Na stadionach Polski i Świata.
poniedziałek, 23 lutego 2015

Po golu Zaura Sadajewa na telebimie pokazano siedzącego na ławce rezerwowych Vojo Ubiparipa. Lech prowadził z Ruchem 1:0, kibice cieszyli się ze zdobycia bramki, Czeczen zbierał gratulacje, a twarz Serba tężała. Gdyby ktoś miał po jego minie odgadnąć, co dzieje się na boisku, pewnie powiedziałby, że Lech wysoko przegrywa.

Dobro klubu to jedno, interes piłkarza – coś innego. Często to rozbieżne rzeczy. Ubiparip nadzieje na grę, a co za tym idzie większy zarobek, może pokładać głównie w nieszczęściach całej drużyny – porażkach, słabej formie konkurentów do gry w jedenastce i ich kontuzjach. Im lepiej będzie się wiodło Lechowi, tym gorzej dla Serba, który powinien powoli żegnać się z Poznaniem i musi rozglądać się za nowym pracodawcą.

Teraz – z punktu widzenia Ubiparipa – jest źle. U Macieja Skorży o punkty zagrał tylko raz. Jesienią długo dochodził do sił po kontuzji, a przed meczem z Pogonią sam skorzystał na problemach zdrowotnych innych. Był bezbarwny, grał słabo, zresztą jak cały Lech, więc szybko wrócił na ławkę rezerwowych. W klubowej hierarchii jest nisko. Maciej Skorża ma innych faworytów.

Meczem z Ruchem pozycje w drużynie umocnił Sadajew. Skorża czuje do niego miętę, wierzy w niego i czyni podstawowym napastnikiem Lecha. W niedzielę otrzymał przekonujący sygnał, że dokonał właściwego wyboru. Sadajew grał dobrze, był aktywny w wielu strefach boiska i bardzo pożyteczny w defensywie. W dodatku – tu nowość – nie dał się sprowokować. Całą energię wykorzystał do gry w piłkę, a nie kłótni, przepychanek i wymachiwania rękami. Mecz skończył z golem, udziałem przy bramce Kaspera Hamalainena i wywalczonym rzutem karnym. To dobry bilans. Jeśli – założenie tylko na potrzeby tekstu – między Sadajewem a Ubiparipem toczyłaby się rywalizacja o pozostanie w Lechu, to akcje Czeczena stałyby zdecydowanie wyżej.

Wyższe notowania mają też Dawid Kownacki, który dla Lecha jest bez porównania bardziej perspektywiczny od Ubiparipa, oraz próbowany jesienią na szpicy Hamalainen. Gra z fałszywym napastnikiem była ciekawa, choć na ogół lepsza od wyników. Dla Skorży taki wariant może być kuszący, bo można w nim wykorzystać duży potencjał pomocników Lecha. Jednocześnie na boisku mogą w nim przebywać niezbędny w każdym układzie Łukasz Trałka oraz Karol Linetty, Darko Jevtić, Gergo Lovrencsics, Szymon Pawłowski i Hamalainen.

Ubiparip nie przekonał, że ma odpowiednie umiejętności, żeby odgrywać ważną rolę w ataku Lechu. Ot, sprowadzony za zbyt duże pieniądze i za dobrze opłacany przeciętniak, który czasami wypali – pamiętamy jego trzy gole z Piastem na otwarcie tego sezonu – ale częściej nie wniesie nic interesującego do gry. Nigdy jednak nie dostał poważnej szansy. Nie wszyscy piłkarze od razu odpalają w nowym klubie, niektórzy potrzebują więcej czasu, cierpliwości i zaufania. Serb nie mógł na to liczyć, bo zazwyczaj ktoś miał mocniejszą pozycję w walce o jedyne miejsce w ataku Lecha. 

Najpierw Ubiparip przegrywał rywalizację ze strzelającym na potęgę Artiomem Rudnevsem, potem z rozgrywającym sezon życia Bartoszem Ślusarskim, a w końcu z będącym dobrą inwestycją klubu Łukaszem Teodorczykiem. I nawet wtedy, gdy w ataku Lecha panowało bezkrólewie, to Ubiparip nie mógł się przebić, bo akurat leczył ciężką kontuzję. Korzystali inni. Serb regularnie grywał tylko na skrzydle, ale widać było, że to nie jest jego miejsce na boisku. Walczył, pracował, jednak nie miał predyspozycji, by zrobić karierę na tej pozycji. Był tylko zapchajdziurą.

Dni Ubiparipa w Lechu można dokładnie policzyć. Do końca kontraktu pozostało ich jeszcze 128. Więcej nie może być. Postęp wymaga ofiar.

piątek, 20 lutego 2015

Chodzi o to, żeby dawać sobie szanse, a potem je wykorzystywać. Pierwszego Legia długo nie robiła, drugiego – nie potrafiła. Ale dwumecz z Ajaksem ciągle jest do wygrania.

Plan Henninga Berga miał ograniczyć pole gry Ajaksu. Legia realizowała go przyzwoicie, broniła głęboko, długimi fragmentami kontrolując ataki Holendrów, ale koszty były bardzo wysokie. To była gra jednowymiarowa, na przeczekanie, obliczona tylko na uzyskanie bezbramkowego remisu. Legia sama ograniczała się tak defensywnym nastawieniem. Gdy przejmowała piłkę, stawała się typową polską drużyną, która przed meczem pociesza się, że rywale też są ludźmi. Była zahukana, niezdolna do wyprowadzenia ataku i nastraszenia Ajaksu.

Zachowawcza gra Legii był do przewidzenia, lecz okazała się zupełnie nieskuteczna. I w ogóle, bo Ajax i tak strzelił gola, i w szczególe. Nie po to przecież Legia broniła blisko bramki, a Ivica Vrdoljak stawał się trzecim stoperem, by Arkadiusz Milik na linii pola karnego miał tak dużo miejsca na strzał.

To był jeden z tych przypadków, gdy stracony gol odmienia drużynę na lepsze. Berg miał plan awaryjny, a piłkarze potrafili przenieść go na boisko. Legia nie była już typową drużyną z Polski, która poddaje się rytmowi meczu, ale wreszcie sama próbowała go nadawać. 

Druga połowa pokazała, że można było grać odważniej, stawiać mu inne warunki, mocniej naciskać na jego niepewną obronę. Legia grała ofensywniej, ale bardzo rozważnie. Okazało się, że wcale nie trzeba było ryglować się przed Ajaksem, który nie potrafił wykorzystać większej przestrzeni do atakowania.

Bardziej otwarta gra w pierwszej połowie nie musiała dać lepszego wyniku, to oczywiste, ale podjęcie ryzyko zwiększyłoby szanse na ugranie czegoś w Amsterdamie. Legia tego nie zrobiła. Zamiast dać sobie szansę, długo czekała aż dostanie ją od Ajaksu. To za mało.

Legia może czuć niedosyt. Straciła gola, zmarnowała pierwszą połowę gry i nie wykorzystała kilku okazji, które powinny jej dać przynajmniej remis. Teraz będzie budować optymizm na podstawie porażki w niezłym stylu – to też typowo polskie. Fakt, było przyzwoicie, ale tylko przez pół meczu. Ajax jest do przejścia, to cień dawnej potęgi, ale tylko przez Legię z drugiej połowy meczu w Amsterdamie. W Warszawie musi być odważna, rozsądna i – przede wszystkim – skuteczna.

wtorek, 10 lutego 2015

Najdłuższy transferowy serial w Polsce, ten z Sebastianem Milą w roli głównej, wreszcie doczekał się zakończenia. Było jak w kiepskim tasiemcu. Niby zdarzały się zwroty akcji, ale całość nieznośnie się ciągnęła. Niby było napięcie, ale z każdym odcinkiem coraz bardziej męczące.  Niby wszyscy są zadowoleni z finału, ale – znowu ale – dopiero okaże się, czy na pewno było się z czego cieszyć. Zakończenie jest otwarte. W przypadku wszystkich transferów podpisy na umowach kończą tylko jeden etap. Drugi, ten z akcją w szatni i na boisku, będzie dużo ważniejszy, bo zadecyduje o powodzeniu całej operacji. I może zdarzyć się tak, że niedawny sukces wszystkie zainteresowane strony solidarnie uznają za porażkę.

Przejście Mili do Lechii jest zrozumiałe niemal z każdego powodu. Na pewno bardzo dobrze w niej zarobi. Komfort na lata zapewnia też długa umowa, która w przypadku tak zaawansowanych wiekiem zawodników jest rzadko spotykana. Szaleństwem byłoby zrezygnować z takiego luksusu. Zwłaszcza, jeśli dostaje się go od swojego wymarzonego podobno klubu, w rodzinnych stronach, blisko starzejących się rodziców, co też miało być ważnym argumentem za przeprowadzką do Gdańska. Nawiasem: zyskuje Mila na takich deklaracjach, patrzy się na niego z większą sympatią, bo odpowiedzialnie podchodzi do życia.

Nie broni się ten transfer tylko ze sportowego punktu widzenia. Mila zamienił drużynę walczącą o podium, kto wie, może nawet o mistrzostwo, na klub, który przede wszystkim musi zapewnić sobie utrzymanie. Lechia w lidze zostanie, spadek w takich okolicznościach byłby numerem stulecia, ale to i tak obecnie sportowa degradacja. Trudno powiedzieć, czy też jakiekolwiek wyzwanie, impuls, to często tylko wytrychy, które nic nie znaczą. Na pewno – trochę świeżego powietrza.

Przy okazji będzie walczył o indywidualny cel – pozostanie w reprezentacji Polski. Wyjazd na finały mistrzostw Europy, który teraz jest całkiem prawdopodobny, byłby bardzo ładnym zwieńczeniem jego skomplikowanej kariery. Do turnieju zostało jednak dużo czasu. Wystarczająco, żeby wszystko zepsuć. Na przykład przerżnąć eliminacje. 

Można też po prostu wypaść z kadry. Co prawda mówi się, że Adam Nawałka był zwolennikiem przejścia Mili do Lechii, lecz tuż przed rozpoczęciem wiosennej części rozgrywek jest mnóstwo niewiadomych. Zbyt dużo, by już teraz rozwiązać to równanie.

Nie wiadomo przecież jak Mila odnajdzie się w nowym otoczeniu. Zmiana nie musi być korzystna, bo znajdzie się w innej sytuacji niż w Śląsku. Tam był jednym z liderów. Tadeusz Pawłowski przesuwał akcenty w drużynie, dał Mili kilka prztyczków w ucho, stworzył mechanizmy, które stały się kluczem do renesansu piłkarza. 

W Gdańsku będzie inaczej. Istotny jest kontekst: transfery gotówkowe zdarzają się w lidze rzadko, jeszcze rzadziej dotyczą graczy takiego kalibru, prawie wcale – nie zmieniają oni klubu na słabszy. Mila ma być najważniejszy. Wymagania wobec niego będą ogromne. Jakby na ich podkreślenie już kilkanaście dni po przyjściu do Lechii został jej kapitanem.

Nie wiadomo tylko, czy Jerzy Brzęczek będzie potrafił odpowiednio wykorzystać Milę. To wciąż trener-zagadka. Prawda, Pawłowski też nią był. Nie każda ma jednak tak pozytywne rozwiązanie.

Zwłaszcza, że w Lechii łatwo się sparzyć. Przed sezonem oczekiwania wobec Lechii były spore, niektórzy widzieli ją już na ligowym podium, ale był to głównie efekt nadinterpretacji i pomylenia pojęć. Ilość pomylono z jakością, zamieszanie z pomysłem, zbieraninę z drużyną. W ostatnich miesiącach to nie był zdrowy klub. Półroczna burza, zastanawiające posunięcia kadrowe, kryzys decyzyjny, przez który długo szukano stałego trenera – w Gdańsku panował chaos. 

W przerwie zimowej było spokojniej, ale nie jest jeszcze pewne, czy sytuację ostatecznie opanowano. Na pewno zmieniono politykę transferową, zimą zatrudniano głównie zawodników doświadczonych, już niesprzedawalnych, a nie graczy na dorobku.

Gra Mili w Gdańsku będzie jednym z ciekawszych wydarzeń piłkarskiej wiosny w Polsce. Bohaterem sezonu już jest, to wypracował sobie w reprezentacji, teraz czekamy, w którą stronę potoczy się ta historia – czy będzie w niej happy-end, dramat, czy może jednak "Świat według Kiepskich".

piątek, 14 listopada 2014

Anghel Iordanescu / for. fanatik.ro

Anghel Iordanescu trzeci raz został selekcjonerem reprezentacji Rumunii. „Generał” wraca do zawodu po siedmiu latach przerwy.

I

Był początek września 1994 roku. Anghel Iordanescu odebrał z rąk prezydenta Rumunii Ioana Iliescu nominację na stopień generała majora armii. Później powie, że był to jeden z najszczęśliwszych dni w jego życiu.

Szlify generalskie stanowiły dowód wdzięczności narodu za świetną grę kadry na mundialu w Stanach Zjednoczonych. Rumuni w fazie grupowej ograli gospodarzy i wysoko notowaną Kolumbię, później wyrzucili z turnieju Argentynę, a awans do strefy medalowej przegrali ze Szwecją dopiero w rzutach karnych. Ćwierćfinał mistrzostw świata i tak był największym sukcesem reprezentacji, a Iordanescu stał się jego twarzą na równi z mającym za sobą świetny turniej Gherorghe Hagim.

Nominacja generalska była też dla Iordanescu symbolicznym zwieńczeniem drogi na szczyt. Rozpoczął ją jeszcze jako piłkarz Steauy Bukareszt – do dziś jest najlepszym strzelcem w jej historii – z którą w 1986 roku zdobył Puchar Mistrzów. W finałowym meczu z Barceloną zagrał kilka miesięcy po faktycznym zakończeniu kariery, był już wtedy asystentem trenera Emerica Jeneia, ale w końcowych fragmentach meczu dobrze regulował tempo gry i pomógł drużynie dotrwać do konkursu jedenastek. Ten był popisem bramkarza Helmutha Ducadama, który obronił aż cztery rzuty karne. Piłkarze Steauy mogli świętować wielki triumf.

Powody do zadowolenia miał też rumuński dyktator Nicolae Ceausescu. Jego syn Valentin był opiekunem wojskowej Steauy. Ale to już zupełnie inna historia.

Tytuł najlepszej drużyny Europy Steaua potwierdziła kilka miesięcy później wygrywając z Dynamem Kijów w meczu o Superpuchar Europy. Trenerem był już Iordanescu. Drużyna pod jego wodzą potwierdzała siłę w kolejnych latach. O ile seryjnie zdobywane mistrzostwa Rumunii można traktować z przymrużeniem oka, o tyle awans do finału Pucharu Mistrzów w 1989 roku był poważnym osiągnięciem i ugruntował pozycję Iordanescu – wtedy jeszcze tylko pułkownika – w rumuńskim futbolu.

Na posadę selekcjonera musiał jednak jeszcze poczekać. Kadrę objął dopiero w połowie 1993 roku, na finiszu eliminacji do mistrzostw świata. To była misja ratunkowa. Zakończyła się sukcesem – Rumuni wygrali trzy mecze i mogli później podbijać amerykańskie boiska.

Po mundialu w USA było nieco gorzej, ale wciąż na tyle dobrze, że Rumunia kwalifikowała się do finałowych turniejów. To była silna, pełna osobowości drużyna. Liderem był Hagi, dużo do powiedzenia miał Gheorghe Popescu, który był nawet kapitanem Barcelony. Mocną pozycję w Anglii zbudował sobie Dan Petrescu, pewne miejsce w FC Koeln miał Dorinel Munteanu, pokazywali się Adrian Ilie i Viorel Moldovan.

Do powtórzenia osiągnięcia ze Stanów Zjednoczonych to jednak nie wystarczyło. Na Euro '96 Rumuni grali nieszczęśliwie i odpadli w fazie grupowej. Na mistrzostwach świata we Francji było lepiej – przebili się do drugiej rundy, ale w 1/8 przegrali z Chorwacją. To był koniec pierwszej kadencji Iordanescu.

II

Teraz „Generał” Iordanescu wraca. Ojczyzna znalazła się w potrzebie.

Victor Piturca porzucił kadrę w niezłym stanie – siedem punktów w trzech grach eliminacji do mistrzostw Europy – ale niemal z dnia na dzień, na kilka tygodni przed ważnym meczem z Irlandią Północną. Zrejterował do Arabii Saudyjskiej. W Al-Ittihad zarobi górę petrodolarów.

Następcy trzeba było szukać szybko. Na przejęcie reprezentacji próbowano namówić Munteanu, kiedyś rzetelnego pomocnika, ale rekordzista Rumunii pod względem liczby meczów w kadrze zasłonił się ważnym kontraktem z azerskim Gabala FK. Selekcjonerski fotel nie skusił też Mircei Lucescu, który nie chciał rezygnować z dobrej posady w Szachtarze Donieck. Innych kandydatów nie było.

Zwrócono się więc do Iordanescu. Z konieczności. Akurat był pod ręką – od kilku miesięcy pracował jako dyrektor sportowy rumuńskiej federacji. Znalazł się po prostu w dobrym miejscu i korzystnych okolicznościach. Wykorzystał sytuację. Choć obserwując jego powrót, nie można uciec od wniosku, że wybrano przeszłość, a nie teraźniejszość. Decydował sentyment; wiara w to, że razem z powrotem Iordanescu wrócą sukcesy rumuńskiej piłki. I jest w tym coś rozpaczliwego.

Od ostatnich godnych uwagi wyników „Generała” – awansu do drugiej rundy mundialu w 1998 roku – minęła cała epoka. Dla Iordanescu był to czas rozczarowań i odcinania kuponów od dawnej sławy. Kariera gasła. Półroczną przygodę z kadrą Grecji zakończył konflikt z miejscowymi działaczami, nieudane okazało się też drugie podejście do pracy z reprezentacją Rumunii. Przerżnął z nią walkę o awans do Euro 2004 i w kiepskiej atmosferze odszedł po niezłym początku eliminacji do mistrzostw świata w Niemczech. Lepiej wiodło mu się w Zatoce Perskiej – tam zawsze panował niezły klimat dla trenerów z Europy Środkowej – ale dobre wyniki z tamtymi klubami nie robiły na nikim wrażenia. W końcu i one się skończyły.

Wreszcie powiedział sobie: „dość”. Był 2007 rok.

Miał wtedy nowy narkotyk – politykę.

Już w 2004 roku – był wtedy jeszcze selekcjonerem reprezentacji Rumunii – wystartował do rumuńskiego senatu z ramienia opozycyjnej wówczas Partii Socjaldemokratycznej. Mandatu nie zdobył, ale nie zrezygnował z działalności politycznej. W 2008 roku został senatorem, a cztery lata później kandydował na burmistrza Bukaresztu z poparciem centrolewicowego Narodowego Związku na rzecz Rozwoju Rumunii. Nadzieje miał duże. - Jestem pewny zwycięstwa – mówił na starcie kampanii wyborczej.

Mieszkańcy Bukaresztu nie podzielili jego entuzjazmu. Dostał tylko 1,4% głosów. Tyle samo co szemrany właściciel Steauy Gigi Becali.

Z futbolem miał mniejszy kontakt. Owszem, czasami widziano go w tej czy innej roli, namawiano do kandydowania na stanowisko szefa rumuńskiej federacji, ale niewiele z tego wychodziło. Aż do maja tego roku, gdy został dyrektorem technicznym związku.

Dalszy ciąg już znamy.

III

Eliminacyjny mecz z Irlandią Północną będzie dla Iordanescu powrotem z dalekiej podróży. Siedem lat poza zawodem to dużo.

Wyobraźmy sobie, że nagle, w samym środku eliminacji, w dodatku na kilka tygodni przed ważnym meczem, selekcjonerem reprezentacji Polski zostaje Jerzy Engel. To byłby podobny przypadek.

Iordanescu będzie pewnie utrzymywał, że z prowadzeniem drużyny piłkarskiej jest tak samo jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina. Podobnie uważa Hagi. - To wspaniały trener – powiedział „Reutersowi”. - Jego kariera była pełna sukcesów. To człowiek, który zna się na swojej pracy - mówi o swoim dawnym szkoleniowcu.

O piłkarzach i osobowościach pokroju Hagiego może tylko pomarzyć. Rumunów nie spotka się obecnie w czołowych klubach kontynentu, rozjechali się po europejskich średniakach, w których z reguły – wyłączając rodzime zespoły – grają najwyżej drugoplanowe role. Najlepszym ambasadorem tamtejszego futbolu wciąż jest Lucescu, który od lat pozostaje na trenerskim posterunku w Szachtarze.

Dość powiedzieć, że najgłośniejszym echem w ostatnim czasie odbił się występ stopera Constantina Motiego w meczu eliminacji Ligi Mistrzów. Piłkarz bułgarskiego Łudogorca Razgrad nie został jednak doceniony za dobrą grę w obronie, lecz awaryjne zastąpienie wyrzuconego z boiska bramkarza i obronę aż dwóch rzutów karnych w konkursie jedenastek. Wyczyn to nie lada, jednak z punktu widzenia jakości gry kadry jednak bez znaczenia; w futbolu było to wydarzenie równe narodzinom dwugłowego cielaka.

Iordanescu podpisał roczną umowę. Cel jest oczywisty – awans do finałów Euro 2016. Sytuacja wydaje się obiecująca: zmiana formatu rozgrywek ułatwia realizację planu, a grupa wydaje się miałka, pozbawiona wyrazistego lidera. W dodatku Grecy, którzy ostatnio regularnie kwalifikowali się do wielkich turniejów, przeżywają duże zawirowania i słabo rozpoczęli eliminacje. Zresztą również za sprawą Rumunów, którzy ograli ich w Pireusie.

Po raz ostatni Rumunia grała na wielkim turnieju w 2008 roku. W poprzedniej dekadzie był to tylko jednorazowy wyskok, awans bez kontynuacji w następnych eliminacjach.

Może jeśli generał Iordanescu ponownie wprowadzi reprezentację do europejskiej elity – nawet jeśli ta została niepotrzebnie rozdęta – to doczeka się awansu na stopień marszałka rumuńskiej armii...

czwartek, 06 listopada 2014

Finlandia wydała na świat Jariego Litmanena i grupkę całkiem solidnych piłkarzy, ale dla futbolu klubowego pozostaje prowincją. Drużyny z Kraju Tysiąca Jezior nie liczą się na arenie międzynarodowej. Znajduje to odbicie w rankingu UEFA – liga fińska jest w nim daleko za polską Ekstraklasą. Największe sukcesy w europejskich pucharach odnosi HJK Helsinki, który dwukrotnie awansował do ich fazy grupowej. W sezonie 1998/99 zagrał w Lidze Mistrzów, w tym roku rywalizuje w Lidze Europy. 

Nie będzie tu jednak nic o pucharowych przygodach sprzed kilkunastu lat, o wyrzuceniu z Ligi Mistrzów francuskiego FC Metz, ani o grze w fazie grupowej tych rozgrywek, w której Finowie dzielnie stawiali opór faworytom i nawet wygrali z Benficą Lizbona. Tym bardziej nie będzie o tym, że opór – jak to często bywa w podobnych historiach – został w końcu przełamany, a HJK zajął ostatnie miejsce w grupie.

Nie będzie też o tegorocznym starcie w Lidze Europy, bo na razie nie ma o czym. No, może tylko o strzelaninie w rewanżowym meczu z Rapidem Wiedeń, która dała klubowi z Helsinek awans do fazy grupowej. W niej HJK przegrał trzy dotychczasowe mecze i nie strzelił nawet gola.

Będzie za to o łączącym obie historie Mice Lehkosuo – przed laty kapitanie HJK, a teraz jego trenerze – i jego numerach.

Lehkosuo był bodaj jedynym piłkarzem w historii, który numer na koszulce wykorzystał do celów... komercyjnych. Owszem, czasami to element marki – z inicjałami Cristiano Ronaldo zrosła się przecież siódemka – ale nikt inny nie wymyślił, by sam w sobie był reklamą. Być może decydowały o tym względy praktyczne – to w końcu mało czytelne. Numer bez kontekstu to przecież tylko numer. Trudno go zawłaszczyć i nadać mu nowe znaczenie.

Sponsor Lehkosuo znalazł na to sposób. Fin na mecze ligowe zakładał koszulkę z numerem... 96.2. Na takiej częstotliwości nadaje helsińskie Radio City – ówczesny dobrodziej piłkarza.

Numer 96.2, Mika Lehkosuo
fot. Maciej Matysek, zdjęcie opublikowane w tygodniku "Piłka Nożna"

W Lidze Mistrzów Lehkosuo musiał zakładać koszulkę z nieco bardziej konwencjonalnym numerem. Wybrał, oczywiście, 96, który i tak pod koniec lat 90-tych był małą sensacją. Od kilku sezonów w rozgrywkach klubowych obowiązywały stałe numery, ale piłkarze z reguły wybierali możliwie niskie. Ekscentrycy próbowali raczej innych sztuczek. Ivan Zamorano przyklejał mały plusik między jedynką a ósemką na koszulce Interu Mediolan, bo nie mógł rozstać się z dziewiątką, którą zabrał mu brazylijski Ronaldo.

Dzisiaj wysokie numery nikogo już nie dziwią. Są codziennością. Hasło „pierwsza jedenastka” dawno nie ma nic wspólnego z numerami noszonymi przez zawodników wyjściowego składu.

Lehkosuo – zostawmy już na boku kwestie reklamowe – po prostu o dobrych kilka lat wyprzedził ogólny trend. Ale właściwie kto miał być forpocztą mody na hokejowe numery w futbolu, jeśli nie piłkarz z Finlandii?

wtorek, 04 listopada 2014

Najgroźniejszym rywalem Lecha nie jest żaden z ligowych rywali, ale on sam. Kolejorz nie wykształcił w sobie instynktu zabójcy, jest za to nosicielem wirusa samozagłady, który uaktywnia się z różnymi skutkami w prawie każdym meczu. Scenariusz jest podobny – zamiast dobić rywala i spokojnie kontrolować grę, Kolejorz zaczyna grać nerwowo, popełnia absurdalne błędy i nie wykorzystuje swoich szans. W dodatku często nie jest to efektem wzmożonych starań przeciwników, ich lepszej gry, czy wyższych umiejętności. Lech sam wprowadza niepewność do swojej gry, łatwo daje się wytrącić z równowagi i słono za to płaci marnując kolejne szanse na wygrane.

Na razie stracił cztery wyjazdowe zwycięstwa, dzięki którym mógłby się już wygodnie rozsiąść w fotelu lidera Ekstraklasy. To nie jest myślenie życzeniowe, oderwana od rzeczywistości gdybologia, bo przecież Lech przy okazji każdej ze zmarnowanych szans – z Ruchem, Legią, Koroną i Śląskiem – miał wszystkie atuty w swoich rękach. Katastrofą mógł się skończyć też mecz z Jagiellonią w Pucharze Polski. Lech zaczął popisowo, miał rywala na łopatkach, ale kompromitujące błędy zakończyły się stratą dwóch goli. A przecież tego partactwa – podań pod nogi rywali, błędów w wyprowadzeniu piłki, braku komunikacji – było więcej. Ostatecznie Lech wygrał, ale zamiast przyjemnego wieczoru była droga przez mękę.

Szymon Pawłowski po brzydkim zwycięstwie z Górnikiem Łęczna mówił, że liczą się tylko punkty, a o okolicznościach ich zdobycia nikt nie będzie pamiętał już za dwa tygodnie. Być może tak będzie, lecz – mam wrażenie – takie lekceważenie słabej gry przez piłkarzy ciągle odbija się Lechowi czkawką i nie pozwala zrobić mu kroku do przodu.

Można przecież zmarnowane szanse na zwycięstwa sprowadzić do braku skuteczności i na tym poprzestać, do kilku wyrwanych z kontekstu sytuacji, tak jak lubią to robić nasi ligowcy, ale byłoby to szkodliwe spłycenie problemu. Lechowi bowiem najbardziej brakuje dojrzałości – cechy trudnej do zmierzenia, ocenianej intuicyjnie, lecz jednej z pomagających odróżnić drużyny ukształtowane od tych ciągle się tworzących. Można ją definiować na różne sposoby, zwracać uwagę na mentalność, dyscyplinę taktyczną lub umiejętności, lecz w każdym z tych aspektów Kolejorz nie jest wystarczająco uformowany nawet na polską ligę. Wciąż za mało w nim jakości, za dużo – niestety – zwyczajnego dziadostwa, niechlujstwa, minimalizmu. To kosztuje punkty.

Podobnie było przez całą za kadencji Mariusza Rumaka. Lech w żadnej chwili nie był drużyną ukształtowaną. Czasami sprawiał takie wrażenie, ale – no właśnie – to było tylko wrażenie. Zbyt często lechici dawali się sprowadzać do poziomu słabszego rywala i nie potrafił opanować boiskowego kryzysu. Zamiast grać w piłkę, tylko rozpaczliwie wykopywał ją spod własnej bramki.  Czasami, gdy miał więcej szczęścia, udawało mu się wygrywać. Bywało jednak i tak, że marnował wypracowaną przewagę, pękał pod naporem prymitywnych środków i frajersko gubił punkty ze słabymi przeciwnikami.

Dwa miesiące kadencji Macieja Skorży to zbyt krótki czas, by Lech dojrzał. Jeśli uda się do tego doprowadzić w przyszłości, usunąć ten gen samozagłady, to może dojść do przełomu, który pozwoli Kolejorzowi wykonać skok jakościowy. Nawet jeśli w drużynie łatwo zidentyfikujemy braki, zauważymy kilku niepożądanych już gości i piłkarzy w słabszej formie, to dostrzeżemy też spory potencjał. Co ważne – ciągle w dużym stopniu niewykorzystany.

wtorek, 21 października 2014

Matka Boska Romanistka

Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż Agnelli i ludzie Juventusu wstąpią do Królestwa Niebieskiego.

Matka Boska Romanistka

* * *

Transparent wisiał z okna jednej z kamienic przy Placu Santa Maria in Trastevere w Rzymie jeszcze kilka dni po rozegranym przeszło dwa tygodnie temu meczu Juventusu z Romą. Hit Serie A zakończył się wielkim skandalem. Juventus wygrał 3:2, ale gole strzelał w tak kontrowersyjnych okolicznościach, że skojarzono je z mrocznymi czasami afery Calciopoli. Znowu zaczęto tropić układ, szukać powiązań, przez które sędziowie mają pomagać Starej Damie, a nawet – jak widać na załączonym obrazku – grozić domniemanym grzesznikom wiecznym potępieniem. Do pieca dorzucił Francesco Totti, który powiedział, że Juventus wygrywa nie przebierając w środkach.

Niektórzy szukali pocieszenia u Matki Boskiej, ubierali ją w szalik Romy, inni dyskutowali w mediach, a nawet żywo debatowali o meczu we włoskim parlamencie.

Deputowany rządzącej Partii Demokratycznej Marco Miccoli stwierdził, że błędy sędziego Gianluki Rocchiego nie tylko wpłynęły na przebieg rozgrywek, ale wręcz podważyły wiarygodność całego kraju, bo takie historie – zdaniem posła – są nie do pomyślenia w cywilizowanym świecie. Zwrócił się też do włoskiego urzędu nadzoru finansowego, by ten zbadał, czy praca arbitra mogła wpłynąć na naruszenie przepisów giełdy papierów wartościowych. Oba kluby są na niej notowane; dzień po meczu akcje Juventusu wzrosły o 0.8%, Roma straciła 2.7%.

Inny z rozdyskutowanych polityków, Franco Rampelli z partii Bracia Włosi, ostrzegał że boiskowe wydarzenia mogą mieć trudne do przewidzenia skutki społeczne i spowodować wzrost przemocy wśród kibiców piłkarskich. 

Kontrowersje z boiska miały więc wpływ nie tylko na wynik meczu, ale wykroczyły daleko poza sam futbol, odbijając się nieco na życiu politycznym, ekonomicznym i społecznym Włoch. I nic to, że ta burza w szklance wody miała lekki komediowy rys.

Niektórzy uważają nawet, może i z przymrużeniem oka, że wpłynęły nie tylko na życie, ale także los człowieka po śmierci...