27 lutego 2015

Legia została brutalnie sprowadzona na ziemię przez Ajax, ale i tak ma za sobą udany sezon w europejskich pucharach. Właśnie – udany. Należy doceniać jej wyniki, bo w ostatnich kilkunastu latach podobne występy polskich drużyn na arenie międzynarodowej zdarzały się rzadko, ale nie można ich przeceniać. Nie wydarzyło się nic przełomowego. Legia w pucharach zlała Celtic i pewnie wyszła ze słabej grupy w Lidze Europy, ale ostatecznie, w skali makro, powtórzyła wynik Lecha, Wisły i swój sprzed kilku lat. Nie są to powody do dumy, o których po rewanżu z Ajaksem mówił oszołomiony jeszcze meczem Michał Żyro. Taka ocena jest śmieszna, ma niewiele wspólnego z rzeczywistą wartością tych wyników i trąci minimalizmem.

Nie ma też powodu, żeby teraz z Legii szydzić. Ajax spuścił jej łomot – zdarza się. Inni, choćby nieudolny w lipcu Lech, w tej edycji pucharów kompromitowali się bardziej.

Śmiać można się za to na wspomnienie reakcji po wylosowaniu Ajaksu. Zapanował taki entuzjazm, jakby Legia nie miała w planach gry z mistrzem Holandii, lecz niszczejącym Widzewem. Zrobiono z niej prawie faworyta, a skończyło się mało przyjemnie. Ten Ajax to żadne mecyje, jednak drużyna wciąż silniejsza od Legii. Czasami warto nieco mocniej stąpać po ziemi. Rozczarowanie jest wtedy mniejsze.

W balon dmuchano mocno. Powietrze, które uszło z niego po pierwszej połowie meczu w Amsterdamie, dopompowano po drugiej. Optymizm przed rewanżem próbowano budować na dobrym fragmencie gry, kilku szansach, porażce, to fakt, ale w niezłym stylu. To taka nasza specjalność.

Teraz nie ma już czego pompować. Balon pękł z hukiem. Przebił go Arkadiusz Milik.

Rewanż mógł toczyć się na innych warunkach, ale Legia zmarnowała mecz w Amsterdamie. Najpierw pierwszą połowę, będę się upierał, potem kilka okazji w drugiej. Bramka była za mała, by Żyro trafił do niej z pięciu metrów nad leżącym Jasperem Cillessenem, więc to Ajax bezlitośnie trafił Legię. Żyro do czterech – tak też można opisać ten dwumecz.

Nawiasem: Żyro od kilku sezonów uznawany jest za duży talent, czasami pokazuje spore możliwości, a Legia szykuje grunt pod wielomilionowy transfer. W meczu z Ajaksem można go było porównywać z Milikiem. Różni ich prawie wszystko, od wieku po pozycji, ale najważniejsze jest tempo rozwoju i punkt kariery. Dzisiaj Milik gra na europejskim poziomie. Żyro grywa na nim raz na sto lat. Niby podobne słowo, ale duża różnica.

Fiasko poniósł plan Henninga Berga. Norweg rotował składem i oszczędzał swoich liderów na mecze pucharowe. Było to podszyte przekonaniem, że Legia nie ma w Polsce z kim przegrać, i tak zdobędzie mistrzostwo, więc nie musi angażować wszystkich sił w ligową młóckę. Jesienią ta koncepcja się sprawdziła. Legia gubiła dużo punktów, przegrywała z drużynami z środka tabeli, lecz prowadziła w lidze i wygrywała w pucharach. Wiosną tak dobrze już nie było. Nie dość, że nie dała rady Ajaksowi, to jeszcze rywale odrobili część dystansu w tabeli, co jeszcze może się jej odbić czkawką.

Warunki w lidze się zmieniły. I Legia wcale nie musi ich dyktować tak skutecznie jak jesienią.

wtorek, 24 lutego 2015

Jeden gol zdominował opowieść o meczach Borussii z Juventusem. A przecież ich historia nie ogranicza się do niego.

I

Lars Ricken grał dla Borussii Dortmund przez kilkanaście lat, zdobył dla niej prawie pięćdziesiąt bramek, stemplował awanse w europejskich pucharach, lecz wszystko przyćmił gol z Juventusem w finale Ligi Mistrzów. Cała kariera usunięta w cień przez jedno kopnięcie.

Wszystko trwało kilkanaście sekund. Ricken wbiegł na boisko za Stephana Chapuisata, wystartował do świetnego podania Andreasa Möllera i błysnął geniuszem lobując Angelo Peruzziego. Borussia prowadziła 3:1. Było po meczu.

Wejście Rickena rozmyło pamięć o tamtym finale, kojarzy się przede wszystkim tego niezwykłego gola, a dopiero później pozostałe wydarzenia. Zdominowało też opowieść o meczach Borussii z Juventusem. A przecież nie było to jedyne spotkanie obu drużyn – w połowie lat 90-tych los często je kojarzył. Ba, nie był to nawet jedyny finał, w którym się spotkały.

II

Finały Borussii z Juventusem zawsze wygrywali Niemcy. Dwaj.

Pierwszy to Jürgen Kohler, solidny obrońca, jeden z tych młotkowych, których Marco van Basten obwiniał za przedwczesne zakończenie kariery.

Drugim był Andreas Möller, błyskotliwy ofensywny pomocnik, który narobił sobie wrogów na każdym niemieckim stadionie. Śpiewano, że jest płaczliwym maminsynkiem.

Obaj trafili do Turynu na początku lat 90-tych na fali wielkiej niemieckiej emigracji. W ciągu kilku lat Bundesligę na Serię A zamienili prawie wszyscy najważniejsi piłkarze reprezentacji Niemiec. W tamtym czasie przez ligę włoską przewinęli się Jürgen Klinsmann, Lothar Matthäus, Andreas Brehme, Rudi Völler, Thomas Hässler i wielu, wielu innych. Szukali lepszych pieniędzy i – przy okazji – większych sukcesów. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych europejskie puchary wygrało sześć włoskich klubów: AC Milan, Napoli, Juventus, Sampdoria, Inter i Parma. Kulminacja nastąpiła wiosną 1990 roku, gdy przedstawiciele Serie A wzięli wszystkie trofea. Milan wygrał w Pucharze Mistrzów, Sampdoria zdobyła Puchar Zdobywców Pucharów, a Juventus – Puchar UEFA.

Trzy lata później Stara Dama znów awansowała do finału tych rozgrywek. Droga do niego nie była zbyt trudna. Juventus męczył się tylko z Panathinaikosem. Wcześniej rozbił Anorthosis Famagusta, potem eliminował Sigmę Ołomuniec, Benfikę i PSG.

Dwaj Niemcy mieli pewne miejsce w planie Giovanniego Trapattoniego. Kohler był silnym puntem defensywy Juventusu. Möller tworzył z Roberto Baggio i Gianluką Viallim groźny ofensywny trójkąt, który wspomagali atakujący z drugiej linii Antonio Conte i Dino Baggio.

Dla Borussii awans do finału był większym wydarzeniem.

Raz, że był to dopiero drugi podobny sukces w historii klubu, który w 1966 roku wygrał Puchar Zdobywców Pucharów.

Dwa, droga do niego była dużo trudniejsza. Dwumecz z Florianą La Valetta był spacerkiem. Później Borussia grała z bardziej wymagającymi rywalami. Eliminowała Cetic, Real Saragossa, po ciężkiej przeprawie wyrzuciła za burtę Romę, a w dramatycznym półfinale wygrała z Auxerre dopiero po konkursie rzutów karnych.

Trzy, w drużynie nie było wtedy takich gwiazd jak w Juventusie. Najważniejszy na boisku był kapitan Michael Zorc, w ataku Chapuisat i mistrz świata z 1990 roku Frank Mill, a miejsce w reprezentacji Niemiec miał kupiony przed sezonem z Juventusu Steffen Reuter. W pucharach nie grał kupiony w trakcie sezonu z Interu Matthias Sammer, któremu przejście do Borussii dało nowe piłkarskie życie.

Prestiż Pucharu UEFA był wtedy bez porównania większy od dzisiejszej Ligi Europy. Różnic było więcej. Rywalizację w klasycznej fazie pucharowej wieńczył finałowy dwumecz. Inna była też otoczka. Nie było jeszcze scentralizowanych praw marketingowych, reklamy sprzedawano w innym trybie, więc kluby robiły wszystko, żeby maksymalizować zyski. Dziś gole z finału Pucharu UEFA w 1993 roku możemy oglądać z dwóch perspektyw. Wszystko przez to, że z jednej strony boiska stały reklamy kierowane na rynek niemiecki, a z drugiej te, które mieli zobaczyć telewidzowie we Włoszech.

Pierwszy mecz, który rozgrywano na Stadionie Westfalskim, rozpoczął się świetnie dla Borussii, która objęła prowadzenie już w drugiej minucie. Gola strzelił Michael Rummenigge. Tak, z tych Rummenigge. To słabszy i mniej utytułowany brat Karla-Heinza.

Z punktu widzenia Borussii cały dwumecz był jednak doskonałą ilustracją powiedzenia o miłych złego początkach. Świetnie rozpoczęty mecz zakończył się dotkliwą porażką. Juventus wziął w obroty obronę gospodarzy, nękał ją kombinacyjnymi atakami, a w rolach katów wystąpili Dino i Roberto Baggio. Włosi wygrali 3:1.

Rewanż na zmoczonym deszczem Stadio delle Alpi był formalnością. Błyszczał Dino Baggio, który strzelił dwa gole, a Borussię dobił Möller. 3:0. Wielkiej historii w tym nie było.

Möller wytrzymał w Turynie jeszcze rok. Zrezygnował z niego niejaki Marcello Lippi, który przejął drużynę po Trapattonim.

Kohler trafił do Borussii dwa lata później. Też nie było dla niego miejsca w nowym projekcie, który dał dał wielkiemu Juventusowi trzy finały Ligi Mistrzów z rzędu.

Po czterech latach utarli nosa byłemu klubowi. Wiadomo, Monachium, Riedle, Ricken. Borussia – Juventus 3:1.

III

Zwycięstwo w Pucharze UEFA stanowiło dla Juventusu nagrodę pocieszenia po niezbyt udanym sezonie w Serie A. Na mecie rozgrywek był dopiero czwarty.

Giovanni Trapattoni świętował zdobycie siódmego międzynarodowego trofeum. Później w europejskich pucharach już nic nie wygrał.

Borussia przełknęła gorzką pigułkę, ale zbiła też kapitał na przyszłość. Była jedynym niemieckim klubem, jaki w tamtym sezonie przebił się do ćwierćfinałów trzech europejskich pucharów. Pieniądze, które szerokim strumieniem popłynęły do Dortmundu z tytułu praw telewizyjnych, reklam i nagród, całe 25 milionów marek, stały się ważnym elementem klubowego budżetu. Pomogły też stopniowo przebudowywać drużynę. W ciągu kilku lat Borussia wydała miliony na Möllera, Kohlera, Julio Cesara i Paulo Sousę z Juventusu, Karla-Heinza Riedle z Lazio oraz Steffena Freunda, Heiko Herrlicha, Jorga Heinricha i Rene Schneidera.

Trenera Borussia nie musiała szukać. Już go miała. Finał z wiosny 1993 roku zwieńczył drugi sezon pracy Ottmara Hitzfelda w Dortmundzie. Na sukcesy trzeba było jeszcze cierpliwie poczekać. Było warto, bo Borussia wkrótce dwa razy z rzędu wywalczyła dublet. No i – wiadomo – wygrała Ligę Mistrzów. Z piłkarzy, którzy grali w dwumeczu z Juve, rewanżu doczekali Steffen Klos, Knut Reinchardt, Reuter, Chapuisat i Zorc, który dzisiaj jest dyrektorem sportowym Borussii.

A Ricken? W tamtym dwumeczu mógł tylko kibicować Borussii. Do kadry pierwszej drużyny został włączony przed następnym sezonem. Wtedy też strzelił swojego pierwszego gola w europejskich pucharach. W ćwierćfinale Pucharu UEFA trafił do bramki Interu, ale Borussia odpadła.

Włochów miał pognębić dopiero trzy lata później.